Menu

Nordic Walking mk

Więcej Nordic Walking aby żyć dłużej

Trening - wytrzymałość szybkościowa

mk130363

Jeśli chcemy osiągać dobre czasy na zawodach i nie nie utracić dobrego miejsca na ostatnich metrach czy nawet kilometrach (w przypadku bardzo długich dystansów) potrzebna jest nam odpowiednia wytrzymałość szybkościowa. Na krótkich dystansach ma to nieco inny wymiar, gdyż ze względu na krótszy wysiłek dużo łatwiej utrzymać równie szybkie tempo na całej trasie. Na dłuższych dystansach wysiłek trwa 2, 3 godz. a w przypadku maratonu i 5 czy 6 godzin. Przy czym trudno mówić nawet w przypadku maratonu o jakimś oszczędzaniu sił. Z mojego punktu widzenia tu potrzebne jest niewątpliwie co najwyżej umiejętne ich rozłożenie, czyli pójście takim tempem, aby w zdrowiu dotrzeć do mety osiągając zakładany czas. I to potwierdza mój start w maratonie w Osielsku w tym roku. W przypadku dystansu 20 km (obecnie zmienionego na półmaraton) praktycznie od początku chodziłem na maksimum moich możliwości od startu do mety. I udawało mi się utrzymywać bardzo równe tempo do końca dystansu, czasem nawet pokonując ostatnie kilometry nieznacznie szybciej.Tu wtrącę taką uwagę, że jeśli przeanalizuje się tempo najszybszych zawodników w półmaratonie, widać że jest ono bardzo równe od startu do mety. Tzn mogą być oczywiście pewne nieznaczne wahania, ale mogą one wynikać głównie z interwałowych prób zerwania rywali lub ewentualnie nieznacznego zwolnienia z uwagi na dużą przewagę nad innymi zawodnikami. U dobrze wytrenowanego zawodnika nigdy zwolnienie tempa nie wynika ze zmęczenia, a jedynie z sytuacji na trasie. Jest natomiast duża grupa osób startujących w półmaratonie, która pierwsze kółka pokonuje niezwykle szybko, jednak mocy nie starcza do do końca i z kilometra na kilometr, z okrążenia na okrążenie tempo spada tak wyraźnie, że gdy doganiam takiego zawodnika wydaje się czasem, że on niemal stoi w miejscu. Zastanawiam się dlaczego tak jest w przypadku tych zawodników, że nieraz przychodzą na metę później choć pierwsze kilometry pokonują w tempie dla mnie trudnym do wyobrażenia. W Ich przypadku różnica w pokonywaniu pierwszych i ostatnich 5-ciu kilometrów sięgała nawet rzędu 5 - 6 minut.

Kopia_290620151782

Przygotowując się do pierwszego Pucharu Polski w 2010 roku dużo treningów wykonałem z moim tempem startowym 8 min/km na długich dystansach liczących około 17-20 km. Także w przerwach między kolejnymi startami wykonywałem podobne próby. To pozwoliło mi osiągnąć na zawodach bardzo równe tempo do samej mety. W późniejszych latach nie musiałem już wykonywać tak długich prób na pełnej szybkości. Upewniłem się, że wytrzymuję założone tempo i wystarczało, że sprawdzałem swoje tempo startowe na dystansach 12-15 km. 

Kopia_290620151783moją trasę sponiewierała budowa więc musiałem nieco nadkładać drogi okrążając błocko

Mam dwuletnią przerwę w startach na tak długim dystansie jak 20 km (obecnie półmaraton). Rzecz jasna z uwagi na półroczną przerwę w treningach, późniejszą rehabilitację i przygotowania pod tempo na maraton nie ćwiczyłem się w szybkości na takiej długiej trasie. W sobotę na Malcie osiągnąłem średnie tempo na dystansie 5,7 km  7:58/km. W perspektywie półmaratonu w Osielsku byłem oczywiście ciekaw czy już teraz jestem w stanie utrzymać podobne tempo na dłuższym dystansie. Postanowiłem zrobić taki sprawdzian Założyłem, by to było nieco powyżej 14 km czyli mniej więcej 2/3 docelowego dystansu. Oczywiście na miejsce próby wybrałem moje stałe miejsce treningów nad Wartą. Potruchtałem tam trochę przeplatając to marszem, co okazało się dobrą rozgrzewką. Sobotnie zawody wskazały, że bóle piszczelowe najprawdopodobniej przeminęły, więc od początku próby szybkościowo wytrzymałościowej narzuciłem ostre tempo. Wydawało mi się nawet po 1-szym i 2-gim kilometrze, że poszedłem nieco po bandzie, gdyż stoper w momencie komunikatów trenera wskazywał, że pokonałem każdy z nich w około 8 minut. Skoro jednak nie czułem żadnych dolegliwości, postanowiłem iść tym tempem jak długo się da. W końcu muszę przecież sprawdzić czy mogę iść tak szybko i ewentualnie jak długo - w obliczu półmaratonu. Jeśli na ostatnich kilometrach nie utrzymam takiej prędkości wówczas będę się martwił i może kombinował trening w ciut wolniejszym tempie. Oczywiście dysponując zegarkami sportowymi możemy dużo dokładniej kontrolować na bieżąco swoje tempo. Ja polegam na wirtualnym trenerze podającym niezrozumiałym głosem komunikaty o kolejnym pokonanym kilometrze i stoperze. Komunikaty bywają czasem nieco opóźnione w czasie, ale na znanej mi trasie mniej więcej wiem, w którym miejscu mijam kolejny kilometr więc ze spokojem podszedłem do faktu że te pierwsze dwa kilometry zakomunikowano mi o czasie 16 i pół minuty. Ja wiedziałem, że czas był o kilkanaście sekund lepszy. Później niemal równo co 8 minut otrzymywałem kolejne komunikaty, z tym że ta "niby strata" z początku wyrównała się około 5 kilometra. Do końca próby utrzymałem równe tempo i 14 kilometr wirtualny komunikat zameldował dokładnie w momencie, gdy na stoperze było 1:52:00. Jak pokazuje zapis endomodo faktycznie miałem wówczas jeszcze 12 sekund zapasu. Pozostało dojść końcówkę do mostu, spod którego rozpocząłem marsz. Zapis endomondo z międzyczasami poniżej.   

 

zapis_treningu

Co ciekawe, zarówno w sobotę jak i podczas tego sprawdzianu użyłem dość nietypowego sprzętu. Kije kupione na jarmarku nieznanej marki Xelus wprawdzie mają ponoć nawet 50% carbonu, ale wyposażyłem je w rękawiczki od kijów Fizan z wydzielonym miejscem na kciuk, bowiem oryginalnie posiadały paski nadgarstkowe, które nieco ograniczają możliwości pełnego wahadła w pracy ramion. Kije nie mają grotów typu pazur co jak się można domyślić nie wpływa na prędkość. Brak szybko wypinanej rękawiczki jest tu jednak małym problemem, bowiem by bezpiecznie się nawodnić sięgając po bidon, przypinanie i wypinanie do kija trwa tu trochę dłużej i w związku z tym mogłem stracić kilka sekund. W ogólnym rozrachunku jednak widać, że dobre wyniki można uzyskiwać niekoniecznie na kijach za 500 zł. Pytanie które się może nasuwać, to czy warto wykonywać takie przecież dość wyczerpujące próby. Czy nie lepiej pójść kilka - kilkanaście sekund na kilometr wolniej, a dzięki temu oszczędzić trochę sił i następnego dnia zrobić podobny trening? Wydaje mi się, a biorąc pod uwagę moje doświadczenia jestem pewien, że warto także na treningu zrobić czasem maksa i to na długim dystansie. Tu wprawdzie nie mamy przeciwnika w postaci innych zawodników, którzy mobilizują nas do walki, tu walczymy z samym sobą. Jest to bardzo trudne i niewątpliwie także wymaga wyćwiczenia. Podczas długich dystansów na zawodach często zdarza się jednak, że pokonujemy kilometry samotnie. Skąd wziąć wówczas motywację do walki. Z przodu nikogo, z tyłu nikogo, można by pomyśleć spokój i można już sobie odpuścić. Tymczasem okazuje się, że idąc swoim równym mocnym tempem możemy jeszcze dogonić przynajmniej tych, którzy teoretycznie są podobnie wytrenowani jak my, ale takiego wariantu nie ćwiczyli, poszli na pierwszych kilometrach nawet powyżej swoich możliwości i się wystrzelali. Teraz już idą tylko żeby dojść. A dla nas widok tego, że się do nich zbliżamy mobilizuje jeszcze bardziej i na pewno nie odpuścimy do końca.    

 

Biegaj z Opel Szpot - edycja czerwiec 2015

mk130363

W zalewie komercyjnych imprez z rosnącymi wciąż opłatami startowymi niewiele jest tego rodzaju propozycji, w których nie dość, że nikt nikogo nie klasyfikuje na jakiejś pozycji, to na dodatek wielu uczestników otrzymuje nagrody nie tylko drogą losowania, ale też i za systematyczny udział. Tu faktycznie liczy się głównie udział, rywalizacja jest głównie z samym sobą, a inni zawodnicy tylko motywują by przyspieszyć. Nikogo nie będzie potem na żadnej liście wyników, ani na pierwszym miejscu ani na ostatnim. Wydaje mi się, że takie propozycje też są potrzebne wśród licznych przecież imprez biegowych, gdyż bez stresu bycia na końcu listy można sprawdzić swoje możliwości. Dlatego dość konsekwentnie startuję i promuję tę imprezę od mojego pierwszego w niej udziału. Ostatnio założyłem nawet jej fanpage na fejsie, gdyż uważam że jest ona nieco zaniedbana medialnie. Wprawdzie od dawna gości na imprezach tvp, a i fotografowie różni też się pojawiają, to jednak zwłaszcza brakuje mi zdjęć z tego biegu, z trasy, czy choćby z mety. Wydaje mi się, że gdyby choć co trzecia osoba po osiągnięciu mety pstryknęła telefonem kilku kolejnym fotki to mielibyśmy w sumie galerię liczącą pewnie kilkaset zdjęć. Zachęcam do tego wszystkich ewentualnych uczestników oraz do dzielenia się fotkami na fb. Zdjęcie z trasy, czy mety podczas wysiłku biegowego będzie dla każdego najcenniejszą pamiątką. Sam pokonując dystans najczęściej maszerując z kijami będę miał niewielkie możliwości by zrobić wiele zdjęć z trasy dlatego będę się starał robić zdjęcia głównie przed startem i podczas losowania nagród.   

270620151741

Po tym wstępie pora przejść do meritum sprawy czyli przebiegu sobotnich zawodów. Poszedłem na nie tym razem pieszo. Start i meta zlokalizowano nieco bliżej niż zwykle, więc te niecałe 3 kilometry postanowiłem wykorzystać jako konkretną rozgrzewkę. Biuro nie było oblężone, ale uczestników sporo.  Zapewne jednak nieco mniej niż w poprzednich miesiącach ze względu na rozpoczęte wakacje i mniejszą mobilizację szkół. Ale dokładną ilość startujących jak zwykle poda organizator po weekendzie. Dość szybko odnalazłem nordicowych przyjaciół: Zosię, Dorotę i Staszka.

270620151742

Oprócz nas jeszcze przynajmniej kilka osób wystartowało z kijami. Nie są to tłumy walkerów, ale raz że twarde podłoże pewnie zniechęca wielu do tej próby, dwa że limit czasowy zmniejszony kiedyś z godziny na 50 minut też tu nie pomaga. Ja uważam, że nic się nie stanie jeśli raz na jakiś czas przejdzie się kilka kilometrów po twardym, a limit czasowy akurat mi nie jest straszny, chyba że nie byłbym w pełnej dyspozycji zdrowotnej. Rozumiem jednak że 50 minut na pokonanie prawie pięć i pół kilometra to może dla wielu osób nie biegnących być problem. Tym razem było to tym bardziej trudne zadanie, gdyż trasę wydłużono do 5700 m z uwagi na odbywające się przygotowania do spektaklu Festiwalu Malta, który zaplanowano przed trybunami na mecie toru regatowego.

 270620151744

Start do biegu poprzedziła bardzo dynamiczna i wyczerpująca rozgrzewka. Ja już miałem to za sobą więc robiłem zdjęcia. Staszek startował wcześniej w Parkrunie więc też już był w wysiłkowym rytmie przygotowany do startu.

270620151752

270620151750

270620151749

270620151755 

Ustawiliśmy się jak zazwyczaj na końcu stawki. Nastąpiło tradycyjne odliczanie przed którym zdążyłem uruchomić endomondo i ruszyliśmy. Trzeba było się uwijać od początku mając na względzie wydłużony dystans. W zasadzie dość szybko osiągnęliśmy właściwy rytm kijkowego marszu z uwagi na niewielki tłok gdyż najszybsi biegli przed nami, a maszerujących uczniów szkół było mniej niż zwykle. Staszek dzisiaj akurat nie czuł porywającej formy, o czym przekonał go wcześniejszy start w biegu na Cytadeli, więc ja podyktowałem tempo, choć pierwsze kilometry szliśmy obok siebie. Mała grupa marszobiegaczy podążających razem wzięła sobie za punkt honoru, by z nami dzisiaj wygrać. Gdy tylko ich doganialiśmy zrywali się, by nam uciec twierdząc, że nie może być, by ktoś maszerujący z nimi mógł wygrać. Po dwóch czy trzech takich docinkach na drugim kilometrze postanowiłem utrzeć im trochę nosa, by nie czuli się tak pewnie, a w każdym razie chciałem ich trochę postraszyć. Szliśmy już wówczas naprawdę na dużej prędkości co zmuszało marszobiegaczy do coraz dłuższych odcinków biegu, gdyż gdy przechodzili do marszu dość szybko zbliżaliśmy się do nich. Wyszedłem na prowadzenie naszej pary, ale Staszek ostro ciągnął za mną. To wydłużanie biegu oczywiście powiększało naszą stratę ale konsekwentnie dyktowałem mocne tempo, gdyż liczyłem, że ich jeszcze dogonię. I faktycznie na 5-tym kilometrze tuż przed głównymi trybunami udało mi się to. Jednak po raz kolejny marszobiegacze rzucili się do truchtu i metę osiągnęli z kilkudziesięcioma metrami przewagi. Nie chciałem sobie psuć dobrego wyniku marszu ale gdybym i ja potruchtał choćby ostatnie 500 metrów z pewnością metę osiągnąłbym przed nimi. Poniżej prezentuję zapis endomondo tego marszu.

 

Międzyczasy na poszczególnych kilometrach były następujące:

1 km - 8:37

2 km - 7:57, po 2 km - 16:34

3 km - 7:58, po 3 km - 24:32

4 km - 7:50, po 4 km - 32:22

5 km - 8:02, po 5 km - 40:24

META (5700 m) - 45:24

Wynik bardzo dobry i co ważne tempo bardzo równe mające nawet tendencje zwyżkowe. Piąty kilometr zaburza nieco ten rosnący trend z uwagi na pokonywanie wzniesienia. Pierwszy kilometr, zwłaszcza jego początek dość spokojny jeszcze był a mimo tego nawet dość dobry czas, powiedziałbym z uwagi na moje piszczele, które ... jednak tego dnia mi nie dokuczały. Życiówki wprawdzie nie zrobiłem (zabrakło około 2 minut do wyniku z 2013 roku) ale średnie tempo na całości dystansu najwyższe (7:58/km) na zawodach, odkąd we wrześniu ubiegłego roku wznowiłem treningi.

270620151761

Kopia_270620151773 

270620151764

270620151777

Na mecie czekała na nas jak zawsze woda, w nieco większych butelkach niż zwykle. Upału wprawdzie aż takiego nie było, ale duchota była bardzo dokuczliwa. Nie raz nie żar słońca jest najgorszy, ale brak jakiegokolwiek niemal ruchu powietrza. W losowaniu nagród tym razem szczęście miał Staszek.

2706201517631 

Następna, lipcowa edycja biegu odbędzie się 1 sierpnia z uwagi na rozgrywany w ostatni weekend lipca triathlon w Poznaniu.       

270620151781     

       

Dodatkowa dziurka w butach biegowych

mk130363

Publikowałem już tę informację na forum grupy Nordic walking na fb, ale postanowiłem zrobić także odpowiedni wpis na blogu. Ktoś kto później ruszy się z kanapy i trafi na mój blog będzie mógł skorzystać z tej rady. Oczywiście dla wielu biegaczy to żadna nowość, ale ponieważ sam o tym wcześniej nie wiedziałem podejrzewam, że większość osób używających butów z dodatkową dziurką, nie wie po co ona jest. Zdaję sobie również sprawę, że teraz już sporo osób gdzieś widziało publikowany tu film, więc dla nich to też nie jest żadną tajemnicą.

Przyznam że ta dodatkowa dziurka w bucie frapowała mnie od dłuższego czasu. Nie występuje ona we wszystkich butach sportowych. O ile zdołałem się zorientować to mają ją tylko buty biegowe i to nie wszystkie. Buty do nordic walking, buty trekkingowe/turystyczne są jej pozbawione.

Kopia_00__0271zdj.1. Buty do biegania Kalenji i Crivit z dodatkową dziurką

 00__031

zdj.2. Buty do biegania Kalenji i Crivit z dodatkową dziurką

W butach Kalenji (zdj.2.) zaznaczyłem dodatkową dziurkę strzałką.gdyż jest ona mało widoczna i tak naprawdę, aby z niej skorzystać należałoby ją dodatkowo przekłuć.

Kopia_00__022

zdj.3. Buty do NW z Aldiego, buty NW Kalenji, buty trekkingowe Puma bez dodatkowej dziurki

 00__030

zdj.4. Buty trekingowe Merrell i buty biegowe Crivit bez dodatkowej dziurki

Nigdy nie przyglądałem się jak inni biegacze czy walkerzy mają zawiązane buty i czy wykorzystują tę dziurkę. Wydawało mi się, że jest ona położona dość nienaturalnie, jakby za bardzo z tyłu stopy. Nigdy z niej w jakikolwiek sposób nie korzystałem do zasznurowania butów.

Zwrócę uwagę na dwie dość istotne sprawy przy wykorzystaniu tej dodatkowej dziurki do zasznurowania. Otóż przed przeciągnięciem przez nią sznurówek należy wstępnie zaciągnąć z odpowiednią dla nas siłą sznurowadła na tych standardowo wykorzystywanych dziurkach, gdyż później będzie to już utrudnione i zacieśnianiee sznurówek będzie oddziałowywało głównie na sam rejon bliski stawu skokowego. Zauważyłem też, że   przy zaciskaniu sznurówek dobrze też w takim przypadku zaciągać je w obie strony tzn z lewej dziurki na zewnątrz w lewo (a z prawej na zewnątrz w prawo) oraz na krzyż tzn, z lewej dziurki na zewnątrz w prawo (a z prawej dziurki na zewnątrz w lewo). Równie dobry efekt  daje pociąganie na przemian obu końców sznurowadła. Musimy jednak robić to z pewnym wyczuciem, nie można zbyt mocno, bo tak jak i przy tradycyjnym wiązaniu (bez dodatkowej dziurki) zbytnio ograniczymy przepływ krwi.

1. Przeplatam końcówki sznurowadła przez dodatkowe dziurki tworząc z nich dwa uszka

2. Przeciągam przez te uszka końcówki sznurowadeł leżące po przeciwnych stronach - prawą końcówkę przez lewe ucho

Kopia_00__0052

3. A lewa końcówkę przeciągam przez prawe ucho

 Kopia_00__0062

4. Zaciągam sznurówkę zgodnie z kierunkiem w jakim przewlekałem końcówki przez ucha

 Kopia_00__0072

 5. Teraz zaciągam sznurówki na krzyż tzn. w przeciwnych kierunkach do kierunku przewlekania

Kopia_00__0081

6. Teraz jeszcze raz zaciągam sznurówki w kierunku zgodnym z kierunkiem przewlekania

Kopia_00__0092

7. I zawiązuję w sposób klasyczny sznurowadło

Kopia_00__0101

 8. Robiąc także klasyczną kokardkę. Jak widać sznurowadła są na tyle długie, że jeszcze może być konieczne zadbanie o to, by ich nie przydeptywać.Kopia_00__0113

Wypróbowałem na zwykłych sznurowadłach takie wiązanie (nie tych węzełkowych, które opisałem na blogu) i jestem dość pozytywnie zaskoczony. Rzeczywiście takie zasznurowanie dobrze trzyma piętę i stopa nie przemieszcza się do przodu w bucie. Zapobiegać to ma obtarciom pięty i czarnym paznokciom (palce nie uderzają w przód buta).

Nie twierdzę, że jest to najlepszy sposób zawiązania sznurówek, tu zdania są podzielone. Oprócz wręcz entuzjastycznych opinii jednych użytkowników, bywają opinie sceptyczne twierdzące, że taka metoda ogranicza przepływ krwi. W każdym razie jeśli dziurka jest oznacza, że  producenci dają nam wybór wykorzystania jej lub nie. Przyznam, że nie spotkałem się by kupując buty biegowe, czy oglądając je w sklepach,  miały one sznurówki przeciągnięte przez te dodatkowe dziurki. Ale to może być też dlatego, że łatwiej jest włożyć but do przymierzenia bez tej opcji. Podsumowując, myślę jednak, że taki sposób wiązania wart jest wypróbowania wyrobienia sobie własnego zdania.

Pozostaje jeszcze kwestia wykorzystania tej dziurki w przypadku sznurówek węzełkowych. Tu przyznam, że nie wypróbowałem tego sposobu. Wydaje mi się, że to znacznie może jednak ograniczyć swobodę zdejmowania, a zwłaszcza zakładania butów (czy nawet uniemożliwić) i poprzez duże tarcie pięty w ich trakcie, wycierać i niszczyć zapiętki.  

Kierunek Osielsko - podsumowanie kwietnia i maja 2015

mk130363

Jeden cel w Osielsku został zrealizowany. Postanowiłem jednak kontynuować swoje podsumowania poszczególnych miesięcy w drodze do kolejnego celu, może bez tak szczegółowej analizy poszczególnych rubryk tabeli jak wcześniej, ale jednak pewne wnioski nasuną się porównując dane w niej zawarte. Dla wyjaśnienia dodam, że w tabeli kwietniowej jako najdłuższy dystans wyszczególniłem dodatkowo oprócz maratonu z zawodów także najdłuższy dystans pokonany na treningu. Dodatkowo, ponieważ tabela zawiera już dość sporo wierszy dla poszczególnych miesięcy, dla ułatwienia przeglądu dodałem ich nazwy wyrażone rzymskimi liczbami.

Kopia_00__021

  przebyty dystans [km] Systematyczność [%] dni treningowych średnie tempo wszystkich marszów [min/km] najdłuższy dystans jednorazowo [km] średnia długość dystansu jednorazowo [km] najdłuższy dystans jednego dnia [km] średnia długość dystansu jednego dnia [km]
IX 108,99 53% 10:14 11,06 6,81 11,06 6,81
X 150,93 55% 09:09 13,67 8,39 19,34 8,88
XI 251,18 80% 09:10 20,35 9,30 20,35 10,47
XII 201,87 55% 08:55 18,10 8,07 20,59 11,87
I 285,45 74% 09:18 22,07 7,93 22,07 12,41
II 337,32 68% 09:10 28,07 15,33 33,74 17,75
III 220,82 52% 09:11 17,88 11,04 17,88 13,80
IV 232,41 53% 09:12 42,195 (16,54) 12,23 42,195 (21,92) 14,53
V 343,02 77% 09:22 22,48 11,83 22,48 14,29

 

Małe podsumowanie.

Jednak nie odmówię sobie Kilku zdań podsumowania tych dwóch ostatnich miesięcy. Pierwsze co mi się nasuwa to fakt, że od listopada regularnie pokonuję powyżej 200 km miesięcznie. To jest bardzo duża i systematycznie wykonywana praca. Przy czym aktywność majowa dorównała także aktywności zimowej ładowania akumulatorów. Można by powiedzieć, że ładuję akumulatory na kolejny szczyt formy. Aktywność kwietnia podobna była do marcowej z uwagi na konieczność pewnej regeneracji (w końcu marca była konieczność zyskania pewnej świeżości) po maratonie. Widać także, że średnie tempo moich marszów nieco spadło w maju. Miały na to wpływ dwa czynniki. Jeden to ten że przy dużej częstotliwości dni treningowych nie sposób utrzymywać przez cały czas wysokie tempo. Pewne dni treningowe trzeba potraktować także jako zupełny relaks. Drugi czynnik polega na tym, że jeżeli już chcę iść szybciej to na ogół, im idę dłuższy dystans tym średnie tempo rośnie. Widać to dokładnie porównując trzy ostatnie kolumny aktywności lutowej i majowej. Tę zasadę potwierdzają również dane np. ze stycznia.

Kopia_00__0161

Plany startowe.

Przy okazji kilka słów poświęcę także moim planom startowym na najbliższe miesiące. Głównym startem będzie oczywiście tytułowe Osielsko i start w Mistrzostwach Polski w Półmaratonie - 8 sierpnia.

Wcześniej, już za nieco ponad tydzień czeka mnie Wrocław - 13 czerwca i Mistrzostwa Wrocławia w Nordic Walking - dystans 10,75 km oraz Mistrzostwa Polski Instruktorów w Nordic Walking na dystansie 2,3 km.

W lipcu (11.07)  głównym startem ma być Puchar Wielkopolski Nordic Walking w Wągrowcu na dystansie 10 km. 

Po drodze wystartuję pewnie w rekreacyjno-sportowych edycjach "Biegaj z Opel Szpot" - czerwiec, lipiec (1 sierpnia) i sierpień. Myślę, że także wrzesień wchodzi tu w grę.

Kopia_00__018 

V Marsz o Koronę Księżnej Dąbrówki

mk130363

Rano zrobiłem rozruch z kijami na 5,2 km. Zauważyłem, że gdy robiłem dwa treningi dziennie z odstępem nawet 3-4 godzin, to podczas drugiego treningu ból piszczeli znacznie wcześniej ustępował, dzięki czemu mogłem szybciej maszerować pełną mocą i cały marsz na dystansie około 7 km trwał nawet o jakieś 5 minut krócej. To jednak dość znaczna różnica dla dystansu, na którym miały się odbyć zawody w Dąbrówce. Podczas tego treningu także jak podczas rozgrzewki poprzedniego dnia nie starałem się forsować jakiegoś super mocnego tempa. Nie chciałem się zmęczyć a rozruszać z tym że po nawrocie starałem się trochę przyspieszyć by mięśnie piszczelowe poddać jednak nieco większemu wysiłkowi. Przy okazji zrobiłem też dwie sesje rozciągania, po 2 i po 4 kilometrze, ze szczególną uwagą i potraktowaniem łydek. Po powrocie z rozruchu miałem jeszcze 2 godziny do wyjazdu, więc spokojnie mogłem wziąć prysznic, zjeść śniadanie i przygotować wszystkie potrzebne akcesoria do marszu. Zamierzałem wystartować z pasem biodrowym więc dwa małe bidony napełniłem napojem. W zasadzie nie musiałem tego robić ze względu na nawodnienie w trakcie marszu, gdyż dystans nie był długi a na trasie miał być jeden punkt nawadniania. Jednak pas którego obecnie używam nie stanowi zbytniego obciążenia, a chciałem mieć komfortowe warunki nawadniania przed samym startem. Tu jednak wyszła już w trakcie zawodów jedna uwaga, że najlepiej na trasę zabrać ze sobą czystą wodę i chodziłoby raczej nie o nawadnianie a opłukanie ust z kurzu. Więc następnym razem jeden bidonik z napojem do nawadniania przed startem i jeden bidonik z wodą na przemywanie ust byłyby wskazane. Inna zupełnie sprawa, że walka na trasie jest tak zacięta na każdym kroku, że nie wiem czy sięganie po bidon (jednak na moment trochę spowalniające) ma jakikolwiek sens. Nie jestem miłośnikiem krótkich dystansów w Nordic walking i w poważnych imprezach mam niewiele takich startów. Dodatkowo ten najpoważniejszy był podczas Pucharu Polski w Gdańsku, gdzie startowałem raz, że w końcówce rekonwalescencji po kontuzji (więc start pozbawiony był tych największych emocji) dwa, że starty odbywały się tam kategoriami wiekowymi. To jest inna specyfika nie tylko pierwszych metrów, ale i walki na całej trasie, gdzie z innymi kategoriami walczy się korespondencyjnie, a nie łeb w łeb, kij w kij. Tu jak się okazało miały być emocje takie niemal jak podczas moich pierwszych zawodów z masowym startem wspólnym setki zawodników z kijami. Ale nie uprzedzając wypadków nadmienię, że na miejsce zawodów dotarłem dzięki koleżeńskiej podwózce Janka Piducha. Tu rower byłby jednak zbyt wyczerpującym i czasochłonnym środkiem lokomocji. Dość wcześnie byliśmy w Dąbrówce (około 1,5 godz. do startu) i dzięki temu było dość sporo czasu na odbiór pakietów przygotowanie do startu, przywitanie i pogawędzenie z przyjaciółmi i na rozgrzewkę. Biuro działało bardzo sprawnie, nie było kolejek pewnie też i dzięki temu, że pakiety można było odbierać już od piątku i przez całą sobotę. Koszulki technicznie, ktoś napisał na forum, że „koszmarnej jakości”. No fakt, że to chyba najtańsza wersja z decathlona, ale jako pamiątka może być. Najgorsze w nich chyba jest to, że są bardzo krótkie, jakby zabrakło 4-5 cm długości. Ja rozumiem, że panie czasem lubią startować w topach odsłaniających pępek, ale u facetów to może dziwnie wyglądać. No ale można też mieć pretensje do siebie, gdyby tak choć te 3 kg „schuść” to pewnie i koszulka prezentowała by się lepiej. Postanowiłem mimo wszystko wystartować w tej nowej koszulce spełniając życzenie organizatora. Pas biodrowy utrzymywał minimalną długość koszulki. W pakiecie jeszcze wafle kukurydziane i mały soczek z buraków oraz chyba większości niepotrzebny kabelek do internetu J . Na mecie jak się później okazało dostaliśmy wodę i jako posiłek regeneracyjny banana. No podobno to były banany, a nie banan, bo niektórzy brali po trzy. Nie wiem jednak czy potem dla wszystkich starczyło. Ja w każdym razie po zjedzeniu banana, gdy chciałem zapytać czy dostanę drugiego objadłem się smakiem, bananów już nie było, a wszyscy z braci kijkowej nie dotarli jeszcze chyba do mety. No ale przeżyłem, za to skorzystałem z kilku kubków napoju izotonicznego. Znów wyprzedziłem wypadki ale jak już o pakiecie, to może też dobrze napisać wszystko od razu i mieć z głowy.

Do startu było jeszcze pół godziny. Postanowiłem zrobić jeszcze małą rozgrzewkę i jednocześnie rekonesans trasy. Przeszedłem około 650 metrów początkowych trasy tam i z powrotem czyli 1,3 km. Kurzyło się piachem niemiłosiernie i miałem wrażenie że ten piach leci mi do butów. Trasa miała być cała leśnymi ścieżkami. Najgorszy był chyba ten początek i zarazem koniec, którym mieliśmy wracać. Wprawdzie pierwsze 30 metrów strażacy polali wodą, ale to trzeba by zrobić przynajmniej na pierwszych 200-300 metrach przed startem i po starcie, a przed finiszem. No ale zrobiono co zrobiono, tu nie grabi się szyszek z leśnej ścieżki (chyba tylko Osielsko jest tak dla nas tak przyjazne) i trzeba podjąć wyzwanie w każdych warunkach.

Ustawiłem się w ostatnich rzędach dość luźno już ustawionych bez ścisku i przepychanek na linii startowej. 8 minut przed nami wystartowali biegacze. Mieliśmy wystartować 3 minuty po nich, więc natychmiast dla spokoju uruchomiłem endomondo. No ale były jeszcze przemówienia więc się przedłużyło. Już w biurze zawodów spotkałem Monikę z Murowanej Gośliny i teraz na starcie też staliśmy obok siebie. Staszek przesunął chyba o dwa rzędy do przodu w ostatnim momencie, Janka i Małgosi nie widziałem, chyba byli jeszcze bardziej z przodu. Start sygnalizowany był wystrzałem z armaty, chyba by przepłoszyć z trasy zające. Huk był tak piorunujący, że nawet ci stojący w pierwszych rzędach zostali na chwilę tak ogłuszeni, że nawet ich czasy netto okazały o 1-2 sekundy lepsze od czasów brutto.

 1kd

 2kd

4kd 

01kd

6kd

Kopia_7kd

8kd

Ruszyłem skrajem trasy trochę po „krzaczorach”. Torowałem przy tym drogę Monice, która szła za mną starając się utrzymać moje tempo. To jest zawsze wybór przy starcie wspólnym, albo ustawić się w tłoku i być narażonym na zahaczanie i przydeptywanie nieostrożnych uczestników, albo skomplikować sobie start koniecznością wyprzedzania jednak części wolniejszych zawodników od samego początku. W półmaratonie właściwie nie ma takiego problemu z wyprzedzaniem, gdyż wszyscy od początku idą szybko i stawka tylko powoli rozciąga się na dystansie, natomiast nie dochodzi na ogół do zakorkowania trasy.

Kopia_001kd

Karol z nr 119

Kopia_002kd

na drugim planie Jan z nr 99

Kopia_003kd

na drugim planie Stanisław z nr 103

Szedłem od razu bardzo mocno, co Monika przypłaciła wkrótce mocnym skurczem mięśni. Ja tego jednak nie widziałem. Parłem do przodu by nadgonić sekundy stracone na starcie z dalszej pozycji. W marszu to bardzo trudne, zwłaszcza na początku, gdy wszyscy jeszcze mają pełnię sił. Więc bardzo mozolnie zawodnik po zawodniku, zawodniczka po zawodniczce (tych było prawie 2 x tyle co panów) przesuwałem się do przodu. 4-5 sekund straty odrabia się często przez cały kilometr.

Ten pierwszy kilometr był nadspodziewanie szybki. 8:16

to było bardzo szybkie otwarcie jak na slalom między wolniejszymi uczestnikami, piach i kurz oraz pierwsze metry skrajem trasy. Największy kłopot przy wyprzedzaniu stanowiły czasem panie idące murem trzy obok siebie. Powodowało to niestety nieznaczne, ale jednak nadkładanie dystansu, przy najczęściej całkowitej zmianie toru marszu. Oczywiście każdy ma prawo iść jak chce, ale jeśli koleżanki chcą iść razem to mogą także na tych pierwszych kilometrach iść jedna za drugą, a dopiero jak się przerzedzi iść tyralierą. Jak duży był tłok przez który przyszło mi się przebijać widać na zdjęciu, gdzie na dalekim planie po prawej stronie widać skrawek mojej żółtej koszulki.

 Kopia_004kd1

Kopia_006kd

 Kopia_007kd

wyłaniam się z tumanów kurzu :)

Kopia_008kdMonika z nr 34 straciła już ze mną kontakt

Zaczynałem odczuwać w jakiś sposób piszczele, ale nie spowalniało mnie to w istotny sposób, w każdym razie zamiast tracić po 1,5 minuty na kilometrze, były to tylko sekundy.  Poranny rozruch i rozgrzewka zrobiły chyba swoje. Po tym pierwszym kilometrze (może było to w połowie drugiego) wyprzedziłem chyba dwa kolejne zgrupowania i przede mną rozciągnęła się w miarę pusta przestrzeń, zapewniająca pełną swobodę wyboru toru marszu. Na plecach jednak cały czas czułem jakiś ogon. Nie jest to komfortowa sytuacja, gdy słyszy się za sobą krok w krok stukanie innych kijów przez dłuższy czas. Widocznie ktoś wiózł się moim szybkim tempem. Staszek był cały czas w zasięgu wzroku, no ale ja dzisiaj jednak znacznie szybciej szedłem niż poprzedniego dnia. Poza tym długie proste odcinki pozwalały widzieć co dzieje się 100-150 m przed nami.

Drugi kilometr podtrzymał mój optymizm czasem 8:21. Po 2 km miałem czas 16:37.                                 

Cały czas czułem na plecach oddech kogoś podążającego takim samym tempem jak moje. Zawodnik/a nie odpuszczał/a ani na moment. Zdecydowałem się jeszcze przyspieszyć i zmęczyć przeciwnika interwałem. Piszczele puszczały a adrenalina powodowała, że wyzwalały się dodatkowe pokłady energii.

To spowodowało, że kolejny kilometr pokonałem w 7:58, a sumaryczny czas 24:36 był dla mnie wyśmienity.

Szedłem jednak na granicy możliwości i nie wiedziałem czy zdołam iść tak niemal w trupa do końca dystansu. Kolejne kilometry można by skrócić opisem walka, walka i jeszcze raz walka, z samym sobą i ze swoim „cieniem” podążającym kijek w kijek. Uczucie było tak nieprawdopodobne, że zaczynałem się zastanawiać czy nie słyszę po prostu stukania sowich kijów mylnie odbierając to jako rywala. Jednak w pewnej chwili kątem oka na jakimś zakręcie widziałem, że zagrożenie było wciąż realne.

Czwarty kilometr to utrzymanie tempa 8:00, przy czasie 32:36.

Jednak interwał męczył także mnie. To jest zawsze ryzyko, jak się kogoś zgubi to dobrze, ale jak nie, to potęgujemy wrażenie niemożliwości ucieczki. Na pewno takie pójście niemal jak na finiszu nie pozostaje bez wpływu na nasz dalszy marsz. Nic w przyrodzie nie ginie można by rzec, co się nadrobiło można stracić i odwrotnie. Na szczęście cień był wciąż za mną.Tylko wciąż nie wiedziałem, czy nie czeka na odpowiedni moment do ataku.

Piąty kilometr w czasie 8:17, po 5 km czas 40:53.

Tu czekał na nas punkt nawadniania. Raczej przepłukałem usta, ale łyknąłem przy tym odrobinę wody. Zauważyłem, że zbliżyłem się do Staszka, wprawdzie chyba nadal było to około 50-60 m, ale przecież w najkrytyczniejszym momencie traciłem może nawet 100 m.   

Szósty kilometr w podobnym czasie 8:06, po 6 km czas 48:59.

Cały czas mozolnie zbliżałem się do jednej żółtej koszulki i kilku koszulek różowych. To było prawie niezauważalne, ale metr po metrze byłem coraz bliżej.  Wydaje mi się, że teraz momentami cień albo zostawał z tyłu, albo ciszej stukał, albo piach wyciszał te odgłosy. Nieco mylące mogły być też odgłosy doganiających nas biegaczy startujących na 10 km.

Siódmy kilometr w 7:39, a po 7 km czas 56:38.

Teraz była już pełna moc. Ostatnie siły rzuciłem. Starałem się jak tylko szybko  mogłem pokonywać kolejne metry dystansu. Tyle, że piach był coraz większy i to chyba nieco spowalniało zmęczone mięśnie i wyczerpany organizm. Przy okazji wyprzedzałem jeszcze jakieś pojedyncze osoby. Wiedziałem, że mogę zbliżyć się do Staszka choćby na tyle, by powalczyć o lepszy czas netto. Czy uda mi się go wyprzedzić nawet nie myślałem. Staszek szedł w tym momencie już dość spokojnie w otoczeniu kilku zawodniczek więc nie czuł się zagrożony w żadnej z klasyfikacji. Chyba na 100 albo 150 m do mety gdy dzieliło nas już około 10 m usłyszałem doping i dla mnie, i dla Staszka. Nasi kibice wyczuli, że za chwilę może się rozegrać ostry finisz dwóch przyjaciół i zaczęli zagrzewać nas obu, mnie by zachęcić do ataku, a Staszka by przed tym atakiem ostrzec i by zdążył się obronić. Ja już byłem jednak bardzo blisko, gdy Staszek zorientował się co się święci. 

Kopia_010kd

W takim przypadku szanse idącego z tyłu są znacznie większe. Dlatego właśnie tak bardzo chciałem odczepić się od mojego ogona na całej trasie. Zawodnik doganiany jest dlatego, że albo ma już mniej sił od zawodnika goniącego, albo ten ostatni wykrzesał jeszcze coś dodatkowego w swoich zasobach mocy. Na dodatek rolę może odgrywać jeszcze motywacja, zawodnik doganiany zazwyczaj jest już spokojny o swój wynik, a zawodnik goniący cały czas o coś walczy. I nagle pojawia się ktoś, kto może zburzyć wydawałoby się ustalony porządek. Strasznie trudno chyba jest zmobilizować wówczas jeszcze jakiekolwiek rezerwy. Nie ma już po prostu na to czasu. Finisz był bardzo wyczerpujący, nie odpuściłem do końca, mijając przy okazji slalomem całą gromadkę zawodniczek, i chyba znalazłem lepszą lukę między nimi, nie zwolniłem już do samej mety. 

Kopia_011kd 

Kopia_012kd

Czas na mecie 1:00:43 netto.

Staszek dotarł chwilę po mnie. Medal na szyję, butelka wody, banan, wciąż jeszcze łapię oddech, kilka kubków napoju izotonicznego, czip do kosza. Wracam pod dmuchaną bramę i robię swoim zwyczajem jeszcze kilka fotek docierającym do mety. Choć te parę osób będzie miało ode mnie taką pamiątkę.

 Kopia_00__0023

 Kopia_00__0042

Kopia_00__0082 Monika na mecie

Witam też Monikę, która opowiada o swoich skurczach mięśni na początku zawodów. Po chwili porywają ją klubowicze biegowi Katorżnika z Murowanej. Później jeszcze zrobimy sobie wspólną fotkę w czasie dekoracji.

monika

Janek zajmuje trzecie miejsce w swojej kat. wiekowej, w tej samej kategorii Karol jest pierwszy,

Kopia_Kopia_00__010

Małgosia łamie godzinę, Zosia jest pierwsza w „najwyższej” kategorii, my ze Staszkiem podobny wynik czasowy, co mnie niewątpliwie bardzo cieszy.

 Kopia_00__014

Zosia odbiera nagrodę za 1 m-ce

Kopia_Kopia_00__011

Małgosia złamała godzinę

Muszę powiedzieć, że jestem bardzo zadowolony z czasu. Oczywiście kiedyś z pewnością złamałbym godzinę, ale teraz szacowałem się na 1:04:00, no może przy sprzyjających warunkach minutę mniej. Tymczasem byłem bliski tej godziny, a średnie tempo wyszło 8:06/km. Tu muszę podkreślić że jednak w dużej części ten dobry wynik zawdzięczam Staszkowi. Oczywiście każdy inny zawodnik na jego miejscu by mnie w jakiś sposób również motywował do pogoni. Ale akurat znam Staszka możliwości i wiem że nie jest łatwo mu dorównać. W przypadku anonimowego zawodnika podszedłbym może do tego na większym luzie, a stratę miałem naprawdę wyraźną więc łatwo by nie było.

Do końca też nie wiem, kto tak długo siedział mi na ogonie, może pojawią się jeszcze jakieś galerie zdjęć,ze środka trasy, z których będę mógł to wywnioskować.  

 Na koniec jeszcze parę uwag ogólnych. Zawody Nordic walking rozgrywane są tu równolegle z zawodami biegowymi od samego początku jej istnienia. Wprawdzie w pierwszej edycji potraktowano walkerów nieco po macoszemu dając zamiast odlewanego medalu zwykłego blaszaka, ale od samego początku ten marsz zyskał dużą renomę w światku nordikowym i przyjeżdża tu rokrocznie czołówka najszybszych w Polsce. Ten odlewany medal jest wyjątkowy bowiem medale z kolejnych edycji będzie można połączyć w Koronę Dąbrówki i założyć sobie na głowie (pod warunkiem że tych medali będziemy mieć minimum 5). Nie wiem jak organizatorzy wybrną z tej sytuacji ponieważ walkerzy startujący we wszystkich dotychczasowych imprezach mają tych ogniw odlewanych "korony" tylko cztery. Na początek uhonorowali wszystkich i walkerów, i biegaczy mających 5 startów dodatkowym pamiątkowym złotym dukatem. No ale moim zdaniem powinni dodać walkerom to dodatkowe ogniwo po ich zgłoszeniu i sprawdzeniu na liście wyników pierwszej edycji. Na trasie nie ma sędziów oceniających technikę jednak na ogół nie ma tu zachowań ewidentnie łamiących fair play. Co do techniki marszu to oczywiście można mieć tu różne spostrzeżenia począwszy od tego, że dwaj zwycięzcy bieżącej edycji osiągnęli czasy w tempie "biegowym" poniżej 6 min/km. No ale tak to jest jak spotka się dwóch równych i żaden nie odpuści. Ktoś mówił nawet, że powinno się tak maszerujących zdyskwalifikować, na ale w tym przypadku to i organizatorom trudno takie sprawy rozstrzygać (nie mają na to "papierów"), i nam kibicom trudno jednoznacznie takie wnioski stawiać. Jest to marsz na pewno na granicy biegu, ale gołym okiem naprawdę trudno dostrzec w takim przypadku fazę lotu. Zresztą sam bijąc się w pierś pewnie na finiszu poszedłem podobnym stylem i podobną prędkością tyle, że ja nie mogę tak pomykać przez 7,5 km. Pozostali maszerujący w większości starali się zachować podstawowe kanony marszu Nordic walking. Jednak oczywiście były i przypadki szurania kijkami, braku odpychania, ciągnięcia kijów za sobą. Jedna z pań widziałem, że delikatnie dźgała bardziej po trekingowemu niż po nordikowemu podłoże (kije praktycznie ułożone pionowo), co nie przeszkodziło jej osiągnąć niesamowitej prędkości. To jak gdyby potwierdza moją tezę, że prędkość zależna jest od techniki tylko do pewnego jej poziomu. Po jego przekroczeniu w wielu przypadkach jest: im gorzej tym szybciej i im szybciej tym gorzej.  Co do długości dystansu to pojawiło się u mnie podejrzenie, że może było i więcej niż 7,5 km, bo nie tylko mój GPS to wskazał, jednak sam wrysowałem trasę na mapie i wyszło tam równe 7,5 km. Ewentualny błąd mógł być raczej co najwyżej kilkudziesięciu metrów i mogło to być związane z takim położeniem startu/mety by w równolegle rozgrywanym biegu trasa liczyła dokładnie 10 km. Trasa naszego marszu była fragmentami nieco inna i stąd może wynikać błąd. Trudno przecież byłoby dla nas przesuwać maty lub karczować las ścinając jakiś zakręt na trasie, by ją skrócić. Potwierdzało by tą tezę to, że mimo szaleńczego finiszu te ostatnie "pół kilometra" pokonałem w 4:03, a więc tempem wyraźnie wolniejszym niż poprzedni siódmy kilometr. Policzyłem, przy uwzględnieniu mojego tempa z siódmego kilometra z zyskiem 5 sekund na finiszu, że nasz dystans musiał być dłuższy o około 40 m. Niewątpliwie kilkanaście metrów mogłem stracić także na slalomowym wyprzedzaniu uczestników na pierwszym odcinku trasy i być może oba te fakty po zsumowaniu sprawiły, że trochę zabrakło do złamania godziny. Dodać tu jeszcze muszę że dystans 7,5 km jest trochę nietypowy dla na ogół rozgrywanych zawodów. Coś pośredniego między najkrótszym 5 km "sprintem" a "średniodystansowym" 10 km. I to znajduje odzwierciedlenie w przebiegu takiego startu. Z jednej strony bardzo ostre tempo od początku do końca bez najmniejszej chwili oddechu, z interwałami by zgubić przeciwnika, z drugiej dodatkowe 2,5 km dające szansę dogonić specjalistów od "piątki". Analiza zdjęć ze startu pokazuje, że start z pozycji tylnych rzędów (przy 150 startujących pozycje dalsze niż 120) daje jednak dużą stratę na starcie nie tylko z tego powodu że traci się przynajmniej 10 s na samej linii startowej, ale na początkowych 100 metrach dystansu traci się przynajmniej drugie tyle i w końcu gdy ruszamy już pełną parą, ale wciąż z koniecznością wyprzedzania jeszcze wielu uczestników mamy już przynajmniej 50-60 metrów straty. W sumie to może kosztować od pół minuty do 45 s. Czyli znów wracam do złamania godziny, przy nieco zmodyfikowanej taktyce startu myślę, że było to możliwe. Tyle, że mój przyjaciel Staszek będący jednak motywatorem zwłaszcza na ostatnich dwóch kilometrach musiałby również wystartować z czołowych linii.

PS pojawi się tu jeszcze link bezpośrednio prowadzący do galerii zdjęć moich oraz zebranych od innych fotografów w możliwie najlepszej jakości. Zdjęcia można pobrać bezpośrednio z bloga lub (lepiej) z galerii.

V Marsz o Koronę Księżnej Dąbrówki

Biegaj z Opel Szpot - edycja maj 2015

mk130363

To była nietypowa edycja. Okazuje się jednak że były już takie wcześniej. Jednak nie za czasów mojego w niej uczestnictwa. Mistrzostwa Europy w Wioślarstwie spowodowały przeniesienie trasy do lasu obok Malty. Tym razem nie pokonywaliśmy jej więc wokół jeziora po bruku i asfalcie, a ścieżkami leśnymi o zmiennej nawierzchni.. Podobnej rangi zawody wodniaków odbywają się w Poznaniu często i do tej pory na ogół przenoszono tylko część trasy na górny taras (za nowymi trybunami) oraz start do małego amfiteatru przy plaży i kąpielisku. Jednak jeszcze w ubiegłym roku mały amfiteatr zawłaszczył kiosk z lodami (jakby nie można było znaleźć dla niego innego odpowiedniejszego miejsca). Prawdopodobnie też nasz ruch na górnym tarasie trochę by kolidował z ruchem organizatorów Mistrzostw więc zdecydowano się przenieść naszą imprezę na Polanę Harcerza. To tu zlokalizowane były biuro, start i meta naszych zawodów. Nie muszę dodawać, że nam, chodzącym z kijami taka wersja może bardzo odpowiadać. Wprawdzie nawierzchnia całej trasy nie jest idealna, no ale trudno w tym miejscu wymyślić coś lepszego. Trasa w początkowej części wiodła po naturalnym podłożu leśnej ścieżki, aczkolwiek miejscami utwardzonej przed laty ceglanym gruzem. Trzeba było więc troszkę w tych miejscach uważać na groty, ale co ciekawe przed laty, gdy szukałem najlepszej możliwości nordikowego przemieszczania się z Polany Harcerza w głąb nadmaltańskiego lasu tę właśnie ścieżkę, którą wybrali organizatorzy polubiłem najbardziej ze względu na najbardziej miękki charakter. Później niestety musieliśmy wybiec lub wyjść na asfalt. Ale nie do końca, pobocza mają bowiem naleciałości gruntowe więc można było iść prawym lub lewym skrajem asfaltowej alei. Ten asfalt zamienił się później w nawierzchnię szutrową, która w okolicy Stawu Olszak została trwale utwardzona kamykami. Jak łatwo domyślą się bywalcy tych terenów, po okrążeniu Stawu Olszak podążaliśmy z powrotem w kierunku STARTU/METY. Jednak po nawrocie na mostku na Cybinie nawierzchnia znów miała bardziej przyjazne oblicze  leśnej ścieżki. Według zapewnień Organizatora trasa miała być krótsza niż zwykle i mieć 5100 m długości. Dlatego utrzymano limit czasu 50 minut do momentu losowania nagrody głównej.   

Kopia_00__0011

Na bieg pojechałem rowerem. Zrobiłem to dużo wcześniej niż zwykle. Chciałem zrobić porządną rozgrzewkę - marszem przed startem. Zmagam się z bólem piszczeli na krótkich dystansach (z maksymalną prędkością), co ma duży wpływ na czasy osiągane na pierwszych 3-5 kilometrach podczas takiej próby. Jedyne co mogę na tę chwilę na to poradzić, to pozbyć się tego bólu poprzez odpowiednio długą rozgrzewkę polegającą na marszu. Poprzedni mizerny sezon startowy przyczynił się do tego, że ta dolegliwość, o której zapomniałem w poprzednich latach wróciła. Na Polanie Harcerza było już sporo uczestników zawodów, głównie młodzieży. Biuro działało na tę chwilę bardzo sprawnie. Po dopełnieniu formalności i przypięciu numeru startowego ruszyłem na rozgrzewkę po mojej ulubionej trasie, która okazała się później także trasą zawodów.  Nie dyktowałem jakiegoś specjalnie mocnego tempa, ostatnio zauważyłem ze główne znaczenie ma tu jednak pokonany dystans, ale oczywiście w miarę pokonywania dystansu starałem się nieco przyspieszyć. Kontrolowałem też czas na zegarku, gdyż przed startem chciałem jeszcze pogawędzić z przyjaciółmi. Dlatego też moja rozgrzewka trwała tylko 2,5 km i było to chyba jednak troszkę zbyt mało dla moich piszczeli. Nie są to wprawdzie zawody jakoś specjalnie prestiżowe, a raczej rekreacyjne i rywalizacja ma tu oblicze jedynie ambicjonalne. Oczywiście w perspektywie Marszu o Koronę Księżnej Dąbrówki chciałem i w tej imprezie się przetrzeć. Liczyłem na to, że Staszek Przybylak podyktuje dobre tempo, a ja na tym dojadę do ostatniego kilometra. 

 Kopia_00__0022

Na starcie ustawiliśmy się zupełnie z tyłu stawki uczestników. Liczyliśmy na to, że ci przed nami pobiegną i zrobią nam miejsce. Pierwszy odcinek trasy miał charakter prawie agrafki -  100 m i nawrót pod bardzo ostrym kątem. No i tu zdziwiliśmy się po dwakroć. Po pierwsze duża część uczestników ruszyła od razu na skróty praktycznie w poprzek lub w kierunku przeciwnym do przebiegu trasy. Gdzie ci ludzie mają resztki ambicji? Jeśli robią takie machlojki już od startu to tylko domyślić się można co mogli robić później? Doszli w ogóle do Stawu Olszak, nie mówiąc o jego okrążeniu, czy zawrócili po pierwszym kilometrze spaceru? Ta trasa chyba nie nadaje się do organizacji jakichkolwiek zawodów bez maty kontrolnej w najdalej położonym punkcie od startu. Napisałem "spaceru" dwa zdania wcześniej celowo. Bo to jest ten drugi zadziwiający fakt. Jasne jest, że część uczestników pokonuje dystans marszobiegiem. Jasne jest, że niewielka grupa osób maszeruje cały dystans. I jasne jest, że jest grupa osób maszerujących z kijami. No ale w ostatnią sobotę największą grupę stanowili młodzi pełni energii ludzie maszerujący w tempie spacerowym. To dość skutecznie zablokowało nas, idących z kijami przez niemal cały pierwszy kilometr. Musieliśmy przeciskać się między "spacerowiczami" lub wyprzedzać ich po krzaczorach. No była to parodia podejścia do "sportu" przez młodych ludzi. Szkoła kazała im przyjść, wziąć udział i zbierać punkty do klasyfikacji szkół, więc był to dobry pretekst by wyrwać się z chaty. Na tych pierwszych metrach szedłem pierwszy, za mną Małgosia i Staszek. Jankowi, który ruszył szybciej i bardziej zdecydowanie niż my  udało się wcześniej przedrzeć przez ten długi zator i straciliśmy go z oczu. Pod koniec pierwszego kilometra na trasie zaczęło się "przejaśniać" od maruderów i na prowadzenie naszej małej grupki wyszli Staszek i Małgosia. Starałem się ale niestety ja nie byłem w stanie utrzymać ich szybszego tempa i powoli oddalali się ode mnie. Jeszcze na 3 i 4 km migali mi w zasięgu wzroku. Jednak końcówka była dość kręta i tam już nie widziałem ich koszulek. Musieli przyjść na metę przynajmniej 2 minuty przede mną. Tu dodam, że już na początku 3-ciego km zorientowałem się że organizatorzy niedokładnie określili długość trasy i pomylili się dość znacznie nie doszacowując dystansu. Na trasie nie było oznaczeń kilometrów więc mogą polegać tylko na endomodo określając moje międzyczasy. Uwzględniając wcześniejsze włączenie aplikacji przed startem dla pierwszego kilometra oraz ostateczny czas zarejestrowany według stopera dla ostatniego odcinka wyglądało to następująco:

1 km - 9:46

2 km - 8:01, po 2 km 17:47

3 km - 8:40, po 3 km 26:27

4 km - 8:17, po 4 km 34:44

5 km - 8:13, po 5 km 42:57

META 5,6 km - 47:21          

Możliwe jest tu pewne przesunięcie czasu (kilka lub kilkanaście sekund) z kilometra trzeciego do drugiego, ale to bez dodatkowej dokładnej analizy i weryfikacji trasy bardzo trudno stwierdzić w gęstym lesie. Poza tym warto zwrócić uwagę, że mimo że endomondo pokazało dystans 5600 m i generalnie nie mam zastrzeżeń do tego wskazania (ślad nieco wężykowaty ale widoczne też jego znaczne skróty) możliwe było, że trasa w rzeczywistości miała 5550 m lub co także możliwe prawda mogła leżeć pośrodku. W każdym razie dla mnie dość jasne jest że organizatorzy pomylili się o około pół kilometra i to było dość istotne dla limitu czasu.

 Kopia_00__003

Przebieg moich międzyczasów jest też dość łatwo wytłumaczalny. Pierwszy kilometr spowolniony przez korek spacerowiczów. Drugi bardzo szybki, gdyż próbowałem nadążyć za Staszkiem i Małgosią. Trzeci najwolniejszy, bo tu chyba było apogeum bólu piszczeli i ten odcinek kamienisty powodował, że nie można było z całą mocą pomóc sobie odpychaniem. Na czwartym puściły piszczele i to pogłębiało się na piątym kilometrze. Końcówka to był finisz i pełna moc. Jeśli to było 600 m to musiałbym iść tempem 7:20/ km, jeśli to było 550 m to szedłem tempem 8:00/ km. Obie możliwości są równie prawdopodobne. 

 Kopia_00__0073

Kopia_00__0053

Z samego startu byłem umiarkowanie zadowolony. Średnie tempo całego marszu przy przy początkowym spowolnieniu osiągnęło 8:27/km. Frapowała mnie jednak dość duża, wyraźnie ponad dwuminutowa strata do Staszka. Miesiąc wcześniej równo wchodziliśmy na metę, a teraz jednak ja sporo później. I w sumie nie jest dla mnie zaskoczeniem, że na krótkim dystansie przychodzę z tyłu, ale liczyłem jednak, że różnica będzie mniejsza. Jednak każdy z nas przecież trenuje po to by było lepiej, może akurat Staszek lepiej wykorzystał ostatni czas. Może też co nie jest bez znaczenia, czasem decyduje dyspozycja dnia. Może też zabrakło mi 2 km rozgrzewki. Zapis marszu przez endomondo przedstawiam poniżej.

 

Dla formalności dodam jeszcze, że tym razem maszyna losująca nagrody, dość skutecznie omijała nasze numery startowe. Umówieni na Bieg i Marsz Księżnej Dąbrówki zakończyliśmy ten sportowy prolog bardziej prestiżowej imprezy.

Kopia_00__0063

 

 

     

Sześciolatek pokonał maraton...

mk130363

...czyli 6 urodziny Nordic Walking.

Na tytuł dość sensacyjny pozwoliłem sobie tym razem. Oznacza on ni mniej ni więcej, że po sześciu latach uprawiania Nordic walking pokonałem maraton Nordic walking. Tutaj raczej powstrzymywałbym się od komentarza, czy to szybko czy późno, bo tak naprawdę możemy nigdy nie czuć się wystarczająco dobrze przygotowanym do takiej próby. 

1 kwietnia minęły moje już szóste już urodziny Nordic walking. Osiągnąłem wiek szkolny według nowo przyjętych norm. Tradycyjnie przy tej okazji czas na podsumowanie minionego roku. Robię to dość późno tym razem, gdyż raz że czekałem na Maraton, który mógł jakoś zweryfikować i ostatni rok, i całą moją drogę aktywności fizycznej, dwa że natłok innych zdarzeń odłożył to podsumowanie na później, a trzy że chyba najmniejszą mogę tym razem pochwalić się aktywnością od lat.  

Ta moja aktywność fizyczna, jak łatwo się domyślić tym, którzy na bieżąco śledzili wpisy na blogu, w minionym roku nieporównywalnie niższa niż w poprzednich latach. Decydujące znaczenie miała półroczna przerwa w treningach Nordic walking i praktycznie zaprzestanie biegania. W tym czasie ratowałem się używając roweru jako środka komunikacji. Konkrety wypadły następująco:

Nordic walking - moja ulubiona i podstawowa dyscyplina rekreacji i sportu.

Dystans jaki pokonałem z kijami to ponad 1588 km. Łatwo policzyć ile mogło być, gdybym maszerował tak intensywnie cały rok. Więc może nie mam tutaj sobie wiele do zarzucenia poza tym, że może zbyt późno zadbałem o zdrowie w sposób najwłaściwszy, a zbyt długo łudziłem się, że przypadłość sama przejdzie.  

Trenowałem Nordic walking przez 138 dni, co dało aktywność na poziomie 38 % dni treningowych w roku. Tu również widać, że dany mi czas (praktycznie tylko pół roku) wykorzystałem jednak na dość wysokim poziomie. Średni dystans jaki pokonywałem podczas dnia treningu to około 11,5 km. Spadek o kilometr wynika zapewne z tego, że po przerwie musiałem stopniowo dochodzić do dłuższych dystansów. Tygodniowo maszerowałem z kijami  ponad 30 km (30,5 km). Jest to mniej więcej tyle (po przemnożeniu x2) ile zazwyczaj chodziłem w poprzednich latach. To dało średnią na każdy dzień (licząc także te nietreningowe) niespełna 4,35 km.

Kopia_00__028rzadko mam okazję przysiąść na ławce podczas treningu - w tym roku "przysiadłem" na dłużej

Jazda na rowerze.

Tutaj osiągnąłem wynik na bardzo podobnym poziomie jak w ubiegłym roku, Wprawdzie nadal jest to dyscyplina uzupełniająca, ale kilometrażem pokonałem w tym roku Nordic walking.

Przejechałem ponad 1953 km i choć to jazdy prawie tylko komunikacyjne, to dzięki kolejnej łagodnej zimie, dołożyłem w porównaniu do statystyki ubiegłorocznej  ponad 20 km.

Przez 209 dni korzystałem z roweru, co stanowi 57% aktywnych dni treningowych w roku. Tutaj również nieco poprawiłem swoje najlepsze osiągnięcie. 

Średnio tygodniowo przejechałem w ten sposób ponad 37 km.

Bieganie.

Tu podobnie jak w podsumowaniu grudniowym nie ma za bardzo o czym pisać. Właściwie najwięcej przetruchtywałem podczas treningów nordikowych, gdy marsz z kijami przeplatałem z nordic jogging. Ale jest to ujęte w statystykach nordic walking, gdyż w tych aktywnościach i tak zawsze dominujący był marsz.

Statystycznie rzecz ujmując można uśmiechnąć się pisząc, że przebiegłem... 1,89 km. Był to też jeden jedyny dzień w roku, więc promili aktywności nie będę podawał.

Kopia_016_ts1jedyny bieg rekreacyjny w minionym roku 

Marsz, spacer.

W tym roku zarejestrowałem tylko ponad 52 km. Ilość aktywnych dni 23 stanowi  6% w roku.

Średnio spacerowałem więc około 1 km tygodniowo.

Jest to intensywność niewielka w porównaniu do poprzednich lat, ale skoro nie mogłem uprawiać NW i biegać, to jasne też, że i mało w ogóle chodziłem.

Podsumowanie pokonanego dystansu.

W ciągu roku pokonałem łącznie ponad 3595 km.  Pewnego roku pokonałem większy dystans tylko uprawiając Nordic walking.

Dni aktywnych było  293 co stanowi jednak aż 80% aktywnych dni w roku. Niestety wiele z tych dni było o minimalnej intensywności wysiłku, więc zachwycać się nie ma czym. Po prostu ratowałem się czym mogłem w momentach obniżenia aktywności fizycznej. 

Inne aktywności ruchowe (speedminton i gimnastyka).

Tu nie też za bardzo nie ma się czym chwalić. Było tego w sumie tylko 5 godzin. Trochę żałuję, że lepiej nie wykorzystałem tego czasu. 

060520146000012

Jednak mimo tych różnych niedomagań udało mi się dobrze przygotować do maratonu Nordic walking, w którym wystartowałem wkrótce po tych 6 urodzinach i start uważam za bardzo udany.

Biegaj z Opel Szpot - edycja kwiecień 2015

mk130363

Policzyłem, że to był mój 28 udział w imprezie "Biegaj z Opel (lub wcześniej Chevrolet) Szpot". Tyle też podejrzewam znajdziecie relacji z tego wydarzenia na moim blogu. Z pewnością są bardzo podobne do siebie. Ale chyba pierwszy raz zdarzyło się, że "biegacze" zablokowali kijkarzy podczas startu masowego. Widząc te tłumy zgromadzone na starcie nie próbowałem nawet startu z boku, to i tak nie uchroni od przydeptywania kijów, potrącania, zahaczania itp. Ludzie biegną ławą całą możliwą szerokością. Do tego przepychają się i wpadają pod nogi wyprzedzanym przez siebie. Ustawiliśmy się niby na końcu stawki, ale ponieważ biuro prowadziło zapisy do końca, ci spóźnieni uczestnicy ustawiali się za nami. Postanowiliśmy więc iść początkowo nie używając kijów i pozwalając się wszystkim biegaczom wyprzedzić ...

Zacznę jednak od początku. Na bieg pojechałem oczywiście rowerem. Poszedłbym pieszo, ale zawsze można wylosować jakąś nagrodę, więc lepiej ją potem wieźć w plecaku na rowerze niż nieść na plecach :) Było ciepło, bardzo ciepło, nie upalnie ale  bardzo słonecznie. Przed biurem tłumy. Jakiś inne biegi rozgrywane były wcześniej i później (po naszym Szpocie). Dłuższa kolejka młodzieży do biura i krótsza uczestników, którzy lata szkolne mają poza sobą. Tej krótszej to nawet nie zauważyłem i dopiero oburzone głosy, że się wpycham powstrzymały mnie od bezecnej bezczelności zapisania się bez kolejki. Czy oni nie mogą zrobić elektronicznych zapisów, gdzie każdemu nadano by od razu numer i podchodząc do stanowiska, każdy by tylko ten numer odebrał? Wypisywanie na miejscu wszystkich swoich danych trochę jednak trwa. W kolejce Staszek Przybylak w takiej samej koszulce jak ja. Jesteśmy dziś jedną drużyną spod znaku "50" biegów Parkrun. Nie umawialiśmy się, to było czysto przypadkowe. Rozgrzewką była dla mnie jazda na rowerze toteż kilka ćwiczeń w miejscu głównie dla stawów skokowych, kolanowych i biodrowych było wystarczających.

Podczas startu przepuszczamy wszystkich i tu niestety nie do końca było to dla nas dobre. Kiedy już uruchomiliśmy dodatkowy napęd ramion uzbrojonych w kije i ruszyliśmy pełną rurą okazało się, że musieliśmy ostro wyhamować.  Duża ilość wolnobiegaczy zakorkowała nieco węższy podbieg na mostek. Musieliśmy zwolnić bo byśmy zadeptali biegaczy! Widział to kto, jak walkerzy tratują biegaczy? No ale nie jesteśmy tacy bezwzględni, daliśmy im szansę się oddalić. Ale niektórzy uciążliwi byli do końca. Zwłaszcza ci co na przemian biegli i maszerowali. Doganiasz takiego maszerującego zmęczonego biegacza, nadkładasz dystansu by go wyprzedzić i on wówczas podrażniony ambicją zaczyna biec. Za jakieś 200 metrów znów mu zabraknie sił i znów pomaszeruje, ale co wygra z nami to wygra. Endzia dość dokładnie podawała międzyczasy, ale zwracałem tylko o tyle na nie uwagę że poza pierwszym kilometrem gdy musieliśmy przyhamować kręciły się w okolicy 8 minut/km. W pewnym sensie zaufałem Staszkowi. To on od początku nadawał szybkie tempo, a ja starałem się tylko dotrzymać mu kroku. Staszek miał już w nogach poranny bieg w Parkrun, więc pewnie dlatego przemieszczałem się niemal cały czas pół kroku za nim, czasem tylko zrównując się, a czasem tracąc dwa kroki. Dopiero, gdzieś na 5 kilometrze mogłem zmienić Staszka na prowadzeniu w naszej 2 osobowej ekipie i pociągnąć tempo, które on zainicjował do mety. Według zapisu endomondo międzyczasy były następujące (różnice w stosunku do oznaczeń trasy mogły być co najwyżej 2-3 sekundy, endzia miała dziś bardzo dobry dzień):

1 km - 8:55

2 km - 8:10, po 2 km - 17:05

3 km - 8:04, po 3 km - 25:09

4 km - 7:59, po 4 km - 33:08

5 km - 7:46, po 5 km - 40: 54

META (5,4 km) - 44:23

Kopia_250420151630

Zapis marszu tutaj:

 

Średnie tempo wyszło 8:13 min/km. Kiedyś nie było to dla mnie nic nadzwyczajnego, ale teraz jest to bardzo dobry wynik. Za metą czeka na nas woda, ja najpierw piję tę z bidonów z pasa biodrowego. Przybicie pieczątki w Paszporcie Biegacza i po chwili zaczyna się losowanie nagród. Jako pierwszą zawsze losują "samochód na weekend". Stąd ten limit czasowy 50 minut, jak by kto nie wiedział. Jak się spóźnisz, a Cię wcześniej wylosują, to nagroda przepada i kupon nie wraca do maszyny losującej. To losowanie w dniu dzisiejszym to też jakiś ewenement był. Losowano chyba po kolei 15 osób i żadna nie miała prawa jazdy, więc odbierała inne nagrody, a samochód czekał.

 Kopia_250420151631

Niestety mnie wylosowano zbyt późno i spijałem już tylko resztki z nagród, które zostały do wyboru. Ale i tak muszę być zadowolony, bo coś koło 1000 osób (tylu mniej więcej podają organizatorzy uczestników) odeszło z niczym. Na foty organizatora trzeba poczekać. Jak coś będzie z moim udziałem to dokleję. Tymczasem za chwilę króciutka relacja w TVP Poznań.

PS Ha widziałem się w tym tłumie.

 

 

Buty Kalenji Kapteren Explor - pierwsze wrażenie

mk130363

Upatrzyłem je sobie jakieś 2-3 tygodnie przed zakupem. Pewną niepewnością napawała mnie wzmianka producenta, że nadają się na 2-u godzinny bieg, ale postanowiłem zaryzykować i sprawdzić jak zachowają się podczas dużo dłuższego marszu. Oczywiście bez większego ryzyka można było kupić model jakiejś wypasionej marki np. Salomon, ale tak byłoby najłatwiej. Niemal do końca zwlekałem jednak, bo liczyłem że stare buty, które oszczędzałem wystarczą. Niestety ich bliźniaczy model spowodował pęcherze po 17 kilometrowym marszu i te oszczędzane nie dawały gwarancji, że podobnie się nie zdarzy choćby na 25 kilometrze maratonu. Buty więc zakupiłem tydzień przed maratonem, można by powiedzieć, że na"zajączka". Przyznam też, że w sklepie dość długo je próbowałem i przymierzałem. Zacząłem od "mojego" numeru czyli 41. Były dość dobrze dopasowane. Powiedziałbym, że zbyt dobrze jak na maraton. Przypomniałem sobie, że mam model Kapteren (w rozmiarze 41) sprzed kilku lat i on w trakcie użytkowania okazał się dobry na krótkie dystanse. Na długie był trochę ciasny. Przymierzyłem więc kajaki 42. Tu było dużo lepiej. Przeszedłem się, dokładnie obejrzałem i ciągle się wahałem. Wydawały się zbyt duże "na oko", przy mojej drobnej stopie. Poszedłem jeszcze obejrzeć taki sam model, tylko damski. Okazało się, że można na tym zaoszczędzić dwie dyszki, ale najważniejsze by pasowały. Przymierzyłem i były jednak jakby węższe. Sama podeszwa była tak samo szeroka, ale widocznie mniej dano materiału na cholewkę i ta but nieco wyszczupliła. W wyglądzie różnice były o dziwo takimi niuansami, że gdybym raz pojawił się na zawodach w męskich, a raz w damskich zapewne nikt by się w tym nie zorientował. Wziąłem więc męskie kajaki z chyba 1,5 centymetrową pustką w palcach. W domu, gdy przymierzyłem je z innymi butami (w rozmiarze 41) to wychodziło to różnie. Od niektórych były ciut dłuższe, z niektórymi dawały się porównać (kolekcja Lidla sprzed dwóch lat). Dłuższe były też od Salomonów, ale te miały rozmiar tylko 41 i 1/3. Dobre wrażenie sprawiła na mnie cholewka z siateczki o stosunkowo dużych oczkach. Dawało to nadzieję że buty będą dobrze oddychać. Wprawdzie jest  niebezpieczeństwo że mogą się dostawać do środka drobne kamyczki ale tu miała pomóc podszewka we wnętrzu buta. Nie mniej było jasne że stopy będą dobrze okurzone po długim marszu. Z cech typowych butów do nordika brakowało solidnego zabezpieczenia palców. Przy uderzeniu w korzeń całym impetem cienka skórka w przedniej części buta nie zapewniała dobrej ochrony. Podeszwa dość elastyczna w przedniej części, a twardsza pod piętą dawała poczucie stabilności i wygodnego ruchu przetaczania stopy. Krok w tych butach na pewno był sprężysty i odczuwalna była amortyzacja. W zasadzie dopiero teraz wstawiając zdjęcia do tego wpisu zauważyłem, że kolor butów w rzeczywistości różni się od koloru na zdjęciach z poprzedniego wpisu. Buty są szare, a nie czarne jak to pokazywał wpis opisowy. Ale może to i lepiej czarne bardziej ściąga ciepło niż jaśniejsze.

Jest taka zasada, że w nowych butach się nie startuje w zawodach. Buty winny być rozchodzone albo rozbiegane przed zawodami. Myślę, że jednak dotyczy ona głównie dawniejszych czasów oraz butów, których w ogóle nie znamy. Obecnie produkowane buty są tak wygodne, miękkie i lekkie, że naprawdę nie trzeba wielokilometrowych prób, by nasze stopy się w nich właściwie ułożyły i dopasowały.

 Kopia_00__0091

Miałem tydzień na to by wpasować się do nich. I dużo i mało to było zarazem. Zbyt krótko by wykonać marsz ponad 20 kilometrowy. Nie chciałem robić takich prób przed samym maratonem, tym bardziej, że stare pęcherze było dość świeżo zagojone, a miejsca po nich pokryte delikatną skórką. Tę skórkę chciałem co najwyżej wzmocnić, a nie wypróbowywać czy wytrzyma. Dużo, bo mogłem jednak wykonać kilka krótszych marszów. Przed pierwszą próbą wymieniłem w nich sznurówki na te węzełkowe. Jak już to już, będzie test na maratonie dwu produktów na raz.

Kopia_00__004

 Kopia_00__0051

Na pierwszy rekonesans wybrałem trasę do Katedry i z powrotem długości 6 km. Bardzo więc delikatnie rozpocząłem dopasowywanie butów do moich stóp. Na pierwszym kilometrze, gdzieś tuż za jego połową poczułem ucisk na podeszwę między piętą, a śródstopiem, w lewym bucie. Jednak bardzo szybko ten ucisk minął i praktycznie kilometr później już o nim zapomniałem. Przy Katedrze zatrzymałem się by zrobić parę pamiątkowych fotek. W zasadzie było to zapoznawczy spacerek przedświąteczny. W poniedziałek wybrałem się na nieco dłuższy 10-cio kilometrowy marsz, a dzień później poszedłem o 1 km więcej. Ostatni marsz był dwuetapowy 2 x po 7 km z 3 godzinną przerwą w środku. W sumie więc przeszedłem 41 km przed maratonem i muszę powiedzieć, że buty sprawiły obiecujące wrażenie. Niewiadomą było tylko czy będą faktycznie dobrze oddychać jak myślałem i czy stopy nie zagotują się w związku z zapowiadanymi niemal upałami.  

Kopia_00__010

Maraton był dużo większym wyzwaniem dla butów. Nie byłem wstanie przewidzieć jak zachowają się moje stopy przy tak długim dystansie . W sezonie zimowym ani przy 28 km ani przy dwuetapowym treningu na 34 km nic się ze stopami nie działo. Teraz jednak miało być o jakieś 20 stopni cieplej, ale też buty miały być bardziej przewiewne.

I najwidoczniej były, bo nic groźnego się nie stało. Wprawdzie pisałem o tym, że czułem gorąco w butach i hamowałem się (tzn nie szedłem w tzw. trupa) ale to normalne chyba w każdym obuwiu przy tak szybkim i długim marszu. Jedynym skutkiem ubocznym był mały pęcherz oznaczony na zdjęciu, którego odkryłem w zasadzie dopiero w niedzielę.

Kopia_00__027 

Jest to chyba niski wymiar kary za wyszarpany dystans 42 km, Niestety jak pisałem już wcześniej, na którymś okrążeniu przywaliłem paluchem prawej stopy w korzeń. Poczułem chwilowy ból po czym szybko o nim zapomniałem. Nie zauważyłem też ani pod prysznicem, ani  w domu, że coś się niedobrego stało. Dopiero w poniedziałek, gdy paluch zdążył solidnie spuchnąć poczułem ból, a jego duża cześć zrobiła się sino czerwona. Ze względu na drastyczność scen nie zrobiłem mu zdjęcia. To najwyraźniej skutek braku odpowiedniej ochrony w przedniej części buta. No ale, że takie coś się może stać byłem świadomy i nie pomogły nawet pomalowane korzenie, bo jak się idzie nie sposób wciąż patrzeć pod nogi, a i patrząc można pod wpływem zmęczenia uderzyć. 

Kopia_00__030

Na razie trudno przewidzieć jak buty będą zachowywały się w dalszym użytkowaniu. Na razie delektuję się dość komfortowym maszerowaniem w nich w tempie wolniejszym i od maratonu, i od moich przygotowawczych treningów. W każdym razie przeszedłem w nich do tej pory łącznie z maratonem prawie 109 km i jestem zadowolonym ich użytkownikiem.

 Kopia_00__029

Buty Kalenji Kapteren Explor - opis

mk130363

Od pewnego czasu poszukiwałem butów przydatnych głównie do Nordic walking, które niezbyt obciążyłyby mój budżet. W sposób oczywisty kierowałem wzrok głównie na buty triailowe a nie trekkingowe, gdyż przy okazji myślałem o tym, by wystartować w nich w maratonie nordic walking. Te sprawiały dobre wrażenie dzięki podeszwie wyglądającej na zapewniającą stabilność, dodatkowej amortyzacji na pięcie (CS) dość dobrze znanej mi z innych butów tej marki, nacięciom w podeszwie w okolicy śródstopia zapewniającym jej elastyczność i ułatwiającej przetaczanie stopy oraz siateczkowej cholewce zapewniającej dobrą wentylację podczas długiego marszu. Oczywiście takie cechy ma wiele butów, jednak te przypominały mi nieco buty tej marki dedykowane specjalnie właśnie nordic walking, a w których niegdyś przeszedłem grubo ponad 2 tys. km.

BUTY KALENJI KAPTEREN EXPLOR

bo o nich mowa przeznaczone są do biegania po łagodnych ścieżkach w terenie. Przyczepność i komfort to największe zalety, które odczujemy według producenta podczas biegania w tych butach na łonie natury.

KKE1

Przyczepność. Wypustki 3 mm w różnych kierunkach zapewniają przyczepność na nierównościach

 KKE2

Komfort użytkowania. Anatomiczna wkładka z pianki EVA, cholewka z oddychających materiałów.

 KKE3

Trzymanie. Sieć pasków okalających przód stopy zapewnia dobre trzymanie i elastyczność.

KKE45

Stabilność. System Arkstab® zwiększa stabilność stopy w czasie biegu.

Amortyzacja. Podeszwa środkowa z pianki EVA i system amortyzacji CS® na pięcie.

 KKE8

Widoczność. Odblaskowe elementy z przodu i z tyłu.

 KKE6

 KKE10

Skład. Wierzch z oddychającej siateczki i materiału syntetycznego, podeszwa środkowa z pianki EVA, podeszwa zewnętrzna z węglowego kauczuku.

 KKE7

Przeznaczenie. Stopa neutralna. Waga użytkownika < 85 kg.

Opinie testujących. Testujący szczególnie docenili buty Kapteren Explor za przyczepność i wygodę.

Dzięki nim znajdziemy swój rytm i polubimy swój bieg, takie hasło reklamowe widnieje na butach.

Swoje pierwsze wrażenia i to  jak sprawiły się buty na maratonie opiszę w następnej notce.

 

 

II Mistrzostwa Polski Nordic Walking w Maratonie - zawody cz. 2

mk130363

Okrążenie nr 6.

Nadal żadnych jakichś istotnych wydarzeń nie odnotowałem. Nadal "nic"się nie działo. Zdublował mnie wieloletni przyjaciel z nordikowych tras Karol Waruszewski .

Kopia_IMG_7349Karol - 105

Ja poczułem tymczasem, że stopy się zagotowały i nie chcąc by osiągnęły temperaturę wrzenia, hamowałem swoje zapędy by choć trochę przyspieszyć. Byłem przekonany, że cały czas idę prawie na końcu i korciło żeby choć po parę sekund uszczknąć na każdym kilometrze i zacząć odrabiać straty. Jednak chyba rozsądek przeważył, gdybym teraz złapał pęcherze, myślę że trudno byłoby ukończyć maraton. Oceniałem, że mogę z takim bólem iść nie więcej niż dwa okrążenia, a miałem jeszcze prawie pięć przed sobą.. Uczestnicy rajdu zgodnie z przewidywaniami nie stanowili dla mnie dużej przeszkody, ale niektórzy maratończycy idący 3-4 minuty przede mną zapewne gorzej trafili.  

Kopia_IMG_7351

Z zapisu wyników wynika, że jeden z zawodników nie ukończył tego okrążenia. Przyczyny nie są mi znane.

Czas 6 okrążenia: netto 36:54

Czas po 6 okrążeniach (25,3170 km): netto 3:41:27, brutto 3:41:36

Nadal radowałem się przede wszystkim równym tempem.

Zajmowałem 61 miejsce.

Okrążenie nr 7. 

Teraz dopiero zaczynam odczuwać, że coś się zaczyna dziać. Wyprzedzam 2 zawodników i 1 zawodniczkę. Moment dogonienia Jurka Appela (również długoletniego nordikowego przyjaciela) uwiecznił mój ulubiony od dziś fotograf.

Kopia_IMG_7460

Kilometr przed metą siódmego okrążenia doganiam Irenkę Karasiewicz. Siedzi i odpoczywa. Jestem trochę zdziwiony, bo ona więcej razy wygrywała ze mną niż ja z nią. Ale musiała widocznie zaraz za mną ruszyć, bo czasowo nie wyprzedziłem jej na tym okrążeniu ze względu na początkowy "zapas" 2 minut. W sumie to ja też mam swój dramat. Wcześniej w połowie okrążenia zerwała mi się pętelka w lewej rękawiczce mocowanej do rękojeści kija. Waldek Kretkowski stał na swoim punkcie sędziowskim jakieś pół kilometra za mną. Powrót po rezerwowy pasek kosztowałby mnie dodatkowy kilometr marszu. Trudno byłoby się na to zdobyć na zawodach i po przebyciu takiego dystansu. Musiałem więc kontynuować marsz trzymając lewy kijek za rękojeść cały czas w dłoni.

Ale czekałem na takie momenty bardzo cierpliwie. Taktyka zaczynała przynosić efekt. Nie odczuwam radości, że ktoś osłabł, albo że doznał może jakiegoś urazu, po którym musiał zwolnić. Cieszyłem się, że nadal utrzymywałem swoje tempo.   

Czas 7 okrążenia: netto 36:57

Czas po 7 okrążeniach (29,5365 km): netto 4:18:24, brutto 4:18:33

Odnotowałem więc kolejny awans i zajmowałem miejsce 58.

Okrążenie nr 8.

Znowu jedna wielka posucha i samotność długodystansowca. Okazało się jednak, że jeden z zawodników idących przede mną nie ukończył tego okrążenia. Awansuję więc o kolejną pozycję.

Kopia_IMG_7535

Ścigałem powoli trójkę pań wśród której była para rodzinna (mama i córka) Katarzyna i Izabela Wolniewicz. Ale jeszcze całe dwa okrążenia mogłem tylko oglądać ich plecy.

Kopia_IMG_7531Katarzyna - 111, Izabela - 110

na górkach

zmęczenie maratończyka

W połowie okrążenia zakładam na lewą rękę rezerwowy pasek odebrany od Waldka i znów mogę bez przeszkód pociągnąć ramię daleko do tyłu bez obawy zgubienia kija. Jak się okazuje sędzia może nie tylko nas "pilnować" ale i służyć pomocą jako punkt serwisowy czy pomocy medycznej. Waldek wyposażony w dobrą apteczkę niejeden raz udzielał pomocy medycznej.

Rozczarowany byłem jednak trochę, że mało kogo doganiam, ale nie miałem czasu się nad tym rozczulać. Po 30 kilometrach mogła nadejść ściana i to bardziej zaprzątało moją uwagę. W butach ciepło. Pojawił się wyraźny ból prawego biodra. Uda bolały mnie już od poprzedniego okrążenia. Nigdy nie czułem bólu w udach podczas uprawiania Nordic walking, teraz tak. Właściwie to już zaczynał się marsz siłą woli. Ale z tablicy na mecie wynikało, że znów przeszedłem okrążenie w 37 minut. Ściana skutkowała różnicą tylko kilkunastu sekund. Czy ściana to mit, czy ma dopiero nadejść? 

Czas 8 okrążenia: netto 37:13

Czas po 8 okrążeniach (33,7560 km): netto 4:55:37, brutto 4:55:46

Zajmowałem 57 miejsce.

Okrążenie nr 9.

Przedostatnie okrążenie napawało optymizmem. Te nieco ponad 8 kilometrów to już jest spacerek. Straty kilkunastu sekund na poprzednim i tym okrążeniu wynikają też pewnie z tego, że przynajmniej część tego czasu tracę na zatrzymanie przy punkcie odżywiania i wypicie dwóch kubeczków izotonika. Przed bananami "w locie" nie zdołam wypić dwóch porcji, więc muszę na te 5 sekund się zatrzymać. Tu przy okazji wspomnę że mój organizm fizjologicznie zdał egzamin. Małe porcje napojów i bananów, ale przez cały czas. Nie musiałem korzystać z toy-toja ani w kabinie ani pod drzewkiem. Wyprzedzam dwie zawodniczki. To jednak nadal wydaje mi się, że mało. Miałem wrażenie jakbym wyprzedził w sumie zaledwie kilka osób. A do końca już bardzo niewiele zostało. Na górkach doganiam 4 zawodniczki idące razem, w tym trójkę ze zdjęcia z poprzedniego okrążenia..Wyprzedzam je na trasie, ale one mają nadal nade mną 2 minuty przewagi i będę to próbował niwelować przez ostatnie półtora okrążenia.Tego okrążenia nie ukończył jeden z faworytów idących w czołówce z bardzo dobrym czasem. Przyczyny nie znam.

 

jeden z ostatnich punktów z wodą

Czas 9 okrążenia: netto 37:21

Czas po 9 okrążeniach (37,9755 km): netto 5:32:58, brutto 5:33:07

Zajmuję 54 miejsce.

A ściana to chyba mit którym, straszą głównie ci, którzy zdecydowanie zbyt szybko zaczęli. Owszem jest się trochę zamroczonym, ale przy dobrym wytrenowaniu i rozsądnym starcie na miarę swoich możliwości nie można wiele stracić.

Okrążenie nr 10.

Dotarło do mnie, że wynik 6 godzin 10 minut jest bardzo możliwy i ... musiałem to zrobić. Nie było wyjścia. Skoro nie osłabłem przez 9 okrążeń, to nie mogę tego wypuścić na ostatnim.

Kopia_na_punkciedwie porcje izotonika to teraz podstawa

Na punkcie odżywiania są ze mną chyba 3 zawodniczki. Jedną zgubię na ponad 2 minuty więc będę miał lepszy czas, dwie zgubię, ale nie odrobię tych dwóch minut i ostatecznie będą przede mną.o kilkadziesiąt sekund. Na pierwszym kilometrze tego okrążenia doganiam i wyprzedzam jednego zawodnika. Znam ten scenariusz od lat nikt, nigdy nie skontrował skutecznie mojego ataku na ostatnich okrążeniach. Po prostu jeśli idzie się coraz wolniej z okrążenia na okrążenie, to oznacza że ubytek sił jest tak wielki, że nie można tego przezwyciężyć i nagle przyspieszyć. A ja idę równo jednym tempem. Nie muszę wcale przyspieszać przy wyprzedzaniu.

 Kopia_IMG_78091

Tak naprawdę wszystko zaczyna się mieszać, ja doganiam kogoś a ten ktoś jeszcze kogoś, a może ktoś kogoś dubluje i w sumie to już nie wiemy, kto z kim i o co walczy. Za chwilę ostatni punkt z wodą.

Kopia_IMG_7843

Cały czas wydaje mi się, że w klasyfikacji jestem bardzo daleko. Zbliżam się do jeszcze jednego zawodnika. Jest dość blisko. Ale ja już naprawdę siłą woli idę. Kilometr przed metą na tej szutrowej ścieżce to jest już jakieś 30-40 metrów. Cały czas powtarzam sobie, że nie, że to już jest ponad moje siły. Nie będę próbował go wyprzedzić. Nie i jeszcze raz nie. Ale wciąż się zbliżam. To już jest chyba 10 metrów straty. Nie, nie będę wyprzedzał. Mijamy ostatnią tablicę oznaczającą 4 kilometr ostatniego okrążenia. To jest już tylko 3 metry straty. Tak, muszę to zrobić bo będę potem żałował, że mogłem być jedno miejsce wyżej. Nie obchodzi mnie z jakiej jest kategorii wiekowej (chyba młodszej). Mocniej odbijam się z paluchaOstatnim wysiłkiem go wyprzedzam i już niemal lecę na skrzydłach do mety te ostatnie 200 metrów. Widzę zegar odliczający nieubłaganie sekundy. Jest tuż przed moim celem.

6:09:56

6:09:57

META MARATONU:    6:09:58 brutto !

Netto jest 6:09:49 !

Czas 10 okrążenia: netto 36:51

BRAKUJE MI ZDJĘCIA Z METY

jakby ktoś coś wiedział to proszę o udostępnienie

Wytrzymałem do końca. Niesamowita radość w sercu, ale stoję jak otumaniony za metą. Nie mogę w to uwierzyć. Dla mnie to mój rekord świata. Dostaję medal na szyję. Wolontariuszka Justyna Ściesińska (uczestnicząca także wcześniej w konkurencji sztafet) podaje mi napój izotoniczny. Podchodzę i proszę o jeszcze dwie albo trzy porcje. Teraz jak stanąłem, już trudno się ruszyć, wszystko mnie boli. 

Kopia__DSC2235Ela czekająca z kubeczkiem na kolejnego maratończyka

Pierwsza połówka w 3:05 i druga połówka tak samo w 3:05. To jest zupełne szaleństwo dla mnie. Podchodzę do jakiegoś krzesełka. Siadam. Znów pojawia się wolontariuszka z izotonikiem, pyta czy mi zdjąć buty. Odmawiam :) boję się że po zdjęciu już ich nie założę i spędzę na tym krzesełku cały wieczór, a może i noc. Proszę o drożdżówki i napój. Oprócz drożdżówek dostaję jeszcze kawałki banana i kawałki czekolady.

Zajmuję ostatecznie 47 miejsce. A więc na ostatnim kółku musiałem wyprzedzić w sumie 7-em osób. Prawdziwa "rzeź niewiniątek". I ta moja pozycja to jest to, co mnie tak bardzo zdziwiło. Uczestników było 74. Wydawało mi się, że wyprzedziłem tylko kilka osób na trasie, no może w sumie dziesięć. Tymczasem z 71 pozycji po pierwszym kółku awansowałem aż: o 24 miejsca. W swojej kategorii wiekowej zajmuję 7 miejsce, ale to nie jest dla mnie istotne. Wszystko zdało egzamin. Mój cały organizm, moje kolano, moje pęcherze świeżo zaleczone nie odnowiły się, buty zdały egzamin, sznurowadła zdały egzamin, skarpety kompresyjne zdały egzamin, krem sportowy do stóp zdał egzamin, endomondo zdało egzamin (zapis poniżej),

 

endomondo dodało dystansu średnio 26 m/1 km

bateria w komórce wytrzymała i atmosfera przed, na i po zawodach zdała egzamin.

Suma strat: mały pęcherz, (1 cm) który unaocznił się dopiero w niedzielę na lewej podeszwie i opuchnięty sino czerwony paluch prawej stopy, którym wyrżnąłem w jakiś korzeń i chyba paznokieć lekko wbił się w skórkę.

Jeszcze makaron dla maratończyka (dzięki Żanecie Kaźmierczak nie musiałem iść te dodatkowe 300 m po kupon, który był w pakiecie), jeszcze czekają dekoracje i losowania. Pod prysznicem by umyć stopy korzystam z krzesełka. Ciężko się poruszać. W ciągu, pewnie dałbym radę jeszcze jedno kółko, może nie w takim tempie, ale dałbym radę. Jednak teraz każdy krok sprawia trudność, zwłaszcza pierwsze 3-4 kroki, gdy wstaję z krzesła, potem już jakoś idzie lepiej. Tak będzie też następnego dnia. Nieświadomie naciągam Majkę i Waldka na podwózkę do Poznania. Pomyliły mi się strony świata, a przecież Września nie z tej strony Poznania jest. Gibaliby dla mnie 100 km dodatkowo, i oni są to w stanie zrobić! Ale nie miałbym chyba serca, bo Majka też przecież przeszła Maraton, a Waldek prawie 9 godzin na punkcie sędziowskim. Na szczęście znalazłem pociąg z Gniezna do Poznania i jakoś wybrnąłem z tej sytuacji. Ale dzięki za podwózkę do Gniezna i za chęci na więcej.

Najważniejsze jednak, że MARATON zdobyty!

PS 

Wygląda na to, że pokonałem przy okazji 3 sztafety złożone z 5 osób. Jeden człowiek ... jaka moc.

Marcin Michalec (zwycięzca Maratonu) pokonał wszystkie 23 sztafety :)

Szczególne podziękowania dla Konrada Walczaka autora niemal wszystkich zdjęć w mojej relacji z Maratonu

Kopia_IMG_7959

 

 Wszystkie zdjęcia, na których jestem oraz zdjęcia innych uczestników zawodów autorstwa w przeważającej większości Konrada 

II Mistrzostwa Polski Nordic Walking w Maratonie

II Mistrzostwa Polski Nordic Walking w Maratonie - zawody cz. 1

mk130363

Tradycyjne odliczanie i ruszamy. Start bardzo spokojny. Tu już widać, że to nieprzypadkowi ludzie i wiedzą na co się odważyli. Nie ma problemu z przydeptywaniem, zahaczaniem, potrącaniem, każdy idzie uważnie i stopniowo nabiera prędkości. Naprawdę nie można wygrać ani maratonu, ani półmaratonu na pierwszych stu, czy dwustu metrach. Za to można go przegrać. Nikt tego nie chce, więc zaczyna się fajnie, bezpiecznie i przyjaźnie. Miejmy nadzieję, że tak będzie do końca. Ustawiłem się w tylnych rzędach i okazało się później, że kosztowało to tylko stratę 9 s na czasie brutto w stosunku do czasu netto. Przekraczając matę uruchamiam stoper. Powoli się rozciągamy i każdy nabiera własnego tempa.

Kopia_maraton201571Jurek - 149, Karol - 138

Gdy schodzimy ze stadionu, patrzę w bok przez ramię i widzę, że kobiety też już wystartowały.

Kopia_IMG_6795Monika - 102, Irena - 146, Majka - 161, Wanda - 130

Okrążenie nr 1.

Wpadam w swój rytm marszu. Nie przejmuję się tym,  że większość zawodników oddala się przede mną. Idę czwarty od końca Wyprzedzam tylko 3 panów (jak się później okazuje po wynikach międzyczasów), choć wydawało mi się że idę przedostatni. Panie wyprzedziły mnie wszystkie, jedne pozdrawiały mnie przy tym na trasie jak Wanda Śliwka (też niejedne te same długie zawody przeszliśmy),. Irena, Majka i Monika, a  niektóre korespondencyjnie zmniejszając do mnie stratę ze startu wynoszącą ponad 2 minuty. Jedna z pań doganiających mnie na trasie potknęła się o wystający korzeń na "górkach"i upadła. Ale na szczęście nie wymagała pomocy medycznej, ot trochę się potłukła. Sam pewnie, ze trzy lub cztery okrążenia później przywalę paluchem prawej stopy w jakiś korzeń pełnym impetem dawanego kroku. Skutki tego zobaczę dopiero w poniedziałek jak paluch opuchnie i zrobi się sino czerwony.   Kontroluję międzyczasy na poszczególnych kilometrach i jest po prostu pięknie. Nie pamiętam co do sekundy (po maratonie myliły mi się nawet strony świata), ale mnie więcej było to tak jak zarejestrowało endomondo:

1 km - 9:12

2 km - 8:49, suma 18:01

3 km  - 8:56, suma 26:57

4 km - 8:32, suma 35:29

Kopia_IMG_68201

Czas 1 okrążenia (4,2195 km ): netto 37:17, brutto 37:26

Tablica świetlna pokazywała oczywiście czas brutto i to pozwalało mi kontrolować tempo na okrążeniach. Czas netto obliczyłem odliczając wspomniane wcześniej 9 sekund.

Zajmowałem po tym okrążeniu 71 miejsce, ale wówczas tego nie wiedziałem bo nie wiedziałem, ani ilu ostatecznie uczestników wystartowało, ani ile osób wyprzedzałem. Wiedziałem tylko, że raczej nie jestem ostatni. 

Okrążenie nr 2.

Jeszcze zerkałem na stoper po każdorazowym komunikacie wirtualnego trenera po przebytym każdym kilometrze. Wychodziło, że jest około 9 min/km lub troszkę poniżej. Już na poprzednim okrążeniu zauważyłem jednak, że endo lekko naddaje dystansu. Nie dużo, może 20 może  30 metrów. Stąd trudno jednoznacznie stwierdzić na ile dalsze poszczególne międzyczasy z endo są dokładne. Zapewne mogą różnić się o kilka lub kilkanaście sekund, dlatego nie będę ich przytaczał. Można je obejrzeć na zapisie endo i widać tam, że większość z nich mieści się w granicach między 8:30/km a 9:00/km. Tu różnice mogą wynikać głównie z warunków na trasie, małe pagórki, punkty odżywiania i nawadniania, które też mogły spowalniać marsz w danej chwili. Od samego początku brałem izotonik (czasem zwłaszcza pod koniec maratonu dwie porcje), banana i wodę na mecie, oraz wodę na punktach z wodą. Chyba tylko raz zrezygnowałem z wody i raz z izotonika (na pierwszym okrążeniu). Szedłem swoim tempem, nikogo nie wyprzedzałem i nikt mnie nie wyprzedził.

Kopia_IMG_6893

 

Czas 2 okrążenia: netto 36:56

Czas po 2 okrążeniach (8,4390 km): netto 1:14:13, brutto 1:14:22

Czas brutto kolejnych okrążeń jest oczywiście równy czasowi netto (gdyż dodatek 9 sekund wynikł tylko z powodu startu z dalszej pozycji), natomiast czas brutto po kolejnych okrążeniach był zawsze o te 9 sekund gorszy.

Zachowałem status quo odnośnie zajmowanego miejsca. Nadal byłem na 71 miejscu

Okrążenie nr 3.

W zasadzie nic się nie działo. Szedłem samotnie, nikt mnie nie doganiał poza pewnie najszybszymi sztafetami, i ja nikogo nie doganiałem. Można powiedzieć okrążenie bez historii. Ale jak przeanalizować międzyczasy poszczególnych uczestników to okazało się, że korespondencyjnie wyprzedziłem dwie zawodniczki, które wcześniej zapewne zbliżyły się do mnie, a teraz ja im uciekłem o więcej niż te 2 minuty pochodzące z różnicy startu.

Kopia_IMG_7066na mijance

Czas 3 okrążenia: netto 36:44

Czas po 3 okrążeniach (12,6585 km): netto 1:50:57, brutto 1:51:06

Zajmowałem więc teraz 69 miejsce, ale cały czas bylem właściwie przekonany, ze idzie za mną tylko jeden uczestnik.

Na trasie spotykałem wielu znajomych, kibicujących, fotografujących, także znanych mi sędziów. Pozdrawiali mnie, pytali jak idzie? Odpowiadałem niezmiennie: że spoko, według planu, ...bo tak właśnie było.

Okrążenie nr 4.

No tu również można by podsumować, że bez historii. Straciłem z oczu już ostatnich maratończyków, którzy gdzieś tam jeszcze przed chwilą migali mi wcześniej między drzewami, albo na długich prostych na horyzoncie. Traciłem do niektórych już po więcej niż 10 min. O czołówce w ogóle nie wspomnę, bo nie pamiętam na którym okrążeniu pierwsi maratończycy zaczęli minie dublować. W każdym razie grupy pościgowe były około pół okrążenia przede mną i spotykałem je na mijankach.

Kopia_IMG_6904Waldek tyle godzin na posterunku i wciąż uśmiechnięty

Tymczasem okazało się, że korespondencyjnie znów wyprzedziłem dwie zawodniczki. Niby nic się nie działo , a ja znów przesunąłem się do przodu.

Czas 4 okrążenia: netto 36:39

Czas po 4 okrążeniach (16,8780 km): netto 2:27:36, brutto 2:27:45

Mnie cieszyło bardzo równe tempo na poszczególnych okrążeniach. Tu muszę wspomnieć, że nie da się regulować tak tempa, by zwalniać jak się poszło za szybko lub przyspieszać, gdy się poszło za wolno. Chyba, że ustali się tempo znacznie poniżej swoich możliwości. Ja zawsze chodziłem od początku do końca na maksa swoich możliwości i tak to chciałem zrobić także na maratonie.Trzy kolejne okrążenia w granicach 17 s i ... nawet minimalnie przyspieszałem :) jak się okazuje. No ale tak miałem zawsze na 20-kach, więc zdziwiony być nie powinienem. Teraz zaczynało się okrążenie kończące połowę dystansu czyli półmaraton.

Zajmowałem zaś po tym okrążeniu miejsce 67.

Okrążenie nr 5.

Z obliczeń wychodziło, że kończyć będę to okrążenie o godz. 13.05. A więc 5 minut po starcie Rajdu. Była to dość korzystna sytuacja ponieważ ci najszybsi z rajdu mnie nie dogonią, bo idą tylko jedno okrążenie, a ci najwolniejsi zdążą się rozciągnąć na dużej odległości i nie będą zbytnio utrudniać życia koniecznością ich wyprzedzania. Szeroko rozumianych średniaków z kolei ja nie dogonię, bo wystartują przecież 5 minut przede mną. W rywalizacji maratońskiej dla mnie także nadal właściwie niewiele się działo. Wprawdzie wyprzedziłem jednego zawodnika, a jeden z zawodników z powodu urazu na tyle zwolnił, że go również dogoniłem (wycofał się zresztą z rywalizacji na tym okrążeniu), no ale "krwi" jak to określił przyjaciel fotografujący na trasie i znający moją taktykę maszerowania, jeszcze tak na dobre nie poczułem. Tymczasem jak się okazuje dodatkowo, najprawdopodobniej korespondencyjnie wyprzedziłem 3 zawodniczki. A więc pierwsza krew się polała tyle, że raczej za moimi plecami i nawet o tym nie wiedziałem. Długi dystans zaczynał zbierać żniwo.

IMG_7230   Wojtek - 113 i Przemek przede mną

Kopia_IMG_7231Przemek - 116

Przed stadionem zdublowali mnie najpierw Wojciech Kolasa, a następnie Przemek Stupnowicz. Ale to było wkalkulowane w przebieg wydarzeń ponieważ oni również chodzą bardzo równym tempem tyle, że nieco szybszym niż ja.

Kopia_IMG_7233

ścieżka szutrowa prowadząca na stadion

Czas 5 okrążenia: netto 36:59

Czas po 5 okrążeniach (21,0975 km): netto 3:04:33, brutto 3:04:42

Szedłem więc nadal jak zegarek, myślę, że ze względu na to iż było to głównie na tzw. czuja (a nie sterowane) można powiedzieć że nawet jak szwajcarski zegarek. Minąłem półmetek czyli półmaraton. Cieszyłem się czasem, ale nie wiedziałem czy druga część dystansu będzie równie pomyślna. Teraz miały się rozpocząć "schody".

A przesunąłem się na tym okrążeniu o 5 pozycji do przodu i zajmowałem teraz 62 miejsce.

 

 

 

 

II Mistrzostwa Polski Nordic Walking w Maratonie - przed startem

mk130363

Nie będę zanudzał relacją z biura zawodów bo to raczej wszędzie wygląda podobnie zresztą tyle razy już to opisywałem, że starczy . Idzie na ogół wszystko sprawnie: numer, czip, pakiet, podpis. Nie robiłem zbyt intensywnej rozgrzewki, parę ćwiczeń indywidualnych trochę spaceru, chwila ćwiczeń z całą grupą zawodników. Prawdziwą rozgrzewką będzie pierwsze okrążenie, na którym szalał nie będę. Oczywiście spotykam wielu miłych znajomych z poprzednich startów i nie sposób wymienić wszystkich by Kogoś nie pominąć. Wspomnę jedynie Majkę i Waldka Kretkowskich, z którymi starowałem już w 2009 roku na Pierwszych Mistrzostwach Polski NW oraz Konrada Walczaka, który już w 2010 roku pstrykał mi fotki podczas Drugich Mistrzostw Polski NW. Teraz ponieważ sam nie może wystartować znów mogę liczyć na jego fotki.Oto pierwsza z nich.

Kopia_IMG_6777

Z wcześniej wymienionego duetu Majka miała wystartować w Maratonie, a Waldek miał sędziować. Zaprzyjaźniam się z nowo poznanymi z nośnika najszybszej informacji, w tym z Moniką Pokorniecką z Kołobrzegu, z którą możemy wymienić parę powitalnych zdań przed startem. Przygotowując się do maratonu ćwiczyłem tempo w okolicach 9 min/km. Tak oceniłem realnie swoje możliwości zdrowotno-kondycyjne. Sam maraton nordikowy w zaproponowanym na Mistrzostwach Polski wydaniu ma swoją pewną specyfikę. Do tej pory  wszystkie zawody Pucharu Polski odbywały się na pętlach 5-cio kilometrowych lub połowie.takiego dystansu. Było to bardzo wygodne dla 5, 10 i 20 km. Po zmianie najdłuższego dystansu na półmaraton konieczne było wyznaczenie jednej jednej pętli dłuższej. W przypadku maratonu, ponieważ jest on rozgrywany niejako samodzielnie bez 5-ki i 10- ki, postąpiono inaczej. Wytyczono pętlę o długości 4,2195 m. Zawodnicy mają zatem do pokonania 10 takich pętli. To jednak powoduje pewien kłopot. W takim nordikowym maratonie trudno kontrolować międzyczasy poszczególnych kilometrów bez specjalistycznego wypasionego sprzętu. Zwykłe ednomondo z komórki może nas nieco oszukać, więc nie można w pełni ufać komunikatom wirtualnego trenera. Poza tym różnie może się zdarzyć, można zgubić sygnał z satelity może się rozładować bateria itp. Dlatego najlepiej zaufać oznaczeniom na trasie i własnemu stoperowi. Tyle, że w naszym przypadku oznaczone są tylko kilometry pętli ( 1 km, 2 km, 3 km, 4 km) czyli, gdy idzie się np. drugie kółko to przy jedynce jest już 5,2195 km, ale nie wiemy, w którym miejscu było 5 km.  Podobnie jest z kolejnymi kilometrami i ten problem narasta z każdym kolejnym kółkiem. Faktycznie więc dokładną kontrolę mamy co 1 okrążenie czyli co 4,2195 m. Dlatego by iść równo, trzeba mieć to dobrze wytrenowane i nie reagować, i ne podpalać się tym że ktoś idzie szybciej. Szarpane tempo będzie dla nas interwałem, a to może być dobre podczas treningu, a nie zawodów. Kiedyś wyćwiczyłem równe tempo dla 20-ki na poziomie 8 min/km lub w szczytowej formie nieco lepsze. Teraz przy tym dystansie przyjąłem, że 9 min/km może być optymalne. Tuż przed startem przyszedł mi do głowy pomysł określenia tempa na okrążenie. Pomnożyłem 4 km przez 9 minut i na te dodatkowe ponad 200 metrów dodałem 1 minutę. Wyszło więc 37 min/okrążenie. W sumie dawało to 370 min czyli 6 godz. 10 min w maratonie. Pewnie, że fajnie byłoby złamać "szóstkę" ale może pokusiłbym się o to 2 lata temu. Poza tym pamiętałem, że Marek Szuster były chodziarz sportowy, mający na koncie wiele rekordów świata w ekstremalnych próbach (24 godzinnych, 12 godzinnych) np. w bieganiu po schodach, pływaniu i w nordicu (pisałem kiedyś o tym na blogu), ustanawiał rekord świata w Malborku (rok 2007) w nordikowym maratonie czasem około 5 godz. 22 min. 1

Więc założony rezultat i tak był dla mnie niesamowity. Wszystko zależało tylko od tego czy wytrzymam takie tempo od początku do końca. Widmo tzw. ściany po 30 kilometrze kazało z rezerwą podchodzić do wszelkich deklaracji czasowych, dlatego głównym celem było dla mnie samo przejście maratonu w zdrowiu, a nie pogoń za jakimś mniej lub bardziej realnym czasem. 

Start zaplanowany był na godz. 10.00. Miał odbyć się w dwóch grupach, osobno mężczyźni i osobno kobiety (około 2 minuty po nas).  Ustawiano nas na starcie według kategorii wiekowych od najmłodszej do najstarszej. Chodziło o zwiększenie bezpieczeństwa i umożliwienie ruszenia najszybszym kobietom pełną mocą. Nie od dziś wiadomo, że te najszybsze wyprzedzają wielu mężczyzn i ustawione z tyłu miałyby na początku kłopot przy wyprzedzaniu najwolniejszych. Jest to chyba optymalne rozwiązanie, bo mieszanie zawodników i zawodniczek razem na starcie musiałoby odbywać się jedynie na podstawie jakiegoś rankingu uzyskanych wcześniej wyników w maratonie nordikowym. Ten był dopiero drugą edycją, więc tylko część uczestników załapałoby się do takiego rankingu. Może kiedyś tak to zrobią. Ten podzielony start ma jednak swoje konsekwencje, ponieważ również nie od dziś wiadomo, że w takich zawodach wszyscy walczą ze wszystkimi niezależnie od kategorii wiekowej czy płci. Stąd trudno było o bezpośrednią rywalizację między zawodnikami i zawodniczkami, bo obarczona ona była poprawką o te 2 minuty, o które kobiety wystartowały później. W pewnym sensie ta rywalizacja była więc "korespondencyjna", a wyprzedzenie zawodniczki na trasie nie gwarantowało lepszego miejsca od niej. Trzeba było mieć jeszcze nad nią ponad 2 minuty przewagi. Było też tak, że gdy startowała "para mieszana" to partner początkowo szedł nieco wolniej pozwalając się dogonić partnerce i później resztę trasy pokonywali już wspólnie. Tu docenić trzeba poświęcenie takiego partnera, który najczęściej poświęcał swój lepszy wynik dla "wspólnego dobra" i wspólnego pokonania tak wymagającego dystansu. Powiedziałbym, że to bardzo sportowa, i bardzo nordikowa postawa. Brawa dla tych par, które tak pokonały maraton. Od tego roku wprowadzono także oficjalnie klasyfikację open (osobno kobiet i mężczyzn) dla 3 pierwszych miejsc i podział startu też tu był chyba bardziej czytelny dla zawodniczek niż start wspólny. Przed startem były też wytyczone 4 tory startowe oddzielające zawodników by zwiększyć bezpieczeństwo. 

Trasa zawodów była mi dobrze znana, startowałem tu już dwukrotnie.  Główna różnica polegała na kierunku poruszania się. W maratonie jest ona odwrotna niż na Pucharze Polski. Myślę, że to dobrze, bo zawsze jest to jakaś różnica dzięki której kolejne zawody rozgrywane są na "jakby" innej trasie. Drugą różnicą jest wspomniana długość pętli. Poradzono sobie tu w ten sposób, że na stadionie wokół boiska piłkarskiego wytyczono mniej zakrętasów. Długość trasy nie budzi żadnych zastrzeżeń. O ile na niektórych zawodach nordikowych bywa tak, że pętla jest krótsza czasem o około 50, czasem i o 100 m, co przy wielokrotnym pokonywaniu pętli powiększa znacznie błąd, o tyle tutaj zrobiono to bardzo dokładnie. Trasa przełajowa nie ma oczywiście atestu, ale postarano się, by uczestnicy mogli pełną piersią mówić, że pokonali maraton. Przygotowanie trasy było wzorowe. W lesie ścieżka była wygrabiona, z gałązek szyszek i częściowo igliwia. Korzenie pomalowane czerwoną farbą co zresztą i tak nie przeszkodziło pewnie niejednej osobie się o nie potknąć. Ale drzew z lasu wycinać nie będziemy :) To jest naturalne, jak i naturalne są pewne nierówności na trasie o miękkim podłożu. Tu nie można iść z zamkniętymi oczami jak na równym jak stół asfalcie.  Trasa płaska całkowicie po miękkim podłożu. Na trasie dwa małe pagórki, które jednak pokonywane 10 razy dawały w sumie sporą górkę. Ale to też jest dobre bo trasa musi być nieco urozmaicona. Podłoże jak wspomniałem miękkie, głównie ścieżki leśne, miejscami pokryte zapewne przystrzyżoną lub udeptaną trawą, krótki odcinek ścieżki piaszczystej, trawa przystrzyżona na stadionie. Najbardziej dokuczliwe były szutrowe odcinki. Jeden przy ogródkach działkowych, gdzie przejeżdżające (wprawdzie wolno ale jednak) samochody nieco kurzyły. No ale to jest droga i ludzie żyć muszą. Zresztą na tej drodze i tak się kurzyło nawet bez samochodów, czego jednak ze względu na specyfikę nawierzchni przeskoczyć się nie da. Drugi odcinek to niecały kilometr wzdłuż ulicy przed wejściem na stadion. Ścieżka wysypana jest drobnymi kamyczkami które mogą dostać się do buta. Poza tym groty nieco odbijają się od takiego podłoża i widziałem, że niektórzy uczestnicy sztafet markowali wbicie kija lekko muskając i ślizgając grotami o kamyszki. Niektórzy dla zabezpieczenia przed kamyczkami stosują stuptuty, ale to z kolei moim zdaniem przy wysokiej temperaturze może prowadzić do przegrzewania stóp. Nawet najbardziej oddychające ochraniacze nie zastąpią pełnego dostępu powietrza i chłodzenia stóp, które i tak są w butach.

Punkty odżywiania i nawadniania rozmieszczone były tak, że z pełnym spokojem mogłem zrezygnować z pasa biodrowego. Za metą każdego okrążenia czekał na nas punkt odżywiania i nawadniania zaopatrzony w kolejności w 1) izotonik , 2) banany, czekoladę i jakieś jakby "energetyczne" ciastka, 3) pokrojone drożdżówki 4) wodę. Przed pierwszym stołem z izotonikami był stół przeznaczony dla pozostawienia własnych środków odżywczych zawodników. Drugi i zarazem trzeci punkt (tym razem już tylko nawadniania) zaopatrzony był tylko w wodę. Umieszczony był na mijance dzięki czemu zawodnicy mogli pobierać wodę z obu stron trasy i był niejako miejscem podwójnym. Co do mijanki, bo nie wspomniałem o niej przy punkcie dotyczącym trasy. No to jest pewna mała niedogodność jeśli się idzie dużą grupą lub trzeba kogoś wyprzedzić, gdyż  ścieżka na długości około 200-300 metrów jest wąska na jedną idącą osobę. Wyprzedzający musi więc iść po nierównościach, czasem szyszkach, ale no to jest przecież natura, las i nie można mieć o to pretensji. Trzeba tylko zachować ostrożność i ewentualnie uprzedzać osobę wyprzedzaną o swoim zamiarze, by wszystko odbyło się bezpiecznie. Czasem tylko maszerujący uczestnik sztafety po wyprzedzeniu zbyt wcześnie wskakiwał na właściwą ścieżkę i trzeba było kilka kroków drobić patrząc pod nogi, by mu kija nie przydepnąć.

Zawody towarzyszące, o których przy okazji nie sposób nie wspomnieć. To wymieniana już przeze mnie sztafeta, czyli IV Sztafetowe Mistrzostwa Polski Drużyn (5 x 8,4 km) oraz IV Rajd Gminny (4,2 km) dla pozostałych uczestników. Pięciu uczestników sztafety pokonywało po 2 okrążenia "maratońskie" i to dawało sztafecie wspólne pokonanie Maratonu. Start sztafet nastąpił 15 minut po starcie maratonu czyli w momencie gdy czołówka tego głównego marszu znajdowała się mniej więcej w połowie okrążenia. Myślę że to dobry pomysł, że te sztafety startują, gdyż dzięki temu trasa maratonu jest pełna zawodników niemal do końca zawodów. Nie ma więc tak że np po trasie przez bardzo długi czas porusza się tylko jeden czy dwóch zawodników kończących maraton. Zawsze można do kogoś się uśmiechnąć, pozdrowić na mijance i nie czuć się całkowicie samotnym w walce już najczęściej z samym sobą. Ci którzy nie startowali w zawodach mogli uczestniczyć w rajdzie Nordic Walking. Start rajdu zaplanowany był na godzinę 13.00 Wymiar dystansu - jedno okrążenie.

Punkt medyczny. Na trasie znajdował się lotny punkt medyczny poruszający się kładem z przyczepką z noszami. Bardzo dobre rozwiązanie, gdyż w niektóre rejony trasy karetka by nie dojechała, a to zapewniało w razie czego szybki transport osoby potrzebującej pomocy do karetki. Nie znam szczegółów ilu było ratowników i karetek i, i ile osób wymagało pomocy lekarskiej, ale wrażenie ogólne to pełna perfekcja. Brawo!

Debiutant. Pamiętam, gdy po raz pierwszy startowałem w Gnieźnie na 20 km w 2009, czułem przed startem gęsią skórkę, jakiś dreszczyk emocji, może niepewność czy się uda. I podobne odczucia miałem później na kilku pierwszych "Pucharowych" startach na 20-kę. Tym razem też coś podobnego odczuwałem, ale chyba o znacznie mniejszym nasileniu. Trema znacznie mniejsza, znajomość swojego organizmu znacznie większa, znajomość i doświadczenie zawodów na długich dystansach przeogromne, zrobiłem wszystko co mogłem by się dobrze przygotować. Co ma być to będzie, nie tylko ja debiutuję w Maratonie, nie tylko ja mam cel przede wszystkim dojść do mety. Tutaj można tylko podziwiać że ktoś ukończy, ale nie można nie doceniać, że ktoś próbował choć się nie udało. Nigdy nie przebiegłem maratonu, ale teraz z perspektywy już uczestnika nordikowego maratonu nie wiem czy ten nie jest większym wyzwaniem niż maraton biegowy. Maraton biegowy jest może większym wyzwaniem dla serca, ale maraton nordikowy ze względu na długość trwania wysiłku jest chyba większym wyzwaniem dla wytrzymałości i hartu ducha.             

No to endomondo włączone, stoper wyzerowany ostatnie chwile i nastąpi start...

PS

Meta. Gdy obejrzałem listę wyników na mecie ... nie właściwie, to dopiero Staszek Przybylak następnego dnia mi to uświadomił. W każdym razie byłem bardzo zdziwiony. Dlaczego i czym? Wyjaśni się w ostatnim odcinku relacji.  

Maraton to wyzwanie i jedna wielka niewiadoma.

mk130363

Właściwie to w równaniu „maraton” są same niewiadome. Jest tyle spraw, które mogą zadecydować o pomyślnym zakończeniu, że nawet trudno mi się zebrać, by wypowiedzieć się na ten temat. Poruszę tutaj problemy tylko te, które mnie dotyczyły w trakcie przygotowań i z pewnością to nie wyczerpuje tematu.

Dwa lata temu byłem chyba w najwyższej formie zrowotno-kondycyjnej, ale wówczas mistrzostw w maratonie nordikowym nie było. Rok temu nie mogłem wziąć udziału z powodów zdrowotnych. We wrześniu po półrocznej przerwie wznowiłem treningi NW. Gdzieś tam mi majaczyło, że przecież w kwietniu na pewno będą drugie Mistrzostwa Polski w Maratonie Nordic Walking, ale dla mnie na początku dużą radością było znów, że mogę w ogóle chodzić bez dolegliwości uniemożliwiających normalne funkcjonowanie. Tak naprawdę dopiero na przełomie roku zdecydowałem się na przygotowania ukierunkowane na maraton NW i dlatego podsumowanie grudnia określiłem już hasłem Kierunek Osielsko, nie decydując jednak jeszcze, czy to chodzi konkretnie o maraton kwietniowy czy półmaraton sierpniowy. Ale przygotowania były też same, więc w razie czego miałem drogę honorowego wyjścia z maratonu. Wiedziałem jednak, że stan mojego zdrowia i kondycji są w innym miejscu niż przed dwoma laty. Poza tym wiedziałem dokładnie (choć nie przebiegłem, ani nie przeszedłem nigdy maratonu), że to wyzwanie dużo większe niż półmaraton. Pytanie było też czy moje kolano wytrzyma takie obciążenie. Maraton uczy pokory, to nie przelewki, tu decyzja o starcie ma swoje konsekwencje, bo bardzo trudno się wycofać w trakcie startu, gdy na trasie np. stan zdrowia nie pozwoli na dalsze kontynuowanie wysiłku. Głównym celem było dla mnie samo przejście maratonu w limicie czasowym wynoszącym 8 godzin, ale oczywiście trzeba było nadać sobie jakiś warunek brzegowy, by wytrenować równe tempo na cały dystans. Wiedziałem, że to jest najlepsza metoda, by być na mecie zadowolonym z wyniku. Nie ma nic gorszego jak to, że w trakcie takiej próby osłabniemy i ostatnie kilometry pokonamy wolniej niż te pierwsze. Choćbyśmy wówczas osiągnęli nawet doskonały wynik, to będziemy mieć poczucie, że nie wykorzystaliśmy do końca swych możliwości. Podczas takiej próby nie sposób jednak oszczędzać siły, bo może się okazać, że na 30 kilometrze trudno jednak będzie już przyspieszyć. Wydaje mi się, że od początku do końca powinniśmy iść jednym tempem wyćwiczonym dla danego dystansu. Ćwiczyłem to kiedyś dla dystansu 20 km i wyćwiczyłem to niemal do doskonałości dla tempa 8 min/km, a w szczytowej formie potrafiłem zejść nawet 20 s poniżej tego tempa. Dla maratonu oceniłem swoje możliwości na tempo 9 min/km (gorszy stan zdrowotno-kondycyjny i bardziej wymagający dystans) i takim tempem trenowałem praktycznie przez cały czas przygotowań. Dystanse wzrastały z miesiąca na miesiąc. Doszedłem do 28 km pokonanych jednorazowo i 33 km pokonanych w jednym dniu z 3 godzinną przerwą w połowie dystansu. Dużo było marszów powyżej i w okolicy 20 km. Zabrakło właściwie tylko marszu liczącego powyżej 30 km pokonanego bez przerwy. Wszystko to można było śledzić w comiesięcznych podsumowaniach publikowanych na blogu oraz w zakładkach podlinkowujących moje dzienniczki treningowe. Prócz tego opierałem się na dość dużym doświadczeniu i kilkunastu startach w zawodach na dystansie 20 km. Na trzy tygodnie przed maratonem, po zmianie obuwia z zimowego na letnie nabawiłem się podczas jednego z dłuższych treningów sporego pęcherza na podeszwie śródstopia przed dużym paluchem. Wycisnąłem go i po kilku dniach przerwy nie przeczuwając niczego złego, powtórzyłem długi trening. Niestety poniżej poprzedniego pęcherza utworzył się nowy zachodzący częściowo na ten stary. Okazało się, że wkładka była dość dobrze wytarta w tym miejscu i jej nierówność powodowała przy tarciu powstawanie pęcherzy w trakcie długiego treningu .Wyglądało to bardzo brzydko i musiałem całkowicie zaprzestać treningów nordikowych.

 Kopia_00__016

Maraton stanął pod znakiem zapytania, bo nie wiedziałem, czy zdołam zagoić te pęcherze, a iść z takimi od początku to skazywanie się na porażkę. Wiedziałem też, że muszę jednak kupić nowe buty pod ten maraton. Stare przeznaczone na to, w których nie trenowałem zresztą wiosną w celu ich oszczędności wkładek, nie gwarantowały jednak, że na trasie nie potworzą mi pęcherzy kończących marsz. Na tydzień przed maratonem zdecydowałem się na zakup nowych butów upatrzonych w decathlonie. Było to pociągnięcie trochę ryzykowne przed zawodami, ale większym ryzykiem był chyba start w starszych butach z zapewne wyklepaną już amortyzacją i nadszarpniętymi wkładkami. W sumie to może dobrze się stało z tą przerwą dwa tygodnie przed maratonem. Pomogło z pewnością zregenerować się mięśniom po 843 km pokonanych przez ostatnie 3 miesiące. Miałem tydzień na rozchodzenie butów, a właściwie na jakieś ich wypróbowanie. Nie chciałem robić dystansu rzędu 20 km jednorazowo, który zapewne dałby w pełni odpowiedź, czy wybór butów był właściwy. Oczywiście bez większego ryzyka mogłem kupić full wypas Salomona, ale nie chciałem ponosić takich kosztów. Była jeszcze opcja z nową kolekcją LIDLA alias NB, ale ta miała pojawić się zbyt późno i startowałbym w zupełnych świeżynkach. Buty z decathlona opiszę w jednym z kolejnych wpisów, teraz tylko wspomnę, że przeszedłem w nich przed startem 41 km w kilku rekreacyjnych spacerach z kijkami i to pozwoliło, że wszystko ułożyło się w bucie na swoim miejscu, a stopa dopasowała się do wkładki. W nowych butach zainstalowałem też sznurowadła węzełkowe opisane na blogu. Maraton miał być testem więc nie tylko mojej wytrzymałości, ale także testem nowego wyposażenia: butów i sznurowadeł.

 Kopia_00__0071

Na kilka dni przed maratonem pęcherze zagoiły się i mogłem usunąć stary naskórek. Pod spodem jednak skóra była bardzo delikatna, więc zatroszczyłem się o nią kremem, który także opisałem kiedyś na blogu. W tym czasie wynikł jednak problem z dojazdem na zawody. Okazało się, że z Poznania będę jedynym uczestnikiem maratonu i nie wystartuje z mojego miasta żadna sztafeta. Nikt więc nie mógł mnie po drodze zagarnąć do wspólnej ekipy wyjazdowo-sportowej. Pozostał pociąg dzień przed zawodami, nocleg w Szkole w Osielsku oraz pomoc Dyrektor GOSiRu Żanetty Kaźmierczak (sprawczyni wszelkiego zamieszania nordikowego w Osielsku) w dotarciu ze stacji kolejowej. Kwestia ubioru nie była dla mnie żadnym problemem. Od paru dni zapowiadano ciepły słoneczny dzień (a tuż przed, określano go nawet jako gorący) więc opcja była jasna - na krótko bez żadnych zbędnych warstw. Komfort stóp miały zapewnić także wypróbowane skarpety kompresyjne (mam dość unikalny model produkowany kiedyś specjalnie dla Nordic walking z nieco łagodnieszą kompresją niż dla biegaczy). Pozostał do rozstrzygnięcia pas biodrowy z bidonami - czy go założyć czy nie. Na nie przemawiało to, że miały być trzy punkty nawadniania, więc noszenie dodatkowego bagażu dodatkowo jakoś przecież zamykającego dolny nawiewu koszulki było zbędne. Ale miałem w tym jakiś cel, bo chciałem zabrać ze sobą na trasę dodatkowe „rękawiczki nordikowe”. Pętelki w tych stosowanych ostatnio były mocno zużyte i mogły ulec rozerwaniu podczas marszu. Tu byłem dość przewidujący i chciałem się zabezpieczyć drugim kompletem pasków, by nie iść później z rozerwanym paskiem, trzymając kurczowo rękojeść kija przez cały czas. Tu z pomocą w rozstrzygnięciu problemu pomógł sędzia Waldek Kretkowski, u którego „na punkcie” zostawiłem rezerwowe paski. Ostatecznie w najgorszym wypadku pokuśtykam z zerwanym paskiem maksymalnie jedno okrążenie. Nawiasem mówiąc przy takim dystansie mógłby być specjalny "pit stop" czyli punkt serwisowy, w którym zawodnicy mogliby zostawić w razie czego rezerwowe kije czy paski na wypadek jakiejś awarii sprzętu. Nie wyobrażam sobie nieukończenia maratonu z powodu np. złamania kija, grotu czy zerwania rękawiczki. To jest wielogodzinny wysiłek i  w tym czasie wszystko może się zdarzyć. Rozumiem, że to dodatkowy kłopot organizacyjny, trzeba by specjalnych stanowisk dla wszystkich zawodników jak przy triatlonie, ale myślę że warto o tym pomyśleć. Odżywiania nie brałem żadnego, ani żelów, ani batonów. Oparłem się o banany serwowane na punkcie odżywiania. Pas biodrowy nie był mi więc do niczego potrzebny

Start w Mistrzowskim Maratonie Nordic Walking stał się więc faktem, nie było już odwrotu, klamka zapadła, „kije miały pójść w las”.    

Kierunek Osielsko - podsumowanie marca 2015

mk130363

Tym razem powstrzymam się od szczegółowych komentarzy tabeli zamieszczonej poniżej. Widać tam pewne obniżenie wskaźników, ale nie będę wyjaśniał czym było ono dokładnie spowodowane. Dodam tylko, że w zasadzie do ostatniego tygodnia marca wskaźniki były dużo wyższe i bardziej zbliżone do poprzednich miesięcy. Dla tych którzy pierwszy raz trafili na bloga wyjaśniam, że na czerwono zaznaczono statystyki z ostatniego miesiąca czyli marca. Powyżej dla porównania podano poprzedzające miesiące.

Kopia_00__006

przebyty dystans [km] systematyczność [% dni treningowych] średnie tempo wszystkich marszów [min/km] najdłuższy dystans pokonany jednorazowo [km] średnia długość dystansu pokonanego jednorazowo [km] najdłuższy dystans pokonany jednego dnia [km] średnia długość dystansu pokonanego jednego dnia [km]
108,99 53% 10:14 11,06 6,81 11,06 6,81
150,93 55% 09:09 13,67 8,39 19,34 8,88
251,18 80% 09:10 20,35 9,30 20,35 10,47
201,87 55% 08:55 18,10 8,07 20,59 11,87
285,45 74% 09:18 22,07 7,93 22,07 12,41
337,32 68% 09:10 28,07 15,33 33,74 17,75
220,82 52% 09:11 17,88 11,04 17,88 13,80

Kopia_00__007

Wielkanoc 2015

mk130363

Jajko, jako symbol odradzającego się życia, jak mało co pasuje do misji mojej Drużyny.

szpikowe_jajo

 Radosnych Świąt Zmartwychwstania Pańskiego oraz błogosławieństwa Bożego w tym szczególnym czasie

Alleluja!

Sznurowadła węzełkowe samozaciskowe - test

mk130363

Sznurowadła węzełkowe do testu otrzymałem od portalu chodzezkijami.pl. Była to dla mnie bardzo miła niespodzianka, ale sprawiła zarazem mały "kłopot". Niespodzianka, gdyż otrzymałem je przy okazji przesłania pewnej zaległej nagrody i prawdę mówiąc tego dodatkowego upominku nie spodziewałem się. Tym bardziej, że jednocześnie ogłoszony był konkurs na portalu, a zwycięzcy mieli otrzymać właśnie takie sznurowadła do przetestowania i opisania. Tu jednak zagrało rolę pewne "wyrachowanie" (w dobrym tego słowa znaczeniu) Naczelnego portalu, który na tyle mnie zna, że wie iż na pewno otrzymany upominek opiszę na swoim blogu. Kłopot polegał na tym, że z używanych tradycyjnych sznurowadeł byłem zadowolony i niezbyt chętnie chciałem je zmieniać zwłaszcza w butach używanych zimą. Pomyślałem jednak, że na wiosnę znajdę jakiś model butów, w których zainstaluję otrzymane sznurowadła.  

Do testu wybrałem buty Crivit (z Lidla), a więc produkt o niezbyt szlachetnym pochodzeniu, ale w którym dość dużo chodziłem i biegałem w sezonie letnim i do którego dużych zastrzeżeń nie mam.

Kopia_00__011

Sznurowadła zawierają dokładną, jasną i wystarczającą instrukcję zainstalowania i użytkowania. Zawiera ona podstawowe informacje i podkreśla dwie główne zalety sznurowadeł, a mianowicie że się nie rozwiązują i nie uciskają. 

sznurowada_instrukcja

Zacznijmy od początku, a więc od sznurowania. To zwrócić uwagę musimy zwłaszcza na to, by sznurować założony but na stopie. W innym przypadku bardzo prawdopodobne będzie zbyt mocne lub ewentualnie zbyt luźne zaciągnięcie sznurówek. Z nogą w bucie osiągniemy zapewne efekt oczekiwany, a w każdym razie bardzo do niego zbliżony. Tutaj domyślać się można, że tak zwane "jednorazowe sznurowanie" jest pewnym uproszczeniem. Zwłaszcza dotyczyć to będzie naszych pierwszych prób ze sznurowadłami. Z pewnością warto próbować różnej siły zaciągnięcia w pewnym niewielkim zbliżonym do szukanego zakresie, aby uzyskać najbardziej optymalny efekt. Po zawiązaniu buta od razu odczujemy, że ewentualne jego samorozwiązanie nie jest możliwe.  Jak się zdejmuje i zakłada takie zasznurowane buty? Zdjęcie wymaga użycia pewnej siły (nieco większej niż przy rozsznurowanych butach) i jest to zrozumiałe, gdyż inaczej zgubilibyśmy buty podczas marszu lub biegu. Założenie jest możliwe i w miarę łatwe, ale najlepiej używać do tego łyżki do butów (jeśli jest pod ręką). No ale łyżki najlepiej używać także przy rozwiązanych sznurówkach, aby nie niszczyć zapiętków.  Tym samym rozprawiliśmy się właściwie z pierwszymi pięcioma wymienionymi w poprzedniej notce  zaletami potwierdzając je. Szybszą zmianę butów należy rozumieć także jako szybsze ich wkładanie, czyli zmianę obuwia domowego na sportowe (nie musi to być przecież od razu triatlon).

 Kopia_00__013

Już przy pierwszych krokach daje się zauważyć bardzo dobre dopasowanie buta do stopy. Osobiście odczułem to tak jakby buty dostały jakiejś dodatkowej sprężystości. Na testowy marsz wybrałem dystans zbliżony do moich ostatnich treningów czyli powyżej 15 km. Postanowiłem też, że podczas marszu, w trakcie przerwy na rozciąganie, nieznacznie poluzuję sznurówki. W trakcie treningu bardzo szybko "zapomniałem" o dobrym dopasowaniu buta do stopy, gdyż ucisk prawdopodobnie nie był nadmierny. Czy był lepszy przepływ krwi trudno ocenić, tu raczej należy domyślać się, że ewentualny nadmierny ucisk przy sznurowadłach elastycznych będzie rozkładać się bardziej równomiernie wzdłuż ich długości niż przy sznurowadłach tradycyjnych, w których będzie on bardziej "punktowy". To można też znaleźć pewne odniesienie do opasek czy skarpet kompresyjnych, aczkolwiek w tym przypadku, to my decydujemy jak mocny będzie ucisk. Po siedmiu kilometrach rzeczywiście nieznacznie poluzowałem wiązania. Nie odczułem po tym gorszego trzymania stopy w ciągu kolejnych 10 km marszu. Wydaje mi się, że optymalne dopasowanie uzyskamy po kilku próbach z różnym naciągnięciem sznurowadła. Co do długiej żywotności sznurowadeł oczywiście trudno coś wyrokować. Dotąd wszystkie sznurowadła "przeżywały" swoje buty i trudno przewidzieć ile jeszcze by wytrzymały, a były to dystanse rzędu powyżej 1,5 -2 tys km i przynajmniej dwóch lat użytkowania. Nie sądzę, by w tym przypadku mogłoby być mniej. Liczę natomiast na to, że będą mogły być używane w kilku modelach butów przez dłuższy czas. 

Podsumowując trzeba powiedzieć, że może być to bardzo wygodny szczegół naszego wyposażenia. Na pewno nie rozwiąże wszystkich problemów, ale przy uważnym zastosowaniu i dopasowaniu odpowiedniej siły zaciągnięcia pozwoli je zminimalizować i uniknąć pewnych niedoskonałości tradycyjnego sznurowania. Sznurowadła sprzedawane są w różnych kolorach także możemy je dopasować także pod względem estetyki do naszego obuwia. Cena takich sznurowadeł to 39 zł. Tu sami musimy ocenić czy walory użytkowania warte są takiego wydatku. 

 

 

 

 

Sznurowadła węzełkowe samozaciskowe - opis

mk130363

Po raz pierwszy użyto sznurówek samozaciskowych Xtenex na tak spektakularnej imprezie jaką są Igrzyska Olimpijskie w Pekinie w 2008. Było to więc już dość dawno. No cóż w moim przypadku, w tamtym czasie dopiero dojrzewała we mnie myśl, by ruszyć się z kanapy poprzez Nordic walking i z pewnością głowę zawracało mi wiele innych ważniejszych problemów niż sznurowadła. W każdym razie patent na takie sznurowadła "podchwyciło" zapewne wiele innych firm i teraz są z pewnością dużo łatwiej dostępne niż kiedyś. Dzięki temu i do mnie dotarły sznurowadła wyprodukowane nomen omen w Państwie Środka, co chyba dziwne nie jest.. 

Kopia_00__009

Technologia elastycznych sznurowadeł węzełkowych (sznurowadeł samozaciskowych) zapewnia dobrą regulację naprężeń między oczkami buta. Źródłem pomysłu był dyskomfort zbyt mocnego zawiązania i rozwiązywania się butów.

Jakie są zalety tych sznurowadeł?

- nigdy się nie rozsznurują

- są samo "zawiązujące się", tzn nie trzeba ich zawiązywać przy każdym włożeniu butów

- szybka zmiana butów (przydatne w triatlonie ale też przy zmianie z obuwia domowego na sportowe)

- wysoka elastyczność

- indywidualnie regulowane

- pewniejsze trzymanie

- lepszy przepływ krwi (nie uciskają)

- długa żywotność

- nie rozdwajają się końcówki sznurowadeł

Większość tych zalet zweryfikuję podczas testowego marszu.

Jak sznurujemy, czyli krótka instrukcja obsługi.

- przeplatamy sznurowadło przez pierwszy rząd oczek

- wkładamy stopę do buta przed dalszym sznurowaniem

Aby przeciągnąć węzły przez oczko, należy je rozciągnąć (poprzez rozciągnięcie sznurowadła w miejscu występowania węzła)

- przeciągamy sznurowadło przez kolejne oczka

Najlepszy i pożądany efekt uzyskamy pozwalając na powstanie węzłów między oczkami.

Więcej węzłów pozostawionych między oczkami będzie dawać luźniejsze dopasowanie.

Mniej węzłów między oczkami będzie dawać mocniejsze dopasowanie.

Jeżeli sznurowadło będzie tak zaciągnięte, że nie będzie węzłów między oczkami to zasznurowanie będzie za ciasne.

- po przeciągnięciu sznurowadeł przez ostatnie oczka zawiązujemy je w tradycyjny sposób.

 W tym przypadku nie ma potrzeby i raczej trudne byłoby zawiązanie podwójnej pętelki, jednak końcówki można przeciągnąć pod sznurówką miedzy oczkami, gdyż jest pewien zapas ich długości.

Sznurowadła węzełkowe samozaciskowe - wstęp

mk130363

Prawdę mówiąc nie spodziewałem się, że będę pisał kiedyś o tak z pozoru drobnym szczególe wyposażenia jak sznurowadła. Tymczasem sposób wiązania butów jest dość istotny, aby prawidłowo utrzymać stopę w bucie, zmniejszyć ryzyko urazów oraz dopasować but do konstrukcji stopy. Czy sznurówki mogą sprawić nam jakiś problem? Generalnie nie. W butach, które używam i używałem do Nordic walking lub biegania tylko w przypadku jednych butów pojawił się problem z ... samorozwiązującymi się sznurówkami. Zawiązanie ich wymagało bardzo dużej staranności, a i tak bywało, że w trakcie treningu, czy co gorsze podczas zawodów sznurowadło rozwiązywało się w najmniej odpowiednim momencie. Tak miałem np. w Starogardzie Gdańskim w 2011 roku podczas Pucharu Polski. Straciłem wówczas kilkanaście sekund, co wprawdzie nie miało bezpośredniego wpływu na wynik poza czasem, ale na pewno nie było to komfortową sytuacją. Pamiętam tę sytuację doskonale (gdzie, kiedy i w jakich butach), mimo że minęło parę lat i wiele startów w różnych zawodach, gdyż jest to przypadek niezwykle rzadki (przynajmniej dla mnie). Opisałem ją tutaj:

Starogard Gdański -Puchar Polski

 Kopia_z13

Puchar Polski Nordic Walking - Starogard Gdański 2011

Tu wspomnę przy okazji, że na ogół buty sportowe do trekkingu lub biegania, których używam, mają dużo dłuższe sznurówki niż to potrzebne. Nigdy ich nie obcinam lecz albo zawiązuję na podwójną pętelkę albo zbyt długie końcówki przeplatam przez zaciągnięte między oczkami. Czasem stosuję oba rozwiązania co widać na zdjęciu poniżej. W przypadku tych feralnych sznurówek zawiązanie drugiej pętelki powodowało poluzowanie pierwszej i w konsekwencji niemal natychmiastowe rozwiązanie buta.

Kopia_2_bc_009

tradycyjne sznurowadła

Jak zawiązywać w ogóle buty sportowe? Można by powiedzieć w skrócie, że ani nie za mocno, ani nie za luźno. Każdy z nas na ogół ma odpowiedni dla siebie sposób i siłę zaciśnięcia. Tu należy dodać, że sposoby przeplatania przez oczka są różne i stosuje się w przypadku tradycyjnych sznurowadeł pewne triki luzujące bądź bardziej zaciskające pewne obszary buta.

Jak wykazały badania, ciasne zawiązanie redukuje pronacyjne ustawienie stawów skokowych i zmniejsza tzw. współczynnik obciążenia oraz redukuje miejscowy nacisk na zewnętrzną krawędź i przodostopie poprzez głębsze ułożenie i "zablokowanie" pięty w bucie. Negatywną stroną takiego ciasnego zawiązania jest nadmierny nacisk na grzbietową część stopy i mięśnie prostujące staw skokowy. Tu należy dodać, że przy tradycyjnym sznurowaniu ten nadmierny nacisk będzie dokuczliwy głównie w górnej części buta. Może to prowadzić do zmęczenia stóp, powodować ból i drętwienie, a nawet obrzęk.

Przy zbyt luźnym zawiązaniu w znaczny sposób wzrasta współczynnik obciążenia oraz zmniejsza się ogólne poczucie stabilności zwłaszcza z przodu stopy. Zbytnie rozluźnienie obuwia wokół śródstopia powoduje zwiększenie poślizgu, wywołuje tarcie i ciepło, co prowadzi do bolesnych pęcherzy. W tym przypadku może dojść także do wyślizgiwania się pięty z buta, co będzie wywoływało z kolei tarcie w zapiętce i w konsekwencji obtarcie pięty.

Oprócz tradycyjnego wiązania sznurowadeł niektóre firmy proponują dość wygodne systemy szybkiego i skutecznego wiązania zaciskowego ze stoperem. Taki system ma np. firma Salomon. Dodatkowo buty mają wówczas w górnej części specjalną kieszonkę, gdzie nadmiar sznurówki wraz z zaciskowym stoperem można schować, aby jej sobie nie przydepnąć.

 Kopia_2_resizeImage.aspx

sznurowadła zaciskowe w butach Salomon

Kiedyś obserwując w tv zawody triatlonowe na olimpiadzie zauważyłem, że zawodnicy zmieniając obuwie po jeździe rowerem na biegowe, tych ostatnich nie sznurują i po włożeniu na stopy, od razu zaczynają bieg. Później dowiedziałem się, że pewien triathlonista wymyślił sznurówki, których nie trzeba ani zawiązywać ani rozwiązywać. To znaczy, tak naprawdę w uproszczeniu zawiązuje się je "jeden raz". Na czym to polega dokładniej opiszę w kolejnych odcinkach.

 

Opaska na ramię? Jakie to proste.

mk130363

W dziale "Akcesoria" pisałem 2 lata temu o opasce naramiennej umożliwiającej przenoszenie telefonu komórkowego podczas aktywności fizycznej. Ceny takich bajerów zaczynały się od 40 zł w sklepach sportowych. W marketach podczas akcji tematycznych poświęconych bieganiu pojawiają się od czasu do czasu  w cenie nawet czterokrotnie tańszej. Nie wiem jak te droższe, ale te tanie albo nie wytrzymują mojej intensywności uprawiania sportu, albo mają wady materiałowo-konstrukcyjne. W mojej pierwszej opasce nie wytrzymało plastikowe przezroczyste okienko. W pewnym momencie pękło i zrobiła się mała dziurka, która z każdym treningiem powiększała się coraz bardziej, aż wreszcie zrobiła się tak duża, że telefon mógł przez nią wypaść, podczas przecież dość energicznego ruchu ramienia w czasie uprawiania Nordic walking. W międzyczasie kupiłem drugą opaskę, tym razem w Aldim. Tu okienko było bardziej elastyczne i na dodatek nie zaparowywało. Ale od początku nie podobało mi się zapięcie tej opaski bez jakiejkolwiek wstawki rozciągliwej gumy zapewniającej odpowiednie trzymanie na ramieniu. I to się potwierdziło podczas użytkowania. Przy którymś treningu musiałem zbyt mocno zaciągnąć pasek i zapiąć rzep tak, że materiał paska lekko pękł. Spodziewać się mogę, że przy dalszym użytkowaniu to pęknięcie będzie się powiększać i w końcu zgubię opaskę podczas jakiegoś marszu lub biegu.

Kopia_15032015935

Tymczasem w necie podejrzałem bardzo prosty sposób na samodzielne zrobienie opaski naramiennej, w której można schować telefon, czy jakieś inne drobiazgi typu klucze itp. Nawet jeśli ma się taką oryginalną zakupioną w sklepie (nieważne czy tę droższą czy najtańszą) można sobie zrobić taki model, powiedzmy treningowy. Do zrobienia opaski potrzebne są nożyczki oraz ... skarpetka.

Kopia_16032015944

Sposób wykonania jest bardzo prosty. Obcinamy część palcową skarpetki. Następnie wywijamy ją tak aby tworzyła dwie warstwy, wewnętrzną i zewnętrzną. Od góry te warstwy się rozdzielają i to jest otwór naszej "kieszeni" na drobiazgi, a u dołu łączą się co zapewnia, że zawartość kieszeni nie wypadnie.

Kopia_16032015941

Tak wywiniętą opaskę zakładamy na ramię i możemy ruszać na trening.

 Kopia_2_15032015930

Zastanawiam się jeszcze nad ulepszeniem tej opaski poprzez zrobienie pionowych przeszyć by telefon zbytnio nie przesuwał się podczas długich marszów, bo mimo że opaska dość dobrze opina ramię to jednak telefon poprzez swoją bezwładność może obsuwać się na tylną część ramienia. Ale to kwestia do wypróbowania w przyszłości. 

Oczywiste jest też, że opaska w żaden sposób nie chroni przed opadami atmosferycznymi, więc użytkować ją można praktycznie tylko w "suche" dni. Jednak sposób jest bardzo prosty i tani, bo przecież w szufladzie każdy znajdzie skarpety, których pewnie nigdy nie używał :)

Kierunek Osielsko - podsumowanie lutego 2015

mk130363

Kontynuuję moje podsumowania kolejnych miesięcy przygotowań. Poniżej moje statystyki lutego (na czerwono) w porównaniu do poprzednich miesięcy.

przebyty dystans [km] systematyczność [% dni treningowych] średnie tempo wszystkich marszów [min/km] najdłuższy dystans pokonany jednorazowo [km] średnia długość dystansu pokonanego jednorazowo [km] najdłuższy dystans pokonany jednego dnia [km] średnia długość dystansu pokonanego jednego dnia [km]
108,99 53% 10:14 11,06 6,81 11,06 6,81
150,93 55% 09:09 13,67 8,39 19,34 8,88
251,18 80% 09:10 20,35 9,30 20,35 10,47
201,87 55% 08:55 18,10 8,07 20,59 11,87
285,45 74% 09:18 22,07 7,93 22,07 12,41
337,32 68% 09:10 28,07 15,33 33,74 17,75

1. Dystans.

Wyraźnie się "rozpędziłem" pod tym względem. Luty to miesiąc wyraźnie krótszy od innych w roku, stąd sumaryczna  ilość kilometrów może być teoretycznie mniejsza niż w innych miesiącach. Ale jak się okazuje nie jest to przeszkodą. Byłem konsekwentny w treningach. Na tak dobry wynik złożyły się zarówno utrzymanie systematyczność na wysokim poziomie jak i wzrost długości pokonywanych dystansów. Trzeba przyznać że także pogoda sprzyjała pokonaniu takiego dystansu. Wprawdzie nieustające zachmurzenie było dość nużące i przygnębiające, dość silny wiatr potrafił dobrze utruć życie sprawiając, że temperatury odczuwalne nie były wcale wiosenne, ale poradziłem sobie. Nie było wielu opadów które  jednak zawsze są jakąś niedogodnością, tak chwilową (ewentualne przemoknięcie) jak i długoterminową (błoto na ścieżkach). Odkurzyłem przy okazji moją kuźnię techniki i wytrzymałości, na której zaczynałem swoją przygodę z NW. Ta kuźnia to oczywiście ścieżka długości 1 km na Dębinie. Podobnie jak kiedyś, pokonywałem ją wielokrotnie tam i z powrotem podczas moich treningów. Dużą jej zaletą oprócz ochrony przed wiatrem jest jej dość równa i szeroka nawierzchnia ziemna pozbawiona kamieni i tylko nielicznymi wystającymi korzeniami praktycznie w jednym miejscu. Dzięki znanemu dokładnie dystansowi równemu 1 kilometra łatwo też kontrolować tempo i to nie tylko po zrobieniu kolejnego nawrotu. Znam tu każdą pędź ziemi, wiem gdzie jest 200 m, 350 m a gdzie połowa dystansu lub 800 m. W tej chwili nie potrzebuję aż takiej dokładności wprawdzie, gdyż nie pracuję nad szybkością, ale znajomość terenu na pewno ułatwia trening, a mijanie tych charakterystycznych punktów urozmaica go w jakiś sposób i zapobiega wbrew pozorom monotonii.     

Kopia_00_001

2. Systematyczność marszów.

Właściwie utrzymałem dość wysoki poziom z miesiąca poprzedniego. Te parę procent mniej spowodowane było wydłużeniem jednostek treningowych i w konsekwencji jednak konieczności zaordynowania większej ilości dni całkowitej regeneracji.

3. Średnie tempo.

Nie skupiam się na tym elemencie. W każdym razie nie dążę do istotnego zwiększenia tempa marszu. Maraton będę zapewne pokonywał w podobnym tempie do tego średniego z treningów. Tylko na wspomnianej powyżej "kuźni" kontrolowałem systematycznie międzyczasy i czasem starałem się utrzymać nieco wyższe tempo w granicach 8:30/km. Ten odcinek ścieżki zresztą z reguły pokonuję szybciej niż inne nawet jak trafiam tu "mimochodem".

 Kopia_00__001

4. Pokonywane dystanse.

Tu najwyraźniej chyba widać różnicę i to we wszystkich czterech ostatnich kolumnach tabeli. Musiałem tak postąpić by przyzwyczaić jak najbardziej stopy i cały organizm do tak długiego wysiłku. Bardzo nieliczne były takie jak podczas "Biegu z Opel Szpot", z którego pochodzi zdjęcie powyżej. Zresztą w tym przypadku później dołożyłem jeszcze trening w tym dniu i łączny pokonany dystans był bliski 20 km.  Brakuje mi jeszcze dystansu pokonanego jednorazowo, w którym bym przekroczył 30 km i nie wiem czy zdążę go zrealizować. Wprawdzie najdłuższy dystans dnia przekroczył 33 km, ale pełen obraz tak dużego wysiłku zaburzyła jednak 3 godzinna przerwa między dwoma połówkami tego podzielonego treningu. Postaram się przy jakiejś okazji opisać jego przebieg. Takie długie dystanse wymagają jednak dłuższej regeneracji i są jednak dużym obciążeniem dla organizmu. Musiałbym go zrobić jeszcze w miarę szybko by zdążyć potem dojść do pełni formy i potrenować nieco lżej przed samym startem, a po lutym jestem jednak trochę podmęczony.

Biegaj z Opel Szpot - edycja luty 2015

mk130363

Po raz drugi miałem okazję wziąć udział w tym roku w cyklu Biegaj z Opel Szpot. Podobnie jak poprzednio wystartowałem maszerując z kijami. Lutowe treningi były dość wyczerpujące, tak więc nie zamierzałem jakoś specjalnie dyktować wysokiego tempa. Ot tyle, by zmieścić się w limicie czasowym 50 minut i wziąć udział tym samym w losowaniu nagród od samego początku. Poza tym marsz miał dla mnie także charakter towarzyski bowiem spotkałem podczas niego także przyjaciela nie tylko z nordikowych tras - Sławka.

Kopia_00__002

Podobnie jak poprzednio dojechałem na imprezę rowerem około pół godziny przed startem i już z daleka widziałem długą kolejkę zapisującej się na bieg młodzieży. Organizatorzy wyraźnie nie ogarniają w tym roku zapisów, mają duży problem z liczbą startujących jeśli ta przekracza 500 osób. Wydaje mi się, że zapisy elektroniczne i pięć stanowisk odbioru numerów startowych powinno ten problem rozwiązać. Każdy znałby już z zapisów swój numer startowy i ustawiłby się w jednej z pięciu kolejek. Ewentualnie jedno dodatkowe stanowisko i zapisy dla tych którzy nie zapisali się przez internet. Pozostaje kwestią nierozwiązaną, kto faktycznie brał udział i przebiegł lub przemaszerował dystans wokół Malty, a kto tylko się zapisał, odebrał numer startowy i wziął udział w losowaniu nagród. Tu bez czipów i maty na drugim końcu jeziora niestety nie da się tego zweryfikować. To jednak pociągnęłoby dodatkowe koszty, a biorąc pod uwagę, że bieg jest od początku darmowy, więc wprowadzenie opłat  zapewne ograniczyłoby ilość startujących. No i misja popularyzacji biegania wśród młodzieży szkolnej, by jednak padła.  Może by losy dawać uczestnikom do ręki i te wrzucałoby się do worka w połowie trasy przez np. 35 minut od startu, a później ktoś na rowerze dowoziłby losy na metę? To już by były jednak policyjne nieco metody weryfikowania startujących, a do nadużyć i tak mogłoby dochodzić, jeśli jedna osoba wrzuciłaby kilka losów. Tak więc chyba jedyna metoda nie pociągająca kosztów to honor i uczciwość startujących, o co w dzisiejszym skorumpowanym świecie pewnie coraz trudniej. No ale dość tych rozważań. Jak zwykle doszedłem do biura, tym razem zlokalizowanego na świeżym powietrzu "z boku" i tu nie miałem problemu z zapisaniem się jako osoba nie związana z żadną szkołą biorącą udział w klasyfikacji frekwencji. Ponieważ wcale nie było ciepło jak można by się spodziewać po komunikatach zewsząd obwieszczających, że to już wiosna, udałem się do wnętrza budynku nad hangarami by przebrać się do marszu i skorzystać z toalety. Kilka ćwiczeń rozgrzewających w okolicy bramy i chyba znów z pewnym opóźnieniem wystartowaliśmy. Już po kilku krokach ktoś przydepnął mi kijek ściągając z grotu gumową nakładkę, więc musiałem się kilka  metrów wrócić. Tu jednak było widoczne gapiostwo młodych uczestników, no ale cóż z drugiej strony to wg założeń bieg a nie marsz nordic walking. Jednak uczestników z kijami było tym razem sporo, byli oni widoczni i można było kulturalnie ich wyprzedzić bez potrącania czy przydeptywania. Po kilkuset metrach dogoniłem Sławka i dalej maszerowaliśmy razem. Tempo kontrolowałem o tyle, by było one poniżej 9 min/km. To gwarantowało przybycie na metę w zakładanym limicie czasowym. Ostatecznie osiągnąłem czas 47:09 na dystansie 5400 m, co w rezultacie oznaczało osiągnięcie średniego tempa 8:44/km.  I patrząc na międzyczasy zarejestrowane przez endomondo, było to właśnie tempo na takim dość równym poziomie na całym dystansie. Wahania kilku sekund na poszczególnych kilometrach wynikały i z różnej intensywności towarzyskiej rozmowy i z pewnej niedokładności pomiaru endomondo. Wkrótce po naszym dojściu na metę rozpoczęło się losowanie nagród. Tym razem zabrakło szczęścia w tym elemencie imprezy. Ale największą satysfakcję daje przecież sam udział i pokonanie kuszenia pozostania na wygodnej kanapie w cieple domowego ogniska.  

Kierunek Osielsko - podsumowanie stycznia 2015

mk130363

Tak jak w poprzednich miesiącach postanowiłem podsumować styczeń w moich przygotowaniach do sezonu. Czy to będzie sezon sportowo prozdrowotny czy tylko prozdrowotny to czas pokaże. Trenuję w każdym razie aby wystartować, gdzie i kiedy to również się okaże później. Poniżej parametry jakie wybrałem porównawczo do poprzednich miesięcy treningowych.

przebyty dystans [km] systematyczność [% dni treningowych] średnie tempo wszystkich marszów [min/km] najdłuższy dystans pokonany jednorazowo [km] średnia długość dystansu pokonanego jednorazowo [km] najdłuższy dystans pokonany jednego dnia [km] średnia długość dystansu pokonanego jednego dnia [km]
108,99 53% 10:14 11,06 6,81 11,06 6,81
150,93 55% 09:09 13,67 8,39 19,34 8,88
251,18 80% 09:10 20,35 9,30 20,35 10,47
201,87 55% 08:55 18,10 8,07 20,59 11,87
285,45 74% 09:18 22,07 7,93 22,07 12,41

 

1. Dystans.
Miesiące zimowe to akumulacja. Biegacze robią długie wybiegania i gromadzą niesamowitą ilość kilometrów. To jest baza do ich późniejszych startów. U mnie to jest podstawa trenowania przez cały rok. Nie trenuję dla wyników sportowych, w każdym razie są one gdzieś na pewno nie w czołówce moich celów. Lubię to robić i sprawa mi ogromną satysfakcję pokonanie długiego dystansu w ciągu miesiąca. Ten wynik jest wprawdzie daleki od moich najlepszych osiągnięć pod tym względem, ale jestem zadowolony. Przez długi czas wydawało się, że osiągnę powyżej 300 km, jednak w ostatnim tygodniu mały błąd techniczno-sprzętowy spowodował, że wolałem zrobić trzy dni przerwy, niż zbytnio pogłębić obtarcie stopy.  W każdym razie jest to najwięcej odkąd wznowiłem treningi.. 

10012015864

2. Systematyczność marszów.
Tu osiągnąłem wynik również bardzo dobry. Gdyby nie te wspomniane wyżej trzy dni, prawdopodobnie byłoby powyżej 80%. Można mi zarzucić, że trenuję zbyt często. Ale ja często dzień odpoczynku poświęcam jako zrobienie małego dystansu - rzędu 6 km. Nie każdy trening musi być wymagający czy nawet wyczerpujący, czasem można go potraktować rekreacyjnie.

10012015866

3. Średnie tempo.
Całkowicie odpuściłem wszelkie szczególne starania w tym zakresie. Nie można robić długiego wychodzenia i wciąż walczyć z czasem. Założyłem, że powinno to być między 9 i 9:30/km. W ostateczności wyszło gdzieś w połowie tego przedziału. Nie sądzę bym podczas maratonu gonił za tempem lepszym niż 9 min/km stąd przyzwyczajenie do takiego tempa może być pomocne. A że możliwości szybkościowe mam całkiem niezłe na krótkim dystansie dowodzi choćby start w zawodach "Biegaj z Opel Szpot", gdzie rozwinąłem tempo rzędu 8:18/km.

13012015878

4. Pokonywane dystanse.
Z ostatnich czterech kolumn tabeli, w zasadzie najmniej ważna okazała się chyba ta, gdzie nie odnotowałem wzrostu (w zasadzie można pominąć te 140 m różnicy i uznać jako podobny poziom osiągnięć w grudniu i styczniu). Wpływ na to ma fakt, że chodziłem z kijami także na zajęcia do szkoły i wówczas zaliczałem dwukrotnie w ciągu dnia dystanse niewiele przekraczające 2 km. Poza tym kilkukrotnie pokonywałem dystanse około 7 kilometrowe tam i z powrotem z kilkugodzinną przerwą. Najdłuższy dystans pokonany jednego dnia pokrył się tym razem z najdłuższym dystansem pokonanym jednorazowo. Wzrósł także średni dystans pokonany jednego dnia. Generalnie widać więc, że zwiększam obciążenia treningowe tak podczas pojedynczych jednostek treningowych jak i podczas dnia treningowego.

 15012015881

Biegaj z Opel Szpot - edycja styczeń 2015

mk130363

Jest to dla mnie piąta inauguracja cyklu rozgrywanego rokrocznie nad poznańską Maltą . Do tej pory uczestniczyłem w 25 edycjach tej imprezy: 2011 -7 biegów, 2012 - 7, 2013 - 9 (wszystkie), 2014 -2. Mimo formuły biegania większość mich startów zaliczyłem z kijami. Zresztą co tu dużo mówić, większość startującej młodzieży ze szkół pokonuje trasę wokół Malty marszo-biegiem lub biego-marszem. Jak wielokrotnie pisałem nie ma tu klasyfikacji kolejności na mecie, jest tylko walka z limitem czasowym do chwili losowania nagród. Kiedyś była to 1 godzina, ale od bodaj 2 lat wyśrubowano go do 50 minut. Dla marszu to jest już pewne wyzwanie, gdyż w zasadzie trzeba utrzymać tempo około 9 min/km, a nie każdy walker to potrafi. Dla nas maszerujących z kijkami "bieg" ma właściwie charakter "jazdy indywidualnej na czas" i walczymy głównie z czasem i z samym sobą (gdyż jest nas jednak stosunkowo niewielu). No możemy jeszcze pokusić się jeszcze o walkę z marszo - biegaczami, którym brakuje kondycji by przebiec cały dystans, a gdy maszerują człapią tak wyczerpani, że my idąc bardzo dynamicznie z kijami jesteśmy w stanie ich dogonić i wyprzedzić. Styczniowe edycje miały ostatnio naprawdę zimowy charakter. Śnieg i mróz powodowały, że docierałem na bieg marszem z kijkami i również w taki sam sposób wracałem do domu. Dość wiosenna aura w tym roku spowodowała, że wybrałem rower. Poza tym ze względu na popołudniowe zajęcia z masażu zależało mi na tym, by jak najszybciej wrócić po skończonym biegu. Na bieg jechałem chyba z wiatrem, gdyż nie odczułem zbytnio jego działania. Powrót jednak okazał się bardzo wymagającą próbą. Okazało się prawdą że +2 stopnie były w tym przypadku temperaturą odczuwalną na poziomie -10 stopni. Ze względu na siłę wiatru na dużym kole musiałem zmienić przełożenie na średnią tarczę, palce rąk mimo dość krótkiej jazdy (4 km) były bliskie odmrożeniu. Co ciekawe podczas marszu z kijkami ani siła, ani chłód wiatru nie były tak dokuczliwe. Na miejscu w biurze zawodów byłem stosunkowo wcześnie bo około pół godziny przed startem. To co jednak ujrzałem wprawiło mnie niemal w przerażenie.  Kolejka do biura sięgała niemal na zewnątrz budynku. Jeśli ci wszyscy mają wypełnić deklarację to stojąc w tej kolejce mogę nie zdążyć zmienić stroju z wariantu kolarskiego na nordikowy, pomyślałem, chyba że będę robić to w tym łoku. Postanowiłem zadziałać, pobrać kartę zgłoszenia i wypełnić ją własnym długopisem nie blokując dostępu do biura tym stojącym w kolejce. Okazało się jednak, że kart zgłoszenia zabrakło w biurze i wydawano tylko numery startowe i kupony do losowania nagród. Już zawracałem na koniec kolejki, gdy pani z biura zawołała mnie wręczając numer startowy i kupon. Okazało się, że kolejka spowodowana była głównie tym, że młodzież startująca i zapisująca się na bieg musiała przypisać się do własnej szkoły, gdyż jest tu prowadzona klasyfikacja frekwencji szkół. Tu trzeba dodać, że w efekcie dużego zainteresowania imprezą wkrótce zabrakło numerów startowych i nakładano startującym żółte opaski z wypisanym kolejnym numerem. Gdy zabrakło opasek numery wypisywano wprost na grzbiecie dłoni. Wydaje mi się, że młodzież szkolną powinno jednak zapisywać przy tej formule grupowo, sprawdzając tylko liczbę zapisanych przeliczając rzeczywiście tych obecnych.  I tak to robiono w ubiegłych edycjach, nie wiem więc dlaczego teraz postąpiono w jakiś eksperymentalny sposób odnotowując każdego uczestnika osobno przypisując go do każdej szkoły. Przy 500 uczestnikach to karkołomne zadanie gdy większość startujących przybywa na miejsce nie wcześniej niż pół godziny przed startem. Zmieniając oblicze z kolarskiego na nordikowe bardzo szybko odnalazłem przyjaciół z biegowych tras,

Kopia_op1

a właściwie to oni mnie namierzyli zapraszając do wspólnego zdjęcia. Dzięki Nim mam co wstawić na blogu oprócz tekstu.

 Kopia_op3

Zobaczymy jeszcze czy pojawi się galeria zdjęć organizatora ze startu. Tu powinienem być widoczny, gdyż ustawiłem się nie tyle w pierwszej linii co obok filara bramy startowej licząc, że biegacze mnie idącego z boku będą wyprzedać biegnąc od strony wewnętrznej bramy. Przed startem jeszcze troszkę potruchtałem nie tylko by rozgrzać mięśnie ale by rozgrzać się w ogóle, gdyż strój miałem jesienny i dłuższe oczekiwanie na start powodowało jednak spore wychłodzenie organizmu. Jeszcze kilka ćwiczeń rozgrzewkowych i rozciągających i stanąłem obok filara bramy.

DSCN8102

Włączyłem wcześniej endomondo i przekręciłem saszetkę z telefonem do tyłu. Był to błąd, gdyż później nie słyszałem (prawdopodobnie przyczynił się do tego także wiatr) informacji trenera o pokonywanych kolejno kilometrach. Tu z pomocą jednak przyszło mi to, że już dość dawno oznakowano trasę wokół Malty co 250 m odpowiednim znacznikiem. To bardzo dobre rozwiązanie które umożliwia kontrolę tempa.Start jednak wydłużał się, gdyż jeszcze nie wszyscy stojący w kolejce zdołali się "zapisać". Wydaje mi się, że tu potrzebne jest albo wyraźne i jasne  określenie, że biuro jest czynne np. do godz. 10.50 (tak już bywało) albo po prostu konsekwentny start biegu punktualnie o godz. 11.00 by  ci spóźnialscy musieli gonić pozostałych. Założyłem, że moje tempo będzie oscylowało około 9 min/km tak abym zmieścił się w limicie czasowym. Ale od początku, gdy tylko wyprzedziła mnie najszybsza grupa biegaczy starałem się maszerować tak szybko jak to możliwe. Oczywiście było to możliwie najszybsze, ale bez spinania się za wszelką cenę. Nie zamierzałem bić rekordu życiowego trasy, który nomen omen pochodzi ze stycznia 2013. Nie zauważyłem jaki czas miałem po pierwszym kilometrze tu więc mogę tylko na podstawie odczytu z endomondo określić że było to około 8:36. A wszystkie międzyczasy zgodnie ze znacznikami wyglądały następująco:

1 km - 8:36

2 km - 8:24, po 2 km - 17:00

3 km - 8:31, po 3 km - 25:31

4 km - 8:04, po 4 km - 33:35

5 km - 8:11, po 5 km - 41:46

META (5,4 km) - 44:49

Jak widać po międzyczasach w pierwszej połowie dystansu była jeszcze pewna rezerwa. W drugiej widząc, że jestem w dość dobrej dyspozycji i idę dużo szybciej od założonego minimum przyspieszyłem. Musze przyznać, że jestem dość mile zaskoczony osiągniętym rezultatem. Wprawdzie do rekordu trasy zabrakło ponad 2 minuty ale biorąc pod uwagę dość luzackie podejście do tego startu zaliczam go do bardzo udanych. 

Kilkuminutowy zapas czasu przed losowaniem pozwolił mi odebrać mój depozyt i oczywiście tradycyjny "Paszport biegacza" z przybitą pierwszą pieczątką. Losowanie szło dość niemrawo "maszyna losująca" wielokrotnie zacinała się i to przedłużało czas oczekiwania. Niestety dzieci wyjmujące losy z kasety były chyba dość zaspane i prowadzący wielokrotnie musiał upraszać się o wyciągnięcie kolejnego losu. Oczekiwanie jednak opłaciło się. Niemal rzutem na taśmę jako przedostatni wylosowano mój numer. Wyboru zbyt dużego spośród nagród już nie miałem, ale jak się to mówi "darowanemu koniowi..." Wybrałem książkę pt. "Zadbaj o formę z pulsometrem z GPS". Przejrzałem ja na razie dość pobieżnie, ale kilka przytoczonych tez i sformułowań wzbudziło moje zainteresowanie. Myślę, że warto zapoznać się ze spojrzeniem na aktywność fizyczną speców spod znaku GARMIN-a.

PS. Odnośnie losowania nagród to zastanawiam się jak to możliwe, że w limicie czasu potrafi zmieścić się np, pani w kozakach na wyraźnym obcasie ubrana w kurtkę zimową w żaden sposób nie przypominającą wariantu sportowego. Pewnie, że biegać można w dżinsach i zwykłych półbutach, ale w takim stroju to raczej można się tylko ugotować i złamać nogę. 

6. Bieg "Policz się z cukrzycą".

mk130363

Chyba dwa lata temu chciałem dostać się do tego "elitarnego" biegu. Ale się spóźniłem z zapisem, a w biegu jest niewiele miejscówek - tylko 250. Rok temu zajęcia spowodowały, że nawet spóźniłem się na wówczas nieco wcześniejsze niż zwykle "Światełko Maltańskie", więc w ogóle nie podchodziłem do próby zapisania się.. No ale teraz przypilnowałem. Choć trochę wahałem się z obawy czy podołam przebiec te  "2" km jednym ciągiem. I trzeba to rozumieć, biorąc pod uwagę dwa ostatnie Parkruny, w których rezygnowałem z biegu i przechodziłem do marszu dużo wcześniej niż dystans "rozprawienia się z cukrzycą". Liczyłem jednak, że towarzyski charakter biegu i konwersacyjne tempo około 6:30/min będą tu bardzo pomocne w realizacji postawionego celu. Zupełnie inaczej biegnie się w grupie podążającej równym wolnym tempem, a inaczej gdy od pierwszych metrów wszyscy ruszają chyżo niczym charty na polowaniu. Wówczas zostajesz sam i musisz być w dobrej dyspozycji, by podołać wyzwaniu.

Bieg jest rozgrywany w ramach imprez towarzyszących WOŚP.  Ja postrzegam go przede wszystkim jako promocję zdrowego trybu życia. Zastanawiam się dlaczego tego typu impreza odbywa się tak rzadko. Jasne, że powoduje ona wyłączenie z ruchu samochodowego kilku ulic i skrzyżowań w centrum miasta na kilkanaście minut, ale w niedzielę czy inne święta, dlaczego by nie. Można by jak najbardziej robić także marsze Nordic walking pod tym samem hasłem. Dzień Niepodległości czy Święto Konstytucji 3 maja nie nawiązują wprawdzie bezpośrednio do dbania o zdrowie, ale czy to ostatnie nie jest też w jakimś sensie przejawem naszego patriotyzmu? A w tym czasie (zwłaszcza 11 listopada) i tak w tej części miasta odbywają się festyny i ruch jest albo wyłączony na niektórych ulicach albo ograniczony. Bieg i marsz Niepodległości rozegrany w podobnej formie na tej samej trasie byłby też policzeniem się z cukrzycą i jednocześnie uczczeniem święta narodowego.  

Ostatnie dni nie były zbyt sprzyjające pogodowo, kilkakrotnie przemokłem, w tym raz w kilka sekund do suchej nitki i ...wody w butach - uwaga: podczas jazdy rowerem. Po prostu jakby ktoś z pompy wylał na mnie hektolitry wody.  Z prognozy pogody wynikało jednak, że powinniśmy byli trafić  w bezdeszczowe okienko, toteż na bieg pojechałem rowerem. Dodatkowo niesprzyjający silny wiatr powodował, że w przypadku jazdy pod górkę musiałem stawać na pedałach (by nie stanąć w miejscu) niczym kolarze wspinający się w Alpach podczas Tour de France. W biurze imprezy obsługa bardzo sprawna, numer i pakiet startowy z drobnymi upominkami odebrany i przebieram się w reprezentacyjną koszulkę mojej drużyny. Bardzo szybko spotykam też przyjaciół z biegowych tras.

Kopia_006_st

Humory nam dopisują, mimo, że po wyjściu z Zamku na kilka minut przed startem pogoda najwyraźniej chce nas znowu przekropić. Na szczęście zabawne maskotki biegu powodują, że uśmiechy nie nikną z naszych twarzy.

 Kopia_008_st

 Kopia_011_st

Regułą było tu, że biegacze gonili "kostkę cukru". Tym razem mieliśmy gonić jednego z poznańskich koziołków (gdzie był drugi nie wiem) i gigantycznego (jak się później dowiedziałem) chomika :) Było jeszcze sporo czasu na fotki z sympatycznymi maskotkami by urządzić małą sesję zdjęciową, ale  po chwili ruszamy zwartą grupą. "Naszych" szpików było dość sporo w tym biegu i byliśmy widoczni, głównie w pierwszych rzędach tuż za czołem kolumny biegaczy. Założenie było takie, że tyły kolumny mieli zabezpieczać biegacze z drużyny Night runners. I liczyłem, że w razie czego, ci biegnący z tyłu zgarną mnie ze sobą, gdybym chciał przejść do marszu.

Kopia_014_ts

Kopia_015_ts

Jednak start nastąpił z małym falstartem, gdyż po 30 metrach wstrzymała nas jeszcze policja na kilkadziesiąt sekund. Później już bieg przebiegał bez przeszkód, wśród naszych radosnych okrzyków na widok dopingujących nas przechodniów, którzy stawali się naszymi mimowolnymi kibicami. Dokładny dystans jaki zmierzyłem wyrysowując trasę na mapie wychodził 1860 m. Pierwszy kilometr był najpierw z górki, więc było łatwo, potem było nieco pod górkę, ale wciąż to był przecież pierwszy kilometr, później już było płasko, ale z uwagi, że do mety było coraz bliżej, też można powiedzieć, że było "z górki".  Tak jak przewidywałem wolny bieg w dużej grupie nie sprawił problemu i nikt nie musiał mnie zgarniać. Przebieg trasy poniżej:

 

 Średnie tempo okazało się nawet nieco wyższe od tego, które przewidywałem. Wydaje mi się, że na ostatnich 400-500 metrach czołówka nieco przyspieszyła i pociągnęła ten nasz 250-o osobowy peleton.

 Kopia_016_ts

Na pewno bieg przyniósł mi znów sporo satysfakcji, ... że mogłem. Hasło z biegowej koszulki mojego przyjaciela okazało się dla mnie bardzo prawdziwe, nawet jeśli cel nie był tym razem zbyt wygórowany.

Kopia_nigdy_si_nie_poddawaj

 

 

 

© Nordic Walking mk
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci