Menu

Nordic Walking mk

Więcej Nordic Walking aby żyć dłużej

Biegaj z Opel Szpot - edycja styczeń 2016

mk130363

Rozpoczęliśmy nowy, już X cykl imprez z cyklu Biegaj z Opel Szpot. Dla mnie osobiście to już szósta odsłona, a więc jestem tu ponad połowę czasu jego istnienia. Ostatnia sobota stycznia to tradycyjny dzień inauguracji. Jeszcze tydzień wcześniej miałem obawy, czy po oblodzonej nawierzchni da się jakoś sensownie iść z kijami. Bo przecież jeśli nawet nawierzchnia będzie posypana piaskiem, by buty się nie ślizgały, to wówczas nakładki gumowe i tak odpowiednio nie spełnią swej roli. Ale roztopy poszły szybko i kwestią było tylko czy wiatr i deszcz właściwie oczyści nawierzchnię z piasku. Okazało się że najgorszy pod tym względem był fragment około 200 m w rejonie podejścia obok trybun i mostka nad Cybiną wpadającą do jeziora. Tam wysypano chyba 2 tony piasku i on utrudniał właściwe odpychanie się kijami. Pozostała cześć trasa nie była już tak zła. Pogoda była dość sprzyjająca, około 8 stopni w plusie, bez opadów. No wiatr był trochę uciążliwy ale głównie przeszkadzał i ziębił wówczas, gdy nieco przepoceni po marszu lub biegu czekaliśmy na losowanie nagród. Ja wybrałem się na imprezę maszerując z kijami w obie strony. To dawało mi ponad 13 km treningowych i w pełni zaspokajało potrzebę ruchu na ten dzień.

Wybrałem się dość wcześnie na bieg. Miałem pewien nowy plan startu Otóż w ubiegłym roku prowadząc fanpage "Biegaj z Opel Szpot" robiłem sporo zdjęć. Z uwagi jednak na to, że startowałem z końca stawki maszerując z kijami nie miałem szans by fotografować uczestników dobiegających do mety. Ten cykl cierpi na brak właśnie takich zdjęć. Ja z konieczności więc fotografowałem uczestników  podczas rozgrzewki lub podczas losowania nagród. Firmowy fotograf biegu zazwyczaj robi fotki kilku banerom reklamowym, uczestnikom podczas rozgrzewki, kilku pierwszym biegaczom na mecie oraz zwycięzcy losowania nagród. Bardzo rzadko pojawia się na biegu fotograf który robi zdjęcia na trasie czy mecie. Moim zdaniem to jest ewidentny mankament oprawy tego biegu. Dlatego zachęcam uczestników do robienia swoich mini galerii zdjęć (choćby kilkunastu) i publikowania ich na fanpageu. To nie jest duży wysiłek a radość i pamiątka dla kilkunastu uczestników, którzy dobiegną po nas na metę, nie do przecenienia. Tak więc postanowiłem zrobić coś więcej dla uczestników by móc ich sfotografować na trasie. Sam zrezygnowałem przy okazji ze zdjęć, na które mógłbym się załapać na starcie, ale tu zwyciężyła chęć robienia radości innym i osobista satysfakcja z udanej akcji fotograficznej. Tak więc postanowiłem wystartować wcześniej o jakieś 15-20 minut przed oficjalnym startem. To dawało szansę dotrzeć na metę zaledwie za kilkudziesięcioma najszybszymi biegaczami. Pozostałych czyli przypuszczalnie około 200 mógłbym sfotografować dobiegający do mety. W biegu nie ma klasyfikacji, czipów itp. więc taki plan jest możliwy w realizacji bez posądzenia o jakieś oszustwo czy niesportowe zachowanie i bez moralnego kaca że kogoś wyprzedziłem bez racji.

Dość wcześnie dotarłem do biura zawodów i po rejestracji miałem jeszcze kilkanaście minut do mojego startu. Na chwilę schowałem się jeszcze w budynku nad hangarami, ale miałem już raisefiber, więc ostatecznie wystartowałem 22 minuty przed godz. 11.00. Uruchomiłem endomondo i stoper i pomaszerowałem wokół Malty. Pozbawiony byłem możliwości ścigania się z najsłabszymi biegaczo-maszerami i pozbawiony również towarzystwa Staszka, z którym dość regularnie startujemy w tej imprezie. Początkowo nie narzucałem zbyt mocnego tempa i nie przejmowałem się zbytnio międzyczasami. Jeszcze na pierwszym kilometrze zadzwonił do mnie Staszek zdziwiony, że ja już jestem na trasie. Wyjaśniłem dlaczego i pomaszerowałem dalej. Międzyczas pierwszego kilometra był dość rekreacyjny. W przybliżeniu przewidywałem, że i tak najszybszy z biegaczy dogoni mnie gdzieś między 3 a 4 kilometrem, więc nie dyktowałem ostrego tempa, jednak na drugim kilometrze przyspieszyłem do tempa treningowego. Te międzyczasy podaję jednak bardziej z kronikarskiego powodu niż dlatego, że walczyłem o jakiś dobry czas w całym marszu.  

1 km - 9:25

2 km - 8:39, po 2 km 18:04

Postanowiłem jednak przyspieszyć. Limit czasu do losowania nagrody głównej w tym biegu wynosi 50 minut. Ja wyszedłem wcześniej, więc na pewno bym się zameldował na mecie dużo przed upływem tego czasu, ale chciałem być do końca w porządku gdybym faktycznie wylosował tę nagrodę. A dotychczasowy międzyczas zapewniał to ledwo ledwo, dosłownie na granicy wyniku, z tolerancją większego opóźnienia zaledwie kilkunastu sekund.

3 km - 8:19, po 3 km 26:23

To było już bardzo dobre tempo, które kontynuowałem na kolejnym kilometrze bez żadnej spiny i problemu. Pod koniec czwartego kilometra zaniepokoiło mnie, że żaden z biegaczy mnie jeszcze nie wyprzedził, ale to była konsekwencja tego, że nie wystartowałem 15 minut przed biegaczami, a 7 minut wcześniej. To przesuwało strefę wyprzedzania o prawie kilometr.  

4 km - 8:22, po 4 km 34:45

Gdzieś w połowie piątego kilometra usłyszałem za sobą tuptanie pierwszego biegacza. Potem był drugi i trzeci, a potem znowu długo nic. Kilku minęło mnie pod koniec piątego kilometra. Trochę mnie zaniepokoiło, że mogę okazać się 10 uczestnikiem na mecie. Wówczas otrzymałbym pamiątkowy medal. Oczywiście zrezygnowałbym z niego na rzecz kolejnego, który by był za mną, ale wolałem uniknąć takiej sytuacji, bo ludzie różnie mogliby tłumaczyć moje wcześniejsze wyjście, a przypięta niesprawiedliwie łatka nie wiadomo jak długo mogłaby mnie prześladować. Dlatego postanowiłem zatrzymać się przy tablicy świetlnej w okolicy mety toru regatowego i tam fotografować dobiegających uczestników. Tymczasem ukończyłem piąty kilometr i rozpędem chyba zrobiłem to w bardzo dobrym czasie.

5 km - 8:02, po 5 km 42:47

Tak jak postanowiłem zrobiłem, mimo że chyba płonne były moje wcześniejsze obawy i na ostatnich metrach z pewnością wyprzedziłoby mnie więcej niż 10 biegaczy. Zatrzymałem się wstrzymując także czas na stoperze i endomondo. Wyjąłem drugi telefon z plecaka i zacząłem pstrykać foty seriami.

300120161019

 

 

 

300120161061

 

300120161083

Bardzo dobrym pociągnięciem ubiegłego roku było wyposażenie uczestników w numery startowe. Wprawdzie nie ma to znaczenia dla jakiejś klasyfikacji, jednak niewątpliwie ułatwia fotografowanie uczestników biegu. Nad Maltą bowiem i tak ludzie biegają mimo tej imprez i niezależnie od niej, więc fotografować bez numerów można by też przypadkowych biegaczy nie uczestniczących w tym biegu. Po około 10 minutach robienia zdjęć postanowiłem dokończyć swój marsz i kontynuować fotografowanie na mecie.

5,43 km - 3:42 (tempo 8:36/km)

META 46:29 , średnie tempo całego marszu 8:34/km

Teraz czekałem już głównie na Staszka, oraz na Bogdana, który też szedł z kijami, a przy okazji fotografowałem kolejnych uczestników dobiegających do mety.

300120161127

 

300120161154

 

Po skończonej misji fotograficznej odebrałem paszport biegacza, zaopatrzyłem się w wodę, zbyt zimną jednak żeby pić, więc prawie całą butelkę zaniosłem do domu. Dobrze, że w tych zimowych edycjach organizator zapewnia termos z gorącą herbatą. Wiało na mecie niemiłosiernie, nie było gdzie się schować, jak by nie stanąć wszędzie wiatr przenikał przez nasze ubrania wilgotne przecież od potu, co potęgowało uczucie zimna. Losowanie bez fajerwerków z naszej strony tzn. nie wylosowaliśmy żadnej nagrody choć strzały były bardzo bliskie.

PS. W domu stała się rzecz straszna i nieprzewidziana przeze mnie. Przy kopiowaniu zdjęć na komputer nastąpił jakiś błąd, trudny do wytłumaczenia i większość ze zdjęć poleciała w kosmos. Wszystkie zdjęcia z karty pamięci wyparowały. Byłem załamany, cała misja fotograficzna okazała się fiaskiem. Nie miałem nawet ochoty oglądać tych kilkunastu zdjęć, które udało się przekopiować. Dopiero w poniedziałek podłączyłem telefon do komputera innym kabelkiem, licząc że telefon przemyślał sprawę i udostępni zdjęcia, które ściągnie z kosmosu. No i udało się. Bardzo powoli następowało odtworzenie wszystkich zdjęć w galerii kreatora, ale po kilkunastu minutach wszystkie zachowane zdjęcia (i chyba nic się nie uroniło) otwarły się i mogłem je przekopiować na komputer. W sumie było ich 146. Niektóre wprawdzie pokazują biegaczy z bardzo daleka, ale przecież robiłem je seriami i tu trzeba się pogodzić z tym, że nie wszystkie wyjdą pięknie. Zdecydowałem się jednak opublikować wszystkie ze względu na perypetie, które towarzyszyły ich uzyskaniu. Poniżej link do pełnej galerii zdjęć.   

 

Biegaj z Opel Szpot - styczeń 2016

Bezkresy Nadwarciańskie po roztopach

mk130363

Zgodnie z obietnicą daną w ciągu tego tygodnia w piątek zrobiłem rekonesans trasy na Bezkresach Nadwarciańskich. Oczywiście nikt mnie do tego nie zobowiązywał, ale oceniałem że właśnie w piątek trasa nie tylko będzie pozbawiona lodu i śniegu, ale także stojącej w koleinach ścieżek wody, a jej większość będzie nawet dobrze przesuszona. Trening sprawdzający podzieliłem w sposób naturalny dla mojej trasy na dwa etapy. Najpierw poszedłem w lewo z mostu Królowej Jadwigi w stronę Dębiny, a później w prawo w kierunku Katedry. Widok z mostu nie był zachęcający wprawdzie, bo budowa spustoszyła tę okolicę i rekultywacja tego odcinka ścieżki potrwa chyba długo po zaprzestaniu przejazdów ciężkiego sprzętu.

29012016981

W stronę Dębiny.

Jedyna możliwość przejścia odcinka przy moście KJ jest tuż przy brzegu Warty. Po około 250 metrach można było już próbować przebijać się na główny szlak wędrówki.

 290120161001

 

Tu można było pomykać początkowo jednakże tylko skrajem ścieżki unikając kolein, gdzie jeszcze była warstwa błotka, choć teren jeszcze generalnie podmokły był nieco.

29012016982

Jednak po kolejnych 100-150 sytuacja diametralnie się zmieniła i ścieżka była już dobrze przesuszona, nie powiem, że jak pieprz ale prawie. Trawa tu nie jest mocno wydeptana bo szlak szeroki i nie ujeżdżony samochodami. 

 

29012016985

Praktycznie i do Hetmańskiej i dalej przez brzozowy lasek oraz las mieszany droga była sucha, aż do wału przeciwpowodziowego.

 

29012016989

Na wale jeszcze było wilgotno (dlatego ja prawie nigdy nie chodzę wałem) i ja natychmiast po wejściu nań schodzę zwykle w dół ścieżką wiodącą wzdłuż ogrodzenia ujęcia wody.

 

 

Tu także są miejsca mniej przesuszone, ale generalnie nie ma tu takiego błota jak na wale. Większa cześć tego kilometrowego odcinka jest "piaszczysto-ziemista" i tam gdzie przeważają warstwy przepuszczalne ścieżka jest sucha. Miejsca gdzie pojawiają się warstwy gruntu mniej przepuszczalne także nieco gliniaste są wilgotne i tu trzeba uważać, aby się nie poślizgnąć lub nie wkopać po kostki w błoto. Tu sfotografowałem najgorsze miejsca.

29012016997

 

Ogólnie warunki na tym całym odcinku nad wyraz mnie pozytywnie zaskoczyły. Oczywiście trzeba było w pewnych miejscach uważać, ale można było suchą stopą przejść bez butów z membraną nieprzemakalną.

W stronę cypla i Katedry.

Oczywiście tę samą drogą wróciłem do mostu KJ i poszedłem dalej w stronę cypla i Katedry. Ten odcinek można było również pokonać bez obaw o zamoczenie stóp. Jednakże trzeba było na ogół poruszać się skrajem kolein lub między nimi, czyli tam gdzie jest trochę wygniecionej trawy.

290120161002

Najgorzej było między mostem św. Rocha a mostem Chrobrego. Tam wydeptane przez piwoszy klepisko niestety było pokryte cienkim bo cienkim, ale błotkiem. Pamiętam z wcześniejszych lat ze bywało tu grząsko po roztopach ale błota kiedyś nie było ze względu na to że ścieżka praktycznie była udeptaną trawą. 

 

290120161007

Taki fragment trawiastej ścieżki pozostał jeszcze tylko na cyplu.

 290120161009

 

Ten odcinek był biorąc pod uwagę procentową ilość wilgoci na ścieżkach w nieco gorszym stanie niż poprzedni ale i tak uważam, że na tę chwilę jest w dość dobrym stanie i tylko wystarczy zachować trochę uwagi a unikniemy poślizgu. Sytuacja zresztą mam nadzieję, że będzie się polepszać z każdym dniem, o ile nie nastąpią jakieś długotrwałe obfite opady. 

Na koniec sfotografowałem swoje buty, co pokazuje że można w tej chwili pokonać tę trasę bez obaw, że będzie to cross straceńców.    

290120161017

   

PS Na zdjęciach starałem się z premedytacją przedstawić najbardziej drastyczne fragmenty trasy, ale tez pokazać zupełnie normalne suche odcinki.

Parkrun Poznań_bieg nr 180

mk130363

Miałem dzisiaj pomaszerować w Parkrunie przy okazji odbioru medalu za 1. Bieg Powstania wielkopolskiego. Jednak wiedząc jakie oblodzenia są nad Wartą, obawiałem się, o to jaka będzie nawierzchnia na Cytadeli. No i moje obawy potwierdziły się, rozwiewając wszelkie nadzieje na udział w tym biegu. Owszem był odcinek przynajmniej około 300 m czysty od lodu na pierwszym kilometrze, ale był też podobnej długości odcinek prawie całkowicie oblodzony przed metą. Jak było na pozostałej części trasy sprawdziło prawie 200 uczestników, ja tego nie zaryzykowałem. Najpierw więc odebrałem medal za bieg z 27 grudnia, a następnie postanowiłem zostać fotografem wydarzenia.

Kopia_00__044

Kopia_00__204

 

Kopia_00__254

Kopia_00__313

Bieg miał charakter charytatywny. Organizator Biegu Powstania Wielkopolskiego - Robert Walczak zadeklarował, że wpłaci 20 zł za każdego uczestnika, który go wyprzedzi na mecie, na cel charytatywny wskazany przez zwycięzcę biegu, Roberta pokonało 13 biegaczy i odpowiednia kwota powędrowała na wybrane konto. I to by było na tyle w relacji z tego wydarzenia. Warto jednak podkreślić, że frekwencja po biegu 27 grudnia wyraźnie na poznańskiej edycji Parkrun wzrosła. Wiele osób poznało zasady rozgrywania biegu i poczuło jego niesamowitą atmosferę. Ja otrzymałem przy tej okazji podziękowanie za pomoc w realizacji tamtego pamiętnego grudniowego wydarzenia w postaci pamiątkowego pucharu. Link do albumu zdjęć na końcu wpisu. 

pucharek

 

Plebiscyt

mk130363

Rzadko zabieram głos na blogu z pozycji kibica. Ale oprócz uprawiania sportu od zawsze kibicuję sportowcom, zwłaszcza rywalizującym na arenie międzynarodowej i w ten sposób reprezentujących nasz kraj. Plebiscyt Przeglądu Sportowego na najlepszych sportowców danego roku zawsze przykuwa moją uwagę, ale bardzo rzadko budzi moje wątpliwości, czy nasz wybór był właściwy. Piszę nasz bo niezależnie od tego na kogo głosujemy zawsze jest to nasz wspólny wybór. Najbardziej podziwiam zawsze takie dokonania naszych sportowców, które są czymś niezwykłym. Przede wszystkim doceniam takiego osiągnięcia, w których jest bardzo silna konkurencja, a mimo tego nasz sportowiec potrafi wygrać z całą koalicją bardzo mocnych rywali. Tak przez lata ceniłem sobie sukcesy Adama Małysza, który koalicję skoczków austriacko-niemiecko-fińsko-japońsko-norwesko-słoweńskich skaczących po 130 m bił skokami na 135 m. Przez całe lata moją idolką w świecie sportu wyczynowego była Justyna Kowalczyk. Jak cenne były jej sukcesy w rywalizacji z koalicją głownie Norweżek wspieranych trochę przez Finki i Szwedki widzimy najlepiej teraz. Praktycznie w biegach narciarskich istnieją teraz tylko Norweżki, nikt nie jest w stanie nawiązać z nimi równorzędnej walki. Owszem może ktoś nawet w pojedynczym biegu, głównie sprincie zaistnieć, ale jak w finale na 6 biegaczek udział biorą 4 z Norwegi nie mam pytań. O biegach dłuższych już nie wspomnę. Niewątpliwie również bardzo doceniam sukcesy jakie odnieśli w minionych latach kolarze. Mamy pewne tradycje w tej dyscyplinie, ale Mistrzostwo Świata Michała Kwiatkowskiego (w peletonie tzw. zawodowym) zdarzyło się tylko raz w historii. Zwrócę uwagę na to jak silna jest konkurencja w kolarstwie. Oczywiście zawsze wymienia się kilku czy kilkunastu faworytów, ale praktycznie szanse na tytuł ma przynajmniej kilkudziesięciu kolarzy. I każdy jest prowadzony przez kilku swoich rodaków. To że udało nam się wywieźć Polaka na szczyt w tym peletonie, to uważam wprost za cud. Poza tym mimo, że jak napisałem, na ten sukces musiało pracować kilku kolarzy, to jednak nadal pozostaje to sport indywidualny i o końcowym wyniku decyduje zawsze ostatnie depnięcie tego najlepszego. Jeśli on nie będzie w optymalnej formie i mocy to na nic zda się współdziałanie nawet najlepszych pomagierów. Podobnie silna jak w kolarstwie jest rywalizacja w tenisie. Moim zdaniem, to też jest sport w którym równie trudno się przebić. Nie chciałbym deprecjonować pracy innych sportowców, bo każdy kto zdobywa mistrzostwo świata z pewnością wykonał kawał dobrej roboty i jego sukces jest nie do podważenia. Ale popularność tenisa jest tak duże na świecie, że zdobycie tu mistrzostwa świata, jest jak zdobycie przynajmniej pięciu mistrzostw świata w rzucie młotem. Z całym szacunkiem dla Anity Włodarczyk, dzięki której dość często zdarza się nam słuchać Mazurka Dąbrowskiego, to jednak ona ma do pokonania zazwyczaj góra 2-3 rywalki o godnym siebie poziomie. Reszta rzuca tak słabo, że przed konkursem wiadomo iż nie będą się w ogóle liczyć. Jeśli chodzi o piłkę nożną to tu niewątpliwie trudniej jest porównywać dokonania sportowców, bo oprócz indywidualnej klasy zawodnika liczy się jeszcze to, jak zagrają współpartnerzy z drużyny. Przez całe lata broniłem Roberta Lewandowskiego przed opiniami, że on nie nadaje się do gry w reprezentacji i gra dobrze tylko w klubie. I jak pokazały minione 2 lata nie myliłem się. Gdy drużyna narodowa zaczęła grać poprawnie (zaznaczam poprawnie a nie bardzo dobrze, bo do tego jeszcze daleko) on nagle stał się gwiazdą także reprezentacji. Ale tu też z całym szacunkiem, reprezentacja z Robertem nie osiągnęła jeszcze sukcesu przypominającego te z lat świetności polskiej piłki. Nie wiem więc, czy faktycznie już teraz zasługuje na tytuł sportowca roku, bo z uwagi na popularność dyscypliny wśród kibiców i to że niemal wszyscy graliśmy kiedyś w kopaną, miejsce w trójce mu się należało. W przypadku Anity o drugim miejscu z pewnością zadecydowało lobby biegaczy, popularność tej aktywności, a przez to i popularność lekkoatletyki.  Pierwsze dwa miejsca w plebiscycie zapewnili więc zapewne kibice kopanej i biegacze. Na trzecim miejscu znalazła się Agnieszka Radwańska, która zdobyła w minionym roku nieoficjalne mistrzostwo świata wygrywając Turniej Mistrzyń czyli najlepszych z najlepszych w tej dyscyplinie. W młodości przez wiele lat obserwowałem i kibicowałem Wojtkowi Fibakowi, który przez długi czas był wśród czołowych zawodników świata w tej dyscyplinie. Doskonale pamiętam jego mecz w finale Turnieju Mistrzów roku 1976 i jego prowadzenie 2:1 w setach i 4:1 w czwartym secie z Manuelem Orantesem. Jak wyrównana jest walka w tej dyscyplinie świadczy fakt, że Fibak zakwalifikował się do turnieju z ósmego miejsca w rankingu najlepszych tenisistów i znalazł się w finale. Mimo że w ostateczność Fibak przegrał ten mecz, był to największy sukces polskiego tenisa do minionego roku. Agnieszka Radwańska, też nie przystępowała do ubiegłorocznego Turnieju Mistrzyń z pozycji faworytki zajmując w rankingu tenisistek 5 miejsce. Tu przypomnę, że Radwańska już wielokrotnie grała w turnieju najlepszych tenisistek świata w latach: 2008, 2009, 2011, 2012 (półfinał), 2013, 2014 (półfinał) i teraz w roku 2015. Warto więc też podkreślić jak długo utrzymuje się w szpicy elity tej dyscypliny, I tam stawka jest tak wyrównana, że można startując z piątej pozycji wygrać wszystko. No przepraszam, ale wyniki piątej zawodniczki rzutu młotem są śmieszne w porównaniu ze zwyciężczynią i trudno uznać ją (tę piątą) za jakąkolwiek elitę (nie deprecjonując oczywiście jej pracy i wyniku). Tak naprawdę Anita rywalizuje tylko z samą sobą. Jest to rywalizacja na wskroś indywidualna i samotna. Oczywiście okupiona wielką pracą i wysiłkiem, ale tak naprawdę zwycięska słabością innych. Rzut młotem nie jest niestety ani najbardziej widowiskową, ani najbardziej popularną dyscypliną lekkoatletyczną i tu sukcesy nie są tak spektakularne jak choćby w sprincie. Gdyby jakiś polski sprinter zdołał pokonać na Mistrzostwach Świata Usaina Bolta w biegu na 100 m, z pewnością uznałbym to za kosmiczny wynik, nawet gdyby nie pobił rekordu świata. W rzucie młotem niezdobycie przez Anitę mistrzostwa byłoby po prostu wielką porażką. Robert Lewandowski jest doskonałym piłkarzem, najlepszym w Polsce od 2011 roku (wg plebiscytów Piłki Nożnej) zdobył parę trofeów klubowych w tym Mistrzostwo Polski i trzy razy Mistrzostwo Niemiec, w ostatnim sezonie z Bayernem Monachium. Ba w plebiscycie o Złotą Piłkę zdobył nawet 4 miejsce i został uznany najlepszym piłkarzem eliminacji Europy. Ale to były jednak tylko eliminacje. Jeśli drużyna z Robertem na czele w tym roku będzie w czwórce najlepszych drużyn Europy, pewnie będę za tym by był on Sportowcem Roku, o ile ktoś jeszcze bardziej nie przyćmi jego sukcesu, a okazji na olimpiadzie będzie sporo, ale nie teraz, nie dzisiaj.

Plebiscyt

Z wynikami plebiscytu możemy się zgadzać, bądź nie, nie można ich kwestionować, bo to wybór demokratyczny. Ja najbardziej doceniłem w tym roku sukces Agnieszki Radwańskiej, której finezyjna gra obronna, mnie wprost zachwyciła. Dawno nie oglądałem tenisa, a ten w wykonaniu pań uważałem kiedyś nawet za jakiś drugorzędny, ale Agnieszka pokazała że nie liczy się tylko siła, ale także technika, cierpliwość i gra do ostatniej piłki. Jej zagrania w meczach z równie doskonałymi tenisistkami wielokrotnie bywają wybierane jako najlepsze zagrania miesiąca.  We wspomnianym turnieju jeśli dobrze pamiętam z sześciu najlepszych zagrań, cztery należały do Agnieszki. Potrafi się obronić i skontrować we wprost niesamowitych sytuacjach i wygranie niektórych piłek graniczy wprost z cudem. Dla mnie to Agnieszka Radwańska była najlepszym sportowcem minionego roku. Jej trzecie miejsce w plebiscycie też oczywiście jest bardzo cenne, ale dla mnie pozostaje pewien niedosyt, uważam że zasłużyła na znacznie więcej.       

7. Bieg "Policz się z cukrzycą"

mk130363

Taka sytuacja dzisiaj. Niemal w środku dnia idę samotnie z kijami środkiem ulicy najbardziej reprezentacyjnych arterii w centrum Poznania, mnóstwo policji zwłaszcza na krzyżówkach, koguty na policyjnych wozach wolno wirują, ale żaden z policjantów mnie nie zatrzymuje, nie wlepia mandatu, nie poucza nawet, wprost przeciwnie ruch samochodowy z dochodzących ulic zatrzymują i czekają aż raczę przemaszerować przed ich nosem. Dosyć, że honorów mi nie oddawali. Ha ha ha

No miałem, to pobiec tak jak w ubiegłym roku. To bieg towarzyski bez klasyfikacji, więc zbytnio bym tym truchtem chyba nie obciążył kolan. Ale gdy przyszedłem w okolice Centrum Kultury Zamek w Poznaniu zauważyłem kilka osób kręcących się w tym miejscu z kijami i to zasiało nadzieję, że może być nas parę osób idących w biegu na sposób Nordic walking. Ale decyzja zapadła dosłownie tuż przed startem, gdy oddawałem rzeczy do depozytu, zostawić tam kije, czy nie. Ostatecznie pani z biura podpowiedziała, że zawsze przecież mogę je chwycić pod pachę i potruchtać To nie są zawody więc byłoby dozwolone. Po raz pierwszy w charakterystyce tego wydarzenia w Poznaniu zauważyłem zapis, że trasę można pokonać dowolną formą ruchu i to dawało mandat by przejść trasę z kijami.

Kopia_00__056

Trochę zajęło mi czasu znalezienie biura biegu. Przeniesiono je w inne miejsce niż to było w ubiegłym roku. Dopiero podpowiedź zawodniczki z przypiętym numerem startowym mi pomogła. Już w holu CK Zamek widziałem osoby ubrane w równe koszulki z logiem nawiązującym do biegania, ale to nic dziwnego, wszak różnych klubów, drużyn biegowych jest sporo w narodzie. Ale wspinając się po schodach do biura widziałem kilka osób schodzących w dół trzymających chyba podobne białe koszulki w ręce. Wszystko wyjaśniło się, gdy otworzyłem drzwi do biura i zarazem szatni. W środku było kilkadziesiąt osób ubranych w te jednakowe białe koszulki. Teraz też gdy przyjrzałem się im z bliska dostrzegłem, że to są koszulki techniczne. O, brawo, full wypas, pięknie się postarali w tym roku. W ubiegłym takich fajerwerków nie było. Opłacało się przyjść choćby odebrać ten pakiet startowy. Pora wprawdzie wcześniejsza niż rok temu, a pogoda podobna, czyli szaro buro, dystans przy tym niezbyt okazały, ale sama idea biegu bardzo prawidłowa. No i w nagrodę te gadżety. Dodam, że jak ktoś nie chciał koszulki dostawał tzw. buffa, czyli to co niektórzy nazywają kominem lub chustą wielofunkcyjną bo oczywiście oryginalny buff to nie był. Zbyt drogi "sport" by to był dla organizatora. Ale ja mam i oryginalnego, i nieoryginalnego, i żadnej różnicy w jakości nie widzę. Więc jak ktoś wybrał ten wariant, to na pewno z tego też będzie zadowolony. Mając tę nową koszulkę postanowiłem już w niej konsekwentnie wystartować. Organizatorzy trzymali w tajemnicy, co dostaniemy w pakiecie, informowali tylko o upominkach, więc zabrałem moje reprezentacyjne "wdzianko"  szpikowe, z którego tym razem ostatecznie zrezygnowałem. Bardzo bowiem podoba mi się idea, gdy w takich biegach wszyscy, lub choćby większość wystartuje w takich samych strojach. Ostatecznie jak napisałem wcześniej, zdecydowałem się pójść z kijami. Na starcie nie było dmuchanej bramy, którą jeszcze kilkanaście minut wcześniej widziałem. Ponoć się przewróciła, choć wiatr nie był porywisty. Nie było też tym razem ani biegnącej "kostki cukru", ani Poznańskich Koziołków. Szkoda, dawało to taką atmosferę biegu z przymrużeniem oka, na wesoło, bez spiny, w tempie konwersacyjnym. Tak w ogóle miałem wrażenie, że uczestników też było znacznie mniej niż w poprzednim roku. W sumie szacuję, że było to tylko około sto osób. Ostatecznie okazało się też, że oprócz mnie z kijami pokonały trasę jeszcze tylko dwie osoby. No ale cóż w pewnym sensie zostaliśmy prekursorami tej formy ruchu podczas tego biegu. No i pozostaje to humorystyczne podejście do sytuacji, które opisałem na wstępie tej relacji. No ubaw miałem po pachy, bo faktycznie szedłem dość samotnie, szybszym tempem (około 8 min/km) od dwóch pań idących za mną. One chyba miały jeszcze lepszą zabawę, bo ja starałem się choć utrzymywać kontakt wzrokowy z plecami ostatnich biegnących. I faktycznie do tych ostatnich straciłem na finiszu jakieś 300 m. Niewątpliwie moja biała koszulka była sygnałem dla policji by czekać na przejście, ale faktycznie to chyba przez radio przekazywali sobie, kiedy można puścić ruch samochodowy. Ten samotny marsz miał jednak tę wadę, że uniknąłem zapewne błysku fleszów na trasie i mecie, i raczej nie znajdę pamiątkowego zdjęcia z marszu. Musiałem już sam poprosić któregoś z fotografów by zrobił mi fotkę na opustoszałej mecie.

 

Pozostało mi wrócić do domu z kijami, tak jak przyszedłem zresztą na ten bieg. Dzięki temu zrobiłem w sumie prawie 10 kilometrowy trening, bez taplania się w wodzie i ślizgania na lodzie.      

Lodowo wodny świat

mk130363

To jest to, przez co nie lubię zimy. Z mrozem można jakoś jeszcze sobie poradzić, w ostateczności skrócić trening, sam śnieg też na ogół nie jest żadną przeszkodą, ale oblodzenie praktycznie uniemożliwia bezpieczne maszerowanie. A że jest to najczęściej powiązane z dużą ilością wody, więc dodatkowo trzeba uważać by gdzieś nie zamoczyć butów powyżej kostki.

00__038a

Wprawdzie w takich warunkach stosuję stuptuty, dzięki którym dużo jej nie wlało by się do buta, ale wszystko zależy od tego jak głęboko się wdepnie. Wychodząc na dzisiejszy trening spodziewałem się, że łatwo nie będzie. Już wczoraj podczas treningu padał deszcz i temperatura była w plusie. Już wczoraj buty ślizgały się przy niektórych krokach, ale głównie na chodniku. Pokrywa śnieżna ścieżek nad Wartą jeszcze jednak zapewniała dobrą przyczepność. Dzisiaj po dotarciu nad Wartę zobaczyłem jednak właśnie lodowo wodny świat. Wycofanie się byłoby porażką. To mi się nigdy nie zdarzyło. Nie zdarzyło się bym zrezygnował z rozpoczętego treningu. Skierowałem się w stronę Katedry postanawiając spróbować przejść choć 6 km. Ruszyłem skrajem czy raczej bokami ścieżki. Po samej ścieżce nie było żadnej możliwości.

00__039a1

Nie było nawet sensu silić się na jakieś dynamiczne tempo. Po prostu najważniejsze w tych warunkach było bezpieczne dotarcie do końca drogi, która była raczej szkołą przetrwania. Niemal cały czas musiałem też patrzeć pod nogi, by nie wdepnąć w wodę, albo w to, co po sobie na skrajach ścieżki zostawiają pieski tu wyprowadzane. W trakcie marszu robiłem sporo fotek, nie siląc się nawet by robić pauzy w endomondo. Maszerowałem tempem około 10 min/km i nie miało dla mnie znaczenia, czy zatrzymam się co pewien czas na minute lub dwie, by udokumentować te trudne warunki.

00__040a

00__042a

Udało mi się dotrzeć do cypla i nie odmówiłem sobie zrobienia fotki Katedry. Pozostał mi powrót i wydawało mi się, że to już będzie wszystko na co będę mógł sobie pozwolić tego dnia.

 00__044a

Szczególna śliskość i oblodzenie ścieżki spowodowane było też tym, że na tym odcinku od mostu Królowej Jadwigi do Katedry często przejeżdżają samochodami patrole policyjne, ubijając śnieg, który później zamienia się w lód.

00__045a

00__046a

00__047a

 

Zbliżając się do kresu zlodowaciałej ścieżki postanowiłem spróbować przejść choć kawałek po drugiej stronie mostu w kierunku Dębiny. Pierwsze kilkaset metrów były jeszcze dość trudne z uwagi na rozjeżdżenie drogi przez ciężki sprzęt budowy. Ale około pół kilometra dalej ścieżka jest dość szeroko rozdeptana i znikły ślady samochodów. Tu złapałem lepszą przyczepność i postanowiłem pomaszerować co najmniej do mostu na Hetmańskiej.

00__049

W miarę pokonywania kolejnych odcinków trasy coraz mniej było lodu a coraz więcej zmrożonego wprawdzie, ale śniegu. Nie żeby od razu idealnie było, ale tu już dało się w miarę normalnie iść. Nie żałowałem, że zdecydowałem się wydłużyć trening.

 

W efekcie pomaszerowałem przez Dębinę, aż do nasypu kolejowego na Starołęce.  Przez moje kopyto treningowe przejechał wprawdzie jakiś samochód o dużym rozstawie kół, co spowodowało, że te ślady były bardzo wyślizgane, ale dało się iść środkiem.

00__051a

Teraz już rzeczywiście pozostało mi wrócić do domu, ale droga była dużo łatwiejsza od powrotu z cypla koło Katedry.

 00__052a

 

 00__054a

Chyba popełniłem błąd na początku marszu wybierając tamten kierunek. Najgorsze jest jednak teraz to, że sytuacja w przypadku dodatniej temperatury może być teraz dynamiczna, będzie się pewnie zmieniać i trudno przewidzieć w którą stronę będzie wygodniej pójść. Strona Katedry może stać się w najbliższych dniach bardziej błotnista, a strona Dębiny bardziej oblodzona. To dlatego właśnie nie lubię zimy. Śnieg w Poznaniu zazwyczaj zaczyna topnieć przed upływem tygodnia, jeśli utrzyma się przez dwa lub trzy tygodnie to duży sukces, zaś miesiąc śniegu zdarza się raz na kilka lat i wówczas oczywiście można maszerować z kijami do woli. Jednak to co nas czeka przy roztopach utrudnia systematyczne treningi przynajmniej przez tydzień. Jak dodatkowo znowu zacznie padać śnieg lub deszcz, a w nocy przyjdzie kilka stopni mrozu, to znów sytuacja zmienia się i to na ogół na gorszą.      

Noworoczny Marsz z Kijami w Borówcu

mk130363

Temperatura - 15°C, odczuwalna -26. W takich warunkach wzięliśmy udział w niedzielnym marszu w niedaleko położonym od Poznania Borówcu. Zapowiadany dystans początkowo na 5 km, później poprawiany na 7, ostatecznie okazał się pośredni. Tak czy inaczej, chyba dobrze, że organizatorzy nie zaplanowali dystansu powyżej 10 km, bo długie przebywanie na mrozie w tych warunkach nie jest bardzo komfortowe. Twarz nasmarowałem odpowiednim kremem ochronnym, usta bezbarwną pomadką ochronną, buff na szyi, ciepła czapa na głowie, kalesonki termoaktywne pod leginsami, cieplejsza wersja bielizny termoaktywnej pod softshellową kurtką, przygotowany byłem dobrze. Specyfika organizowanych rajdów jest taka, że przy dużej ilości uczestników poziom ich kondycji jest bardzo zróżnicowany. Wówczas często dochodzi do sytuacji, że cześć uczestników idących nieco szybciej zmuszona jest co pewien czas poczekać na tych idących wolniej. Zimą to niezbyt korzystna sytuacja bowiem jedni nieco przymarzają na postoju, drudzy idą cały czas na zmęczeniu. Szczególnie istotne to może okazać się przy bardzo długich rajdach. Ten akurat miał dystans taki, że raczej wykluczał taką sytuację. Tym bardziej, że w ten mróz pojawili się chyba najtwardsi walkerzy w liczbie 7+2.

Rajd poprowadzili Krzysztof Jachnik i Justyna Szlapka z ekipy MarszuPoZdrowie. Rozpoczęliśmy od rozgrzewki poprowadzonej przez Krzysztofa, dzięki czemu nasze mięśnie dostały pierwszy sygnał, że czeka je jakaś konkretna praca, a stawy rozruszały się przezwyciężając skostnienie spotęgowane przez niską temperaturę. Uruchomiliśmy urządzenia pomiarowe i ruszyliśmy drogą do lasu i przez las. Odpowiednie tempo zapewniało dogrzanie organizmu. Las pewnie nieco osłaniał od wiatru, co było okolicznością nam sprzyjającą. Podłoże naturalna ścieżka leśna nieco pokryta piaskiem, ale nie uciążliwie. Za to dzięki tej niewielkiej warstwie piaszczystej podłoże jest przepuszczalne, a wilgoć przenikając głębiej nie zamarzła tak jak klepisko ścieżek nad Wartą. Jeszcze przed połową dystansu Krzysztof z Justyną zaproponowali przerwę na zabawy ruchowe. Ja wykorzystałem to na zrobienie kilku fotek.

 Kopia_00__0044

 

Podczas marszu nie próbowałem wyjmować telefonu z kieszeni, zdejmować rękawiczki i pstrykać fotek. No bo zimno było i w marszu niewygodne to mogło być grabiejącymi palcami.

Kopia_00__0143

 

10 minutowa przerwa na szczęście nie była tak długa by zmarznąć, zresztą też chodziłem wokoło ćwiczących przytupując. W każdym razie z nową mocą ruszyliśmy na drugą cześć trasy. Przez cały czas marszu rozmawialiśmy, o różnych wydarzeniach nordikowych, a Krzysztof i Justyna udzielali od czasu do czasu wskazówek osobom początkującym. Droga powrotna niby trochę dłuższa upłynęła chyba równie szybko jak pierwsza część marszu. Po dotarciu na metę sesję rozciągania poprowadził znowu Krzysztof.

 Kopia_00__0172

 Kopia_00__0191

Na zakończenie czekał nas wystrzałowy poczęstunek (aż śnieg z dachu wiaty spadł), w postaci noworocznego toastu. Jeszcze pamiątkowe zdjęcia grupowe i uciekamy do ciepłych domów z tego porannego, mroźnego i udanego Rajdu, którego ślad trasy poniżej.

 

Tu ze smutkiem muszę odnotować, że nowy sposób prezentowania treningów na stronie endomondo uniemożliwia pokazanie wprost treningu na innej stronie w tym i na blogu ponieważ zabrakło tam opcji "publikuj". Na razie można jeszcze zapisać trasę treningu i opublikować ją na blogu ponieważ w zakładce "trasy" rządzi jeszcze starsza, poprzednia wersja. Nie wiem jak długo, ale pewnie ostatecznie zostaną tylko screeny widoku ekranu z prezentacją treningu. Endomondo chciało zrobić pół kroku do przodu, a zrobiło dwa kroki do tyłu. I spodziewać się można, że cofać się będzie coraz bardziej.

Kopia_00__0221

Kopia_00__023 

Poniżej pełna galeria zdjęć z Rajdu:

 

Noworoczny Marsz z Kijami_Borówiec

XXXIX BIEG SYLWESTROWY w Miałach - NORDIC WALKING

mk130363

Dość niespodziewanie pojechałem na tę imprezę. Dzięki zaproszeniu Staszka Przybylaka znalazłem się w miejscowości dość odległej od Poznania na imprezie z bardzo długą tradycją. XXXIX Bieg Sylwestrowy w Miałach, to chyba albo raczej najstarszy z biegów rozgrywanych w ostatni dzień w roku (lub z jego okazji). Przynajmniej jak widzę doniesienia z innych biegów i przeglądam kalendarz na MaratonyPolski.Pl. Nawet poznański był w tym roku po raz 32, podobnie w Białymstoku, inne z długimi tradycjami to Leszno, Łódź, Trzebnica –31, Gorlice –25. Potem długo nic i 12 edycja w Krakowie, o mniejszej ilości już nie będę wyliczał. W tym biegu w Miałach zdecydowano się dokonać pewnego przełomu, jak powiedział później spiker prowadzący imprezę. Po raz pierwszy rozegrano tu konkurencję w marszu nordic walking. Przy czym, co też jest godne podkreślenia zostaliśmy przyjęci i potraktowani dokładnie tak jak biegacze. W tym także trasa i dystans, który mieliśmy do pokonania był dokładnie ten sam. Czyli nie było tu żadnego pobłażania, że my niby słabsi, czy wolniejsi to musimy iść krótszy dystans. Bieg i marsz bez opłat po raz kolejny dowodzi, że małe miejscowości potrafią zrobić takie imprezy dla swoich mieszkańców wykorzystując własne środki nie sięgając do kieszeni uczestników. Przy czym wszystko jest profesjonalnie zorganizowane. Pomiar czasu z czipami, dekoracje i upominki dla zwycięzców kategorii, posiłek po biegu. Naprawdę podziwiam takie podejście do tematu władz miejscowości, które dają w ten sposób dowód, że rozumieją potrzebę rozruszania swoich mieszkańców. Wycieczka do Miałów dość długa, ale jak się okazało bardzo udana i do tego w miłym towarzystwie. Wyjechaliśmy dość wcześnie bo droga jest trochę zagmatwana, więc chcieliśmy ze spokojem przejechać te 100 km. Warunki na drodze jak na zimową porę bardzo dobre, lekki mrozik, słońce, brak opadów. Ten mrozik trochę zaskoczył, jeszcze parę dni wcześniej temperatura była przecież powyżej 10 stopni. Ale na szczęście nie był to siarczysty mróz, który byłby dokuczliwy podczas startu w zawodach. Dojechaliśmy bardzo na czas, a nawet sporo przed czasem, odebraliśmy numery startowe i czipy i czekając na swój start kibicowaliśmy w biegach dziecięcych truchtając po boisku piłkarskim, na którym zlokalizowano start i metę. Teraz jak patrzę zrobiłem mały błąd, było dość czasu aby zrobić nawet 3 albo 4 kilometrowy rozgrzewkowy spacer. Jednak mały mróz do tego nie zachęcał i w kontekście tego , że nie chciałem ryzykować, że się zbytnio spocę przed naszym startem i później trochę zmarznę nie ryzykowałem. Już do samego marszu musiałbym utrzymywać się w ciągłym ruchu, bo ogrzać się nie było za bardzo gdzie.  Poza tym nie przewidziałem, co mnie spotka podczas marszu, więc uznałem, że potruchtanie kilkuset metrów wystarczy na rozgrzewkę. 

 

Zgodnie z planem o 11.45 wystartowaliśmy razem z biegaczami, ale zajmując oczywiście tylne rzędy uczestników biegu głównego, żeby im nie utrudniać pokonania pierwszych metrów. Z kijami wystartowaliśmy w 14 osób. 10 osobowa grupa turystyczna z Poznania, jeden uczestnik miejscowy i nas trzech: Janek, Staszek i ja. Trasa była jak wspomniałem ta sama co dla biegaczy. Najpierw Stadion, potem dojście do szosy, około 3 km po asfalcie, wejście do lasu i powrót leśną drogą niemal równolegle do drogi asfaltowej, przejście w poprzek jezdni i dojście do  Stadionu, gdzie była meta. Przebieg trasy prezentuję poniżej. Nominalnie dystans miał liczyć 7 km, jednak wyrysowany ślad i zapisy GPSa wskazują, że faktycznie było o 100 m więcej.

 

Od razu we trzech narzuciliśmy mocne tempo, a Janek wkrótce wystrzelił mocno do przodu. Pierwszy kilometr szliśmy razem ze Staszkiem systematycznie powiększając przewagę nad grupą pościgową. Asfaltowa droga nie sprawiała problemu, gdyż ruch samochodów był znikomy. Droga wiodła bardzo długimi odcinkami niemal na wprost, dzięki czemu było widać stratę do czołówki daleko do przodu, a daleko do tyłu było widać przewagę nad kolejnymi uczestnikami. 

Tempo pierwszego kilometra wyszło 8:15. Międzyczasy podam w tej relacji na podstawie porównania i analizy zapisu endomondo z zamieszczoną powyżej mapką. W trakcie marszu za bardzo nie zwracałem na nie uwagi z różnych względów. Niestety w tym momencie pojawił się problem. Krótko przed Świętami zrobiłem 2 tygodniową przerwę na roztrenowanie, poza tym jesienią mój kalendarz nie obfitował w wiele imprez, które poszedłem maksymalnym tempem. W niedzielę 27 grudnia na Cytadeli zmyliło mnie to, że przed startem maszerowałem przez prawie 4,5 km. Teraz tego nie zrobiłem i ...odezwał się ból piszczeli. Nie mogłem dalej iść tak szybko, Staszek zaczął powoli się oddalać idąc równym tempem, ja zacząłem zwalniać najpierw jeszcze próbując walczyć i utrzymać dobre tempo.

Czas drugiego kilometra 8:26. Po 2 km czas 16:41. To jeszcze nie było tak źle. Ale na ogół największy ból występuje na trzecim kilometrze i dokucza przez następne 3 km lub więcej, po czym dopiero może łagodnie i stopniowo ustępować  Wiedziałem, że to już jest walka z wiatrakami. Piszczele będą trzymać przynajmniej do 5-6 kilometra, a na ostatnim odcinku nie jestem na tyle mocny, by odrobić takie straty. I Staszek, i Janek są zbyt szybcy i zbyt doświadczeni, żeby to się udało i żebym doszedł ich choćby powodując zagrożenie ich pozycji. Pozostało walczyć o dobry czas. Grupa pościgowa miała już dość istotną stratę i chyba nadal mimo moich problemów szła dużo wolniej ode mnie. Staszek powoli się oddalał i pod koniec asfaltowej drogi miał już nade mną mniej więcej taką przewagę, jaką miał stratę do Janka. Ale ja już musiałem zwolnić do tempa treningowego. Nie dało się szybciej, bo w tym momencie im chciało się szybciej, tym wychodziło wolniej.  

Czas trzeciego kilometra 9:08. Po 3 km czas 25:49. Za moment miałem wejść do lasu, gdzie liczyłem choćby na bardziej przyjazny klimat marszu w naturze i po naturalnej ścieżce. Do tego momentu jeszcze GPS nie przekłamywał dystansu i orientowałem się, że czas nie jest dobry. To już było na granicy czasu 1 godziny całego marszu. Każda strata i wolniejsze tempo powodowałoby, że nawet to się nie uda. Trzecie miejsce było nadal niezagrożone, a moja przewaga mogła sięgać około 4 minut. Na końcu odcinka asfaltowego stało dwóch strażaków wskazujących dalszy kierunek marszu. Szedłem lasem i tu już Staszka przed sobą nie widziałem. Tempo było prawdopodobnie zbliżone do 9 min/km. Pod koniec 4 km doszedłem do jakichś zabudowań . Jak się później dowiedziałem była to leśniczówka. Wychodząc na wprost niej zrobiłem lekki skręt w prawo i wówczas jedna droga wiodła w lewo, a druga w prawo od leśniczówki. Mała konsternacja, bo nikoguśko w tym miejscu nie było, by wskazać, w którą stronę iść. Nie było też w lesie żadnych oznaczeń typu biało czerwona taśma przywiązana do gałęzi drzew. Dokąd wiodła droga w prawo nie było za bardzo widać bo przysłaniały ją zabudowania. Droga w lewo wiodła przez mostek, a później jeszcze bardziej odbijała w lewo oddalając się coraz bardziej od szosy którą szliśmy przez pierwsze kilometry. Zawołałem głośnio, licząc że może ktoś z tych zabudowań usłyszy, ale żadnej reakcji, no zupełna znieczulica. Podjechał jakiś samochód służb leśnych albo porządkowych. Od kierowcy dowiedziałem się, że w prawo to droga tylko do leśniczówki. Radził mi bym poczekał na grupę maszerującą za mną. Dobry dowcip pomyślałem i zdecydowanie ruszyłem w lewo. Po chwili zakończyłem 4 kilometr, ale w ogóle w tym się nie zorientowałem, GPS zameldował chyba o tym, gdy poszukiwałem właściwego kierunku.

Czas czwartego kilometra 10:07. Czas po 4 km - 35:56. Musiałem przy leśniczówce stracić około 1 minuty, choć wydawało mi się że mogło być to nawet więcej. To nie była dobra informacja w kontekście całkowitego czasu marszu. Wchodziłem teraz lekko pod górę i o zgrozo zauważyłem, że rozwiązała mi się sznurówka tam gdzie zamocowałem czipa. Sytuacja, która mnie całkowicie zaskoczyła i zdenerwowała. Miałem przecież rewelacyjne węzełkowe sznurowadła, które ... się nie rozwiązują. Niestety mocując czip chyba zrobiłem to nieuważnie i zbyt mocno zasznurowałem buta, przez co zostały mi zbyt długie końce sznurówki. I zawiązałem wówczas drugą kokardkę. I to był błąd, bo ta druga poluzowała pierwszą i podczas dynamicznego ruchu stopy wszystko to się rozsypało. Odpięcie kijów, zdjęcie rękawiczek, wiązanie i ponowne uzbrajanie się w kije również spowodowały kolejną stratę czasu. To już była pełna czara goryczy. Ale szedłem dalej z nadzieją, że już gorzej być nie może. Po wejściu na wzniesienie ujrzałem znów kierunkowych dwóch strażaków. Szkoda, że jeden nie stał kilkaset metrów wcześniej. Tempo mojego marszu nie zmieniało się i pewnie nadal było to treningowe 9 min/km. Ale kolejna strata spowodowana przez sznurówkę spowodowała, że:czas piątego kilometra był podobny do poprzedniego.

Czas piątego kilometra 10:09. Czas po 5 km - 46:05. Teraz już nic szczególnego się nie działo. Było już jasne, że nie zdołam pokonać dystansu w godzinę, więc kontynuowałem marsz tempem treningowym delektując się marszem w lesie. O piszczelach powoli już zacząłem zapominać zaaferowany wydarzeniami z przełomu 4 i 5 kilometra. Obejrzałem się do tyłu. Tu też nic się nie zmieniło, przewaga moja była tak duża, że trudna do oszacowania.

Tempo szóstego kilometra wyszło 9:02. Czas po 6 km - 55: 07. Końcówka bez historii. Koniec lasu, strażacy wskazujący drogę do stadionu, przejście w poprzek szosy, kilkaset metrów i stadion. Tu trwały już dekoracje biegaczy, ale spiker mnie zauważył meldując o tym przez megafon. Okazało się że 7 km minąłem tuż przy wejściu na stadion.        

Tempo siódmego kilometra 8:44. Czas po 7 km 1:03:51. Ostatnie metry i ostatnia meta w tym roku.

META - czas 1:04:38 netto, 1:04:43 brutto.

Z czasu nie mogę być zadowolony, ale biorąc pod uwagę perypetie, których doświadczyłem i błędy, które popełniłem dobrze, że się tak skończyło jak skończyło tzn. że doszedłem na tym trzecim miejscu do mety. Analizując teraz ślad na mapie nie widać tego by była to trasa skomplikowana, ale w naturze i w emocjach wysiłku wygląda to nieco inaczej. Biegacze w dużej grupie o zróżnicowanym poziomie zapewne zawsze widzą plecy jakiegoś poprzednika. Nas o wyrównanym poziomie było zbyt mało. Gdyby nie piszczele szedłbym ze Staszkiem pewnie do końca i nie tracił dodatkowych minut na rozterki, wówczas rozstrzygnęłaby końcówka. A tak mogłem cieszyć się z tego, że we trójkę zdobyliśmy trzy pierwsze miejsca i w konsekwencji stanęliśmy razem na pudle. Nigdy to się wcześniej nie zdarzyło i raczej trudno będzie o podobną powtórkę.

Kopia_pudo 

Link do galerii zdjęć całej imprezy poniżej. Niestety nie udaje mi się pobrać z niej zdjęć, aby bezpośrednio zaprezentować na blogu.

zdjęcia Miały

Za metą czekał na nas posiłek regeneracyjny czyli smażone kiełbaski nad ogniskiem w nieograniczonych praktycznie ilościach i gorąca herbata. Podczas dekoracji otrzymujemy drobne upominki i dyplomy. Bardzo udana impreza, dość przełomowa, bo po raz pierwszy rozegrano tu oprócz biegu głównego marsz nordic walking. Na pewno było to bardzo miłe zakończenie roku.   

1. Bieg Powstania Wielkopolskiego - marsz Nordic Walking

mk130363

To było z pewnością niezapomniane wydarzenie. W ramach i na zasadach biegów Parkrun zorganizowano w Poznaniu bieg czczący pamięć tego jednego z niewielu zrywów narodowowyzwoleńczych zakończonych pełnym zwycięstwem. Ilość uczestników pobiła wszelkie polskie rekordy, a i na świecie pewnie niewiele takich biegów parkrun było. Uczestniczyło w nim około 1000 biegaczy. Piszę "około" ponieważ wiele osób widnieje na liście wyników jako "nieznany" tzn albo był kłopot z odczytaniem ich kodu, albo w ogóle nie zarejestrowali się na stronie "parkrun", czyli uczestniczyli w biegu nie wiem jak to określić ...na dziko? Trochę to dziwne, bo przecież ani rejestracja, ani udział w biegu nic nie kosztowały. Dlatego trudno tu podać jaka była faktycznie liczba biegnących na zasadach parkrun. Tak czy inaczej ogólna liczba biegaczy wyrażających swym biegiem patriotyzm niewątpliwie imponująca. Dopiero przeglądając zdjęcia i filmy z tej imprezy mogłem ocenić jaki to był rozmach. A ci ludzie poprzebierani w narodowe barwy, z kokardami, czy co mnie szczególnie ujmuje za serce, biegnący z flagami narodowymi lub orłami na proporcach. Naprawdę czapki z głów dla uczestników i organizatorów. Napisałem na początku  "biegaczy", ale w tym gronie była także skromna reprezentacja 32 nordic walkerów. Wystartowaliśmy z kijami całkiem oficjalnie w tym biegu i osobno 5 minut po biegaczach. Wracając do ogólnej frekwencji muszę powiedzieć, że mnie bardzo pozytywnie zaskoczyła. Do biegu nie było żadnej oficjalnej rejestracji, ani nie było żadnych opłat startowych. Osoby chętne mogły co najwyżej zadeklarować swój udział na fejsbukowej stronie biegu. I tu deklarujących było bardzo wielu - 1,3 tys. osób. Ale na ogół, przy takich deklaracjach rzeczywiście bierze udział, umówmy się ... co najwyżej połowa chętnych. A tu takie zainteresowanie i procent  frekwencji dorównujący poziomem zapisów biegów komercyjnych, o drogich opłatach startowych. Liczyłem na góra 700, może 800 uczestników, trudno było przewidzieć, aż taką mobilizację. A jednak, to olbrzymi sukces Organizatora biegu. Niewątpliwie poznaniacy są dumni z tego powstania i "poznańscy" biegacze zademonstrowali to podczas tej imprezy. Piszę w cudzysłowie bo uczestnicy byli nie tylko z samego Poznania, ale i z szeroko rozumianych okolic, a nawet z Warszawy.  

 przed_startem1

Tuż przed świętami musiałem złapać panę w tylnym kole roweru. Zmartwiło mnie to trochę, bo nie chciałem korzystać z komunikacji miejskiej. Ale pogoda była wyśmienita, więc uznałem, że można spokojnie pójść na bieg z kijami bez zimowego ubioru i się zbytnio nie spocić i nie zmarznąć. I tak zrobiłem, bo to dla mnie niespełna 4, 5 km. Jednocześnie bardzo dobrze rozruszałem wszystkie stawy i rozgrzałem wszystkie mięśnie. Wziąłem nawet ze sobą pas biodrowy z bidonami i napojem, który przy temperaturze 11-13 stopni nie zmarzł i jego spożycie nie groziło zapaleniem gardła. Wyszedłem z domu tuż przed 8 i na miejscu byłem 25 minut przed planowanym startem. Na wszystkich możliwych ścieżkach wokół polany "startowej" truchtali rozgrzewający się biegacze.

Kopia_271220152286

W tłumie oczekującym pod "Dzwonem Pokoju" widziałem wiele osób z kijami. Odbiór pamiątkowego numer startowego zajął mniej niż minutę, bo nie było żadnych formalności, wyszukiwania na liście i podpisów. Dość szybko znaleźliśmy się z Jankiem Piduchem, trochę później ze Staszkiem i Dorotą Przybylak oraz Zosią Szaroleta. Miejsca Startu i Mety były nieco przesunięte względem zwyczajowo przyjętych podczas biegów parkrun w Poznaniu. Dzięki temu i na starcie, i na mecie było dużo miejsca na pomieszczenie takiej dużej ilości uczestników.

start_biegaczy

Kilka minut po 9 przy "fajerwerkach" dymowo-hukowych nastąpił start biegaczy. My mieliśmy wystartować 10 minut później, ale ostatecznie puszczono nas na trasę po 5 minutach.

 Kopia_start2

Dzięki temu dwóm walkerom, którzy od początku poszli ostrym tempem "na ściganie" udało się dogonić 6 biegnących nawet mimo tej różnicy czasu startu. Ja ruszyłem spokojnie z tylnego rzędu i rozpędzałem się stopniowo na pierwszym kilometrze.

 

Kopia_start_2

Ale już po jakichś 500 metrach wyprzedziłem wszystkich, którzy poza wymienioną dwójką i Arkadiuszem Jankowskim byli przede mną. Arkadiusz próbował dorównać kroku na pierwszym kilometrze czołowej dwójce, wśród której był Janek Piduch, ale wkrótce górki zmusiły go do opanowania emocji.

1_km_04

 

1km_06

Po około 700 metrach od startu dołączył do mnie Staszek Przybylak i niemal całą trasę pokonaliśmy już razem. Wówczas można powiedzieć, że "rekreacja rekreacją, a na zawodach zawsze zwyciężają emocje" i poszliśmy bardzo mocnym tempem. Jak mocnym nawet nie wiedzieliśmy. Trudno bowiem było podczas marszu kontrolować międzyczasy poszczególnych kilometrów. Oznaczenia kilometrów i ich "połówek"  namalowane na asfalcie przesunęły się o jakieś 300 m i mogliśmy tylko wiedzieć że "jakiś" kilometr (np między 1700 a 2700 m) poszliśmy bardzo szybko. Informacje głosowe trenera endomondo bywają z opóźnieniem kilku, kilkunastu sekund, co powodowało, że czas 8 min między niektórymi komunikatami poszczególnych kilometrów był w rzeczywistości nieraz dużo krótszy. W każdym razie wiedzieliśmy, że idziemy bardzo szybko i tego się trzymaliśmy. Arkadiusza dogoniliśmy pod koniec drugiego kilometra. Wcześniej widzieliśmy przebiegającą obok czołówkę biegu na 4 kilometrze, a później kilku ostatnich biegaczy, których też w ostatecznym rozrachunku czasu (tych 5 minut późniejszego startu) pokonaliśmy. Szliśmy razem ze Staszkiem tak do końca 4 kilometra. Wówczas usłyszałem zbliżający się do nas stukot kijów. Czyżby Arkadiusz złapał drugi oddech po minięciu największych wzniesień? Obejrzałem się do tyłu i kilkanaście metrów za nami dostrzegłem nieznanego walkera. Wówczas postanowiłem pójść na całość. Chyba nikt nie lubi być wyprzedzony, zwłaszcza na ostatnich metrach. Tym bardziej, że naprawdę 2,3 i 4 kilometr poszliśmy bardzo szybko. Gdyby to był początek, puściłbym tego zawodnika tak jak tych pierwszych dwóch i co najwyżej próbowałbym się do niego zbliżyć na kolejnych. Ale dać się wyprzedzić kilkaset metrów przed metą, to już na ogół pozamiatane jest. W marszu już bardzo trudno wówczas przyspieszyć, jeśli idzie się tzw. maxa i nie widziałem jeszcze jeśli kogoś doganiałem, by ten zdołał skutecznie skontrować na ostatnich metrach, więc ja gdybym się dał wyprzedzić prawdopodobnie już nie miałbym szans. Praktycznie cały 4 kilometr finiszowałem. Jak blisko był rywal na jakieś 800 m przed metą widać na zdjęciu, to już było zaledwie kilka kroków, dosłownie prawie skrobał mi marchewki.

czwarty_km

A jednak odparłem ten atak. To było bardzo wyczerpujące i dopiero jakieś 100 metrów przed metą poczułem pewność, że nikt już mnie nie wyprzedzi, a rywal chyba też stracił nadzieję i na tym ostatnim odcinku już mnie nie naciskał. Staszek trzymał za nami stałe bardzo mocne tempo i wpadł na metę dosłownie kilkanaście sekund po mnie. Tu widać ile wysiłku kosztuje zdobycie kilku czy kilkunastu sekund przewagi. Moje międzyczasy poszczególnych kilometrów, które odczytałem z zapisu endomondo były następujące, przy czym ostatni dla mnie był wprost niewyobrażalny:

1 km - 8:52

2 km - 7:42, po 2 km - 16:34

3 km - 7:32, po 3 km - 24:06

4 km - 7:42, po 4 km - 31:48

5 km - 7:14, po 5 km - 39:02

META 39:02   

Wynik więc muszę ocenić jako bardzo dobry, biorąc pod uwagę, że trasa parkrun Poznań jest uznawana za najtrudniejszą w Polsce. Gdyby nie pierwszy spokojniejszy kilometr, to kto wie, chyba zakręciłbym się nawet koło życiówki NW na 5 km.  Ale wynik jest chyba drugim spośród moich najlepszych na tej trasie pokonanej marszem z kijami, trasie bardzo trudnej technicznie, bo raz że mającej wiele podejść, a dwa wiodącej w przeważającej części po asfalcie, gdzie odbicie kijami może być mniej skuteczne niż na podłożu naturalnym. Kopia_271220152289.

Czas oczekiwania w kolejce po token był nadspodziewanie długi. A przecież przeważająca liczba biegaczy osiągnęła metę przynajmniej 20 minut przed nami. Trudno to trochę wytłumaczyć, ale to jest w końcu tłum ludzi, jeden przesuwa się wolniej , ktoś inny się zagapi na ładną biegaczkę lub przystojnego biegacza. Na to nikt nie ma wpływu, ani organizator ani tak naprawdę uczestnicy.. Zauważmy, że przy takiej liczbie biegaczy najczęściej pierwsze sto osób biegnie luźno, potem sytuacja się zagęszcza i na metę wpada po kilka osób w jednej sekundzie. Jaką częstotliwość musi mieć naciskający guziki stopera, by to opanować. A ten tłum gęstnieje z minuty na minutę i zaczyna się przerzedzać dopiero przy stu ostatnich biegaczach. I ten wielki tłum musi dostać też tokeny i potem je zeskanowąć. To wydaje się niemal niemożliwe do ogarnięcia. A jednak udało się mimo paru poślizgów to opanować. Staszek spoglądał na zegarek bo miał w tym dniu wystartować jeszcze na Malcie w Biegu Sylwestrowym. Jako jeden już z nielicznych uczestników ma tam zaliczone wszystkie starty więc nie mógł tego odpuścić. A mimo to przyszedł na Cytadelę by rozruszać się przed biegiem i jeszcze przyprowadził rodzinę. Zdążył też pobrać tokena, zeskanować się i zabrać swoich kibiców nad Maltę. Miały być jeszcze ciastka i herbata, i na pewno były, my z Jankiem podarowaliśmy je sobie. I tak w Święta było dużo słodyczy. Byliśmy jednak trochę zziębnięci, bo wcześniej się nieco spociliśmy, a potem w jednak chwilę czekaliśmy. Dobrze, że mrozu nie było. Medal zamówiłem, bo na biegu z uwagi na trudno przewidywalną frekwencję rozdano ich zgodnie z zapowiedziami 500 sztuk.  

 

Impreza okazała się niewątpliwie dużym sukcesem, przede wszystkim organizacyjnym i frekwencyjnym. Ale także pokazała jak bardzo brakowało takiego patriotycznego biegu w Poznaniu. Sam kiedyś zastanawiałem się dlaczego tak popularny w Warszawie jest Bieg Powstania, a w Poznaniu nie ma nawet jego namiastki. I oto jest. Gratulacje i podziękowania dla Pomysłodawcy, Organizatora i Sponsora całego tego zamieszania - Roberta Walczaka. Wspierało Go dzielnie wielu wolontariuszy i także paru sponsorów fundujących nagrody, które zostaną rozlosowane. Nam także należą się słowa uznania nie zawiedliśmy, przybyliśmy, pobiegliśmy i pomaszerowaliśmy. Uczciliśmy przy tym to Powstanie jak potrafiliśmy, ubierając się w biało czerwone barwy i dumnie dzierżąc flagi narodowe.

 

Wszystkie zdjęcia nordic walkerów, które udało mi się znaleźć w sieci oraz kilka moich fotek poniżej 

 

1. Bieg Powstania Wielkopolskiego

PS. Jednak smutne jest gdy dowiadujemy się później, że nie wszyscy poznaniacy znaleźli czas lub może wolę zamanifestowania swego patriotyzmu. "Pierwszy Poznaniak" ani nie pojawił się na oficjalnych uroczystościach, anie nie jeździł rowerem z biało czerwoną flagą po Poznaniu. Wziął urlop od patriotyzmu... 

Medale 1. Biegu Powstania Wielkopolskiego

mk130363

Komunikat dla uczestników marszu Nordic walking podczas 1. Biegu Powstania Wielkopolskiego:

 

Jeśli jeszcze nie wysłaliście e-maila z zamówieniem pamiątkowego medalu z tego biegu, zróbcie to jeszcze dzisiaj. Medale będzie można na pewno odebrać, na którymś z kolejnych biegów Parkrun, jednak raczej na pewno nie 2 stycznia. Organizator poda na fb, od kiedy można je odebrać, więc zaglądajcie na stronę wydarzenia i czytajcie komunikaty.

Mam nadzieję, że już to zrobiliście. Jeśli nie, podaję adres na jaki należy wysłać zamówienie: poznanbiuro@parkrun.com

Proszę podać imię i nazwisko oraz zajęte miejsce wg listy wyników, a tytule e-maila należy wpisać MEDAL.

Miejsce podajemy, by Organizator mógł nas łatwiej znaleźć na liście.

 Kopia_start1

Bardzo dziękuję, że przyszliście i mam nadzieję, że spotkamy się na kolejnej takiej imprezie za rok w jeszcze większym gronie.

Jeszcze raz o roztrenowaniu

mk130363

Pisałem o tym trzy lata temu tutaj Roztrenowanie

Kopia_00__020

Tekst jest aktualny, ale ostatnio natrafiłem na tekst ze światka biegaczy stawiający temu problemowi pytania. Niektóre trochę inaczej sformułowałem, a może adaptowałem pod wymogi Nordic walking i moje widzenie tematu. Przed podjęciem decyzji o roztrenowaniu i ewentualnie przed wyborem formy roztrenowania zadajmy sobie następujące pytania:

1. Czy w ciągu ostatnich 12 miesięcy Twoje treningi były systematyczne i intensywne?

Myślę tu o regularności przynajmniej na poziomie 50% aktywnych dni z Nordic walking (ewentualnie w połączeniu z bieganiem). Oczywiście należy też wziąć pod uwagę jak mocno trenowaliśmy. Jeśli wszystkie lub zdecydowana większość marszów była na poziomie rekreacyjnym to należy uznać że intensywność była niewielka. Jeśli trenowaliśmy również interwałowo, szybkościowo, jeśli pokonywaliśmy często dystanse znacznie przewyższające 10 km, szliśmy na wytrzymałość pokonując dystanse powyżej 20 km, to na pewno intensywność można uznać za dużą.  Ale w zasadzie każdy z nas musi tu sam ocenić, czy trenował z intensywnością na miarę swoich możliwości i zdrowia. Dla kogoś 20 km może być spacerkiem, dla innego 5 km może być wyprawą na granicy wytrzymałości.

2. Czy cały ostatni sezon trenowaliśmy bez kontuzji i przerw spowodowanych innymi bardziej lub mniej ważnymi powodami np. chorobą, urlopem?

Jeśli taka przerwa trwała powyżej 2-ch albo i 3-ch tygodni to oczywiście musimy wziąć to pod uwagę jako pewną formę roztrenowania.  Kontuzja czy choroba potrafi wyłączyć nas całkowicie z aktywności fizycznej na dość długi okres. Po jej przebyciu z pewnością intensywność treningów wzrastać winna powoli, ze względu na rekonwalescencję czy rehabilitację. To powoduje, że czas mniejszej intensywności po uporaniu się z niedyspozycją wraz z nią samą potrafi wydłużyć się nawet do miesiąca. Podobnie jeśli nasz urlop spędziliśmy nawet aktywnie wędrując po okolicy wypoczynku, jeżdżąc na rowerze, grając okazjonalnie w różne zabawy sportowe typu siatkówka plażowa, kometka, a nie było to "sportowe" tylko rekreacyjne potraktowanie tematu, możemy uznać to za formę roztrenowania. W tym przypadku na pewno bardzo korzystną dla naszej formy sportowej, bo nie powodującą bezczynności mięśni i niejako podtrzymującą je w gotowości do ciężkich treningów czy startów.    

  

3. Czy w tym sezonie często startowałeś w zawodach sportowych?

To oczywiście często też można różne interpretować. Jeśli ktoś startował nawet 50 razy, ale w ogóle nie trenował, to nie ma o czym mówić. Aktywność na poziomie 14% to nie jest to, o co by chodziło. Trzeba niewątpliwie zmienić tryb uprawiania aktywności fizycznej. Wprawdzie lepszy rydz niż nic, ale korzystniej jest jednak choć 3 razy w tygodniu trenować i dorzucić do tego 20 mocniejszych akcentów na zawodach. Poza tym trzeba realnie spojrzeć na te nasze starty. Z pewnością trudniej jest wystartować 10 razy w półmaratonie niż 20 razy na 5 km, choć oczywiście trzeba też wziąć pod uwagę swoje zdrowie, bo nie każdemu pozwala na start na tak długich dystansach. Sam przyznam, że lubię obserwować, gdy ktoś się rozwija, mając oczywiście możliwości zdrowotne i np. po startach na 10 km przechodzi do startów w półmaratonach. Widać dzięki temu wyraźne postępy wytrzymałościowe.

4. Czy ostatnio częściej zdarzały Ci się "słabsze dni"?

Nie wiem co dokładnie autor oryginalnego tekstu miał na myśli. Sądzę, że chodzi o odczucie ogólnego zmęczenia. Takiego, które powoduje jakieś zniechęcenie. Ani nie chce się nam podkręcać tempa, ani nawet nie jesteśmy w stanie tego zrobić. Noga nie podaje i nie stać nas nawet na chwilowe zwiększenie intensywności treningu. Wszystko robimy jakby z musu, bez przyjemności i nawet nie odczuwamy zbytniej satysfakcji z pokonania dużego dystansu. 

5. Tu w oryginale było pytanie o udział w maratonie, czy ukończyłeś? Zdaję sobie sprawę że tych nordikowców, którzy pokonali w tym roku maraton obojętnie nordikowy czy biegowy, aż tak wielu nie ma. Procent jest naprawdę niewielki Właściwie to biegowy nawet trzeba by wyłączyć, bo większość z tych co świadomie w nim wystartowali musieli dużo biegać i tu związek z roztrenowaniem jest oczywisty. Z nordikowego maratonu to pewnie uzbieramy ze 150 osób. Plus nie znana mi ilość biorących udział bardziej w rajdach długodystansowych (ultra), gdzie jednak technika nie ma prawie zupełnie znaczenia (prócz naszej satysfakcji, przyjemności i wspomaganiu naszego wysiłku), a liczy się tylko wytrzymałość. Dlatego należałoby w naszym przypadku postawić pytanie następujące, uwzględniające większe spektrum entuzjastów nordic walking: Czy pokonałeś w tym roku jakieś duże wyzwanie, np. maraton, półmaraton, rajd długodystansowy, 2000 km w ciągu roku , 1000 km w ciągu roku? Coś co wcześniej było nieosiągalne z racji Twojego zdrowia, czy kondycji. Pokonanie maratonu, które jest celem dla ogromnej części biegaczy, często bez względu na to czy są do tego przygotowani czy nie, nie może być głównym celem dla większości uprawiających Nordic walking. Uważam, że nie ma potrzeby, aby wszyscy to zrobili. Sam swój udział w maratonie nazywam szaleństwem, który raczej świadczy o tym, że zdrowie pozwoliło mi to popełnić, a nie działaniem prozdrowotnym. Dlatego właśnie uważam, że należy tu mówić ogólniej o jakimś wyzwaniu, a nie tylko o bardzo spektakularnym maratonie.

Powstrzymam się od dalszego komentowania tego ostatniego pytania. Natomiast niewątpliwie warto rozpatrywać wszystkie pytania jednocześnie i przez ich wspólny pryzmat patrzeć na swoją aktywność w ciągu ostatniego roku, co zresztą sygnalizowałem w poszczególnych pytaniach. Tekst nie podaje oczywiście recepty na roztrenowanie, ale z pewnością ułatwia samoocenę swoich osiągnięć z uwzględnieniem swoich możliwości i z pewnością odpowiedzi na pytania powinny pomóc w podjęciu decyzji o roztrenowaniu.   

 

 

Releksje z treningów ostatniego tygodnia

mk130363

Pogoda...

przestała nas rozpieszczać. Tzn temperatura umożliwia jeszcze trenowanie bez użycia kurtki softshellowej i spodni w wersji zimowej, choć temperatura właśnie zaczęła się obniżać, ale miesiące suchej pogody mamy chyba poza sobą. Jedni przeszli na całkowicie suchy wychów do siłowni, klubów fitness, na bieżnie i rowerki stacjonarne, inni łapią momenty, gdy nie pada lub choć nie leje, pokonując swoje kilometry slalomem między kałużami i po grząskim podłożu. Niestety zapowiedzi z końca ubiegłego tygodnia wskazywały że przez następny tydzień będzie niemal cały czas padać, więc po zrobieniu w poniedziałek dnia przerwy wyruszyłem na krótszy niż zwykle trening, ale po asfalcie. Błocko po dwóch dniach opadów nie zachęcało do treningów na moich ścieżkach, stąd zastępczo wybrałem tę niezbyt lubianą nawierzchnię. Kiedyś z podobnego powodu zacząłem biegać, teraz ponieważ staram się bardziej oszczędzić kolana pozostałem przy Nordic walking. Niespełna 7 kilometrowy marsz nie dał tyle satysfakcji co dłuższe treningi na nawierzchniach miękkich, ale czekać w nieskończoność na poprawę warunków trudno, jeśli ma się jakieś plany.

Maraton...

przyszłoroczny to mój kolejny cel. Nawet jeśli nie miałbym w nim wystartować, to zamierzam się do niego przygotowywać. Podobno to jest najzdrowsze z maratonu. By to zrobić dobrze, chcę zwiększyć ostatnio dość luzacki kilometraż. 250 km w listopadzie, 200 w grudniu, w styczniu i lutym, po 250, byłoby moim marzeniem. Większe ilości przyjmę z dobrodziejstwem inwentarza. Na pewno muszę zachować bardzo dużą systematyczność, na poziomie 4-5 treningów tygodniowo i zwiększać kilometraż poszczególnych marszów. Oprócz dość częstych dyszek czy dwunastek muszą pojawić się dystanse dochodzące do 20 i przekraczające 20 km. O trzydziestce nawet nie marzę. We wtorek przestało padać i zaryzykowałem rekonesans ścieżek nadwarciańskich. Tu niestety od razu z zrezygnowałem z kierunku "na Dębinę", wybierając kierunek na "Katedrę".

Niekończąca się budowa...

odcina mnie teoretycznie od terenów leśnych Dębiny. Praktycznie mógłbym okrążyć błotniste kilkaset metrów nadkładając drogi po chodniku i po drodze żużlowej, ale musiałbym to robić każdorazowo przechodząc pod mostem Królowej Jadwigi, co nie wydaje mi się zbyt przyjemnym rozwiązaniem. Budowa i dewastacja terenu w okolicy m.Królowej Jadwigi trwała od kwietnia do lipca. No powiedzmy liczyłem, że w sierpniu teren zostanie uporządkowany. I czyniono tego pozory. Jednak okazuje się, że teren dla wykonawcy stał się chyba składowiskiem urobku i wywożenia gruntu z innych budów. Dlatego ciężki sprzęt rozjeżdża drogi i całą okolicę. Gdy jest sucho, tylko się kurzy i trzeba z butów każdorazowo wytrzepywać tony piachu. Gdy popada, grzęzawisko robi się nie do przejścia. Pisałem o tym w lipcu na FB zamieszczając zdjęcia i dla porównania zdjęcia zrobiłem także w tę sobotę. Przy czym obecne zdjęcia wcale nie oddają najgorszego obrazu rzeczy, gdyż po dwóch dniach opadów nastąpiły jednak trzy dni suche, a po nich tylko pół nocy opadów.

Kopia_00__015

stan na dzień 19 lipca 2015

stan na dzień 21 listopada 2015

Dlatego chodzę na odcinku od Mostu Królowej Jadwigi do końca cypla za Katerą mijaną na drugim brzegu. W środę było dość grząsko jeszcze i szedłem trochę zakosami mijając liczne kałuże. Dlatego założyłem, że drugą cześć marszu, gdy zapadnie zmrok wykonam znów po twardym podłożu asfaltowych i brukowanych alejek i chodników. Nie chciałem wdepnąć zbyt głęboko lub poślizgnąć się w zapadających ciemnościach nocy.  Dzięki temu pokonałem ponad 12 km. 

Najdłuższego ...

od półmaratonu w Osielsku marszu się nie spodziewałem. W czwartek założyłem trening podobny do tego z poprzedniego dnia tyle, że wyszedłem wcześniej, więc liczyłem na pokonanie 3-4 kilometrów więcej. Nie wziąłem wobec tego czołówki, gdyż targanie jej 16 km po to by zaświecić ją praktycznie tylko, by być lepiej widocznym dla innych na 300 metrowym odcinku, gdzie ja i tak widziałem wystarczająco dobrze trasę, mijało się z celem. I to był w pewnym sensie błąd. Trasa tak obeschła, że żal było wracać na asfalt. Cztery największe kałuże dawało się ominąć bez problemu nawet po ciemku. Postanowiłem tak długo chodzić, aż będę cokolwiek widział. Wydłużałem więc marsz nad Wartą o kolejne 3,5 km kilka razy. Zamiast zakładanych 2 rundek zrobiłem 6 i wraz z dojściem nad Wartę i powrotem pokonałem prawie 24 km. To już mogę uznać za solidną przygrywkę do maratonu. Nakręcałem się z "okrążenia" na "okrążenie" (okrążeniem nazywam tu marsz od mostu Królowej Jadwigi do końca cypla i z powrotem), choć łatwo nie było. Brak czołówki spowodował, że ostatnie 15 km pokonałem w całkowitych ciemnościach rozświetlanych punktowo w okolicach mijanych mostów, a pięć poprzednich w zapadającym mroku już po zachodzie słońca. Praktycznie tylko pierwsze 4-y kilometry były przy zwykłej  widoczności. A przecież z kilometra na kilometr narastało zmęczenie co dawało się mocno odczuć zwłaszcza po 2 godzinach aktywności. Ciemności nie pomagały. Stopy w warunkach pełnej widoczności odnajdujące automatycznie podłoże traciły powoli tę zdolność, gdy trafiały na niezauważalny dołek lub wyniosłość ścieżki. Nie muszę dodawać, że takie niespodziewane wpadnięcie w zagłębienie lub trafienie podeszwą buta w grunt, który powinien być kilka centymetrów niżej, może doprowadzić do stracenia równowagi, potknięcia i w konsekwencji upadku. O samym potknięciu o wystający kamień, czy wpadnięciu w dołek wygrzebany przez psa nie wspomnę. W tych warunkach zrozumiałe jest, że po 10 kilometrze przestałem kontrolować tempo i skoncentrowałem się na wytężeniu wzroku.Tempo spadło więc średnio o około pół minuty na kilometr. Zabrałem ze sobą domowy izotonik, więc mogłem choć częściowo ograniczyć odwodnienie. Pierwsze picie zaliczyłem po 11,5 kilometrze, drugie po 19-tym. Trening był wyjątkowo długi, trwał niemal 3 godz. 40 min. Pokonany dystans 23,81 km. Średnie tempo wyszło 9:13/km. To mniej więcej takie w jakim trenowałem długie dystanse w trakcie przygotowań do mojego pierwszego maratonu. Jest szansa, że za rok będzie tu łatwiej chodzić w takich warunkach ze względu na...

...oświetlenie...

które powstanie na dużej części mojej ścieżki. Ta część po której chodziłem w minionym tygodniu ma jak wspominałem około 3,5 km w obie strony, czyli w jedną około 1750 m. 500, jest od mostu Królowej Jadwigi do mostu św. Rocha, kolejne 900m jest do mostu Bolesława Chrobrego i końcowe 350 m na cypel. I właśnie na wymienionym 900 metrowym odcinku zostanie zbudowane oświetlenie w technologii LED,. które będzie jednocześnie oświetlać górną jaki i dolną tarasę rzeki Warty pomiędzy mostami św. Rocha i Chrobrego. Projekt "Budowa oświetlenia nad Wartą" zwyciężył w głosowaniu nad Poznańskim Budżetem Obywatelskim 2016 dla projektów zgłoszonych w dzielnicy Stare Miasto. To jest bardzo dobra wiadomość, bo dzięki temu na połowie tej mojej trasy nie będzie potrzebna czołówka nawet w najczarniejszą noc. Chodząc zaś wyłącznie między wymienionymi mostami mogę praktycznie trenować do woli, bo do przejścia po ciemku zostanie mi 500 metrowy odcinek od mostu Królowej Jadwigi. A to jest już przysłowiowy pikuś. Cieszę się bardzo z takiego wyniku głosowania, bo sam na ten projekt głosowałem i zachęcałem innych do głosowania na niego. Myślę, że podobnie usatysfakcjonowani są posiadacze piesków, którzy tu wyprowadzają swoich pupilów także zimą, gdy ciemności zapadają bardzo wcześnie oraz na pewno także biegacze, których w tym rejonie biega więcej niż chodzi nas Nordic walkerów. Na pewno będzie dużo bezpieczniej pod każdym względem  Jestem bardzo ciekaw jak to wypadnie w rzeczywistości i na pewno o tym napiszę po realizacji projektu, którego pełny opis jest tutaj: Budowa oświetlenia nad Wartą

Kolejne dwa treningi ...

przeprowadziłem również na tej samej trasie. W piątek niestety musiałem odpuścić i przeszedłem tylko 10 km. Jednak zmęczenie z poprzedniego dnia dało się we znaki. Wiedziałem że nie zrobię podobnego dystansu ale liczyłem na około 13 km. Jednak organizm powiedział - nie. Gdybym poszedł na siłę, najprawdopodobniej musiałbym zrezygnować z sobotniego treningu. W momencie, gdy zmęczenia nie rekompensuje przyjemność z uprawiania Nordic walking, nie ma sensu się katować. Korzyści pewnie żadnych nie osiągniemy, za to zniechęcenie, znużenie i degradację mięśni pewnie tak. W sobotę również zrobiłem 10 km, ale to miałem wkalkulowane. Poza tym pogoda nie zachęcała, pół nocy znów padało i ścieżka znowu zrobiła się grząska i zaroiła od mniejszych kałuż. Czułem się już dużo lepiej niż poprzedniego dnia i mógłbym pewnie spokojnie pójść 15 km, ale postanowiłem zostawić to sobie na niedzielę. Ciekawe jest że obie dyszki pokonałem w średnim tempie identycznym 9:18/km. Przy systematycznym trenowaniu organizm czasem staje się wyregulowany jak szwajcarski zegarek.

A niedziela...

a niedziela będzie moja, hej. Nie, nie poszedłem po bandzie i nie zrobiłem 30 km :) Ale ponad 17 km i owszem. W założeniach miało być 13-cie, ale znów się nakręciłem. Wyszedłem po zachodzie słońca, jakoś tak zeszła niedziela, a potem jeszcze oglądałem skoki narciarskie, że musiałem pójść już z czołówką. Musiałem też przeprosić kurtkę softshellową bo temperatura spadła w pobliże zera. Przez dwa dni krótszych marszów mięśnie zregenerowały się i odczuwały potrzebę większego wysiłku. Co więcej, nie tylko nakręciłem się na dystans, ale w miarę pokonywania kilometrów coraz bardziej podkręcałem tempo.i druga połowa marszu była szybsza od pierwszej. Wynikało to pewnie także i z tego że mięśnie były już doskonale rozgrzane, po drugie wzrok zasymilował się do warunków nocnych rozświetlanych czołówką, no i ścieżka z każdym kolejnym kółkiem była coraz lepiej rozeznana. Niemal w 100% potrafiłem przewidzieć, które stąpnięcie może zakończyć się poślizgiem. Ostatecznie średnie tempo całego marszu osiągnęło poziom 8:38/km. Te 3,5 kilometrowe kółko okazało się, że wybrały jako miejsce treningu także 2 biegaczki, które 3 razy mijałem biegnące mi naprzeciw. Ale one znacznie szybciej zakończyły swoje bieganko. A czym różnią się biegacze i nordic walkerzy od zwykłych spacerowiczów nocą? Tym, że są pierwsi są widoczni, a ci drudzy często nie. Elementy odblaskowe w ubraniach, butach, kijach sprawiają, że nas widać dużo wcześniej niż zwykłego przechodnia. W czwartek omal nie wpadłem na gościa ubranego na czarno idącego lewą stroną ścieżki. W ostatniej chwili spostrzegłem jak podnosił palącego się peta do ust i go wyminąłem. Dzisiaj para idąca również lewą stroną (w ciemnościach pewnie trudno to rozeznać na otwartej przestrzeni), omal również nie została przeze mnie staranowana. Za to biegaczki w świetle czołówki błyskały mi już kilkadziesiąt kroków przede mną.  Po wybudowaniu wcześniej wspomnianego oświetlenia nie będzie to już tak istotne, przynajmniej na oświetlonym odcinku.

Bilans

tego tygodnia treningowego wypadł całkiem dobrze. Gdyby udało się trzy takie tygodnie w każdym miesiącu znaleźć, byłoby idealnie. Historię treningów przedstawia poniższe zdjęcie.

 historia

Natomiast podsumowanie tygodnia i aktualny stan w tym miesiącu miesiąca pokazuje niniejsza statystyka.:

  podsumowanie

 

Miesiąc listopad refleksyjny jest ...

XII BIEG I NORDIC WALKING z okazji Święta Niepodległości

mk130363

Trzeci raz z rzędu wystartowałem w tych zawodach. Przede wszystkim gorące wyrazy uznania, że w zalewie wszechogarniającej komercji i parciu na zysk, ten bieg nadal jest biegiem bezpłatnym. Jednocześnie organizatorzy zapewniają uczestnikom wszystkie atrakcje właściwe dla biegów komercyjnych, a więc i profesjonalny pomiar czasu, i medal na mecie, i nagrody dla zwycięzców, i nagrody w postaci voucherów losowane wśród wszystkich uczestników, i posiłek na mecie można powiedzieć, że nawet dwudaniowy (grochówka + pączek). Tutaj wszystko dzieje się według dawno przyjętych i wypracowanych standardów. Gdybym przekopiował relację z ubiegłego roku, to pewnie nikt by się nawet nie zorientował. Chyba, że był tam i zorientowałby się po zdjęciach, że tym razem miałem przecież buffa z narodowym orzełkiem na głowie, a nie moją tradycyjną granatową chustę. Ale w ubiegłym roku "orzełka" nie ubrałem chyba przez niedopatrzenie. W ogóle w kwestii ubioru przyjąłem wariant właśnie zeszłoroczny. Początkowo chciałem ubrać się nieco cieplej. Ale, gdy FB przypomniał mi zdjęcie z ubiegłorocznych zawodów i sprawdziłem temperaturę, która wtedy była o 3 punkty niższa, decyzja mogła być tylko jedna, czyli taki sam wariant.

00__0011

Na miejscu byliśmy dość wcześnie z Jankiem Piduchem i Zosią Szaroleta. Tu w biurze standard, spokój i brak kolejek - 6 stanowisk na 300 uczestników. Organizatorzy wychodzą na przeciw także spóźnialskim, którzy mogą odebrać swoje pakiety nawet pół godziny po upływie godziny podanej w regulaminie. Pogoda też jest dość standardowa, pochmurno, ale stosunkowo ciepło, prawie bez opadów, choć 20 minut przed startem postraszyło i gdy wychodzę potruchtać dla rozgrzewki, zaczyna trochę kropić. Jednak przed startem deszcz zanika. Wówczas przeprowadzana jest rozgrzewka grupowa, w której ja uczestniczę głównie jako fotograf, przy czym staram się mocno rozruszać głównie stawy skokowe, kolanowe i biodrowe.

 

00__0052

 

Punkt 14-ta startują najpierw biegacze na 7,5 km (106 osób) i na 4 km (44 osoby). Nordic Walking wystartować ma kilka minut później. Staję chyba w czwartym-piątym  rzędzie, czyli gdzieś w środku. Jak się później okaże było nas 63 Walkerów. To jednak mniej niż w ubiegłym roku. Wg listy startowej naliczyłem nas 95-ciu, ale okazało się, że wielu nie dojechało. Dotyczy to zresztą w podobnym stopniu także biegaczy. W sumie z 300 osób zapisanych, nieobecnych było aż 87 osób. Szkoda, że nie podały organizatorom, że zwalniają miejsce dla innych, czekających na liście rezerwowej. Włączam endomondo, zapinam kije i czekam na tradycyjne odliczanie.

00__0024

Przed zawodami zastanawiałem się jak potraktować te zawody, jako zabawę na 75% mocy czy jednak mocno, by pobić ubiegłoroczny wynik czasowy. Tutaj zawsze może się jednak zdarzyć, że ta sama trasa będzie jednak nieco inna. Przebiega ona bowiem tak, że najpierw idzie się około 2 km w jedną stronę, a później po nawrocie, wraca jakby po swoich śladach do mety. I wystarczy stolik z sędziami nawracającymi ustawić kilkadziesiąt metrów dalej lub bliżej, a trasa będzie się różnić co do dystansu. Nie są to różnice jakoś bardzo znaczące, ale jednak takie wyniki trzeba by porównywać z jakąś poprawką. Jak się jednak okazało stolik był ustawiony w tym samym miejscu. Tak więc mogłem pobić swój rekord trasy jeślibym poszedł na serio, bądź nie, jeśli bym odpuścił. Zdecydowałem się jednak zawalczyć o czas, bowiem i tak robię dużo treningów w spokojniejszym tempie, więc taka dawka ostrego wysiłku mi nie zaszkodzi. Zresztą dystans nie jest tu długi, choć dość strome kilometrowe praktycznie podejście (z trzema wypłaszczeniami) jest bardzo wymagającą końcówką.    

start2

Ruszamy dokładnie 5 minut po biegaczach. Szeroka polana startowa szybko zamienia się w wąską ścieżkę. Jestem zablokowany przez jakiś czas przez idące ławą, ramię w ramię trzy zawodniczki. Technika uczestników jest bardzo różna. Niektórzy startują w zawodach obsługiwanych przez profesjonalnych sędziów, dla innych są to pewnie jedne z nielicznych zawodów, w których biorą udział. Jedni odpychają się kijami i korzystają z ich pomocy, dla innych kije są tylko rekwizytem, co nie przeszkadza zresztą w szybkim pokonywaniu trasy.  Nie oszukujmy się, gdyby byli tu sędziowie pewnie byłoby trochę ostrzeżeń. Ale nie ma o co kruszyć kopii, nawet nie warto zwracać uwagę tym osobom, że nie wszystko jest ok, mogłyby się co najwyżej zrazić lub obrazić. Najważniejsze, że nie było jawnego podbiegania, choć widziałem jednego zawodnika i jedną zawodniczkę, wykonujących co któryś krok dziwne podskoki. Szli zresztą blisko siebie, więc pewnie jedno prowokowało drugie do takich nieczystych zachowań. Organizator przed zawodami wystosował apel o sportowe potraktowanie zawodów z poszanowaniem fair play i dla większości było to w pełni zrozumiałe. Trasa była bardzo trudna technicznie. Dość częste zmiany nawierzchni nie są naszym sprzymierzeńcem. Poza tym nawierzchnie twarde są z zawsze mocno przybrudzone piaskiem i kurzem, co nie pomaga, gdy na groty nałoży się nakładki. Niestety na to nie mają wpływu organizatorzy a wilgotna i mokra pogoda raczej tu nie pomaga. Dla biegaczy nie ma to żadnego znaczenia dla nas ma. Tutaj daje się zauważyć, że uczestnicy albo idą na ostro albo z nakładkami, raczej nikt nie zmienia końcówek na trasie. Ja szedłem na ostro, ale z kijami o okrągłych grotach. I muszę stwierdzić, że nie jest to dobre rozwiązanie. Na utwardzonych odcinkach nie można było w pełni się odepchnąć. Poprzednio startowałem tu z grotami typu pazur i one jednak znacznie lepiej łapią przyczepność.

ja_2

Ostatni kilometr jest bardzo ciężki, ale dzięki wykorzystaniu pracy ramion i odepchnięciom udało mi się tu wyprzedzić jedną z zawodniczek, która wcześniej na płaskim odcinku mnie wyprzedziła, jednak na podejściu zrezygnowała z odepchnięć kijami. 

257

Cała trasa miała jak się okazało 3850 m. Pokazały to trzy znane mi niezależne zapisy endomondo. Moje międzyczasy na poszczególnych kilometrach były następujące:

1 km - 7:53

2 km - 7:43, po 2 km - 15:36

3 km - 8:06, po 3 km - 23:42

3,85 km - 7:01 , META - 30:43

Czas brutto 30:45

Pierwsze kilometry trasy wiodły w dół i po płaskim, końcówka była ostro w górę. I to widać także po międzyczasach. Ostatnie 850 m pokonałem w tempie 8:15/km. Sam finisz był już łagodniej nachylony jednak zmęczenie powodowało, że płuca musiały mocno pracować do samego końca. Tuż za metą dostaję okolicznościowy odlewany medal, łapię oddech i ... zaczynam robić zdjęcia kolejnym wchodzącym na metę. Poza tymi, którzy ukończyli marsz bezpośrednio po mnie, udało mi sfotografować wszystkich pozostałych uczestników Nordic walking oraz jedną z uczestniczek biegnącą z flagą biało-czerwoną, bo zawsze na mnie działają takie obrazki, wywołując ukłucie wzruszenia pod sercem.

 

00__0093

 

 

00__0231

00__025

 

 

00__0292

 

Wynik z poprzedniego roku pobiłem o 1 min i 09 sekund.licząc wg czasu brutto. Godne uwagi jest to że pomiar czasu tym razem uwzględnił także czas netto. Na pewno mogę być zadowolony z tego wyniku. Wśród 63 uczestników zająłem 18 miejsce i byłem 8-my wśród panów, choć te akurat statystki nie są dla mnie najważniejsze. 

Gospodarze zawodów tradycyjnie ugościli nas gorącą grochówką i pysznymi pączkami. Czas oczekiwania na wyniki spędzamy dzieląc się wrażeniami. Tu spośród wielu uczestników namierza i wyławia mnie pani Katarzyna Polańska-Bebejewska, główna siła napędowa tej imprezy, z którą mogę również zamienić parę zdań na temat rywalizacji Nordic Walking. Przed ogłoszeniem trójek zwycięzców w każdej z konkurencji, rozlosowano nagrody w postaci kilkudziesięciu karnetów, bonów i voucherów do: Centrum Terapii Manualnej, Akademii Aikido, Term w Tarnowie Podgórnym, Instytutu Zdrowia i Urody Aspazja i WUEF Clubu. 

Jeszcze raz gratulacje i podziękowania dla Organizatorów tych zawodów za udane sportowe upamiętnienie odzyskania niepodległości.

Zdjęcia wykonane przeze mnie na mecie oraz zdjęcie, gdy sam przekraczam jej linię tutaj:

 

XII Bieg i Nordic Walking z okazji Święta Niepodległości

Jeśli pojawią się inne galerie zdjęć relacja zostanie uzupełniona. 

Rekordowe zainteresowanie? Promocja Nordic walking!

mk130363

Nie muszę chyba wyjaśniać, że zacząłem pisać ten blog z pewną misją promowania tej aktywności ruchowej Właśnie niedawno pod koniec października obchodziłem 6 -tą rocznicę jego założenia. Myślałem, że z tej okazji nie będę miał co pisać, a tu jednak rzeczywistość mnie zaskoczyła taką niespodzianką. Wtedy, na początku chciałem dzielić się swoimi spostrzeżeniami i doświadczeniami i tak pozostało do dziś. Ppoznawałem tę dyscyplinę coraz bardziej i coraz bardziej mogłem pomóc innym, zwłaszcza w pierwszych krokach jej uprawiania. Zainteresowanie blogiem rosło z miesiąca na miesiąc i z roku na rok. Blog wielokrotnie notowany był w  zestawieniu TOP 10 najbardziej popularnych blogów sportowych bloxa. Dzieje się to na skutek wielokrotnego zaglądania do niego przez czytelników.  Nigdy jakoś specjalnie o to nie zabiegałem. Jako jedyną formę promocji wykorzystuję publikację wszystkich artykułów na FB. Są oczywiście inne formy promocji i na bloxsie, i na FB w tym także płatne, czyli komercyjne. Uznałem jednak, że skoro nie czerpię korzyści finansowych z prowadzenia bloga, to również nie będę do niego dokładał. Uznałem że najlepiej niech się wszystko samo naturalnie nakręca. Oczywiście jestem zainteresowany na ile moje artykuły budzą ciekawość wśród czytelników. Dlatego dość często sprawdzam ilość wejść na bloga z innych stron www. Ta ilość zmieniała się na przestrzeni lat i długo wzrastała nieustannie. Doszło do tego, że odnotowywałem po kilkaset wejść dziennie. Później moja aktywność na blogu nieco zmalała z powodu także przerwy w uprawianiu NW. Blog był cały czas czynny, ale jakby uśpiony. Poza tym informacji w sieci o NW jest coraz więcej, a FB spowodował, że przepływ informacji jest dużo szybszy niż wcześniej. Po przebudzeniu bloga już takich kilkuset wejść nie osiągam. Na ogół jest to kilkadziesiąt wejść dziennie, po publikacji nowego artykułu bądź relacji, ta ilość przekracza setkę bardziej lub mniej. Z dużym więc zdziwieniem ujrzałem dzisiaj około południa ponad tysiąc wejść na bloga. A to przecież była dopiero połowa doby. Domyśliłem się, że musiała nastąpić gdzieś promocja mojego bloga, o której nie wiedziałem. Nie przypuszczałem bowiem, by akurat relacja z ostatniego rajdu wzbudziła, aż tak wiele zainteresowanie, żeby ludzie masowo przekazywali sobie o niej informację. Początkowo podejrzewałem, że mój blog znalazł się wśród kilku "blogów tygodnia"  promowanych przez bloxa. Sprawdziłem i rzeczywiście, mój blog w takim zestawieniu zauważyłem po raz drugi w historii bloga. Hasłem promocyjnym (to nie mój pomysł) określono blog zdaniem "Tu znajdziesz wszystko na ten temat". Albo ktoś, kto to zdanie wymyślił dość przenikliwie przewertował chociaż moje wpisy na temat NW, albo zaryzykował znając częstości moich publikacji, że skoro tak dużo napisałem to pewnie wszystko.

 blogi_tygodnia

Jednak pamiętałem, że poprzednio nie spowodowało to aż tak wielkiej jego poczytności, głównie przecież wśród autorów innych blogów. Sprawdziłem więc adres, z którego jest ta przytłaczająca ilość wejść. Jest to strona główna Gazety (gazeta.pl), która oprócz wielu różnych informacji proponuje również zaglądanie do blogów i na różnej maści fora internetowe. Tu zaskoczyli mnie ponowne promocyjnym zdaniem "Wszystko, co chcesz wiedzieć o Nordic walkingu, ale boisz się zapytać".

 gazeta_pl

Tu nie da się ukryć, że wiele moich wpisów inspirowane jest pytaniami zadawanymi przez głównie początkujących adeptów Nordic walking. Wielokrotnie też odpowiadam na zadawane pytania na FB czy na forach internetowych poświęconych NW. Cieszę się jeśli komuś mogę pomóc.

A tę niesamowitą promocję bloga odczytuję przede wszystkim jako promocję Nordic Walkingu. Tylu zainteresowanych czytelników jednego dnia, może również zaowocuje tym, iż któryś z nich chwyci za kije.  

Przy okazji muszę wspomnieć, że fanpage mojego bloga polubiło już 269 osób (chyba niezauważenie przeszła tu i liczba 200, i 250 polubień). Dodam, że polubienia te są całkowicie spontaniczne. Nie są to polubienia "kupowane", choć z pewnością niektóre są na zasadzie wzajemności. Bardzo Wszystkim dziękuję i za to wsparcie. 

PS. Ostatecznie dzień zamknął się liczbą 1931 wejść na bloga. To niewątpliwie jego rekord.

"Marsz po zdrowie" rajd w Komornikach_edycja listopad 2015

mk130363

W tych rajdach organizowanych niemal przez cały rok (prócz wakacji) brałem już udział w latach 2012-2013. Ze względu jednak na warunki komunikacyjne nie mogę być tu tak często, jak bym chciał. Rajdy organizowane są przez GOSiR w Komornikach zawsze w drugą niedzielę miesiąca. Znam dość dobrze te tereny bowiem brałem udział w rajdach tu organizowanych także przez GOK w komornikach (łącznie zaliczyłem 6 rajdów GOSiR i GOK), jak również zdarzało mi się tu maszerować indywidualnie i dwa razy biegać w zawodach przełajowych (Bieg Libra). Tereny te łączą się z terenami obejmującymi przypomniane niedawno okolice Jeziora Góreckiego w szerokim tego rozumieniu, które również poznałem dość dobrze treningowo indywidualnie i zawodniczo. Całość stanowi Wielkopolski Park Narodowy. Naprawdę można pozazdrościć mieszkańcom tych okolic niesamowitych warunków do uprawiania rekreacji ruchowej, w tym i Nordic walking. Można tu spokojnie urządzać długodystansowe rajdy i treningi liczące po kilkadziesiąt kilometrów, bez obawy o nudę.

 

Cykliczny rajd, w którym wziąłem udział w niedzielę odbywa się po wytyczonych i oznakowanych tu trasach do NW. Mimo, że jak napisałem znam te tereny dość dobrze czasem potrafią mnie jednak zaskoczyć. I tak było także tym razem, być może maszerując tu wcześniej pewnych szczegółów krajobrazu nie dostrzegłem, może przechodziłem tędy zimą, gdy to inaczej wyglądało. W ogóle trzeba powiedzieć, że widoki są tu bardzo piękne biorąc pod uwagę nizinny jednak charakter Wielkopolski. Okazuje się, że wszystko ma swój urok, nie tylko góry i nie tylko morze potrafią zachwycić.

 00__013

00__014

Pogodę mieliśmy doskonałą, słoneczną, a przejrzystość powietrza pozwalała nie tylko podziwiać panoramę Poznania, ale rozróżniać nawet poszczególne, co wyższe budynki. Temperatura powietrza 15-16 stopni pozwoliła mi nawet na wariant ubioru ciepłej jesieni, czyli bez kurtki. Ze względu jednak na spodziewane średnie tempo jednak niższe od moich treningów i kilka krótkich postojów, zdecydowałem się na ocieplaną wersję bluzy z długim rękawem i wierzchnią koszulkę techniczną z Mistrzostw Wrocławia (bardzo fajny ma napis). Jako nakrycie głowy tym razem czapeczka z pamiętnych Mistrzostw Polski w Gnieźnie w 2009. Tu powiem, że całkiem przypadkowo Staszek miał tego dnia tę samą czapeczkę. Czasem trafiamy na imprezach także w te same koszulki

 00__018

 00__0023

Wyruszenie na trasę poprzedziła rozgrzewka, w której uczestniczyłem dość ochoczo, mimo że miałem tego dnia za sobą już 4 kilometrowy rozruch z kijami. Po prostu w okolicy stadionu w Komornikach, gdzie się spotykamy niesamowicie wiało. Czułem ten wiatr już przechodząc przez most Królowej Jadwigi jednak ten w Komornikach był jakby bardziej przejmujący.  Dość zwyczajowo rajd podzielony jest krótkimi przerwami (co 1,5 - 2 km) na ćwiczenia rozciągające i wzmacniające oraz chwilę odpoczynku wykorzystywaną na pogawędki o wszystkim, czyli głównie o NW.

00__0032

 00__0042

 

 00__0072

 

 00__0092

 

 00__0121

 00__026

 

Tym razem pokonaliśmy wspólnie 8,5 kilometra po urokliwych szlakach WPN głównie oczywiście w lesie, ale też wśród pól, czy na ich granicy.

 00__0191

 00__0221

00__0232

 00__0271

00__033 

Czas na pewno bardzo mile spędzony przez wszystkich, na dodatek w dość pożyteczny sposób dla naszego zdrowia. Gratulacje dla organizatorów za tę cykliczną inicjatywę.

Po ostatnich ćwiczeniach,

00__037

00__039

również zwyczajowo, organizator zaprosił nas na drugie śniadanie, grzaną kiełbaskę i herbatę.  

Przed posiłkiem zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie wszystkich uczestników, które jak tylko będzie dostępne w mediach,

(oto i ono)

Kopia_grupowe_1

dołączę do fotorelacji, której wszystkie zdjęcia można zobaczyć tutaj:

Rajd "Marsz po zdrowie"

Nie ma złej pogody na Nordic Walking...

mk130363

To hasło znam od początku mojej przygody z kijkami. Jednym tchem można dokończyć "... jest tylko zły ubiór".  Od razu jednak należy dodać - nic na siłę. Jeśli robimy coś wbrew sobie, możemy zepsuć największą nawet przyjemność. Temat bardzo aktualny o tej porze roku. Nie bez powodu uważam, że najlepszym czasem by zacząć jest wiosna. Wówczas mamy bardzo dużo czasu by przygotować się do zimniejszej części roku. Wiele osób w tym czasie porzuca aktywność na świeżym powietrzu przenosząc swe treningi do klubów fitness, na siłownie, bieżnie, rowery stacjonarne. Jest to oczywiście jakaś alternatywa by trenować gdy za oknem, śnieg, deszcz, mróz i wiatr. Ale czy warto całkowicie rezygnować z korzyści, które oferuje nam natura? Na pewno nie! Powiedzmy sobie szczerze, ile jest dni w ciągu roku, gdy temperatura spada poniżej -15 stopni, zamieć śnieżna zawieje nasze ścieżki po kolana, a ulewa będzie trwać nieprzerwanie przez tydzień? Nic nie zmusza nas, byśmy trenowali w aż tak ekstremalnych warunkach. Jesteśmy amatorami a wyczynowcami. Zresztą, gdy taka pogoda nas dopadnie, możemy czuć się całkowicie usprawiedliwieni trenując w hali czy na basenie. Pozostałe dni z pewnością nadają się na treningi na świeżym powietrzu, a Nordic walking będzie tą aktywnością, która w trudnych warunkach sprawdza się akurat doskonale. Oczywiście musimy zadbać o odpowiednie przygotowanie poprzez zakup odpowiedniego ubioru. Pisałem na blogu o tzw. ubieraniu się na cebulkę

tutaj: Pierwsza warstwa

tutaj: Warstwa druga

i tutaj: Warstwa trzecia

Z tą cebulką i ilościami warstw nie przesadzajmy jednak zbytnio, niekorzystne może być przegrzanie, a później rozbieranie wewnętrznych warstw na chłodnym powietrzu, łatwo może nas wówczas zawiać i przeziębienie gotowe. Czasem lepiej najpierw przepękać pierwszy kilometr z odczuciem chłodu, by później po rozgrzaniu czuć się w pełni komfortowo i nie musząc obwiązywać się w pasie zbędnymi częściami garderoby.

Przykłady ubioru w chłodniejsze dni jesieni i zimę opisałem tutaj:  Jesień-zima

a w cieplejsze dni jesienne tutaj: Jesień wiosna

Jednym z najbardziej ważnych elementów ekwipunku są buty najlepiej, a właściwie koniecznie z membraną oddychającą i nieprzepuszczającą wilgoci do środka. Ważne są też dodatki, nakrycie głowy, rękawiczki. Te ostatnie opisałem tutaj: Dodatki

Oczywiście wszystkie podane przykłady nie wyczerpują pełni spektrum możliwości, są to pewne propozycje wariantów, które ja stosuję.

 Kopia_0211__005

Oprócz przygotowania sprzętowego ważna jest jednak także nasza stopniowa adaptacja do tych trudniejszych warunków. Jeśli uprawiamy Nordic walking cały rok, to wraz ze zmianą warunków stopniowo zmieniamy ubiór i stopniowo przyzwyczajamy się do coraz zimniejszej aury.  Uczymy się jak się ubrać przy danej temperaturze i dopasowujemy ubiór także do intensywności treningu. Z pewnością nasz organizm lepiej będzie reagował przy ujemnych temperaturach jeśli przeprowadzimy, go wcześniej przez temperatury bliskie ale jednak powyżej zera. Na pewno łatwiej będzie nam nabrać pewnych nawyków, na które trenując tylko w cieple nie zwracamy uwagi. Zwrócimy uwagę na oddech. Przy bardzo mroźnym powietrzu lepiej jednak oddychać przez nos wydychając tylko powietrze ustami. Wiemy, że przy dużym wysiłku jest to trudne. Organizm domaga się większej ilości tlenu, z czym mają problem przed wszystkim biegacze, którzy zalecają oddychać przez usta także zimą. Oczywiście my również możemy, czy wręcz nie mamy wyboru i musimy łyknąć czasem zimnego powietrza także ustami. Ale zmniejszając intensywność marszu możemy ten niekorzystny dla naszych gardeł czynnik ograniczyć. Przy okazji, jeśli to gardło przyzwyczajamy stopniowo do coraz zimniejszego powietrza, nie wystawiamy od razu szokowo na zapalenie gardła. Dlatego też nie warto rzucać kijów w kąt w październiku, czy listopadzie, bo później w grudniu czy styczniu będzie nam trudniej. A przecież od stycznia dni też już będą coraz dłuższe :) No jeszcze będziemy musieli poczekać na to by w godzinach popołudniowych potrenować przy świetle słonecznym, ale niewątpliwie najbardziej mroczną część roku będziemy zostawiać za sobą. Ten mrok wszechogarniający nas po zmianie czasu na zimowy jest dla nas dużym problemem. Często więc pozostaje nam weekend lub urlop by korzystać z tego co oferuje nam natura. A oferuje nam z pewnością więcej niż zamknięte pomieszczenie.

Na pewno dostarczymy sobie więcej tlenu ćwicząc na świeżym powietrzu. Tu oczywiście lepiej unikać ulic zanieczyszczonych spalinami. Dotlenienie zaowocuje lepszą pracą serca, układu oddechowego i mózgu. Krew pod wpływem ćwiczeń będzie szybciej krążyć w organizmie, lepiej odżywiając komórki naszego ciała i usprawniając metabolizm, co wpłynie na naszą tkankę tłuszczową, a przy okazji szybciej usunięte zostaną toksyny. Nie da się nie zauważyć, że lepsze dotlenienie i przyjemniejsze okoliczności uprawiania aktywności fizycznej zapobiegną zniechęceniu, ospałości, problemom ze snem, spadkom koncentracji i trudnościom z pamięcią. Z pewnością trening w ładny, słoneczny dzień, nawet w temperaturze bliskiej zera poprawi nam nastrój dzięki wytwarzającej się serotoninie i wpłynie na większy optymizm w naszym życiu. Zimą jesteśmy przytłoczeni szybko zapadającym zmrokiem i brakiem światła. Warto czasem wziąć nawet wolny dzień, by potrenować i zakosztować słońca. Tu korzystny wpływ odczują nasze kości dzięki temu, że promienie słoneczne wzmagają produkcję witaminy D, która wspomaga wchłanianie wapnia przez kości. Tu działamy więc dwutorowo, z jednej strony ułatwiamy dostarczenie podstawowego budulca kości, z drugiej poprzez ruch wzmacniamy kości. Ma to duże znaczenie w profilaktyce osteoporozy. Można tu nawet znaleźć analogię do naszych mięśni - dostarczamy budulca i obciążamy kości wzmacniając je. Czyż tak nie traktujemy naszych mięśni chcą je wyćwiczyć tak, by były zdolne podjąć coraz większe wysiłki. Ruch na świeżym powietrzu powinien być naszym systematycznym nawykiem także dlatego, że wzmacnia nasz układ odpornościowy. To naturalna siła, która drzemie w każdym z nas i dzięki której możemy uporać się z atakującymi nas bakteriami i wirusami. Jeśli tej siły brak lub jest osłabiona zarazki łatwiej wnikają do ustroju i namnażają się, co objawia się kaszlem, bólami głowy i gorączką. Jesień i zima to czas, w którym organizm trudniej radzi sobie z mikroorganizmami chorobotwórczymi. Wpływ na to mają brak słońca, zmiany temperatury, mniejsza aktywność ruchowa na świeżym powietrzu, stres i niewłaściwe odżywianie. Jeśli chcesz by organizm był silny i odporny na różnego rodzaju infekcje czy przeziębienia maszeruj, nawet jak pogoda do tego nie zachęca. W ten sposób niejako hartujemy się i stajemy mniej wrażliwi na wszelkiego rodzaju przeziębienia i choroby.

 Kopia_05032013019

5 marzec 2013

 Kopia_2_24032013821

24 marzec 2013

Oprócz tych zalet możemy być pewni, że trenując w trudnych warunkach budujemy się także mentalnie, a w skrajnym przypadku pewnie także fizycznie pokonując różne i pogodowe przeciwności, i niedoskonałości podłoża. Pamiętam taką zimę, która już odeszła z topniejącym śniegiem i wróciła zasypując ścieżki śniegiem, który miał konsystencję ... piasku. Tak szło się w tym śniegu mieląc nogami prawie w miejscu, uczucie było jakby się szło po morskiej plaży. Z uporem trenowałem w tych warunkach, bo dużego mrozu nie było, jednak było na tyle zimno, że śnieg jeszcze długo zalegał na moich ścieżkach. Przeklinałem już ten śnieg będąc bliski rezygnacji, ale nie poddałem się, mimo że przyjemność trenowania w tych warunkach była wątpliwa, a żółwie tempo mogłoby załamać pesymizmem każdego. Cóż sezon wiosenno - letni był pod względem startowym w zawodach moim najlepszym. 

blog_Kopia_2_25012014520

Uprawiając aktywność ruchową w tym trudnym czasie pamiętajmy jednak o pewnych zasadach, które niewątpliwie ułatwią nam pokonanie różnych niedoskonałości i przeciwności tego okresu treningowego.

1) Pamiętajmy, że mimo stosowania odzieży oddychającej stanowić ona będzie zawsze pewną barierę nie tylko zabezpieczającą przed zimnem, ale także utrudniającą odprowadzenie całej wilgoci z powierzchni naszej skóry na zewnątrz. Stąd w przypadku, gdy nieco spoceni zatrzymamy się na dłuższy odpoczynek na zimnym powietrzu, możemy odczuwać chłód tej wilgoci. Dlatego najkorzystniejszy jest w tym przypadku model ćwiczenia, który nazywam "od drzwi do drzwi". To znaczy wychodzimy na tak długi trening, aby nie powodował on konieczności odpoczynku w jego trakcie. Jeżeli chcemy wykonać jakieś ćwiczenia rozciągające po drodze, nie bawmy się z tym zbyt opieszale, tylko  zróbmy co trzeba i ruszajmy dalej w drogę. Jeśli w czasie wędrówki koniecznie potrzebujemy odpoczynku, planujmy go w pomieszczeniu zamkniętym, może barze lub kawiarni, gdzie będziemy mogli wypić coś ciepłego. Po zakończeniu treningu oczywiście natychmiast zdejmujemy wilgotne ubranie. O konieczności zabiegów higienicznych i ubraniu suchych rzeczy nie muszę się rozpisywać.

2) W szczególnie niskich temperaturach, nie ośmielam się nawet  dokładnie określić jakich, bo każdy z nas ma inną tolerancję zimna, jednak z pewnością - 15 stopni na pewno można za taką uznać, nie przebywajmy zbyt długo na świeżym powietrzu. Myślę że trening powinniśmy ograniczyć wówczas do maksimum 1,5 godziny.  Ze swego doświadczenia powiem, że zdarzało mi się w takich warunkach ćwiczyć nawet powyżej 2 godzin ale było to wielce ryzykowne. Dość wspomnieć, że po takim treningu po zdjęciu kurtki softshellowej mającej doskonałe właściwości oddychające, wewnętrzna strona kurtki była oszroniona na biało. Jeszcze chwila i zamarzałbym od środka.  

3) Mówi się, że zimno czujemy od nóg i zimno ucieka przez głowę. Niewątpliwie dobre nieprzemakające obuwie i odpowiednie nakrycie głowy zapewnią że te stwierdzenia pozostaną tylko mitem, a nie rzeczywistością. W przypadku przemoczenia stóp najkrótszą drogą zmierzajmy do domu. Rozgrzewane marszem stopy będą zapewne jeszcze przez jakiś czas chronione przed przeziębieniem, ale dłuższe przebywanie w mokrych skarpetach i obuwiu na pewno nie pomoże w utrzymaniu zdrowia.  Zauważmy, że nawet osoby uprawiające morsowanie zaraz po kąpieli starają się jak najszybciej osuszyć i ciepło ubrać. 

4) Pamiętajmy, że przez kilka godzin po wysiłku fizycznym nasza odporność na infekcje będzie nieco obniżona. Stąd lepiej unikać wówczas dużych zbiorowisk ludzkich, gdzie zarazki mają nieograniczoną możność rozsiewania i zbierania później swojego żniwa. 

5) W okresie jesienno zimowym możemy mieć skłonność do zapychania górnych dróg oddechowych (nos). Udrażniajmy je gdyż brak możliwości wdechu przez nos, będzie powodował konieczność oddychania tylko ustami, co nie zawsze może nas uchronić przed stanami zapalnymi gardła.  Czasem w pewnych szczególnie trudnych momentach możemy przysłonić usta stosując choćby chusty wielofunkcyjne, jednak pamiętamy, że wydychane powietrze jest wilgotne, a wilgoć na mrozie zamarza. Stąd dłużej używane takie zabezpieczenie będzie powodować efekt  jakbyśmy wdychali powietrze z zamrażarki.

6) W szczególnie niskich temperaturach warto używać specjalnego kremu ochronnego na twarz oraz pomadki zabezpieczającej usta.

7) Sprawdzając prognozę pogody zwróćmy uwagę nie tylko na panującą temperaturę, ale także na temperaturę odczuwalną. Zimny wiatr może powodować, że ta ostatnia może być nawet o 10 stopni niższa.

8) Jeżeli wybieramy się na dłuższą wędrówkę i wiemy że czas przebywania w bardzo zimnej aurze będzie trwał powyżej 3 godzin, warto pomyśleć o małym termosie z gorącą herbatą

9) Jeżeli trenujemy systematycznie na świeżym powietrzu naprawdę nie musimy się katować treningiem w ekstremalnych warunkach. Dni są zimne i zimniejsze, dni są mokre i ulewne, trening na świeżym powietrzu ma być przyjemnością połączoną z satysfakcją, że możemy, a nie utrapieniem graniczącym z nieodpowiedzialnością za nasze zdrowie.  Nie zapominajmy też, że nawet najlepsze przygotowanie sprzętowe i mentalne nie zastąpi zdrowego rozsądku. Czasem warto nie tylko się sprawdzić ale i odpuścić.

Dla Każdego, o każdej porze roku, o każdej porze dnia, w każdej pogodzie, na każdej nawierzchni ... 

I Bieg Powstania Wielkopolskiego - Nordic Walking

mk130363

Marsz Nordic Walking przy I Biegu Powstania Wielkopolskiego!

Zapraszamy wszystkich miłośników Nordic Walking w dniu 27 grudnia 2015 r. na godzinę 9:00 na poznańską Cytadelę! Specjalnie dla Was odbędzie się marsz Nordic Walking, tą samą trasą i na takich samych zasadach jak dla biegaczy, łącznie z medalami i innymi przyjemnościami specjalnie dla Was!

Od samego początku ucieszyłem się z tego pomysłu. Pomysłu zorganizowania Biegu Powstania Wielkopolskiego. Od razu zgłosiłem swój akces udziału w biegu, podkreślam, w biegu. Uczczenie tego historycznego wydarzenia postrzegam jako znakomitą inicjatywę wymyśloną przez Roberta Walczaka jednego z najbardziej aktywnych wolontariuszy biegów Parkrun na Cytadeli, biegacza, triathlonisty i od minionej niedzieli maratończyka. Dodatkowo spodobało mi się, że będzie to bieg wolny od komercji i bezpłatny, ale jednocześnie zapewniający wszystkie atrakcje dla uczestników podobne do tych z biegów komercyjnych. Będą więc medale, puchary, drobny poczęstunek i wiele innych atrakcji. Chciałem więc tu oczywiście pobiec, ale na początku września zwrócił się do mnie organizator imprezy o pomoc w przeprowadzeniu przy tym biegu także marszu Nordic walking. Zna mnie i jako biegacza, i jako nordikowca, i  blogera biorącego udział w biegach Parkrun, więc jeśli już na taki pomysł wpadł, to był to naturalny krok w moją stronę, tym bardziej że już nieformalne indywidualne marsze NW przy Parkrun praktykowałem, nomen omen także w ubiegłoroczną rocznicę wybuchu Powstania.

Kopia_5__DSC640627 grudzień 2014

Sam nie proponowałem nawet takiej dodatkowej możliwości udziału w biegu, bo chciałem i mógłbym pobiec. Ale widocznie ktoś pytał o taką możliwość i odzew organizatora był bardzo pozytywny. Ja z pewnym opóźnieniem odpowiedziałem (kłopoty techniczne i brak internetu przez jakiś czas), ale byłem oczywiście na tak. Wymieniliśmy kilka uwag korespondencyjnie przez fb i ja zadeklarowałem spisanie zasad tego marszu, jak już wybrnę z największych zaległości internetowo-blogowych. W ubiegłym tygodniu Robert przypomniał temat, i ja niemal od ręki spisałem, to co ustaliliśmy wcześniej. Robert jeszcze dodał nam Puchar i opublikował te zasady. Poniżej podaję zasady uczestnictwa w tym marszu.  

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Uczestnicy marszu startują w imprezie na warunkach i zasadach biegów parkrun, jedynie z następującymi zmianami:

1. Każdy uczestnik marszu powinien zarejestrować się poprzez formularz rejestracyjny parkrun, a wydrukowany indywidualny kod rejestracyjny należy przynieść na marsz i okazać za metą do odczytania. Udział w marszu jest bezpłatny. Są to takie same zasady jak dla biegaczy. Medal będzie wręczany przy skanowaniu, osoby bez kodu uczestnika parkrun nie otrzymają medalu.

2. Marsz ma charakter rekreacyjny i towarzyski, upamiętniający kolejną rocznicę wybuchu Powstania Wielkopolskiego oraz popularyzujący wiedzę na temat Powstania.

3. Uczestnicy marszu wystartują 10 minut po starcie biegaczy zgodnie z informacjami spikera - przewidywany start nastąpi o godz. 9:10 w dniu 27 grudnia 2015 r. Trasa marszu pokrywa się z trasą biegu parkrun Poznań.

4. Z uwagi na zasady mierzenia czasu w parkrun, uczestnikom marszu zostanie zmierzony oficjalny czas parkrun bez uwzględnienia startu o 10 minut później w stosunku do biegaczy. Czasy będą więc o 10 minut dłuższe niż czasy w rzeczywistości uzyskane przez uczestników. W celu ustalenia swojego rzeczywistego czasu, wystarczy odjąć 10 minut do podanego wyniku.

5. W celach informacyjnych, po biegu zostanie stworzona odrębna nieoficjalna lista wyników marszu NW, na podstawie czasów parkrun pomniejszonych o 10 minut.

6. Uczestnicy zostaną sklasyfikowani razem z biegaczami na stronie www.parkrun.pl/poznan według czasów brutto. Nie ma możliwości osobnego sklasyfikowania uczestników marszu według czasów netto, gdyż jest to bieg w ramach parkrun, a uczestnicy marszu startują tu wyjątkowo jako goście. Jednocześnie bezpieczeństwo startujących wymaga, aby start NW nastąpił odpowiednio później.

7. Uczestnicy marszu korzystają na ogólnych zasadach ze wszystkich świadczeń i atrakcji przygotowanych przez sponsorów i dostępnych dla uczestników biegu, w tym otrzymają pamiątkowe medale (wymagana rejestracja i przyniesienie wydrukowanego kodu rejestracyjnego). Uczestnicy marszu NW otrzymają pamiątkowy puchar, który zostanie wylosowany wśród wszystkich uczestników marszu.

8. Medale będą wręczane uczestnikom marszu NW przy odczytywaniu kodu rejestracyjnego za linią mety.

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

 

Tak więc zapraszam ze swej strony na ten bieg i marsz dla uczczenia rocznicy wybuchu Powstania Wielkopolskiego. Datę zna na pewno każdy w Poznaniu i w Wielkopolsce, proszę zwrócić tylko uwagę że jest to niedziela, podczas gdy biegi parkrun odbywają się zawsze w sobotę. Jednak organizator słusznie drugi dzień świąt pozostawił jeszcze całkowicie naszym rodzinom. Proszę też koniecznie pamiętać o wcześniejszej rejestracji i przyniesieniu wydrukowanego kodu. 

Takie medale będą na nas czekać.

 medal_Biegu_PW

Informacje o tym wydarzeniu znajdziecie tutaj:

Bieg Powstania Wielkopolskiego

oraz na fb tutaj:

Bieg Powstania Wielkopolskiego fb

Do zobaczenia 27 grudnia!

Parkrun Poznań_bieg nr 166

mk130363

Kolejna sobota i kolejny bieg Parkrun. Dużo chłodniej niż przed tygodniem, ale na szczęście słonecznie. Rękawiczki na rower już były koniecznością. Na bieg pod startówkę z Osielska założyłem bluzę bielizny termoaktywnej. Dół jeszcze na krótko. Wyjechałem kilka minut wcześniej i byłem dzięki temu też wcześniej na Cytadeli. Kiedyś na wzgórze wjeżdżałem łagodniejszym "ślimakiem". Od dłuższego już czasu wybieram inny wariant. Wprowadzam pieszo rower na górę dość ostrym wyjazdem. Dzięki temu udaje mi się dobrze rozruszać moje stawy skokowe. Gdy dzisiaj wdrapałem się na te sporą górkę zastałem kompletną pustkę i ciszę jak makiem zasiał. Nie mogłem się oprzeć i zrobiłem trzy zdjęcia dużej polany pod Dzwonem Pokoju oraz zdjęcie panoramiczne tego miejsca.

101020152117

Potem już szybko podjechałem na miejsce mety, gdzie zawsze gromadzimy się przed startem. Tłoku też jeszcze nie było, ale powoli schodzili się nowi biegacze, by uzbierało się w końcu nas ponad stu.

 

Poznański Maraton nie zdziesiątkował uczestników Parkrunu choć dało się zauważyć, że niektórzy ze stałych bywalców pełnili rolę wolontariuszy, czy fotografów. Z dużą satysfakcją widzę na tym biegu osoby fotografujące uczestników. I poprzednim tygodniu, i w tym nie zabrakło wielozdjęciowych galerii. Kiedyś bywało też tak, ale dużo rzadziej. Jedną z osób, która kiedyś wypełniała tę fotograficzną lukę była Iwona Tarazewicz. Biegała tu regularnie i regularnie robiła dużo fajnych zdjęć, najczęściej gdy sama biegła, przekazywała aparat w czyjeś godne ręce i dzięki temu mieliśmy zdjęcia z tasy. Iwona pojawiła się także na tym biegu i znów robiła fotki. Bardzo miło było ją spotkać, zwłaszcza że takich okazji nie było przez ostatnie półtora roku wiele.

Tym razem nie chciałem robić takiego finiszu jak poprzednio, tak przynajmniej zakładałem. Ale wiadomo, czasem biega też głowa i serce, więc niczego nigdy nie można wykluczyć. Start tradycyjnie o 9 -tej to już brzmi jak jakiś slogan, no ale tak jest. Ustawiony mocno z tyłu ruszam do biegu.

start1

Niby jest spokojnie, biegnę obok Staszka i cieszy mnie, że nie tracę do niego w ogóle dystansu, ba nawet około połowy pierwszego kilometra wyprzedzam go o krok. Sprawdzam międzyczas po 500 m, jest 3:02. No tak to jest bardzo szybko jak na mnie. Biegnę przed Staszkiem do końca tego pierwszego kilometra. Międzyczas nadal bardzo obiecujący.

1 km - 6:07

 

1km_2

2_km

Ale chyba jeszcze nie jestem na to gotowy. Zwalniam na kolejnym podbiegu, Staszek mnie wyprzedza i uprzedzając nieco wypadki, napiszę, że do końca będzie budował nade mną przewagę. Następne trzy kilometry nie będą już tak szybkie, ale cały czas będę na tych punktach szybszy niż tydzień wcześniej odpowiednio o 28 s, 20 s, 22 s.

dolina

Moja przewaga nad wirtualnym mną sprzed tygodnia była nadal spora i wydawało mi się, że powinienem uzyskać lepszy czas na mecie. Ścigałem się już z samym sobą, bo wiedziałem już, że Staszka, który zresztą uzyskał czas lepszy niż ja przed tygodniem, nie dogonię. Nie miałem sił na taki jak poprzednio finisz, zresztą przecież zakładałem, że tak nie zrobię. Moje międzyczasy były następujące: 

2 km - 6:21, po 2 km - 12:28

3 km - 6:18, po 3 km - 18:46

4 km - 6:24, po 4 km - 25:10

Pozostała więc walka o podobny czas jak przed tygodniem. Sekundy jednak uciekały szybciej niż bym chciał, a nogi nie chciały tak szybko przebierać. Cieszę się jednak że jak już truchtam to truchtam do końca, nie staję, nie przechodzę do marszu, to także daje dużą satysfakcję.

 

Satysfakcję od której zresztą zaczęło się moje bieganie. To właśnie satysfakcja, że mogę przebiec ciągiem całe 5 km spowodowała, że później tak wiele takich prób (wszystkie udane) podjąłem. Trucht to jednak nie finisz, więc wynik na mecie był gorszy niż przed tygodniem, choć na ostatnich metrach jeszcze coś starałem się z siebie wykrzesać.

Kopia_finisz_DSC04469

5 km - 5:54, META - 31:04

Czas brutto zmierzony przez organizatora 31:10.

W sumie to tylko 9 s gorzej, a czasem decyduje dyspozycja dnia o takich niuansach, więc płakać nie miałem powodu. Tradycyjnie staram się zrobić choć kilka fotek z mety i nawet łapię jeszcze kogoś dobiegającego na metę, a w międzyczasie szczerze gratuluję Staszkowi udanego biegu. 

101020152123

101020152125

 

 

ze_Staszkiem

Kontynuuję jeszcze moje fotografowanie aż do tradycyjnej fotki grupowej.

meta1

 101020152129

Jesienny KIJOMARSZ 2015

mk130363

4 październik

Brałem udział w pierwszej edycji tej imprezy w listopadzie roku 2010. I to pewnie mnie zmyliło, i nie mogłem znaleźć tej imprezy w kolejnych latach, choć przyznam, że początek października to był dla mnie także czasem koniec Pucharu Polski. W każdym razie w tym roku udało się wziąć udział. Reguła tego rajdu jest trochę nietypowa, ale bardzo atrakcyjna dla uczestników. Znany jest problem, gdy duża grupa o zróżnicowanej kondycji, sprawności i umiejętnościach technicznych wyrusza razem na trasę. Wówczas konieczne są częste postoje, czy spowalnianie tempa, by kogoś z uczestników nie zgubić.  Pamiętam jak kiedyś jesienią też w październiku wybrałem się na taki rajd turystyczny ubrany w bluzę bielizny termoaktywnej z długim rękawem i wierzchnią koszulką techniczną, a większość uczestników ubrana była w kurtki najczęściej z polaru ... a nawet puchowe. Postój co 2 km praktycznie, tempo średnie 14 min/km, ale był i kilometr pokonany w 17 minut. W dwie godziny czystego marszu (robiłem pauzy endomondo na postojach) przeszliśmy 8,5 km. No trochę wymarzłem podczas tego rajdu choć temperatura była całe 10 stopni.

Tu jest inaczej. Uczestnicy po zarejestrowaniu w biurze wyruszają na trasę jak wolą, pojedynczo, parami, mniejszymi lub większymi grupkami. Wszyscy idą tempem jakie im odpowiada i nikt nie musi ani na nikogo czekać, ani nikogo popędzać. Biuro czynne miało być od 10.00-10.30 i w tym czasie mieliśmy ruszać na oznakowaną strzałkami trasę. Tu warto dodać, że oznakowanie było bardzo dobre, wskazówka organizatora była też tak że jeśli nie było żadnego znaku należało iść prosto. Uprzedzając wypadki dodam, że w trakcie marszu już myślałem że w pewnym momencie w dość niejednoznacznej okolicy (rozwidlenie ścieżki) zdało mi się, że organizator zapomniał o strzałce w tym miejscu. W sumie ja wiedziałem którą odnogę trzeba wybrać, ale jeśli ktoś ma mniejszą orientację w terenie to mógłby mieć wątpliwości. Tymczasem za dużym krzewem ukazała się jednak strzałka informując w sposób wyraźny, w którą stronę należy iść. Okazało się też, że organizator był już dużo wcześniej przygotowany na przyjęcie uczestników i "wypuszczanie" ich nastąpiło jeszcze grubo przed godziną 10 -tą.. 

Spotkaliśmy się więc w Swarzędzu na tradycyjnym rajdzie "Jesienny KIJOMARSZ". Start i meta rajdu były przy pływalni Wodny Raj, trasa miała przebiegać wzdłuż Jeziora Swarzędzkiego oraz wokół doliny Cybiny. Biuro działo bardzo sprawnie przyjmując zgłoszenia i wydając karty uczestnictwa. Po skompletowaniu naszej małej niestety ekipy (zawiodły i nie dotarły na rajd uczestniczki zawodów Pucharu Polski w Gdańsku) rozpoczęliśmy marsz 10 minut po 10-tej w trójkę: Janek Piduch, Monika Grygiel i ja. Jeszcze przed startem Monika udzielała wywiadu mediom, ale moja komórka niestety z opóźnieniem tu zareagowała i zdjęcie wyszło nie dość, że z daleka to jeszcze  już po wywiadzie.

041020152091

Ruszyliśmy wzdłuż jeziora wybrukowanym chodnikiem. Janek i Monika od razu narzucili dość mocne tempo, ja liczyłem, że to na rozgrzewkę i później nieco spasują. Ale nic z tych rzeczy, najgorsze miało dopiero nastąpić. Drugi kilometr pokonaliśmy w 8:08. No to było bliskie tempa startowego na zawodach. Ja nie chciałem się ścigać to raz, dwa że chciałem podziwiać widoki i robić w trakcie marszu zdjęcia, trzy że przy takim tempie dotarcie na metę rajdu mogło nastąpić ponad dwie godziny przed finałem imprezy, a ile czasu można jeść zupę z bułką? Odpuściłem na trzecim kilometrze. Szliśmy wówczas piękną polną drogą mając po obu stronach bezkresne przestrzenie. W sumie to zamierzałem przecież iść tempem około 9 min/km i co jakiś czas robić krótkie foto postoje. Jednak jeszcze przez kilka kilometrów, do ósmego utrzymywałem kontakt wzrokowy maszerując tempem wyraźnie poniżej 9 min/km, na razie z rzadka robiąc zdjęcia.

041020152092

Jeszcze liczyłem, że wyprzedzająca mnie para przyjaciół zatrzyma się na jakiś odpoczynek i ich wówczas dogonię. Ale najwyraźniej szli tym mocnym tempem do końca. Przed końcem 9-tego kilometra był punkt kontrolny, gdzie podbijaliśmy kartę uczestnika pieczątką potwierdzającą dotarcie do miejsca przekraczającego nawet skrajne położenie od startu/mety. Tu zatrzymałem się także pijąc wodę zaproponowaną przez pana obsługującego ten punkt weryfikujący. Nie włączyłem pauzy ani w tym momencie, ani później, gdy coraz częściej przystawałem by robić fotki.

041020152095

 

041020152099

041020152100

Maszerowałem tempem około 9 min/km lub poniżej. Na 11 kilometrze tych fotek było najwięcej, więc czas tego kilometra był prawie bliski 12 minut.

 041020152103

041020152108 

041020152110

Końcówka znów wiodła wzdłuż Jeziora Swarzędzkiego.

041020152111

Całą trasę pokonałem w czasie poniżej 2 godzin i 5minut. Dystans rajdu zapowiadany był jako 13,4 km. Mi wyszło znacznie więcej - 13,8 km (endo wyraźnie dodało mi w którymś momencie trasy), ale u innych uczestników widziałem zarejestrowany dystans około 13,6 km. Umówmy się, to nie były ani zawody, ani tym bardziej trasa, którą można by atestować, a start i meta nie były określone jakimś konkretnym punktem typu linia startowa czy mety. Ważne natomiast było to, że podany dystans określał wyraźnie stopień trudności tego rajdu. To nie jest tak, że ktoś wstanie z kanapy i bez problemu przejdzie taką trasę. Odpowiednia kondycja i wytrenowanie są nieodzowne, by pokonać ją bez uszczerbku dla zdrowia. O odpowiednim obuwiu już nie wspomnę, ale nadmienię, że widziałem utykającą po rajdzie uczestniczkę w obuwiu bardziej ogólnego niż sportowego przeznaczenia.

Na umownej mecie czekała już na mnie woda, talon na posiłek i pytanie "w jakim czasie pokonałem trasę rajdu". Akurat zastopowałem zapis endomondo więc odpowiedziałem zgodnie z odczytem. Tempo według wskazania wyszło mi równe 9 min/km. Zapis trasy oraz parametrów marszu poniżej.

 Kopia_Jesienny_kijomarsz_orygina

W namiocie na lodowisko zimowe obok "polowego" biura widziałem już rozstawione tu stoły i ławki, przy których kilku uczestników zajadało się już żurkiem. Dołączyłem oczywiście do stołu, przy którym pożywiali się Janek z Moniką. Trasę rajdu pokonali w czasie wyraźnie poniżej 2 godzin i około 10 minut szybciej niż ja. Czas upływał nam na jedzeniu i rozmowie. Wkrótce przysiadł do nas instruktor prowadzący rajd Roman Krzywiński, pytając o wrażenia z trasy. Były oczywiście pozytywne i liczymy, że w przyszłym roku trasa będzie podobnie atrakcyjna. Można powiedzieć, że z Romanem znamy się niemal od początku mojego zainteresowania Nordic Walking. On odkrył NW i zaczął jednak wcześniej niż ja i gdy ja startowałem w pierwszych Mistrzostwach Polski w 2009 roku, on już był znanym promotorem tej dyscypliny. Później z tego samego roku pamiętam że jako jedyni kijkarze wystartowaliśmy (trochę nieformalnie z kijami) w biegu Interrun nad poznańską Maltą. To wówczas jakieś młode biego-maszerki wymieniły uwagi na mój widok "patrz ten pan idzie szybciej niż my biegniemy"? No wspominać można by jeszcze parę wspólnych startów, choćby w rajdach przy GP Poznania w biegach przełajowych nad Rusałką , czy mój udział w Mistrzostwach w  Złotoryi, gdzie Roman był sędzią. Wymieniliśmy tego dnia jeszcze wiele zdań i uwag na tematy bieżące w polskim nordiku, po czym Roman opuścił nas czyniąc swoje obowiązki przy ceremonii zakończenia Rajdu zorganizowanego przez Urząd Miasta Swarzędz i Radio Merkury. Jak podali organizatorzy w rajdzie wzięło udział ponad 100 uczestników, którzy sukcesywnie przybywali na metę na miarę swych możliwości i ochoty. Nie brakowało grup zorganizowanych, wśród których wyróżniała się grupa w różowych i niebieskich koszulkach ze Środy Wlkp. Po przemówieniach oficjeli (między innymi Burmistrza Swarzędza) oraz Komandora-Instruktora Rajdu który także mnie wywołał do tablicy jako Instruktora biorącego udział w licznych zawodach, nastąpiło losowanie nagród wśród wszystkich, którzy tego dnia osiągnęli metę. W równych częściach nagrody ufundowały Miasto Swarzędz i Radio Merkury. Jako pierwszą wylosowaną nagrodą obdarowano mnie, a drugą Janka. Liczyliśmy, że jeszcze do kompletu Monika będzie miała podobne szczęście, ale niestety nie tym razem. Wśród upominków były: mały słoiczek miodu, koszulka polo, dwie książeczki z poezją i opaska odblaskowa. Ten miły akcent zakończył tę bardzo udaną imprezę.

Jesienny KIJOMARSZ 2015

Parkrun Poznań_bieg nr 165

mk130363

Dla mnie to 56 bieg. Z dumą startuję tu w koszulce "50 biegów" choć są osoby nie tylko mające 100 biegów (i odpowiednią koszulkę) ale zbliżające się do liczby 150. I choć do kolejnej koszulki "200 biegów" mają jeszcze dość daleko to myślę, że prędzej ją zdobędą niż ja "100". W sobotę obchodziliśmy też Międzynarodowy Dzień Parkrun, który przypada w rocznicę startu pierwszego biegu na Wyspach Brytyjskich. Jak święto, to święto najczęściej bywam tu na rocznicach (lokalnych albo ogólnoświatowych). Ale do biegu na 5 km zachęcił mnie też całkiem obiecujący wynik z Biegu św. Mateusza. Postanowiłem spróbować pobiec podobnym tempem jak tam, szybszym od mojego najszybszego chodu. Tradycyjnie już pojechałem na Cytadelę rowerem. Z racji, że ostatnio rzadko tam bywam nieco zapominam jak to daleko, czy 4 czy 5 km i przyjmując najczęściej tę pierwszą wielkość w swoich kalkulacjach czasowych muszę się później spieszyć. Niemniej zapas czasu na ogół mam taki, że po prostu mam potem mniej czasu na oddech i przygotowanie do biegu. Wystartowałem na krótko, ale na drogę założyłem kurtkę i długie spodnie. Na starcie zauważyłem, że jeden z zawodników biegł również na krótko ale w rękawiczkach. Ten element garderoby będzie pewnie coraz częściej nieodzowny zwłaszcza podczas jazdy rowerem. Gdy dojechałem na miejsce 20 minut przed startem zaskoczyła mnie mała liczba osób czekających na bieg, było ich zaledwie kilkanaście. Dopiero w ostatniej chwili zrobiło się bardziej tłoczno i jak się okazało było nas w sumie ponad 120. Przed biegiem wylosowano jeden z tokenów z numerem 103. Dla osoby, która zameldować się miała na mecie na tej pozycji przewidziana była nagroda książkowa. Osobiście wydaje mi się, że sprawiedliwsze będzie losowanie na mecie, gdy tokeny uczestników będą już pomieszane w jakimś "kapeluszu" a nie ułożone "pod sznurek" wg kolejności na starcie, gdyż przy takim ułożeniu może się zdarzyć, że wylosowany numer będzie większy od liczby uczestników, a poza tym osoby z pierwszych miejsc raczej będą miały małe szanse w losowaniu, gdyż dość naturalne jest, że wybiera się coś ze środka, a nie z samego początku. No ale przy losowaniu po biegu należałoby pamiętać swoje miejsce, które zajęliśmy w biegu, a jeśli się ono komuś pomyli może zdarzyć się, że dwie osoby zgłoszą się po nagrodę. W sumie jednak sprawa nie wydaje się bardzo istotna, kto zostanie wylosowany i kto dostanie nagrodę, bardziej liczy się tu sama zabawa. 

Na starcie ustawiłem się z tyłu stawki, ale i tak były osoby, które ustawiły się za mną. Biegłem swoim założonym rytmem w ostatnich szeregach i już po chwili miałem wrażenie, że niemal ostatni.

Kopia_a006

Kopia_0023

Piszę niemal, gdyż nie oglądałem się do tyłu, ale w każdym razie nie biegłem z wolontariuszem zamykającym stawkę. Myślę, że to dobry pomysł wprowadzony by dokładnie wiedzieć, kiedy można zamknąć metę. Moje tempo miało mi zapewnić wynik zbliżony do wyników, które osiąga tu ostatnio Staszek. Czy będę przed nim, czy za nim, nie wydawało się tak bardzo istotne jak to, bym był blisko. Jednak początek i pierwsze kilometry niestety na to nie wskazywały. Moja strata do Staszka utrzymywała się na poziomie około 100-150 metrów. W zasadzie gdy rozpoczynałem 4-ty kilometr nie wierzyłem, że mogę go dogonić. Wydawało mi się, że Staszek biegnie za szybko. Ale postanowiłem zawalczyć, by jak najbardziej zbliżyć się do jego wyniku. Moje międzyczasy do tego momentu były następujące:

1 km - 6:25

2 km - 6:31, po 2 km - 12:56

3 km - 6:10, po 3 km - 19:06

4 km - 6:26, po 4 km - 25:32

Górki na Cytadeli robiły jednak swoje. Moje tempo więc nie było takie jak bym chciał. Zbliżyć się do 30 minut nie było szans, jednak teraz było już płasko a nawet w niektórych miejscach lekko w dół. Chciałem więc zawalczyć, nie wiedziałem za bardzo o co, chyba o jakąkolwiek satysfakcję z czasu. Moje tempo znacznie wzrosło do poprzednich kilometrów. Staszek biegł zaś równym tempem i dlatego jakieś 350-400 m przed metą go dogoniłem. Zażartował, że "podbiegam" . No tak, ale w biegu to jest dozwolone i jak najbardziej uzasadnione :) Na ostatniej prostej udało mi się jeszcze kogoś wyprzedzić.

Kopia_0033


 

5 km 5:23, META 30:55

Czas brutto zmierzony przez organizatora 30:57.

No to chociaż złamałem 31 minut, mogę czuć się usatysfakcjonowany. Staszek wbiega kilka sekund za mną i nie zdążę już mu zrobić zdjęcia. Zresztą niewiele osób łapie się teraz na moje fotki na mecie. Tym bardziej, że też muszę najpierw złapać oddech.

Kopia_00__0065

 

Kopia_00__0084

Niestety po biegu czuję kolana. Nie jest to jakiś wielki ból, ale czuję że je mam. Szarża ostatniego kilometra jednak wiele kosztuje. Rozsądniej dla mnie jest chyba jednak biegać bez finiszu. Winne są emocje, które udzielają się podczas każdej rywalizacji. Za tydzień jednak też chcę spróbować pobiec. Uroczyste wręczenie wylosowanej nagrody (zająłem 111 miejsce), do której zabrakło mi 8 pozycji i tradycyjna sesja zdjęciowa całej grupy kończy sobotnie wydarzenie.

Kopia_003a

Kopia_0071

Kopia_0101

PS Podziękowania dla wszystkich autorów zdjęć, dzięki którym mogłem tę relację nimi ubarwić.

 

Biegaj z Opel Szpot - edycja wrzesień 2015

mk130363

26 wrzesień

Ostatni bieg tegorocznego cyklu. Tym razem należało oczekiwać tłumów i tak było - 667 uczestników, w tym kilkanaście osób z kijami. Pogoda wyśmienita, słonecznie, temperatura 15 stopni, ale w słońcu odczuwalna na pewno dużo wyższa, w trakcie marszu można powiedzieć, że było bardzo ciepło. To pozwala mi nadal startować na krótko. Na miejsce pojechałem znów rowerem. Przebudowa chodników i ścieżki rowerowej w okolicach budowanego centrum handlowego spowodowały, że droga zajęła mi parę minut dłużej, stąd przy Amfiteatrze zameldowałem się niespełna półgodziny przed startem. Przed biurem mały tłok, ale po kilku minutach jestem zapisany. Przypinam numer i jest już niewiele czasu do startu. Odnajduję moich przyjaciół i ostatnie chwile rozmawiamy o przeszłych i nadchodzących wydarzeniach biegowo nordikowych. Staszek jest jak zwykle po Parkrunie, ja całe szczęście, że rozruszany kilkunastominutową jazdą na rowerze. Na starcie duży tłok, my daleko od bramy startowej, zanim tam dojdziemy minie kilkanaście sekund. Idziemy początkowo dość wolno między innymi maszerującymi biegaczami, którzy niezbyt się spieszą. Lawirujemy trochę, by jak najszybciej się uwolnić od spowalniaczy i znaleźć miejsce właściwego, i bezpiecznego zabicia kija. To spowoduje, że pierwszy kilometr będzie stosunkowo wolny. Całe szczęście, że już po około 200 metrach znajdujemy właściwy rytm i czas nie jest najgorszy. Teraz już wyraźnie przyspieszamy. Można powiedzieć, że dalej już jest bez żadnej historii, w pewnym momencie odchodzę na kilka potem kilkanaście metrów Staszkowi. Janek jest daleko przed nami, jakieś 100-120 metrów? Idę szybko i wydaje mi się, że dzięki znacznemu zwiększeniu prędkości na 2, 3 i 4 -tym kilometrze nieco się do niego zbliżam. Pod koniec to wygląda w ten sposób że jestem mniej więcej w środku między Jankiem i Staszkiem, przy czym różnice są takie, że Staszkowi nie zdążyłem nawet zrobić zdjęcia gdy wchodził na metę. Jednak wyłączenie endomondo i przełączenie na aparat foto parę sekund musi potrwać i Staszek ma fotkę, gdy już stoi na mecie. 

00__001

Moje międzyczasy na poszczególnych kilometrach były następujące. 

1 km - 8:34

2 km - 7:51, po 2 km 16:25

3 km - 7:51, po 3 km 24:16

4 km - 8:00, po 4 km 32:16

5 km - 8:08, po 5 km 40:24

5,430 km - 3:12 (tempo 7:27/km),  META: 43:36

Czas bardzo dobry, tylko o 7 sekund gorszy od tego z edycji lipcowej, ale wówczas było 5 razy mniej uczestników i od początku można było iść na pełnej prędkości. Teraz z pewnością można by na pierwszym kilometrze zaoszczędzić jakieś 30 sekund. Może trzeba by opóźnić start o jakieś 2-3 minuty i wówczas bez tłoku czas netto byłby lepszy. Z tym że wówczas wchodziłoby się na metę bardzo krótko przed losowaniem nagród. Ale i tak średnie tempo wychodzi 8:02/km więc jest znakomicie. Idę po ostatnią pieczątkę w Paszporcie Biegacza i otrzymuję nagrodę - worek typu plecakowego na jakieś drobne i niezbyt ciężkie drobiazgi. W tym roku brałem udział, aż w 8-iu z 9-ciu biegów. Systematyczność jak za nieodległych lat chciałoby się powiedzieć. W tłumie trudniej się robi zdjęcia, przyjaciele gdzieś mi zniknęli z oczu ale zauważyli mnie rozglądającego się w poszukiwaniach i zawołali na ostatni stopień amfiteatru.

00__0022

Ledwo usiadłem już wywołali mnie do odbioru wylosowanej nagrody. Niestety nie był to opel na weekend, kogoś wylosowano znowu wcześniej. Wybrałem z nagród koc piknikowy, podobnie jak w którejś z wcześniejszych edycji wygrał Staszek. 

00__003 

00__012 

Sezon Biegaj z Opel Szpot 2015 przeszedł do historii. Następną edycję cyklu rozpoczniemy pod koniec stycznia. Do zobaczenia!

Marsz Nordic walking z dreszczykiem grozy

mk130363

Znam te tereny od lat. Przemierzyłem je setki razy różnymi ścieżkami, wielokrotnie o zmierzchu i wielokrotnie ciemną nocą, nawet po północy (w Nowy Rok chociażby). Okolica wydawałoby się nie jest drastycznie niebezpieczna, ale różne zdarzenia już tu miałem także w dzień. Nocą zdarzało mi się, że sarna lub zając przeskoczyły w poprzek mojej drogi i to kilka, kilkanaście kroków przede mną. Czasem spłoszę chmary tysiąca ptactwa i szum, łopot ich skrzydeł mnie wystraszy na chwilę, na chwilę aż zorientuję się co to jest. Czasem nocą wybiegnie mi na przeciw albo i zza moich pleców jakiś spóźniony biegacz (wszystko w lesie oczywiście), albo rowerzysta cicho mnie dogoni i zauważę go dopiero gdy mnie wyprzedza. Spacerujących osób raczej nie ma, choć przy pierwszej wędrówce z czołówką ktoś nazwał mnie górnikiem. W dzień też różne osoby kręcą się w tym miejscu. Jeśli to biegacz albo osoba spacerująca z psem to wiadomo o co chodzi, ale jak samotny facet kręci się po chaszczach bez celu to, nie bardzo wiadomo o co chodzi. W dzień tez można spotkać różne zwierzęta, sarny są płochliwe, rodzinka dzików napotykana kilka lat temu była dość oswojona, więc jak ktoś ich nie drażnił to pewnie krzywdy nie chciały zrobić. Kiedyś idą nocą widziałem dwa ogniki ślepiów. Może zbłąkany pies bo o wilkach w tej okolicy nie słyszałem. 

Wczoraj tez wracałem nocą z Dębca. Wybieram zwykle drogę przez las bo lubię naturalne ścieżki, choć był okres że chodziłem oświetlonymi chodnikami po twardej nawierzchni.  W lesie o tej porze roku i godzinie  to już czołówka obowiązkowo musi być. Kiedyś na swojej trasie miałem takie punkty oświetlone które, stwarzały większe poczucie bezpieczeństwa . Pełniły rolę jakby latarni morskich które prowadziły mnie do celu. Wiadukt kolejowy na Dębinie, styk ulicy Droga Dębińska z wałem przeciwpowodziowym, stróżówka ochrony ujęcia wody, most na Hetmańskiej. To pozwalało przebyć dwa kilometry ciemnego lasu z jakimś światełkiem widniejącym na horyzoncie czasem schowanym, a czasem wyjawiającym się zza drzew i krzewów. Potem czekały jeszcze dwa kilometry po odkrytym terenie doliny Warty do następnego jaśniejącego punktu - mostu Królowej Jadwigi. Od roku stróżówka ochrony jest nieczynna, a w każdym razie w nocy jest nieoświetlona więc jedna latarnia ubyła na tej trasie. Z racji bezpieczeństwa z Dębiny do mostu na Hetmańskiej często wybieram drogę wałem przeciwpowodziowym nie wchodząc głębiej w las, gdyż w razie gdybym potrzebował jakiejś pomocy tam będzie mnie łatwiej znaleźć bo tam będzie mi łatwiej określić swoje położenie (jest konkret - wał przeciwpowodziowy a nie jakaś ścieżka w lesie), Idę wczoraj, noc ciemna, tak ciemna że nic nie widać, nie powiem czego nie widać bo po prostu zero widoczności, czarna dziura i tylko czołówka. Minąłem w tych ciemnościach jedną "latarnię leśną " , drugiej nie ma, a właściwie jest nieczynna. Mijam ją, Idę dość wolno, ostrożnie by nie potykać się na nierównościach. Nagle w oddali coś błysnęło. Było tak ciemno, że nie wiedziałem jeszcze jak daleko jest do mostu na Hetmańskiej. Teraz widzę że musiało być jakieś 600 m, może trochę więcej bo jego świateł jeszcze nie było widać. Pomyślałem, że to słupek z odblaskiem zagradzający wjazd do lasu. Takie słupki są od strony wiaduktu kolejowego, więc pomyślałem, że może z drugiej strony też taki postawiono. Uniosłem głowę wyżej by snop światła skierować dalej w stronę tego słupka odległego o jakieś 100 m. Wówczas zorientowałem się, że to dwa świetliki oczu wpatrzone we mnie nieruchomo Kie licho myślę? Przystanąłem zdziwiony. Wilk, zbłąkany pies? To coś obróciło się bokiem i zbiegło z wału w dół. Nie było wiele widać ale było wielkości dużego psa, wilczur, husky coś tej wielkości. Jeszcze się nie bałem choć lampka ostrzegawcza winna była się zapalić. Pomaszerowałem dalej bo niby strachliwy nie jestem. Minąłem miejsce, gdzie się pojawił, maszerowałem dalej. Po 100 m odwróciłem się do tyłu. Stały nieruchome, tam gdzie wcześniej. Wiem, że mnie obserwowały, dwa ogniki ślepiów. Tym razem zbiegły na drugą stronę nasypu. Albo sprawdza czy wracam, albo robi podchody. Idę dalej i po kilkudziesięciu metrach znów się obracam do tyłu. Są, ...lekkie zdenerwowanie, no gość mnie śledzi bo nie oddala się ode mnie utrzymując stały 100 metrowy dystans. Po kolejnych kilkudziesięciu metrach widzę, że zwierzak nie rezygnuje, no to już nie ma się co zastanawiać. Zaczynam biec z kijami pod pachą, wbiegam na umocnioną płytami chodnikowymi cześć wału, droga wiedzie w dół, na dole obracam się i niestety on jest cały czas 100 metrów za mną. Jest już dość blisko do mostu, ale jeszcze w połowie drogi do schodów oglądam się do tyłu. No po prostu nie mam wyboru muszę jak najszybciej znaleźć się na moście. Wchodzę po schodach pogrążonych w całkowitych ciemnościach, wchodzę bo wbiegając mógłbym się potknąć, a wówczas bestia na pewno mnie dogoni. Jestem na górze patrze w dół i nadal nie wierzę w to co widzę. Ogniste ślepia są u podnóża schodów.  Idę mostem przez Wartę i znów się oglądam, bo teraz za bardzo nie miałbym już gdzie uciec, skok do Warty lub na jezdnię pod samochody. Na wprost chodnikiem dopadło by mnie  bardzo szybko. Na szczęście za mną pojawiają się tylko rowerzyści. Uff! Strach pomyśleć co by było, gdybym zaryzykował dalszą drogę nad Wartą. Chyba by mnie to coś dopadło. Teraz już grzecznie pomaszerowałem dalej oświetlonym chodnikiem do domu. Zapis endomondo poniżej. Widoczna górka na wykresie prędkości w okolicy 3-go kilometra to moja ucieczka. Zdjęć nie robiłem, bo gdybym próbował, może nie napisałbym tego tekstu :)            

XVI Bieg Świętego Mateusza

mk130363

19 wrzesień

Bieg jak widać z dużymi tradycjami. Ja startuję w nim już po raz piąty. Przed rokiem na krótszej niż zazwyczaj trasie poszedłem z kijami. Jednak dopiero niedawno poszukując informacji o tegorocznym biegu wpadłem na dwa zdjęcia z tamtej imprezy.

2014_Bieg_w_Matuusza0069Start - rok 2014

 2014_Bieg_w_Matuusza0106

Rok 2014 - meta

Jak widać zamykałem wówczas stawkę biorących udział i podobnie miało być w tym roku z tym że miałem tym razem truchtać, a nie iść z kijami. Jak się jednak okazało (uprzedzając wypadki) miałem w tym roku ten handicap, iż jedna z uczestniczek, być może za moim i Zosi przykładem, pomaszerowała w tym roku z kijami. 

00__0021

Tradycyjnie imprezę rozpoczęliśmy o godz. 12.00 modlitwą Anioł Pański, a po niej do rywalizacji przystąpili najmłodsi czyli przedszkolacy.

Po nich odbył się bieg "Mateusz młodszy" i "Mateusz starszy".

00__0171

00__023

00__042 

Tuż po 13-tej wystartował bieg główny "Mateusz" i "Mateusz junior" na dystansie 2,6 km. Trasa wróciła w tym roku do swojego najbardziej tradycyjnego przebiegu, choć oczywiście zawsze okrążamy kościół parafii p.w. św. Mateusza dwukrotnie osiedlowymi uliczkami. Postanowiłem pokonać go truchtem podobnie jak bieg w lipcowym Parkrun. Wprawdzie obecnie mój trucht jest tak szybki jak najszybszy marsz, ale postanowiłem delikatnie jednak próbować biegów. Tu jednak od razu dodam, że taka powolność tego truchtu nie wynika głównie z możliwości kondycyjnych, ale z obawy o kolana. Delikatnie truchtając obciąża się je znacznie mnie,j niż dynamicznie biegnąc. Poniższe zdjęcie pokazuje tylne szeregi startujących, ja niestety bardzo przycięty z lewej strony, a z prawej strony pani startująca z kijami.

Kopia_20190919_bieg_w.Mateusza00055

Zacząłem bardzo spokojnie zabezpieczając właśnie tylne szeregi biegaczy i wkrótce byłem chyba ostatni z biegnących choć nie ostatnim z uczestników (pani z kijami). Tempo mojego truchtu jednak okazało się nieco szybsze niż podczas wcześniejszych prób. Już meldunek endo po pierwszym kilometrze natchnął mnie pewnym optymizmem, choć oczywiście moje miejsce było jedno z ostatnich. Udało mi się kogoś wyprzedzić ale naprawdę w tym przypadku akurat nie ma się czym chwalić :)  Na drugim okrążeniu również udało mi się jeszcze przesunąć o jedną lub dwie pozycje ale nadal nie można tego odbierać w kategoriach jakiegokolwiek sukcesu. Natomiast czas drugiego okrążenia już za pewien sukces można było odbierać. Teraz przystępowałem do finiszu w porównaniu do tych dwóch kilometrów można nazwać to faktycznie finiszem. Moje międzyczasy w tym biegu były ostatecznie następujące:

1 km - 6:20

2 km - 6:15, po 2 km - 12:35

2,6 km - 3:01 (tempo 5:02/km) META - 15:36

Tempo tych ostatnich 600 metrów jak na mnie wprost rewelacyjne. Takim tempem pokonywałem pierwsze dwa kilometry biegu w roku 2013, kiedy na tej trasie ustanawiałem życiówkę (wówczas finiszowe 600 m pokonałem w 2:33) . Przed biegiem spodziewałem się czasu w granicach 18 minut w najśmielszych oczekiwaniach, a tu taka niespodzianka. Zapis mojego biegu na endomondo poniżej.

 

Frekwencja na biegu była w tym roku tak duża, że zabrakło nawet wody dla ostatnich uczestników na mecie. Ale wiedziałem, że znajdę ją zapewne u pań serwujących posiłek i tam mogłem ugasić pragnienie. Po biegu organizator raczył uczestników grochówką i drożdżówkami. Z roku na rok daje się zauważyć, że frekwencja wciąż wzrasta. Impreza jest bezpłatna i wyróżnia rodzinne potraktowanie tematu, nagradzając wszystkie co najmniej 3 osobowe rodziny uczestników. Jednak tak liczny udział zaczyna jednak sprawiać kłopot w zapewnieniu odpowiedniej liczby pakietów dla wszystkich startujących, podarowywanych na mecie przez sponsorów. Jest to zawsze kawa i czekolada. W tegorocznym biegu głównym chyba mniej niż połowa uczestników je otrzymała. Po każdym z biegów nagradzano zwycięzców medalami i upominkami, a po ostatnim nagrodzono także najpierw rodziny, a następnie przystąpiono do losowania nagród wśród wszystkich uczestników, w tym tradycyjnie roweru, który wylosowano również tradycyjnie dla jednej z młodszych uczestniczek. Imprezę wciąż odbieram bardzo pozytywnie mimo, a może właśnie dla bardzo zabawowego jej potraktowania bez czipów i klasyfikacji (poza pierwszymi trójkami). 

XVI Bieg Świętego Mateusza 2015

Zawody Nordic Walking dla Seniorów - Rusałka 2015

mk130363

30 sierpień

Taki był pierwotnie zamysł, zawody dla seniorów  czyli dla osób  60+. Dowiedziałem się o nich jeszcze na spotkaniu w Bydgoszczy przed Mistrzostwami w Osielsku. Szybko jednak zorientowano się, że przy takiej grupie uczestników impreza nie będzie miała zbyt dużej frekwencji. Nazwa imprezy pozostała, bo zresztą do tej wymienionej grupy była głównie skierowana i zapewne dzięki temu otrzymała środki finansowe staraniem jej głównego organizatora czyli fundacji Familijny Poznań. Dzięki staraniom Polskiej Federacji Nordic Walking, współorganizatora imprezy, umożliwiono w niej start jednak każdemu, niezależnie od wieku. Dzięki temu można było liczyć na nieco większą grupę uczestników, choć raczej tłumów nie należało oczekiwać. Niezwykle krótki czas na promocję i ostatnia niedziela wakacji mogły tu mieć znaczenie, gdyż niektórzy mogli ten czas zaplanować dużo wcześniej w zupełnie inny sposób. Niemniej organizatorzy zaproponowali atrakcyjną ale trochę nietypową ofertę dla uczestników.  Trudno te zawody porównywać z zawodami Pucharu Polski, gdyż docelową grupą były jednak osoby z najwyższych kategorii wiekowych, a celem nie było propagowanie tu wyczynowego sportu. Raczej starano się zadbać o to by mógł w nich wystartować każdy niezależnie od kondycji, wytrenowania, w jakimś stopniu stanu zdrowia. Zaproponowano dwa dystanse 5 km (dla wszystkich w tym i dla seniorów) i 2 km (tylko dla seniorów). Z tym, że o ile ten drugi dystans wymierzono dokładnie kółkiem prezentowanym przy opisie zawodów w Osielsku o tyle ten pierwszy czyli dłuższy zaproponowano jako najkrótsze okrążenie Jeziora Rusałka. Było to najprostsze rozwiązanie nie wymagające ustawiania wielu wolontariuszy na ewentualnych rozgałęzieniach ścieżek, czy dość pracochłonnego otaśmowania trasy w newralgicznych miejscach. Owszem w newralgicznych miejscach stali sędziowie którzy mogli ewentualnie wskazywać kierunek marszu na tej także dość krótkiej trasie liczącej ostatecznie  3,6 km.  

Biuro zawodów działało bardzo sprawnie, zresztą tłumów nie było jak już wspomniałem. Ostatecznie w zawodach wystartowały 54 osoby na dłuższym dystansie, a 11 osób na krótszym. Z ramienia Federacji imprezę prowadził Arkadiusz Kozak znany wszystkim i z Pucharu Polski i Pucharów Regionalnych w Nordic Walking. Rozgrzewkę i szkółkę Nordic walking przed zawodami oraz  streching po zawodach poprowadziła trenerka PFNW Edyta Kędzierska.

00__0041

 

00__0071

Tu nie zawaham się dawać za przykład tak profesjonalnie prowadzonych koniecznych elementów każdej aktywności ruchowej. I tutaj te elementy były konkretnie ukierunkowane właśnie na Nordic walking,. nie na taniec, zumbę, fittnes czy inną aktywność, ale właśnie na NW. Bywam naprawdę na wielu imprezach, i nordicowych, i biegowych, gdzie wspólne rozgrzewki prowadzone są przez wynajętych wykwalifikowanych instruktorów fittnesu i niestety stwierdzam, że są to na ogół pokazy niesamowitej sprawności i kondycji prowadzącej osoby, dla której wydawać się może, że celem jest raczej nie rozgrzanie mięśni i rozruszanie stawów uczestników, a po prostu ich zamęczenie. Niejednokrotnie przekonałem się, że propozycje Edyty mogą tutaj służyć za wzór dla imprez nordicowych. Muszę powiedzieć, że bardzo ucieszył mnie widok i Arka i Edyty na zawodach w Poznaniu. Po pierwsze widać, że Federacja mimo pewnej zabawowej jednak formy tych zawodów podeszła do tematu poważnie, po drugie oboje są przyjmowani bardzo sympatycznie na każdych zawodach przez wszystkich uczestników.. Zresztą muszę tu dodać, że również oni odwzajemniają sympatię i dla mnie, i dla innych uczestników, stąd nasze spotkanie było bardzo serdeczne. Miłych spotkań było tu zresztą bardzo wiele. Choćby w naszej Drużynie Szpiku z Marią Homan i rodziną Małgosi i Roberta Adamskich, która przyjechała w pełnym 4 osobowym składzie.

0011

Ja przyjechałem z Jankiem oraz z Zosią, a na miejscu spotkaliśmy Staszka i Dorotę. Nordikowych przyjaciół było tu bardzo wielu , mam nadzieję że nikogo nie pominę wymieniając tylko ich imiona: Leon, Anna, Czesław, Irena, Stanisław, Mieczysław, Bogusława, Bogdan, Arleta, Małgorzata. Wśród sędziów nie mogło zabraknąć najsympatyczniejszego wśród nich małżeństwa Majki i Waldka Kretkowskich. 

 

00__0091

Kolejność startów była następująca: dystans dłuższy: kobiety open, mężczyźni open, kobiety seniorki, mężczyźni seniorzy, dystans 2 km: kobiety i mężczyźni seniorzy razem. 

 

0031

0042

Dystans 3, 6 km można, by nazwać takim przedłużonym sprintem w porównaniu do innych dystansów. Rozgrywa była bardzo szybka i od początku należało iść na pełnej mocy, ile pary w płucach, i siły w nogach, praktycznie od początku trzeba było finiszować. W zasadzie nie ma za bardzo co się rozpisywać o walce na trasie. Najszybsi mi uciekli, sam uciekałem przed najszybszymi z seniorek i seniorów. Irena Grzywocz dogoniła mnie gdzieś w połowie trasy podczas najwolniejszego z moich pokonywanych kilometrów. Widok jej oddalających się pleców zdopingował mnie na tyle, że w pewnym momencie zacząłem utrzymywać dzielący nas już dystans. Niestety nie miałem okazji tu bezpośrednio ścigać się ani ze Staszkiem Przybylakiem ani z Jankiem Piduchem, co z pewnością mogło wpłynąć na jeszcze lepsze nasze wyniki. Rywalizowaliśmy jedynie korespondencyjnie, gdyż obaj wystartowali w czwartej grupie, a ja w drugiej grupie uczestników miałem więc ich obu za plecami cały czas. Ostatecznie według czasów Janek był z nas najszybszy, a Staszek miał zbliżony czas do mojego.   

Moje międzyczasy były następujące:

1 km - 7:47

2 km - 8:08, po 2 km - 15:55

3 km - 7:40, po 3 km - 23:35

3,6 km - 4:10 (tempo 6:57/km), META 27:45

006

Średnie tempo całego marszu wyszło 7:43/km. Rok temu nie myślałem, że jeszcze tak szybko będę chodził. No ale dystans był bardzo krótki i jak napisałem od początku finiszowaliśmy. Na mecie Arek Kozak przeprowadził ze mną mini wywiad. Skupiłem się w wypowiedziach na promowaniu Rusałki jako miejsca przyszłych Mistrzostw Polski w Nordic Walking. Nie wiem kiedy to będzie, ale wiem że będzie. To miejsce z pewnością na to zasługuje.

 

Gdy już wszyscy dotarli na metę i złapali drugi oddech Edyta poprowadziła streching. Po nim uraczono nas posiłkiem regeneracyjnym, ale w międzyczasie pozowaliśmy do zdjęć. 

009a

0171

 0181

Nadeszła pora dekoracji i tu wynikł pewien problem. Dołączenie do seniorów uczestników z kategorii młodszych okazało się bowiem w pewnym sensie kłopotliwe już przy zapisach. Otóż uruchomiono jakby dwa niezależne panele, jeden dla zapisów seniorów i jeden dla pozostałych uczestników. Zamysł tu był taki, by te grupy wystartowały także oddzielnie i klasyfikowane byłyby również oddzielnie. Niezależnie od tych niejako dwóch klasyfikacji open miały być prowadzone także klasyfikacje w kategoriach wiekowych. Niestety część uczestników nie będących seniorami omyłkowo zapisała się w panelu dla seniorów, a nie było tam ograniczenia takiej możliwości. Gdy się zorientowały w swej pomyłce zapisały się także w panelu dla nich przeznaczonym, jednak poprzedniego zapisu nie można było w sposób jakiś automatyczny i łatwy usunąć. To stworzyło sytuację, w której po zawodach trudno było ustalić klasyfikacje wśród kategorii wiekowych seniorów i dopiero kilka dni później zweryfikowano ich wyniki. Stąd niestety seniorzy nie stanęli na pudle w swoich kategoriach wiekowych, a jedynie wręczono im wszystkim drobne lub symboliczne upominki.

W kategoriach poza "seniorskich" nie było tego problemu i tu stawaliśmy po kolei na pudłach, choć niektórzy pewnie nie spodziewali się takich wyróżnień i opuścili zawody wcześniej.

 0201

W trakcie dekoracji wynikło jeszcze jedno nieporozumienie, na którym ucierpieli niestety znów seniorzy. Puchary w klasyfikacji open dla pierwszych trójek kategorii młodszych przygotowała Federacja i tu było wszystko w porządku. Tymczasem statuetki dla pierwszych trójek kategorii open seniorów przygotował Familijny Poznań. Niestety przygotowano statuetki tylko dla dystansu 5 km, pomijając dystans 2 km. A dekorując zwycięzców najpierw uhonorowano właśnie tych ostatnich i to im wręczono statuetki przeznaczone dla dłuższego dystansu. Dla tych, którzy wygrali na 5 km statuetek niestety zabrakło. Być może ktoś ma poczucie niedosytu. Jednak bierzemy udział w takich imprezach nie dla pucharów i medali, a by pokazać, że uprawianie Nordic walking prowadzi do zdrowia. Na pocieszenie zawiedzionym wspomnę, że w pewnym bardzo prestiżowym cyklu zawodów zająłem kiedyś w generalce trzecie miejsce i też nie mam ani pucharu, ani pamiątkowego medalu z tego tytułu, a wysiłek jak w to włożyłem nie tylko na zawodach, ale i jeżdżąc po całej Polsce, był nieporównanie większy.  Myślę też, że wśród uczestników przeważały pozytywne odczucia z udziału w tej imprezie i miejmy nadzieję, że te drobne nieporozumienia nie wpłyną na ewentualną przyszłą współpracę organizatorów tego przedsięwzięcia i doczekamy się kolejnych wydarzeń przeprowadzonych z większym rozmachem, a kiedyś ta współpraca zaprocentuje w przeprowadzeniu Mistrzostw Polski.

© Nordic Walking mk
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci