W sobotę 21 stycznia pomaszerowałem w Rajdzie Nordic walking przy GP Poznania.
Ta impreza towarzysząca biegom przełajowym cieszy się dość dużym powodzeniem. Frekwencja i zainteresowanie rośnie przy każdym kolejnym rajdzie. W 1 brało udział 50 osób, w 2 - 58 osób, w 3 - 71 osób. Jak tak dalej pójdzie, może się kiedyś skończyć nawet na setce uczestników. Już dochodząc do biura zawodów spotkałem entuzjastów NW którzy mimo jeszcze dość długiego czasu do rozpoczęcia rajdu oczekiwali na jego rozpoczęcie. Zamieniam kilka zdań z Romanem Krzywińskim znanym entuzjastą, instruktorem i sędzią Nordic walking, po czym idę się zarejestrować. Dzięki temu, że mam opłacony abonament na wszystkie biegi nie muszę płacić wpisowego na rajd. Oczywiście spotykam po chwili biegnących przyjaciół - Karola, Stanisława i Mieczysława, którym tym razem będę kibicował.
Rozpoczynają się biegi w kategoriach dziecięcych, gdzie spełniam się w roli fotoreportera.
Jedyne co umknęło mojemu oku to biegi młodzieżowe, które odbywały się pewnie w czasie nordicowej rozgrzewki i rajdu. Ja byłem wstępnie rozgrzany 1,5 kilometrowym marszem do biura zawodów, ale kilka ćwiczeń nigdy nie zawadzi, więc po trzech fotkach dołączam do ćwiczących.
Po rozgrzewce przechodzimy na miejsce startu i ... start następuje tak trochę nieoczekiwanie, dość szybko, 5 minut przed planowanym czasem. Rajd ma dość swobodną formułę, każdy idzie swoim tempem jakie mu pasuje. Do tego nieodłącznym elementem wśród wielu uczestników jest nordic plotking. Jednak dość nieoczekiwane jest to, że niektórzy uczestnicy traktują rajd jako wyścig. Ja rozumiem, że ktoś idzie szybciej, ktoś wolniej, ale nie rozumiem co można udowodnić ścigając się podczas rajdu. Rajd to okazja gdzie można w dobrym towarzystwie podszkolić swoją technikę, podpatrzeć jak chodzą inni, zwrócić uwagę na swoje błędy, albo może komuś coś podpowiedzieć, wymienić się uwagami nie tylko o nordicu. Ściganie się całkowicie wyklucza wszystkie pozytywy formuły rajdu. Po starcie początkowo zabezpieczam tyły i rozmawiam z Haliną Rossa. Tempo nie jest zawrotne, takie jeszcze na rozgrzewkę. Jednak po pewnym czasie nieco przyspieszamy, gdyż marsz wydaje się nam zbyt monotonny. Czołówka dawno zniknęła z zasięgu naszego wzroku. Po 2 kilometrze jeszcze bardziej przyspieszam. Warunki do szybkiego marszu nie są idealne, błoto, błoto i jeszcze raz błoto. Oczywiście zawsze w takich warunkach można się poślizgnąć ale dobre buty, asekuracja kijami i duże doświadczenie (wiele przebytych kilometrów w różnych warunkach) niemal wykluczają takie nieszczęście. Za to spodnie do kolan utytłane błockiem. Dobrze, że chociaż na czas imprezy przestało padać. Niemal w połowie trasy spotykam idącą mi naprzeciw nordicową grupę Romka Bednarka. Wkrótce mijamy się z Romkiem pozdrawiając. Nie mam niestety czasu by zamienić kilka słów, gdyż właśnie przyspieszyłem, ale liczę, że gdzieś jeszcze może tego dnia spotkam grupę Romka. Tu jak się okazało, jednak pomyliłem się w moich oczekiwaniach. Moje tempo wzrasta na tyle, że powoli i systematycznie doganiam kolejnych uczestników rajdu. Trzeci i czwarty kilometr nie odbiega dużo od tempa startowego na zawodach. Cieszy mnie, że mimo mniejszego obciążenia treningowego w ostatnim czasie nie straciłem dużo na szybkości. Choć z drugiej strony trudno porównywać 2 km szybkiego marszu z takim marszem na dystansie 10-cio krotnie większym. Na mecie melduję się gdzieś w czole środka grupy.
Marsz dość dobrze mnie rozgrzał. Tradycyjna drożdżówka i herbata na zakończenie. Ostra wymiana zdań uczestników na temat ścigania i biegania podczas rajdu nieco burzy jego miłą atmosferę.
Na szczęście czeka nas jeszcze rozciąganie co skutecznie utrąca drażliwy temat.
Ja udzielam się jako fotoreporter.
Po ćwiczeniach zostaję jeszcze by zrobić trochę fotek biegaczom.
By jednak nie zostać jak "szewc bez butów" "robię" także sobie zdjęcie z Jankiem, który akurat podszedł się pożegnać.
Po biegu spotykam jeszcze Dorotę i Stanisława,
oraz Halinę i Mieczysława.
Dopiero w domu spostrzegłem, że wyszło w sumie ponad 1600 zdjęć. W oczekiwaniu na biegaczy trochę zmarzłem, więc po zakończeniu misji fotoreportera postanowiłem wrócić do samochodu nieco okrężną drogą. Z zakładanych 3 kilometrów przedłużyłem marsz do ponad 5, w końcu i tak byłem już ubłocony tak że bardziej już nie mogłem, więc te dwa dodatkowe kilometry mogły być już tylko samą przyjemnością.
Dziś zamiast pobiec w GP Poznania w biegach przełajowych , poszedłem w rajdzie Nordic walking i zabawiłem się w fotoreportera. Pierwsze zdjęcia już w zakładce Albumy nr 2. Zdjęć jest grubo ponad tysiąc więc mam co robić :)
W imieniu Miasta Gdynia oraz portalu o Nordic Walking www.chodzezkijami.pl zapraszam na seminarium z twórcą Nordic Walking, które odbędzie się 11 lutego w Gdyni.
Marko Kantanewa - fin od którego w 1997 roku wszystko się zaczęło. Na chwilę obecną Nordic Walking uprawia 14 milionów ludzi na całym świecie.
Imprezie patronuje: Prezydent Miasta Gdynia Pan Wojciech Szczurek Radio Gdańsk Portal Trójmiasto.pl
Wspierają nas: Ambasada Finlandii w Warszawie. Honorowy konsulat Finlandii w Gdyni.
Seminarium odbędzie się w Pomorskim Parku Naukowo Technologicznym w Gdyni. Po krótkiej przerwie wszyscy chętni będą mogli wziąć udział wyjątkowym rajdzie, wraz z Marko Kantanewa.
Ramowy plan imprezy: 10:00 - 12:00 seminarium z Marko Kantaneva 14:00 - rajd po Gdyńskim bulwarze
... biegania. Czas go podsumować. Właściwie pierwszy mój bieg miał miejsce 14 stycznia, jednak uznałem, że datą w której będę podsumowywał moje bieganie będzie przełom roku, tak będzie wygodniej.
Moje zamierzenia odnośnie biegania na ten rok były bardzo ostrożne. W styczniu jednak wydawało mi się, że są bardzo śmiałe. Nie wiedziałem czy systematyczne bieganie spodoba mi się na tyle by podejmować ten wysiłek regularnie. Dlatego postanowiłem biegać średnio raz w tygodniu po 5 km. W ciągu całego roku daje to tylko 260 km. Dla przeciętnego biegacza jest to miesięczny dystans treningowy, jednak dla mnie to było aż 260 km. Nigdy wcześniej nie biegałem na dłuższych dystansach, a przebiegnięcie jednego kilometra bez przerwy było do jeszcze niedawna niemożliwe do osiągnięcia. Co więcej jeszcze 2 lata temu zarzekałem się, że nigdy nie będę biegać. Czasem wplatałem w mój trening nordicowy trucht z kijami (Nordic jogging) ale były to odcinki nie dłuższe niż 1 km przeplatane marszem z kijami.
Już pierwsza próba biegu natchnęła mnie optymizmem. Okazało się, że odpoczynek krótkim marszem w połowie biegu wynikał bardziej z założenia niż z konieczności. Optymizm potwierdził się podczas mojego drugiego biegu na 5 km który już w całości przebiegłem. I się zaczęło ...
Dość szybko czynione postępy wprawiły mnie w pewną euforię. Zacząłem już nawet marzyć o półmaratonie, gdy po raz pierwszy w marcu przebiegłem dystans powyżej 10 km.
By jednak wystartować w jakichkolwiek zawodach biegowych narzuciłem sobie granicę 30 min dla dystansu 5 km przebiegniętego podczas treningu. Ponieważ udało się to już w lutym, a więc po miesiącu treningów, wkrótce (marzec) zadebiutowałem w II Grand Prix Poznania w biegach przełajowych. Tu czyniłem stałe postępy i dość mocno wyśrubowałem sobie rekord życiowy na 5 km - 26:52.
Jednocześnie coraz więcej czytałem o bieganiu, obserwując także wypowiedzi biegaczy na blogach, obserwując także treningi wielu biegaczy znanych mi i nie znanych. Zauważyłem także, że wielu biegaczy ma długie przerwy w treningach. Jedni byli w trakcie leczenia kontuzji, inni w trakcie rehabilitacji, inni zaczynali biegać po kontuzji. To spowodowało, że marzenia o półmaratonie schowałem do głębokiej szuflady i zweryfikowałem je do dystansu 10 km. Ten ostatni dystans pokonałem w grudniu na treningu poniżej godziny co napawa również optymizmem. Dokładnego czasu nie będę tu podawał ponieważ za rekordy życiowe uznaję tylko wyniki osiągnięte na zawodach. Mam nadzieję, że ten dystans będzie dobry do podniesienia mojej kondycji, jednocześnie mniej narażając mnie na ewentualne kontuzje. Tak więc nie zrezygnowałem z biegania i starałem się dotrzymać założonego rocznego planu. W międzyczasie w połowie października poddałem się testowi Coopera i przebiegłem w nim w ciągu 12 min - 2,270 km. Wynik nie powala i jest możliwy do poprawienia, aczkolwiek dla mojego wieku określany jest jako dobry.
No i plan został zrealizowany. W ciągu roku przebiegłem 335 km. Nadal to nie jest dużo w porównaniu do dystansu pokonywanego przez biegaczy, jednak więcej aż o 29 % od zakładanego planu. No i jeszcze jeśli dodam, że w tym czasie równocześnie przemaszerowałem z kijami 3154 km, przespacerowałem bez kijów 183 km (również tę aktywność zacząłem rejestrować z początkiem tego już ubiegłego roku) i przejechałem rowerem 702 km, to sumaryczny dystans 2012 roku wyniósł 4374 km, co już pewnie przekracza dystans pokonywany przez przeciętnie aktywnego zjadacza chleba.
A jako podsumowanie powiem że oprócz prozdrowotnego charakteru Nordic walking, istotną jego cechą jest to że daje niesamowitą przyjemność podczas jego uprawiania, chyba największą ze znanych mi ogólnodostępnych (czyli dla każdego) dyscyplin, natomiast przebiegnięcie jakiegoś dystansu daje niesamowitą satysfakcję z tego, że się go przebiegło.
Od pewnego czasu dokonuję korekty poszczególnych notek na moim blogu. Dotyczy to przede wszystkim najstarszych artykułów. W czasie, gdy blog miał inny szablon graficzny starsze notki były dobrze czytelne. Po zmianie szablonu okazało się, że wielkość liter w starszych notkach znacznie utrudnia czytanie. W nowszych notkach zacząłem pisać większą czcionką, którą także w ostatnich miesiącach jeszcze zwiększyłem. Być może jest to niepotrzebne, gdyż większość stałych czytelników czyta blog na bieżąco i nie zagląda do starych artykułów. Jednak stale przybywa entuzjastów Nordic walkingu, którzy mogą trafić na mój blog i mogą mieć potrzebę poczytania o sprzęcie czy technice chodzenia. By im to ułatwić dokonuję tej korekty. Przy okazji likwiduję też tzw. literówki, których nie raz trudno się ustrzec pisząc pod wpływem emocji czy w pośpiechu. Na dzień dzisiejszy połowa mniej więcej bloga została poprawiona, w tym wszystkie notki z najmniejszą czcionką. A więc najgorsze już za mną. Jutro lub w Nowy Rok krótkie podsumowanie Roku Starego.
Zbliżający się koniec roku skłania do podsumowań. Zawsze swoje lata podsumowuję na przełomie marca i kwietnia. Jest to dla mnie data znacząca, bo wówczas zacząłem chodzić z kijami. I na pewno pod koniec marca takie podsumowanie zrobię. Wcześniej zrobię też podsumowanie roku kalendarzowego, gdyż właśnie na początku bieżącego roku dokonałem pewnego przełomu i zacząłem także biegać. Teraz podsumuję największy cykl imprez nordicowych bieżącego roku w Polsce czyli PUCHAR POLSKI NORDIC WALKING.
Zacznę o spraw ogólnych. Cykl Pucharu Polski widać, że się cały czas rozwija. Nie tylko pod względem ilościowym ale także jakościowym. Z 6 imprez ubiegłego roku zrobiło się 7 w bieżącym. Dzięki temu Nordic walking jest promowany w większej ilości miejscowości. Na uwagę zasługuje tutaj fakt, że większość z nich to nowe miejsca na nordicowej mapie zawodów w Polsce: Inowrocław, Starogard Gdański, Pakość, Polanica-Zdrój, Iwonicz-Zdrój. Tylko Gdańsk i Barlinek powtórzyły się z ubiegłorocznej edycji. Na pewno te dwa ostatnie miejsca mogą kandydować do stałych punktów programu cyklu Pucharu Polski. Mają doskonałą bazę do urządzania tego typu zawodów. Także pięciu nowicjuszy myślę, że stanęło na wysokości zadania dla zawodów tej rangi. Można mieć oczywiście pewne uwagi, ale generalnie dałbym im ocenę na pewno co najmniej dobrą. Wprawdzie trudno mi oceniać Iwonicz, gdyż mnie tam nie było, jednak nie słyszałem ze strony uczestników jakichś zastrzeżeń. Wydaje mi się, że bardzo pozytywnie na organizację kolejnych imprez mają uwagi którymi dzielimy się na portalu chodzezkijami.pl. Nieraz błahostki, które tam poruszamy trafiają do serca kolejnych organizatorów i stąd w kolejnych zawodach coraz mniej niedopatrzeń. Najważniejsze, że nie było dużych uchybień od strony sportowej. Tu trzeba powiedzieć, że kadra sędziów spełniła swoje zadanie. Można by utyskiwać, że mogłoby tych sędziów być więcej. Ale niestety problem sędziów to nie tylko problem PFNW ale także innych organizacji. Jedyne dwie małe wpadki były z długością dystansu. Niewątpliwie trasa w Starogardzie była dłuższa, a w Pakości krótsza niż deklarowana w komunikacie z wynikami. Szczególnie odbiło się to na uczestnikach najdłuższego dystansu w Starogardzie, bowiem pokonywali oni pętlę o długości około 2,5 km ośmiokrotnie. Niedomiar lub nadmiar długości takiej pętli tylko o 100 metrów powoduje różnicę na całym dystansie o 800 m. Jest to już dość konkretna odległość, na której można kogoś dogonić lub stracić swoją wcześniej wypracowaną przewagę. Nie będę tu podawał jaka była faktyczna długość pętli w obu przypadkach, gdyż nie przeprowadzałem pomiarów geodezyjnych, jednak wszyscy uczestnicy potwierdzą, że wyniki czasowe w Starogardzie były zadziwiająco słabe a w Pakości zadziwiająco dobre. Tu jednak dała o sobie znać wyższość tras o pętli równej 5 km i chyba tylko dlatego niedomiar w Pakości był znacznie mniejszy niż nadmiar w Starogardzie. Ewentualna niedokładność pętli 5 km jest mniej dotkliwa. Oczywiście można by generalnie zaprotestować, że niedopuszczalna jest taka niedokładność w pomiarze dystansu, jednak takie są czasem realia zawodów NW. Na innych zawodach widziałem jeszcze większe niedokładności, gdy np. pod dystans 4 km zaliczano dystans o kilometr krótszy i niektórzy z zawodników dziwili się, że szybciej chodzą niż biegają. Podsumowując można by uznać, że to co dodano w Starogardzie prawie odjęto nam w Pakości i darować sobie te uwagi biorąc pod uwagę także to, że wszyscy pokonowywali tę samą trasę, jednak dla zawodników którzy chodzą nie tylko dla miejsc, ale także dla czasów, ma to jakieś znaczenie i nie powinno mieć miejsca w przyszłości. Myślę też, że organizatorzy również dostrzegli ten problem i w kolejnych zawodach trasy były dokładniej wymierzone i korygowane nawet jeszcze w dniu zawodów, tak by wszystko się zgadzało.
Jeśli już o trasach mowa, to warta podkreślenia jest ich duża różnorodność.
• Inowrocław – płaska, na miękkim podłożu, w pięknym parku. Pętla długości 2,5 km.
• Starogard Gdański – leśna na miękkim podłożu z dwoma podejściami jednym stromym i krótkim, i jednym długim ale łagodniejszym. Pętla długości 2,5 km.
• Pakość – płaska, bardzo nasłoneczniona z długim fragmentem kostki brukowej. Tu był problem tego rodzaju, że kostka była przed wejściem na stadion i po wyjściu ze stadionu. W krótkim odstępie czasu należałoby więc dwukrotnie zakładać i zdejmować nakładki gumowe. Myślę że takich przypadków należy unikać. Ale sam jestem i tak pełen podziwu do przygotowanej tu trasy, bowiem znam trochę te tereny i wiem, że nie było łatwo. Pętla długości 5 km.
• Polanica-Zdrój – najtrudniejsza, po której szedłem w tym cyklu. Bardzo długie, miejscami strome podejście i bardzo niebezpieczne, miejscami nawet karkołomne zejście. Dodatkową trudnością dla maszerów był długi odcinek nawierzchni twardej (kostki i asfaltu) jednak jak powiedziała Hania Słomska (sędzia główny zawodów) prawdziwy profesjonalista sobie z tym poradzi właśnie zakładając gumowe nakładki na groty. Tu było lepiej niż w Pakości bo nawierzchnia twarda była w jednym ciągu, tak więc na pętli tylko raz się gumowe butki zakładało i raz zdejmowało. A że pętla miała 5 km więc nie było to kłopotliwe dużą wielokrotnością powtarzania.
• Barlinek – trasa leśna po miękkim podłożu z odcinkiem kilkuset metrów kocich łbów, gdzie trzeba było iść poboczem drogi. Najbardziej malownicza trasa, po której szedłem w tym cyklu. Pętla długości 5 km.
• Iwonicz-Zdrój – tu tylko napiszę, że trasa była podobno jeszcze trudniejsza niż w Polanicy-Zdrój
• Gdańsk – trasa leśna, po miękkim podłożu, nieco interwałowa. Typowa trasa nordicowa. Chyba najlepsza w całym cyklu. Pętla długości 5 km.
Pakiety startowe nie powinny mieć dla nas dużego znaczenia i w zasadzie musimy zdawać sobie sprawę, że zależą one głównie od sponsorów. Na pewno medal dla każdego zawodnika jest miłą pamiątką i tu chyba również dobra była reakcja organizatorów kolejnych zawodów, gdy okazało się że w Starogardzie tego gadżetu zabrakło. Zebraliśmy też po kilka koszulek bawełnianych promujących miejscowości-organizatorów, sam cykl zawodów oraz PFNW. Posiłki dla zawodników też były coraz lepsze i trzeba tu podkreślić zwłaszcza ich polską tradycyjność w Pakości, Barlinku i Gdańsku oraz zaakceptować wojskową tradycyjność w Starogardzie i Polanicy. Inowrocław niestety zapomniał o tym szczególe, może dlatego że był pierwszy i położony w środkowej części Polski, więc teoretycznie zawodnicy nie mieli daleko do domu. Dobry posiłek dla zawodników przyjezdnych z odległych miejscowości ma jednak znaczenie.
Podkreślić należy także duże zaangażowanie sędziów i wolontariuszy na trasach zawodów. Zwłaszcza szybka była reakcja organizatorów w Pakości i zwiększenie ilości punktów nawadniania po zasłabnięciu jednego z zawodników.
Czy dopisała frekwencja ? Nie da się ukryć, że cykl miał konkurencję w postaci wielu imprez rozgrywanych na Pomorzu. I wielu zawodników wybierało te lokalne imprezy, gdyż tu było dla nich bliżej. Mimo to, jest duże grono zawodniczek i zawodników z całej Polski (164 miasta w Polsce), które brało udział w tej najważniejszej nordicowej karuzeli zawodów.
833 zawodników, 1583 tzw. osobo-starty i 12040 przebytych kilometrów robią wrażenie. Oczywiście liczby te mogłyby być jeszcze wyższe, ale biorąc pod uwagę, że chodziliśmy od Iwonicza Zdrój po Barlinek i od Polanicy-Zdrój po Gdańsk, trzeba uznać to za wielki sukces cyklu. Jeden z zawodników brał udział we wszystkich imprezach i by tego dokonać musiał przejechać około 3700 km. To pokazuje też jak trudny do zorganizowania jest taki cykl. Wszystkiego przecież nie da się załatwić telefonicznie i przez internet, nie mówiąc już o przejazdach sędziów na każde zawody. Determinacja organizatorów z PFNW by to sprawnie przeprowadzić jest godna podziwu.
Co do osobistych statystyk w PUCHARZE POLSKI, to wziąłem udział w 6-ciu zawodach. Przeszedłem w nich tym samym razem 120 km. Ile kilometrów przeszedłem w ramach przygotowań można obejrzeć w statystykach moich dzienniczków treningowych. I to chyba jest największe zwycięstwo. Bo miejsce na pudle to tylko chwila, a czas spędzony na aktywności fizycznej jest przeogromny i powinien procentować w zdrowiu. Trzykrotnie udało mi doświadczyć tej krótkiej miłej chwili i stawałem na podium w: Starogardzie Gdańskim i Barlinku – 2 miejsce, Pakości – 3 miejsce. Pozostałe zdobyte miejsca to Inowrocław - 4, Polanica-Zdrój - 5, Gdańsk - 5. W generalnej klasyfikacji całego cyklu zająłem drugie miejsce w kategorii M40+ na dystansie 20 km i zdobyłem ten oto pamiątkowy puchar.
Każdy organizator ma oczywiście prawo do organizowania swojej imprezy kiedy chce i gdzie chce.
Dziwić można się oczywiście dlaczego dwie najważniejsze imprezy muszą odbywać się w tym samym terminie ( trzecią z ważnych imprez pomijam, bo tu termin podyktowany jest chyba tradycyjną datą biegu, przy którym rozgrywane są zawody NW).
Konkurencja imprez może być jak najbardziej tyle, że niekoniecznie w takim wydaniu, że zawodnicy mogą brać udział albo w jednej albo w drugiej. Dwa największe maratony w Polsce konkurują także w jakiś sposób ze sobą, przy czym są zawodnicy biorący tylko udział albo w jednym albo w drugim, ale są i tacy którzy startują w obu, bo dzielą je w kalendarzu 2 tygodnie. I co może dziwić, tę korespondencyjną rywalizację w oczach fachowców, zawodników i kibiców wygrywa zazwyczaj maraton, który ma mniejszą tradycję i chyba gorszy termin rozgrywania.
To, że PFNW nie podała terminu mistrzostw Polski nie oznacza, by nie miały się odbyć w ostatni weekend sierpnia. Po prostu tego nie oznacza. Nie oznacza też, że nie mogą się odbyć w innym terminie. Pragnę jednak zauważyć że „największy” maraton w Polsce też jeszcze na swojej stronie www nie podał terminu, a mimo to wszyscy wiedzą, że odbędzie się w połowie października. Duże imprezy powinny obierać w ten sposób swój termin, by wszyscy wiedzieli już rok wcześniej, kiedy odbędzie się następna impreza. Tak mają np. najczęściej maratony czy inne biegi z dużymi tradycjami
To, że PSNW podało już swój termin mistrzostw Polski należy oczywiście pochwalić i można tylko przyklasnąć wszystkim, którzy na 9 mięsięcy przed, podają termin zawodów.
Powiedzenie, że „PFNW śpi” utarło się z minionego sezonu. Czy mimo tego my uczestnicy byliśmy niezadowoleni z imprezy organizowanych w ramach Pucharu Polski ? Pamiętajmy też, że PFNW przygotowuje pewien cykl imprez. Może być ich podobno 9 w różnych miejscowościach, z różnymi współorganizatorami, czy myślicie że jest to łatwiejsze niż przygotowanie jednej choćby największej imprezy ? Zajrzyjcie proszę do kalendarza MaratonyPolskie.PL. W sierpniu tego roku odbyło się według kalendarza ponad 120 imprez. Na sierpień roku przyszłego jest wpisanych 13 imprez. Czy oznacza to, że ponad 100 organizatorów śpi ? A w maju: w bieżącym roku było ponad 270 imprez, na przyszły rok jest wpisanych tylko 21. Tych potencjalnych 250 organizatorów także śpi. Oczywiście jestem za tym, by terminy podawać jak najwcześniej, gdyż brak tych terminów może powodować pewne perturbacje choćby dla organizatorów innych nordikowych imprez rozgrywanych głównie na Pomorzu. Ale podejrzewam, że dogadanie szczegółów z potencjalnymi współorganizatorami PP rozsianymi po całej Polsce jest dużo trudniejsze. Tym bardziej, że na ogół są to także nowe punkty na mapie zawodów NW Polski.
Czy ktoś z nas skorzystał z zaproszenia Prezesa PFNW i przesłał do Federacji swoje konstruktywne uwagi dotyczące cyklu Pucharu Polski, tak by go w przyszłości ulepszyć, a nie tylko narzekać ?
Moja wypowiedź może wyglądać jakbym był rzecznikiem PFNW jej broniącym. Nie ukrywam, że darzę tę organizację pewną sympatią. Co nie zmienia faktu, że znam także wspaniałych entuzjastów NW z PSNW i mam tam może i paru przyjaciół (mam zapewne także zupełnie neutralnych przyjaciół ale to zupełnie inny temat). Pewnie każda z tych organizacji ma coś do zrobienia w Polsce. Zdaję sobie sprawę, że współpraca między nimi raczej nie będzie możliwa. Co nie powoduje jednak by sympatycy obu organizacji nie mogli odnosić się do siebie bez wrogości. Portal chodzezkijami.pl powstał by nas także integrować, pewnie także skądkolwiek byśmy nie byli. Możemy się różnić i mieć inne zdanie, ale róbmy to z klasą bez obrażania i lekceważenia.
Tak można by podsumować mój sobotni bieg w Grand Prix Poznania w biegach przełajowych. Na pewno forma nie jest wysoka, a intensywność treningów taka, że trudno by oczekiwać jakichś fajerwerków. Niemniej nieco lepsze samopoczucie sprawiło, że liczyłem na lepszy wynik niż w biegu nr 1. Pogoda bardzo sprzyjająca i jak na tę porę roku była bardzo zachęcająca do ruchu na świeżym powietrzu. Postanowiłem, że tym razem zrobię rozgrzewkę podobnie jak to robiłem wiosną. Czyli ni mniej ni więcej, tylko Nordic walking wokół jeziora Rusałka. Takie przejście trasy biegu z kijami ma dodatkową zaletę. Jest to dobry rekonesans dla kogoś kto bywa tu tylko od czasu do czasu. Można podejrzeć czy jest błotko, a jak jest, to gdzie największe, gdzie może trzeba biec ostrożniej, a gdzie wybrać lepszą stronę ścieżki. Oczywiście w ferworze biegu nie wszystkie informacje da się w pełni wykorzystać, ale zawsze dobrze działa na moją psychikę, gdy wiem co mnie czeka. Trasę z kijami pokonałem w sobotę pod prąd. Ale myślę już o tym by w przyszłości pokonać ją tak jak uczestnicy Rajdu Nordic walking. Kusi mnie by część tej trasy przejść właśnie razem z uczestnikami rajdu, a po dojściu do miejsca startu biegu ... już pobiec dalej kolejny bieg. Można by powiedzieć, że będę miał wówczas dwa w jednym. Póki co, jak zwykle zresztą, gdy zameldowałem się w biurze zawodów z kijami i zgłosiłem po mój numer „biegowy”, próbowano mnie odesłać do rejestracji Rajdu NW, co spotkało się z moim stanowczym sprzeciwem. Przecież mój numer „abonamentowy” jednoznacznie wskazuje, w czym faktycznie biorę udział. No ale zwiodłem także moich nordikowych przyjaciół, którzy także pytali się, czy biorę udział w Rajdzie. Najpierw Stanisław Przybylak a po chwili Mieczysław Rossa wydawali się zawiedzeni, że mogę nie pobiec. Tymczasem ja zainstalowałem czipa i udałem się do namiotu z depozytem zostawić plecak z kurtką. W jego okolicy spotkałem kolejnych entuzjastów Nodic walkingu i po krótkich pozdrowieniach i rozmowach podążyłem w kierunku miejsca startu biegu. Przy Botaniku zostawiłem w samochodzie kije, założyłem koszulkę z numerem startowym, wypiłem kilka łyków herbaty i zdążyłem jeszcze potruchtać kilka minut przed biegiem. Na ścieżce startowej spotykam jeszcze Zbyszka Bednarczyka, z którym się pozdrawiamy, a następnie po raz kolejny Stanisława i Mieczysława. Ustawiamy się w okolicy Startu i tu widać korzystną zmianę tzn. ustalone zostają strefy startowe dla biegających poniżej 21 i poniżej 25 minut. Może to spowoduje, że osoby biegające na moim poziomie nie będą startować z pierwszej linii. Na starcie niemal 600 osób. W zasadzie z perspektywy nas biegaczy nie wygląda to aż tak imponująco, gdy czekamy na sygnał startera, jednak na obserwatorach stojących z boku taki ruszający, falujący tłum musi sprawiać pewnie dużo większe wrażenie. Słyszę, że Stanisław ma podobne zamierzenie jak ja podczas poprzedniego biegu. Niewiadomą dla mnie jest forma Mieczysława, który miesiąc temu w Biegu Niepodległości w Luboniu uzyskał dobry czas na 10 km. Ja postanowiłem pobiec lepiej niż poprzednio bez narzucenia jakiegoś konkretnego czasu. Po prostu miało być lepiej o tyle ile można było. A na początku postanowiłem trzymać się pleców Mieczysława. Nie wiemy co mówi główny starter biegu Piotr Książkiewicz. Po prostu tak daleko stoimy, że nic nie słychać. Ale wiemy, że jak ruszą stojący przed nami, wówczas my też ruszymy i w zasadzie więcej wiedzieć nie musimy. Uruchamiam endomondo, którego i tak nie usłyszę przez cały bieg. Wreszcie jest start. Kilka metrów idziemy, przechodzimy do truchtu by w końcu mijając linię startu móc włączyć stoper. Jeszcze przez jakieś 100 metrów trudno się ścigać ze względu na tłok. Podążamy dużą zwartą masą do pierwszego zakrętu. Tu niektórzy zaczynają żartować, że ci startujący z pierwszej linii jedzą już drożdżówki. Rywalizacja w takiej masie zawodników różni się bardzo od zawodów NW zwłaszcza na długich dystansach, gdzie większość zawodników zna się doskonale. Tu jest ona bardziej anonimowa. Walczy się ze wszystkimi nie wiedząc na ogół kompletnie, czy zawodnik biegnący obok jest na pewno z naszej kategori wiekowej czy sąsiedniej. Zresztą ta rywalizacja w kategoriach nie jest przytłaczająca. Czasem ważna może być także satysfakcja z wygrania z kimś młodszym, a i przegranie z kimś starszym nie jest żadnym dyshonorem. Przez pierwszy kilometr siedzę na plecach Mieczysławowi. Jakoś nie zauważam tabliczki z oznaczeniem 1 km, więc nie spoglądam nawet na stoper w okolicy, gdzie powinna być.
Podczas drugiego kilometra postanawiam zaryzykować i wyprzedzić Mieczysława, może uda się potem wytrzymać to tempo. Łapię czas na 2 km : równe 11 minut. Jest nieźle, tylko czy przy tym tempie starczy mi sił na mocniejszy finisz. Jakoś chyba podświadomie zwalniam. Trudno mi więc teraz kogoś wyprzedzić, ale pocieszające, że niewielu również mnie wyprzedza. Na 3 km czas: równe 17 minut. Oho, trzeba się zbierać, by nie zaprzepaścić pierwszych dobrych 2 kilometrów. Nieco przyspieszam, ale nadal trudno mi kogoś wyprzedzić. Wszyscy biegną zbliżoną prędkością do mojej. Obieram sobie za cel zawodnika kilkanaście metrów przede mną. Jednak odległość nas dieląca nie zmniejsza się. Gdzieś schowana tabliczka z 4 km chyba, bo jej nie widzę, tam gdzie zawsze była. Teraz już nie patrzę na stoper tylko na wcześniej obrany cel. Niestety cel zaczyna się trochę oddalać, a ja mimo to wyprzedzam kilka osób. Potem jeszcze na samej końcówce ktoś mnie skontruje, a ja tego ataku nie odeprę.
Ale już widzę metę i po chwili zegar, a na nim 28:05, jeszcze kilka metrów. Przekraczając linię mety łapię czas na stoperze 27:45, potem okarze się, że według czipa było 27:44. Czas brutto 28:12, dlaczego te ostatnie metry biegłem tak długo? No tak, ale jak napisałem na początku, jaka forma taki bieg. Przeglądając później wyniki mam nieodparte wrażenie, że jest sporo osób biegających wolniej ode mnie, a startujących z pierwszych linii. Jak widać nie wszyscy rozumieją czym są strefy startowe i nie chodzi tu o czepianie się czy kto stoi 2 lub 3 metry za blisko. Jednak jeśli ktoś ma czas netto około 28 minut, a czas brutto również dokładnie te same około 28 minut, to mówi to dużo o zawodniku. Tym bardziej, że widzę, iż wielu popełnia w tym względzie recydywę. No ale tego organizatorom nie uda się całkowicie wyeliminować bez dobrej woli nas, biegaczy. Za metą łapię oddech, staję w kolejce do depozytu, ta nie posuwa się do przodu, przypominam sobie o endo i wyłączam rejestrację biegu. Zmieniam kolejkę na „drożdżówkową” ale i ta jakoś stoi w miejscu. Niedoinformowani stoimy wszyscy w jednej kolejce podczas gdy faktycznie są dwie, tyle że druga jakby słabo rzucała się w oczy, bo jej faktycznie nie utworzyliśmy. Dochodzi do mnie Mieczysław . To on dostrzega po pewnym czasie, że można drożdżówkę dostać w innym miejscu. Widzę, że tam jednak nie ma herbaty, którą zdałoby się popić smakołyka. Mieczysław wybiera samo ciastko, ja stoję dalej za herbatą. Na szczęście wszystko zaczyna się szybciej posuwać i wkrótce mogę wcinać i popijać swój przydział. W międzyczasie rozładowała się też kolejka do depozytu, więc odbieram swoje rzeczy. Plac powoli pustoszeje więc i ja opuszczam to jeszcze przed chwilą zatłoczone miejsce.
Po raz kolejny dopisała frekwencja, w biegu głównym sklasyfikowano 595 osób, więc niewiele mniej niż w biegu listopadowym. Gdy w marcu rejestrowałem się do 6-ego biegu poprzedniej edycji, otrzymałem według kolejności numer 723. W tej chwili, podczas 2 biegu tej edycji biegają już ludzie z numerami powyżej 1000. To mówi wszystko o rosnącym zainteresowaniu ludzi największym przełajowym cyklem biegów w Polsce.
Już zapisy wskazywały, że będzie to rekordowy bieg. Najpierw padła liczba 600, potem 700, gdy ilość zapisanych osiągnęła 800 zaczęły się dowcipy, czy ścieżek nad Rusałką nie trzeba będzie rozciągać wszerz. Ostatecznie został pobity rekord Polski we frekwencji w tego typu imprezie. Bieg główny ukończyło 633 zawodniczek i zawodników. To było pobicie rekordu frekwencji o ... 50%. Temu niebywałemu rekordowi , towarzyszyło pobicie rekordu frekwencji w biegach dzieci i młodzieży o 300% oraz uczestników rajdu Nordic walking o 100%. Razem cała impreza zgromadziła ponad 800 zawodników.
Ja potraktowałem start z pewnych względów treningowo. Pewna dolegliwość nie pozwoliła mi biec na maksa. W takim tłoku na pewno trudno jest też o dobre miejsce. Dlatego zdecydowałem się pobiec na czas około 30 minut. Niestety z pewnych względów organizatorom nie udało się ustawić stref startowych, co powodowało że zawodnicy średniej klasy startowali często tuż za czołówką. Jest to niestety bolączka prawie wszystkich biegów, z których czytam relacje (pomijam biegi kameralne z udziałem kilkudziesięciu osób), że nie wszyscy znają swoje miejsce w szeregu. Weryfikacja w biurze zawodów bardzo sprawna, odbiór imiennego numeru startowego „105” oraz czipa zajęło dosłownie kilka minut mimo kolejki po „miernik” czasu. Przed biurem spotykam uczestników rajdu Nordic Walking.
Od Mieczysława Rossy dowiaduję się, że w biegu uczestniczyć będą Stanisław Przybylak i Karol Stawniak. Już podczas finału Pucharu Polski w Gdańsku Karol wspominał, że ma chęć spróbować biegu, toteż gdy go zobaczyłem na starcie bardzo się ucieszyłem. Cała nasza trójka nie pcha się za bardzo do linii startu, toteż różnica naszych czasów netto i brutto będzie dość istotna.
Jak się później okazało chyba najbardziej stracił na tym Karol (najszybszy z nas), który mógłby wygrać z wieloma osobami, które miały czas netto o pół minuty gorszy od niego. Pierwsze metry do linii startu idziemy, dopiero tuż przed nią zaczynamy truchtać. Strata na starcie to 33 sekundy względem tych co startowali z pierwszej linii. Oni już są daleko, gdy my zaczynamy. Karol dość szybko mi uciekł,
za Stanisławem podążałem przez jakiś czas po czym również straciłem go z pola widzenia.
Pierwszy kilometr 6:06 netto, więc całkiem nieźle jak na przebijanie się w tłoku. Po drugim kilometrze czas 11:47, więc już zdecydowanie szybciej (5:41), po trzecim 17:47 (6:00).
Cały czas biegłem więc w założonym tempie bez zbytnich fajerwerków, pomyślałem jednak, że warto by było by ten zakładany czas 30 minut był jednak brutto a nie netto. Biorąc pod uwagę stratę na starcie musiałem przyspieszyć. Te dwa ostatnie kilometry przebiegłem w 10:32 i prawie dogoniłem Stanisława, do którego zabrakło mi 9 sekund. To pokazuje, że gdybym był w pełnej dyspozycji, byłaby szansa nawet na życiówkę, a w każdym razie na wynik bardzo bliski rekordu. Ostatecznie mój czas netto 28:19, brutto 28:52. Na mecie słyszałem doping Marcina , który szedł w rajdzie NW, za który dziękuję :) Najlepszy z naszej trójki Karol miał czas 24:39 (25:12) i 5 miejsce w kategorii wiekowej - gratulacje ! Po biegu dostrzegam go i staję obok w kolejce po drożdżówkę. Stanisława już nie udało nam się spotkać w tym tłumie biegaczy.
Podsumowując trzeba powiedzieć, że impreza bardzo udana. Mimo, że organizatorom nie wszystkie zamierzenia się udały : brak stref startowych i zegara wyświetlającego czas na mecie, to jednak wszystko pozostałe zagrało w 100 procentach. No może jeszcze zabrakło ciepłej herbaty na mecie, gdyż organizatorzy przewidywali że będzie o kilka stopni cieplej i przygotowali tylko wodę. Dopisała także wspaniała słoneczna pogoda dzięki czemu zdjęcia mają kolory pięknej złotej jesieni, a warunki do biegania były tak znakomite, że padł także rekord trasy i od soboty należy do Mateusza Maika (AZS Poznań) i jest równy 14 minut i 49 sekund.
Prócz galerii z ostatnich wydarzeń w jakim uczestniczyłem czyli Jesiennego Rajdu NW w Chalinie oraz 1 biegu III GP Poznania (relacja niebawem) zaktualizowałem galerię z II GP Poznania - pojawiło się tu kilka nowych zdjęć z biegu 6 i 8. Pojawiła się też dość skromna galeria z cyklu Biegaj z Chevrolet Szpot - bieg 1 (styczeń) i bieg 6 (czerwiec), w których uczestniczyłem maszerując z kjami. Moi przyjaciele, którzy uczestniczyli w tych marszach też tu siebie znajdą. Linki do tych galerii poniżej:
Prawdziwa polska złota jesień przywitała nas w Chalinie. 5 listopada to był ostatni tak ciepły weekend tego roku. Wspaniały czas i wspaniałe miejsce by zakończyć tegoroczny sezon Nordic walking. Z tym zakończeniem to oczywiście mowa bardziej o symbolicznym zakończeniu niż rzeczywistym, bo wiemy doskonale, że NW można uprawiać cały rok. Nie mniej dla mnie najważniejsze imprezy bieżącego roku zakończyły się właśnie podczas Jesiennego Rajdu Nordic Walking w Chalinie. Oprócz czasu, miejsca i pogody dopisało także sympatyczne towarzystwo entuzjastów maszerowania z kijami. Imprezę od strony rekreacyjno- sportowej oraz nawigacyjnej poprowadziła para znanych poznańskich instruktorów NW: Zosia i Roman Bendarek. Sekundowali im znani z portalu „chodzęzkijami”: Alicja - odpowiedzialna za serwis foto oraz Krzysztof – odpowiedzialny za instruktaż poprawnej techniki NW. Rajd rozpoczął się zwiedzaniem Ośrodka Edukacji Przyrodniczej w Chalinie. Ja i Cecylia ten ciekawy punkt programu zaliczyliśmy podczas poprzedniej, wrześniowej wizyty w tym miejscu, więc tym razem sobie odpuściliśmy.
Ponieważ przyjechaliśmy do Chalina w trakcie zwiedzania przez innych Ośrodka, zarejestrowaliśmy się w biurze rajdu jako pierwsi. Przywitał nas „gospodarz” rajdu Roman. Odebraliśmy reklamowe gadżety z mapkami nordicowych tras i czekaliśmy na pozostałych uczestników popijając kawę i herbatę w jednej z sal Ośrodka. Start rajdu zaplanowany na godzinę 11.00 odwlekł się o kilkanaście minut z powodu trwającego w okolicy zlotu myśliwych i polowania, które sobie urządzili na tych terenach. Dlatego też ze względów bezpieczeństwa zmodyfikowano chyba nieco trasę rajdu tak by ich nie spotkać. Po zwiedzaniu gospodarze Ośrodka w Chalinie otworzyli rajd a Roman poprowadził nas na dużą polanę w celu przeprowadzenia rozgrzewki. Rozgrzewką dowodziła Zosia Szychowiak-Bednarek demonstrując różne zarówno bardziej jak i mniej znane ćwiczenia.
Następnie Krzysztof Walczak „Naczelny” poprowadził instruktaż poprawnej techniki NW pokazując pierwsze kroki poznawania tajników tej dyscypliny początkującym entuzjastom.
To zawsze bardzo istotny punkt programu. Dla doświadczonych kijkarzy może to wydać się niepotrzebne i nudne po raz n-ty przechodzić „pierwsze kroki”. Jednak podczas takich imprez oprócz pewnie nielicznych osób, które po raz pierwszy trzymają kije w dłoniach, zawsze są też takie, które aczkolwiek mogły chodzić już nawet dłuższy czas, to jednakże nigdy takiego instruktażu nie miały okazji zaliczyć.
Następnie udaliśmy się do bramy startowej rajdu i po pamiątkowym grupowym zdjęciu
i rundzie honorowej po rondzie Ośrodka
wyruszyliśmy na nordikową trasę nr 2 NATURE.FINESS.PARK.CHALIN. Trasa ma długość 8,2km więc nie jest bardzo wymagająca dla doświadczonych walkerów jednak potrafi im dać odpowiedni poziom zadowolenia z aktywności fizycznej jednocześnie nie będąc nadmiernym wysiłkiem dla tych, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z tą aktywnością. Pochód zabezpieczali od czoła Roman z Zosią, tyły obstawiał Krzysztof, by nikogo nie zgubić, w środku między uczestnikami marszu buszował wszędobylski :) instruktor NW – Stanisław, bardzo aktywnie udzielając wskazówek początkującym maszerom.
Ja początkowo trzymałem się czołówki a pod koniec rajdu obstawiałem tyły pochodu. Miałem więc zarówno okazję pogawędzić na różne tematy z Zosią i Romanem jak i Krzysztofem. W trakcie rajdu zatrzymaliśmy się także przy tablicy demonstrującej podstawowe ćwiczenia rozciągające
i skorzystaliśmy ze wskazówek tam zawartych ćwicząc pod przewodnictwem Krzysztofa.
Również na zakończenie marszu powtórzyliśmy te ćwiczenia wzbogacone dodatkowymi elementami stretchingu demonstrowanymi przez Zosię.
Pozostał nam jeszcze smakowity punkt programu naszego spotkania. W wielkim wigwamie zjedliśmy najpierw grochówkę z wkładką a następnie czekała nas przyjemność pieczenia kiełbasek i raczenia się nimi bez ograniczeń.
Kawa i herbata były najpopularniejszymi napojami, ale była też woda jeśli ktoś chciał czegoś na ochłodę. W trakcie spożywania smacznego poczęstunku rozlosowano atrakcyjne nagrody wśród uczestników rajdu: dobrej klasy kije NW oraz albumy przyrodnicze. Po tak mile spędzonym dniu niechętnie wracałem do Poznania jednak organizatorzy zapowiedzieli, że podobne imprezy organizowane będą o każdej porze roku, więc będzie okazja odwiedzić to miejsce nie raz.
Od zawsze największym zaszczytem dla piłkarza i każdego polskiego sportowca było wystąpienie na zawodach z orzełkiem na piersi. Teraz chcą zdejmować różne symbole. Z orzełkiem już im się udało ? Opamiętajcie się ! Jaka Unia Europejska ? Czy my jesteśmy reprezentacją UNII czy POLSKI ? Z orzełkiem grali Lubański, Gadocha, Deyna, Szarmach i Boniek. Zawsze było to marzenie każdego młodego chłopaka kopającego futbolówkę. Grzesiu też kiedyś grał z orłem, ale chyba o tym zapomniał.
Minęły już 3 tygodnie od 12 Poznań Maraton. Nie mogę nie wspomnieć o tym fakcie, gdyż mieszkam ... w stolicy polskich biegów. Tak właśnie nazywane jest miasto, które ma najwięcej uczestników w maratonie. Od paru lat Poznań konkuruje o to miano z Warszawą i mimo, że ta ostatnia ma dużo dłuższą tradycję, to jednak Poznań od dłuższego czasu bije ją dość mocno pod tym względem. W tym roku wystartowało ich aż 4706. W wynikach sklasyfikowano 4629 biegaczek i biegaczy.
Nieprzypadkowo zaczynam od tego największego wydarzenia biegowego, gdyż oto rozpoczyna się największe Grand Prix w biegach przełajowych w Polsce. I gdzie to ma miejsce ? Oczywiście w Poznaniu. Inicjatorami i głównymi organizatorami tego przedsięwzięcia są dwaj znani biegacze i studenci poznańskiego AWF-u: Piotr Bętkowski i Piotr Książkiewicz. Ten cykl biegów ma już swoją III edycję. I zapowiada się, że będzie to edycja rekordowa. Do pierwszego z biegów (12 listopada) zapisało się jak dotąd 575 osób i liczba stale rośnie. Wykupiono też karnety abonamentowe na wszystkie 8 biegów. Takich maniaków na punkcie poznańskiej imprezy jest 155 (wśród nich i ja). Podobnie jak przed rokiem biegom będzie towarzyszyć Rajd Nordic Walking, oraz Bieg Dzieci i Młodzieży. Będzie to przynajmniej kilkadziesiąt kolejnych uczestników tej dużej imprezy. Miejscem gdzie od 3 lat rozgrywana jest impreza, jest Jezioro Rusałka w Poznaniu, a trasa przebiega właśnie wokół tegoż wodnego akwenu.
Przy okazji myślę, że warto może podsumować poprzednią edycję z mojego punktu widzenia. W II GP wystartowałem w trzech ostatnich biegach ( marzec, kwiecień, maj). Pierwszy z biegów był zapoznawczy, drugi - po rekord, trzeci miał być utrzymaniem dobrej formy. W poszczególnych biegach uzyskałem kolejno następujące czasy (brutto/netto) : 30:41/30:34; 26:52/26:43; 27:02/26:50. Czasy brutto były mierzone przez czipowy system elektroniczny. Czasy netto pochodzą z mojego stopera. W tym roku będzie zmiana i czipy będą mierzyć zarówno czas netto jak i brutto. Miejsca, które zająłem w kategorii open (do ilości wszystkich uczestników) to : 332/369; 269/355; 292/387. W kategorii wiekowej było to odpowiednio: 35/35; 18/21; 27/33. Ostatecznie w klasyfikacji generalnej cyklu zająłem w open miejsce 340/708, a w kategorii wiekowej 44/74. Wydaje mi się, że to udany początek kogoś, kto przez całe poprzednie życie (przed poznaniem Nordic walking) miał problem z przebiegnięciem 1 km na raz.
Nie będę pisał o oczekiwaniach na najbliższy sezon. Na rekordy przyjdzie czas, myślę że wiosną. Co do miejsc, będzie trudno je poprawić, bo trenują wszyscy, dochodzą nowi uczestnicy, a że zapowiada się rekordowa frekwencja, więc walka będzie zacięta. Najważniejsze jak zwykle będzie sympatyczne spotkanie z entuzjastami tej formy aktywności fizycznej.
Ognisko oczywiście nie może się obyć bez pieczenia kiełbasek, więc będzie trochę kulinarnie. Ale zacznę od początku. Minioną sobotę rozpocząłem od śniadania po Śniadaniowym biegu wokół Malty. Można by powiedzieć, że podtrzymałem tradycję z ubiegłego roku. Niestety nie podtrzymali tradycji wieloletni organizatorzy tego biegu, czyli WSB. Rektor „sportowiec” odszedł na emeryturę, a u następców zabrakło tej samej pasji do sportu. Tę lukę postanowił wypełnić w dużo skromniejszym wydaniu POSIR. Impreza więc była skromna i wzięło w niej udział dużo mniej osób niż w poprzednich latach, gdzie oprócz biegu organizowany był także spacer i rajd rowerowy. Bieg jest rekreacyjny i nie ma tu praktycznie żadnego ścigania.
Ja postanowiłem wykorzystać go jako ranne rozbieganie przed próbą testu Coopera, którą chciałem podjąć tego samego dnia około południa. Bieg potraktowałem więc całkowicie treningowo, ale dla mnie jeszcze każdy bieg na podobnym dystansie jest istotnym wysiłkiem. Być może przed próbą, która mnie czekała powinienem zaliczyć krótszy dystans, jednak trasa wiodła dookoła jeziora, więc było to niemożliwe. Poza tym na większej świeżości mógłbym prawdopodobnie przy dobrym finiszu podczas testu wyrwać maksymalnie około 100 metrów więcej. Swoje możliwości oceniałem na około 2200 m. Ta dodatkowa setka lokowałaby mnie i tak w tej samej grupie biegaczy amatorów z oceną dobrą. No i w następnej próbie przy mniej wyśrubowanym wyniku będzie mi łatwiej zrobić życiówkę. Postanowiłem więc, że w teście Coopera wystartuję „z marszu” jak doświadczony biegacz. W biegu śniadaniowym wystartowali także moi nordikowi koledzy i koleżanki. Koleżanki szły z kijami, a towarzystwa dotrzymywał im Stanisław Przybylak. Natomiast Mieczysław Rossa pobiegł ze mną wokół jeziora. Mój czas podczas tego biegu - 32:18,
a jego zapis można zobaczyć na endomondo.
No cóż organizator skromniejszy, więc i śniadanie było skromniejsze niż w ubiegłym roku. Do jedzenia drożdżówki i pączki, do picia ciepła herbata i zimne mleko. Ale dzięki i za ten poczęstunek, ważne że tradycja została podtrzymana. Może w przyszłym roku znajdzie się więcej sponsorów z pasją biegania.
Miałem trochę czasu do Coopera, więc wróciłem do domu. Przebrałem się w suche koszulki i wyruszyłem spacerkiem na test. Na miejsce doszedłem w momencie, gdy do biegu wystartowała pierwsza grupa zawodników. Zapisałem się i otrzymałem pamiątkową koszulkę z tego Ogólnopolskiego wydarzenia. Wówczas zauważyłem wśród biegnących kolegę Piotra, z którym ostatnio widzieliśmy się podczas ostatniego biegu Chevrolet Szpot. 12 minut szybko mija, więc po chwili startuję w drugiej grupie biegaczy. To bardzo mała grupka, jest nas tylko czworo. No i ci trzej są dużo lepszymi biegaczami ode mnie. Tak więc dość szybko mi uciekają, a ja nie mam żadnego zająca do pogoni. Na szczęście przed biegiem wyliczyłem sobie tempo na 2:15 na jedno okrążenie liczące 400 m. To miało mi dać 2 km w czasie 11:15 i pozostawałoby mi 45 sekund na przebiegnięcie 100m by uzyskać wynik „dobry”. Po pierwszym okrążeniu międzyczas 2:10, po drugim 4:25, po trzecim 6:39, po czwartym 8:47, w połowie okrążenia zaczynam finiszować i po piątym mam 10:50. Jestem spokojny o wynik, wprawdzie nie mam takiego finiszu jak podczas jednego z biegów GP-Poznania, ale staram się wyciągnąć jak najwięcej. Na gwizdek stajemy. Komisja podchodzi i mierzy mi dystans 2270 m, co widać na certyfikacie, który otrzymałem.
Wracając do domu rozmawiamy z Piotrem o imprezach, w których ostatnio uczestniczyliśmy, on o biegu w Rakoniewicach, ja o zawodach NW w Gdańsku.
Znów krótka przerwa, skromny posiłek i jadę na rajd Nordic walking. „W zgodzie z naturą” to cykl imprez dedykowanych przede wszystkim początkującym entuzjastom NW, którzy mogą skorzystać z bezpłatnych warsztatów uczących prawidłowej techniki chodzenia z kijami. Zajęcia sponsorowane przez Eneę prowadzą Helena i Marcin z MarszuPoZdrowie. Ja oczywiście nie będę zabierał miejsca w warsztatach początkującym (warsztaty na wcześniejsze zapisy przy ograniczonej ilości miejsc) i jadę na 16-tą na sam rajd, w którym mogą brać udział wszyscy. No tu niestety muszę stwierdzić, że ten rajd nie był jednak dobry dla mnie i podobnych mi walkerów. Było tłoczno. Trudno było nie tylko iść prawidłową techniką, ale prawie każde wbicie kija groziło niebezpieczeństwem przebicia buta współmaszera. Jednak ten rajd powinien być chyba dostępny tylko dla uczestników warsztatów jako podsumowanie zajęć. Reszta powinna obrać inny kierunek i dłuższy dystans, i dołączyć do początkujących na ognisku. Tyle, że można było porozmawiać ze znajomymi. Był to bardziej nordic ... plotking niż walking. Dystans 3 km zmęczył nas swoją krótkością i częstymi przystankami podczas, których trwały konkursy zagadek. Ci którzy mieli możliwość odpowiedzi i zrobili to prawidłowo dostali nagrody. Trzeba tu oddać, że organizatorzy dwoili się i troili, by jak najbardziej uatrakcyjnić marsz różnymi ćwiczeniami wykonywanymi przy okazji „zagadkowych” przystanków, jednak powoli zapadające ciemności nie pozwalały na jakąś dłuższą wycieczkę, a tempo trzeba było dostosować także do tych co szli pierwszy raz. Około 17.30 dotarliśmy na polanę, gdzie rozpalone było już ognisko. Jako pierwsze danie podano leczo, przeznaczone głównie dla wegetarian, jednak jak się okazało smakowało wszystkim. Później przyszedł czas na pieczenie kiełbasek.
Do tego gorąca herbata. Spotkanie wypełnione rozmowami entuzjastów walkingu trwało niemal do godziny 19-stej. Dwukilometrowy marsz powrotny (mniejszymi grupkami) zakończył imprezę. Szkoda, że nie zabraliśmy czołówek, wówczas można by jeszcze ze trzy kilometry dołożyć, by zaspokoić swój głód ... nordica oczywiście, bo głodny od ogniska nikt nie mógł odejść. Jeszcze co należy ocenić pozytywnie, to to, że oprócz czapeczek chroniących przed słońcem, otrzymaliśmy opaski odblaskowe, co niewątpliwie polepszy nasze bezpieczeństwo na drogach podczas późno wieczornych eskapad z kijami. To był kolejny udany dzień rekreacyjno – sportowy.
PS. Jak widać na zdjęciu, czapeczki też okazały się odblaskowe.
Na starcie jest nas więcej niż zwykle. Tylko Mistrzostwa Polski miały porównywalną liczbę zawodników startujących na 20km. Można by nawet powiedzieć, że zawody w Polanicy-Zdrój to były oficjalne “Mistrzostwa Południa” a zawody w Gdańsku to nieoficjalne “Mistrzostwa Północy”. Najliczniej jest obsadzona kategoria wiekowa, w której startuję. Jest tu trzech zawodników bardzo mocnych aspirujących do czołowych miejsc wśród wszystkich startujących i czterech zawodników o podobnym poziomie szybkości poruszania się z kijami. Tu walka będzie zapewne zacięta zarówno o miejsca na pudle jak i o miejsca od 4 do 7. Zapowiada się więc bardzo interesujący wyścig. Startujemy jak zwykle bardzo mocno ale równocześnie spokojnie.
Ścieżka po chwili zaczyna się zwężać. To niestety utrudnia wybór optymalnej drogi poruszania się, trzeba iść taką stroną jaka nam przypada. Będzie tak dopóki nie rozciągniemy się w długi peleton. Gdy robi się szerzej zawodnicy i zawodniczki idące za mną zaczynają mnie powoli wyprzedzać. Odchodzi mi jak zwykle Justyna Zawiszewska, a także Janek Helak. Do ucieczki Justyny jestem przyzwyczajony, jednak Jankowi nie tak często się to udaje, musi być więc w dobrej formie i dyspozycji. A ja przecież wcale nie idę wolno. Mimo to wyprzedzają mnie kolejni walkerzy. W pewnym momencie wydaje mi się, że idę już ostatni w całej stawce startujących na 20 km. Kontrolnie odwracam się przez lewy bark do tyłu i na łuku ścieżki widzę idącą za mną kilkanaście metrów Marię Zawadzką. No to chyba idę swoje i nie jest tak źle jak przypuszczałem, bowiem Maria również nigdy nie odpuszcza i idzie na maxa. Nie wiedziałem wówczas, że za Marią szły jeszcze trzy zawodniczki. Niemniej wśród mężczyzn byłem w tym momencie ostatni.
W pewnym momencie dościga mnie ... Mirek Bierkus. Jestem trochę zdziwiony, gdyż Mirek idzie w czołówce startujących na 10 km. Na starcie nie zwróciłem uwagi, że go nie było wśród długodystansowców. Idziemy cały czas w lesie i startujący na moim dystansie uciekli mi dość daleko, toteż nie mam kontaktu wzrokowego z ewentualnymi rywalami. Jestem do tego tak bardzo przyzwyczajony, że zbytnio się tym nie przejmuję, przynajmniej do czasu.
Gdy zbliżam się do mety pierwszego okrążenia ze zdziwieniem jednak spostrzegam, że nikogo nie doganiam. Nie widzę też ani Justyny ani Janka, których znam najlepiej i powinienem chociaż mieć ich już w zasięgu wzroku. Dopiero tuż przed nawrotem widzę kilkadziesiąt metrów przede mną Jurka Bojanowskiego. Pierwszy raz staruje na 20 km, na swojej 10-ce ma już zapewnione drugie miejsce w generalce PP i teraz eksperymentuje na najdłuższym dystansie ... idąc boso. Czas pierwszego okrążenia na 5 km : 41:38 jest dla mnie jak najbardziej zadowalający, choć nie rewelacyjny. W tym momencie jestem 32 wśród wszystkich 36 startujących. Zaczynamy znów powoli wspinać się na pierwszy kilometr pętli.
Mniej więcej około 6 kilometra doganiam Jurka, który pyta na jaki czas idę. Dla mnie zwyczajowym czasem jest 2:40:00, więc tak odpowiadam. Wkrótce zauważam trójkę idącą w niewielkich odległościach od siebie. Wśród idącej trójki jest Janek. Doganiam ich w momencie, gdy mnie doganiają kolejni startujący na 10 km. Robi się nieco tłoczno. Z rywalami mojego dystansu nie ma problemu, jednak średniodystansowcy koniecznie chcą mnie wyprzedzić.
Niemal do końca drugiego okrążenia będziemy walczyć nawzajem się mobilizując.
Czas drugiego okrążenia : 39:36 jest wyraźnie lepszy. Czas po 10 km : 1:21:14. Przesuwam się na 28 miejsce wśród całej stawki zawodników i zawodniczek. Niedaleko przede mną idzie Łukasz Sorn. Jestem już dość blisko niego. Jednak po kolejnym kilometrze widzę, że powiększył nade mną przewagę. Nie bardzo rozumiem dlaczego. Widzę, że wyprzedził zawodniczkę, którą ja też wkrótce doganiam. W drugiej części tego trzeciego kółka znów doganiam trójkę zawodników idącą blisko siebie. Oprócz Łukasza są to Wanda Śliwka i Krzysztof Tymiński. Jestem dobrze rozpędzony, więc wyprzedzam ich z marszu, bez czajenia się na najlepszy moment. Krzysztofa najtrudniej mi jednak było później zgubić. Do końca trzeciego kółka trzymał się bardzo blisko. Wciąż jednak brakowało mi Justyny. Czyżby aż tak dobrze maszerowała, że jej nie dogonię. Na długiej prostej przed końcem kółka jednak ją dostrzegam. Ale podziwiam, w porównaniu do Barlinka wytrzymała moje mocne tempo o całe 10km dłużej.
Już teraz na trasie są tylko zawodnicy idący na 20 km. Na nawrocie nie ma więc tłoku i Arek Kozak komentujący przebieg wydarzeń na trasie mówi kilka zdań o każdym zawodniku mijającym punkt kontroli czasu. Najpierw przedstawia Justynę “zapraszającą wszystkich” na zawody do Tucholi (już 22 października). Później swoją laurkę otrzymuję także ja, za wypowiedzi na forach internetowych. Podobno organizatorzy zawodów chętnie korzystają z moich “rad” tam wypowiadanych.
Jeszcze nawrót, czas trzeciego okrążenia : 39:35. Czas po 15 km : 2:00:49. Jestem już na 24 miejscu. Na podejściu doganiam wreszcie Justynę. W dali widzę niebieską koszulkę. Kolejny cel, który mogę dogonić. Ale nie szarżuję. W zasadzie to nawet trudno by było ze względu na i tak interwałowy charakter trasy. Idę więc cały czas swoim tempem. Podobnie jak Justyna zaczynam odczuwać zmęczenie górkami. Ale ciągnę ile mogę do przodu. Dzięki temu stratę minuty i 20 sekund odrabiam gdzieś w połowie pętli. W tym momencie nie wiedziałem, że wyprzedzam Jacka Witkowskiego, zawodnika z mojej kategorii wiekowej. Jacek jest jednak o 5 lat młodszy i to mnie nieco zmyliło. Przed sobą daleko widzę kolejną niebieską koszulkę. Nie, to za daleko, nie jestem w stanie dogonić, po prostu niemożliwe. Ale wciąż idę swoim tempem. I ... chyba się trochę zbliżam. Zawodniczka przede mną idzie jednak bardzo szybko i zaczyna doganiać zawodnika idącego przed nią. Ja również nie zwalniam, nie myślę jeszcze o finiszu. Czy z kijami można finiszować ? Na kilometr przed metą mam do zawodniczki około 30 metrów straty . W biegu to niewiele, ale w marszu trudniejsze do zniwelowania. Chcę dociągnąć do mety tuż za tą dwójką mnie wyprzedzającą. Jednak na około 100 metrów przed metą doganiam Beatę Niewińską. Najlepsze, że nie wiem jeszcze, że jesteśmy znajomymi z dzienniczka treningowego run-log. Zawodnik idący 10 metrów przed Beatą ogląda się do tyłu. To Krzysztof Szczodrowski, również zawodnik z mojej kategorii wiekowej. Chyba jest trochę zdziwiony moim pojawieniem się. Ja już finiszuję ile sił we wszystkich mięśniach. Powietrze łapię jak sprinter na 100 m. Krzysztof nie daje za wygraną, też przyspiesza.
Ja jednak jestem rozpędzony jak chyba nigdy w życiu. Jakub Kortas sędziujący na tych ostatnich metrach wychodzi na środek ścieżki by nas rozdzielić, gdyż podobno zaczęliśmy się przyciągać jak magnesy. Mijamy go niemal równocześnie.
Ja jednak jestem bardziej rozpędzony i zdobywam metr, i drugi przewagi, i wpadam na metę 1 sekundę przed Krzysztofem.
Niewiarygodna pogoń zakończona dla mnie ogromnym sukcesem. Czas czwartego okrążenia : 39:40. Czas na 20 km : 2:40:29. Jestem 20 wśród 36 startujących.
I jeszcze jedna wręcz niewiarygodna rzecz. Trzy ostatnie okrążenia zmieściłem w różnicy czasu 4 sekund. Chodzę chyba jak zegarek :) I dowiodłem tego nie pierwszy raz. Zawsze te różnice czasu poszczególnych okrążeń u mnie nie są wielkie. W Polanicy np. trzy ostatnie kółka zmieściłem w różnicy 13 sekund. Walka z Krzysztofem o 5 miejsce w kategorii wiekowej była pewnie najbardziej emocjonującym momentem wyścigu na 20 km. Obaj mieliśmy tu swoich kibiców, którzy dopingowali nas na ostatnich metrach. Krzysztof jest zawodnikiem z Trójmiasta, więc pewnie rodzina i znajomi krzyczeli za nim. Ja miałem Sławka Marusińskiego, który mi kibicował przez całe zawody oraz znajomych i przyjaciół, którzy wcześniej zakończyli swoje dystanse Pucharu Polski. Opieram się o barierkę naprzeciw Sławka. Rozciągam łydki, łapię oddech. Do barierki dochodzi również Krzysztof. Obaj nie wiemy co powiedzieć. Chyba jesteśmy zaskoczeni całą sytuacją. Gdy przed zawodami analizowałem jego czasy na nieco krótszych dystansach uzyskanych w innych zawodach, wydawało mi się że mamy zbliżone możliwości na dystansie 20 km. Nie spodziewałem się jednak, że walka będzie tak zacięta i wyrównana na ostatnich metrach. Dla takich chwil warto startować w zawodach i to niezależnie czy w takim pojedynku się wygra czy nie, i niezależnie czy walczy się o 1-e, 10-te czy 100-tne miejsce. Gratulacje Krzysztofie za piękną rywalizację, życzę wielu nordikowych sukcesów, a w następnym wyścigu wynik może być przecież zupełnie inny.
Medal za uczestnictwo, torba z gadżetami czyli “federacyjną” koszulką i bon na tradycyjny obiad ze schabowym na czele. Odbieram z “depozytu” Jadwigi mój plecaczek i przebieram mokrą koszulkę. Idę do namiotu zjeść. Justyna, która też już dawno przekroczyła metę, macha do mnie i robi miejsce przy stole. Nie trzeba się spieszyć. W Pucharze Świata nie stanę na pudle. Dopiero generalka Pucharu Polski będzie dla mnie miłym zakończeniem. Do obiadu gorąca herbata. Jest zimno, więc chętniej się ją pije niż chłodną wodę. Potem jeszcze gorąca kawa. Podczas dekoracji Pucharu Świata zaczyna przelotnie padać. Chowamy się do namiotu. Wiem już, że za drugie miejsce w generalce dostanę pamiątkowy puchar. Dekoracje idą sprawnie i szybko. W końcu staję na “swoim” pudle i otrzymuję srebrny puchar i medal w kategorii K40+ na dystansie 20 km.
Jeszcze pamiątkowe zdjęcia z innymi uczestnikami pucharowych zmagań.
Wielu z nich podobnie jak ja było na niemal wszystkich imprezach. Teraz dziękujemy sobie za rywalizację i myślimy już o przyszłorocznej edycji.
Jeszcze Maria sympatyczna zawodniczka z Lubina, znana w całej Polsce, chce mieć ze mną wspólne zdjęcie, ... oczywiście z całkowitą wzajemnością :)
Na podsumowanie Pucharu Polski 2011 przyjdzie jeszcze czas, tymczasem z Jankiem, który w kategorii M50+ zajął trzecie miejsce w generalce, myślimy już o powrocie do Poznania.
Tradycyjnie gdy zawody odbywają się daleko od Poznania, pojechałem na nie dzień wcześniej i czas dany mi w to przedstartowe popołudnie wykorzystałem na rekonesans trasy. Wieczorem przed wyjazdem wrzuciłem jeszcze na fb, że jak by kto miał ochotę potrenować wspólnie na trasie to zapraszam. Rano 7 października znalazłem informację od Sławka Marusińskiego, który wprawdzie nie startuje w zawodach (ma inny cel – przygotować się do pielgrzymki drogą św. Jakuba z Lourdes do Santiago de Compostela), jednak jest bardzo aktywnym Nordic walkerem, regularnie też biegającym (jest szansa, że zaliczy może wiosną któryś maraton), że chętnie dotrzyma mi towarzystwa podczas treningu.
Okazuje się, że obecnie w Polsce dojazd gdziekolwiek i jakimkolwiek środkiem lokomocji bywa nieco stresujący. Ponieważ kolej oferowała dojazd niemal pod sam hotel, w którym miałem nocować, więc ją wybrałem. Wszystko szło dobrze do Bydgoszczy. Tam niestety postój trwał ponad 40 minut. Kolej Transsyberyjska za cara pewnie nie miała tak długich postojów, a tu XXI wiek i wygląda to niewesoło. Okazało się jednak, że kolej ma tak skalkulowane czasy jazdy, że ... dojeżdża planowo. Prawdopodobnie czy trzeba czy nie trzeba, swoje na stacjach pociąg odstać musi, by nie przyjechać za wcześnie. Tak więc planowo po 6 godzinach zajechałem na stację Gdańsk – Oliwa, gdzie przesiadłem się na SKM do Żabianki. Po chwili poszukiwałem już swojego Hotelu OPO, co było dość łatwe, gdyż z dworca wychodzi się wprost na obiekty AWF i położony wśród nich hotel. Telefonicznie skontaktowałem się ze Sławkiem i umówiliśmy się na 16.00. Miałem jeszcze ponad godzinę czasu, więc w położonej w pobliżu stołówce zjadłem studencki obiad. Trasa zawodów położona jest dość blisko hotelu, więc po kilku minutach weszliśmy w piękny Oliwski Las i pozostało obrać tylko właściwy kierunek marszu. Trasa była całkowicie otaśmowana, co pozwalało nie korzystać z wydrukowanej mapki. Wydało mi się, że start winien być na szerszej ścieżce, by umożliwić łatwiejsze wyprzedzanie w tłoku, który jest na początku wyścigowego marszu, więc w tym kierunku podążyliśmy. Trasa początkowo dość łagodnie pięła się w górę, ale na całej długości była dość urozmaicona. Wielokrotne podejścia i zejścia powodowały jednak, że nasze tempo nie było rewelacyjne. Spowalniały nas prawdopodobnie podejścia, a na zejściach nie przyspieszaliśmy, więc nasze tempo oscylowało w okolicach 10-11 minut/km. Szliśmy dość bezmyślnie zdając się na taśmy i cały czas rozmawialiśmy. Znamy się ze Sławkiem z netu pewnie już z 1,5 roku, ale osobiście spotkaliśmy się właśnie w to piątkowe popołudnie po raz pierwszy. W pewnym momencie jednak wśród tych taśm zgubiliśmy drogę. Otóż w jednym miejscu trasa zawodów niemal stykała się z samą sobą i to nie mogło być jeszcze właściwie oznakowane, gdyż trzeba by ścieżkę w dwóch miejscach przegrodzić taśmą, co przeszkadzałoby licznie trenującym na tym terenie kolarzom. My przez nieuwagę poszliśmy w tym miejscu na krzyż, co spowodowało u nas pewną konsternację, gdy doszliśmy po chwili w to samo miejsce. Straciliśmy tu parę minut zastanawiając się nad dalszym kierunkiem marszu, aż wreszcie Sławek zdecydował, w którą stronę pójdziemy. Popatrzyliśmy na GPS-y i po kilkunastu krokach wiedzieliśmy, że wróciliśmy na właściwą trasę. Po kilku minutach spotkaliśmy idącą nam naprzeciw dużą grupę z ... Hanią Słomską na czele. Ostatnia lustracja trasy dzień przed zawodami i jak się okazało kontrola jej długości, by nie zabrakło dystansu na 5 kilometrowej pętli. Dowiadujemy się też, że na zawodach jednak pójdziemy w odwrotnym kierunku. Chodzi o to by podejście było bardziej strome, a zejście łagodniejsze. To jest bezpieczniejsze przy schodzeniu, no i okazało się, że idąc w tę stronę lepiej widoczne są wystające na ścieżce korzenie. Później spotykamy jeszcze grupę z Lubina, która również postanowiła zapoznać się z trasą zawodów. Gdy kończymy pętlę Sławek proponuje ponowne jej przejście właśnie w kierunku zgodnym z zawodami. Nie mam nic przeciwko, nasz marsz ma charakter rekreacyjny, więc nie powinien mnie bardzo zmęczyć. Nasze tempo jest podobne mimo, że teoretycznie podejścia są trudniejsze bo bardziej strome. Trasa ma trochę charakter interwałowy. Powoduje to, że po wejściu na górkę ma się ochotę odpocząć, gdy tymczasem na zawodach będzie trzeba ciągnąć mocno do następnej górki.Z międzyczasów widać, że najłatwiejszy i najszybszy będzie ostatni kilometr gdzie trasa będzie prowadzić najpierw łagodnie w dół a następnie płasko. Na moim profilu endomondo można zobaczyć oba przejścia.
Po treningu Sławek towarzyszył mi jeszcze do Hali Widowiskowo Sportowej, gdzie odebrałem czip i numer startowy weryfikując się na liście startowej. Rozmawiam tu z wieloma nordikowymi przyjaciółmi pracującymi przy organizacji zawodów lub w nich startującymi. Znów spotykam Hanię Słomską, z którą długo rozmawiamy o trasach i regulaminach zawodów. Cały czas się wszyscy uczymy tego nowego “sportu”, więc wymiany poglądów na tematy związane z zawodami są bardzo cenne zarówno dla sędziów jak i zawodników. Jak by nie patrzeć, to nordikowe ściganie zawsze będzie kontrowersyjne, można by powiedzieć, że z samego założenia. Dla mnie Nordic walking i zawody Nordic walking do dwie zupełnie różne sprawy. Myślę, że podobnie czuje wielu instruktorów i entuzjastów NW. Chodzi więc też o to, by tych kontrowersji i niebezpieczeństw dla walkerów było jak najmniej. Dopiero około 20-stej wracam do hotelu. O 21-szej dojeżdża Janek Helak.
W sobotę rano idę na śniadanie w stołówce, po nim krótki spacer. Janek wychodzi nieco wcześniej chcąc obejrzeć całą trasę. Przed 11-stą razem udajemy się w kierunku startu. Tu spotykamy wielu znajomych i przyjaciół. Dzięki Jadwidze Grochowalskiej nie musimy korzystać z depozytu. Miło widzieć Mirka Bierkusa, który zawody nordikowe zaczął traktować bardzo wybiórczo i okazjonalnie, przerzucając się na współzawodnictwo biegowe. Imprezę oficjalnie otwiera Prezes PFNW pan Olgierd Bojke. Odegrany zostaje hymn państwowy, co nadaje imprezie bardzo uroczysty charakter, na miarę zawodów międzynarodowych. Wszak te finałowe zawody Pucharu Polski są jednocześnie zawodami o Puchar Świata. Podczas całej imprezy obecni są sportowi patroni Pucharu Polski, mistrzowie olimpijscy Leszek Blanik i Adam Korol. Wszyscy chcą mieć z nimi zdjęcie. Oni bardzo chętnie pozują także z nami,
później idą w marszu VIP-ów, by w końcu wystartować także w zawodach. Cały czas wszyscy się rozgrzewają wykonując różne ćwiczenia.
Idę jeszcze choć troszkę potruchtać. Zbliża się południe. Powoli udajemy się na linię startu i mety. Pierwsze linie już zajęte, staję chyba w czwartej lub piątej. Włączam endomondo by zarejestrować marsz i czekam na ostatnie odliczanie w tym roku w imprezie tak dużej rangi.
1 października wystartowałem w kolejnym biegu przygotowującym mnie do GP Poznania w biegach przełajowych. Bieg 3 Nadwarciańskich Mostów jest dla mnie o tyle przyjazny, że jest rozgrywany w pobliżu miejsca zamieszkania, a nieco ponad kilometrowy spacer (połączony z truchtem) na miejsce startu mogę wykorzystać jako rozgrzewkę. Bieg jednak jest rozgrywany po tej stronie Warty, po której ja nie chodzę z kijami. Po prostu wówczas musiałbym maszerować częściowo po asfalcie, czego jednak wolę unikać. W biegu 3 Mostów podłoże jest właśnie zróżnicowane: około 1,3 km wiedzie po ścieżce naturalnej, pozostała część po asfalcie. Dystans do przebiegnięcia jest więc optymalny, gdyż 5,3 km nie jest ani nadmiernym ani małym całkiem wysiłkiem. Nie jest to bieg, który wyzwala jakieś duże emocje i nie traktowałem go bardzo prestiżowo. Ot kolejny bieg o charakterze mocnego treningu w towarzystwie innych biegaczy. Nie było nas jednak wielu. Przed biegiem głównym odbył się bieg młodzieżowy na dystansie 1 kilometra. Wystartowało w nim czworo zawodników : 3 dziewczyny i 1 młodzieniec. W głównym biegu wystartowało 33 biegaczy i biegaczek. Start zlokalizowano w pobliżu Mostu św. Rocha. Trasę i przebieg mojego biegu można obejrzeć poniżej.
Muszę powiedzieć, że o ile jestem zwolennikiem podłoża naturalnego to jednak odcinek o tej nawierzchni nie był w tym przypadku moim przyjacielem. Po prostu ścieżkę stanowią bardzo wąskie koleiny wyjeżdżone chyba przez rowerzystów i przejeżdżające czasem samochody wędkarzy. Taka koleina jest bardzo nierówna i przy dynamiczniejszym od marszu biegu stanowi pewne zagrożenie dla mniej doświadczonego biegacza. Nie czułem się na tym naturalnym odcinku zbyt komfortowo, gdyż nadepnięcie na jakąś nierówną kępkę trawy groziło kontuzją. To chyba skutecznie spowolniło mój bieg na tym odcinku i ostateczny czas był gorszy niż w rozgrywanym tydzień wcześniej biegu wokół Malty, który był przecież o ponad 100 metrów dłuższy. Ostatecznie z czasem 31:16 zająłem 24 miejsce wśród wszystkich startujących.
Trzeba dodać, że bieg odbywał się w ramach Festynu Biegowo-Kajakowego przygotowanego przez UKS 55 (Uczniowski Klub Sportowy Szpaki). Dlaczego było to połączone z kajakarstwem (można było popłynąć kajakiem wokół Ostrowa Tumskiego), będzie można się domyślić po kilku kolejnych zdaniach. Impreza miała też pewien wątek polityczny z uwagi na obecność kandydatek na posłów, które dekorowały uczestników medalami i wręczały nagrody zdobyte w biegu bądź wylosowane w loterii, ale to zauważyli chyba wszyscy sportowcy startujący w zawodach w ostatnim miesiącu i nie będę rozwijał tego wątku. Warto jednak zauważyć, że Dyrektorem biegu i całej imprezy była znana kajakarka i medalistka olimpijska Izabela Dylewska.
Można było zobaczyć zdobyty przez nią medal na olimpiadzie w Seulu.
Oprócz pamiątkowych medali otrzymaliśmy dyplomy i drobne upominki (między innymi chustka akcji „Polska biega”). Bardzo wielu z nas wylosowało nagrody. Najczęściej były to wejścia na basen lub zajęcia fitness w Kórnickim Centrum Rekreacji i Sportu OAZA. Nagrodę główną (obiad dla 4 osób w restauracji Biała Dama) wylosował Mieczysław Rossa z naszego nordikowego towarzystwa. Było to dość zabawne zakończenie loterii, gdyż gdy zapowiedziano losowanie nagrody głównej Mieczysław na cały głos powiedział „ na to czekałem”. Jego reakcję i radość po szczęśliwym losowaniu można obejrzeć na zdjęciach.
W ostatnią niedzielę września z okazji Światowego Dnia Serca w Prusimiu koło Międzychodu (70 km od Poznania) odbyła się impreza dla miłośników Nordic walking. Olandia Nordic Walking Day została zoorganizowana przez Polskie Stowarzyszenie Nordic Walking, Zespół Parków Krajobrazowych woj. wielkopolskiego oraz krainę konferencji i wypoczynku Olandia.
Pojechałem tam z Cecylią (nie tym wozem w tle:), która jest zwolenniczką rekreacyjnej odmiany NW, choć przyznać muszę, że często zdarza mi się podczas wspólnych spacerów, iż gdy “zamarudzę” przy zamykaniu samochodu, to mam potem problem by ją dogonić. Ale w zasadzie jedno drugiemu nie przeczy, bo można chodzić szybko, na poziomie fitness i nie brać udziału w zawodach sportowych. Po przybyciu do Olandi rejestrujemy się w recepcji. Na ekranie w sali konferencyjnej leci film szkoleniowy o NW, zaglądam tam i ... pozdrawiam się z Pauliną Ruta Kaczmarską, która wyjaśnia komuś tajniki techniki NW. Wychodzimy na duży zielony plener, gdzie już krzątają się wystawiające się firmy związane ze zdrowiem i specjaliści od NW. Z daleka rozpoznaję żółte koszulki Marcina Szulca i Heleny Brzozowskiej rozmawiających z Markiem Drapikowskim. Idziemy się przywitać, a za chwilę dołącza do naszej grupki Tomasz Zielazek również prezentujący na festynie swoją firmę i zalety związane z uprawianiem Nordic walking. Sympatyczna rozmowa zawsze towarzyszy takim spotkaniom.
Oficjalnią część tej rekreacyjno-edukacyjnej imprezy zapoczątkowały konferencje. Najpierw Prezes PSNW Paulina Ruta Kaczmarska przedstawiła uczestnikom prawidłową technikę Nordic walking i poszczególne kroki jej poznawania na przykładzie swojego filmu szkoleniowego.
Następnie instruktorzy Nordic walking Helena Brzozowska i Marcin Szulc przedstawili wybrane zalety prawidłowego uprawiania NW na przykładzie własnych badań zebranych w pracach magisterskich. Prelekcja na temat spalania tłuszczu oraz wykład przedstawiciela Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego z Poznania na temat wpływu sportu na funcjonowanie serca uzupełniły imprezę od strony teoretycznej. W tych dwu ostanich prelekcjach niestety nie byłem słuchaczem. Przeszkodziła mi w tym niewątpliwie duża atrakcja przygotowana przez organizatorów, a mianowicie rekreacyjny bieg pod prowokacyjno-dowcipnym tytułem „Zapomniałem kijów”. Powiem szczerze, ten tytuł bardzo mi przypasował nie tylko do tej nordikowej imprezy, ale też do mnie osobiście. Faktem jest bowiem, że trzecia setka przebiegniętych kilometrów ma się do siódmego tysiąca kilometrów z kijami, właśnie tak jakbym biegał wtedy gdy zapominam kijów. Bieg miał poprowadzić doskonały polski sprinter Marcin Urbaś i to było właśnie główną atrakcją tego wydarzenia.
Dołączam do małej grupki stojącej z Marcinem Urbasiem. Uczestniczę w bardzo sympatycznej rozmowie, na takim luzie, jakbyśmy nie tylko się znali od dawna, ale jakbyśmy od dawna się spotykali na wspólnych treningach. Dowiaduję się, że pobiegniemy ... tak jak to robią zazwyczaj sprinterzy, czyli nie na dystans tylko na czas. Ale od razu uspokoję czytelników, że bieg nie będzie sprintem tylko joggingiem. Sprinterzy bowiem podczas takich treningów biegowych, nie biegają na jakiś konkretny dystans, tylko biegną np. 30 minut tam i następnie 30 minut z powrotem. Marcin ustawił nam poprzeczkę trochę niżej. Bo raz, że był to bieg rekreacyjny, (a nie dla każdego bieg trwający godzinę byłby jeszcze rekreacją) a dwa, że przecież musieliśmy zdążyć na rajd Nordic walking, dla którego wielu z nas tu również przyjechało. Gdy już jesteśmy w komplecie (ze znanych walkerów NW w biegu będą uczestniczyć: Paulina Ruta Kaczmarska oraz Marek Drapikowski) ruszamy maszerując najpierw wolno przez trawnik, aż w końcu Marcin rzuca hasło do biegu, widząc fotografa czyhającego na nas przy bramie Olandii.
Włączamy stopery i wybiegamy na drogę w kierunku Chalina. Ta zrazu asfaltowa zamienia się najpierw w leśną a następnie polną drogę, przy tym trochę słońca, trochę cienia. Już na początku Paulina pyta “Maciej, zapomniałeś kijów ?!!!” Odpowiadam, że “chyba pierwszy raz w życiu !!!” Tempo konwersacyjne, więc znów padają różne pytania do Marcina, na które on chętnie odpowiada. Gdy po 10 minutach dobiegamy do pułapu, który założył Marcin robimy w tył zwrot i kilkanaście metrów najpierw idziemy po czym znów ruszamy truchtem w kierunku Olandii. Prawie całą drogę powrotną gawędzimy z Markiem Drapikowskim o różnych aspektach sportowo-rekreacyjnego życia, z głównym naciskiem na Nordic walking. Gdy wracamy do naszej bazy jest czas na pamiątkowe zdjęcie "zapominalskich".
W tym czasie trwają już warsztaty, podczas których każdy mógł zapoznać się z techniką NW od strony praktycznej. Rozpoczyna się także rozgrzewka dla wszystkich uczestników rajdu, który był kulminacyjnym punktem całej imprezy. Mimo że rozgrzany biegiem, staję również do wspólnych ćwiczeń, po których ustawiamy się przy bramie ośrodka by powędrować znaną już mi drogą w kierunku Chalina. Poprowadzą nas instruktorzy PSNW. Licząc od czoła pochodu są to : Piotr Kaczmarski, Małgorzata Dekier -Adamska i Marek Drapikowski.
Znajomi walkerzy, którzy uczestniczyli w zawodach nad Maltą teraz dzielą się wrażeniami z tamtej imprezy. Śmiejemy się z Cecylią, że gdyby kto był głodny to by na tej drodze mógł się całkiem nieźle pożywić. Najpierw plantacja pomidorów, potem kilka jabłoni, na końcu orzechy. 4,5 kilometrowym spacerem docieramy do Chalina i Ośrodka Edukacji Ekologicznej. Tam krótki postój, kawa i pyszne ciacho, następnie zwiedzanie muzeum i grupowe zdjęcie.
Teraz wyruszamy na jedną z tras Nature Fitness Park Chalin. Mimo propozycji dwu tras (krótszej i dłuższej) wszyscy zdecydowali się na trasę dłuższą, by jak najlepiej wykorzystać piękną okolicę i pogodę do uprawiania ulubionej aktywności ruchowej. Podziwiamy piękno natury,
po drodze także trochę ćwiczymy,
by w końcu znów wkroczyć na drogę powrotną do Olandii. Właściwie tylko liznęliśmy tego Nordikowego Raju, ale wrażenia zostaną niezapomniane. I pewnie warto będzie tu jeszcze nie raz przyjechać.
Dla mnie ta druga 5,5 kilometrowa część rajdu miała trochę charakter treningu interwałowego :) Chciałem zrobić kilka fotek uczestnikom podczas marszu stąd często się zatrzymywałem po czym goniłem do przodu biegnąc i maszerując z kijami naprzemian. Podobno dostałem trzy czerwone kartki za podbieganie :) Gdy my oddawaliśmy się przyjemności nordikowego marszu, na terenie Parku Olenderskiego trwały cały czas różne pokazy dla osób towarzyszącym entuzjastom NW. Dla dzieci przygotowano naukę gry w tenisa oraz park zabaw, dla wszystkich pokaz treningu szkółki piłkarskiej Lecha Poznań, a także pokazy ratownictwa drogowego zaprezentowane przez strażaków. Całość dopełniała atmosfera festynu i pikniku oraz cały czas trwające instruktaże techniki NW dla początkujących. Przed losowaniem nagród był jeszcze czas by na chwilę usiąść podczas tego aktywnego dnia.
Nagrody były bardzo atrakcyjne i jakże by inaczej także ... zdrowe. Na dodatek było ich dużo, więc wielu z nas wróciło do domu z dodatkowym bagażem. Ja wylosowałem butlę “Biovitalu zdrowie" ... na zdrowie. Super udanie spotkanie entuzjastów Nordic walking zakończyło wspólne zdjęcie.
/ zdjęcia lepszej jakości można obejrzeć w mojej galerii/
Kilkakrotnie na początku roku pisałem o cyklu imprez Biegaj z Chevrolet Szpot. W sobotę 24 września odbył się ostatni tegoroczny bieg. Na starcie rekordowa liczba uczestników – około tysiąca biegaczy i biegaczek.Po starcie mały kłopot. Mały z dwóch powodów. Po pierwsze w biegu startuje wiele małych dzieci, które po przebiegnięciu 50 metrów ptrafią się nagle zatrzymać i oglądać do tyłu szukając wzrokiem rodziców. Ci strofują swoje pociechy by nie rwały do przodu tylko truchtały.
Powoduje to, że trzeba biec slalomem i nieustannie uważać na maluchów. Przez to można stracić nawet minutę na pierwszym kilometrze. Po drugie nie ścigamy się o miejsca, a jest to raczej bieg rekreacyjny, więc strata czasowa nie ma większego znaczenia. Jeśli ktoś chce zrobić życiówkę to może np. wystartować nawet 5-10 minut później i biec bez tłoku.
Limit czasu 60 minut dla dystansu 5430 m nie jest bardzo wymagający, więc można tu spokojnie opóźnić start. Ja tym razem nie dążyłem do rekordu więc wystartowałem ze wszystkimi. Dość częstym zjawiskiem wśród dużej część młodzieży jest bieganie marszo-biegiem. Tacy zawodnicy po przebiegnięciu około 2 km zaczynają na przemian maszerować i biec zmieniając te dwie formy ruchu co około 200m. Wielokrotnie mnie podczas biegu wyprzedzają, po czym zmęczeni zostają z tyłu. Przy czym ich determinacja jest tak wielka, że chcą wyprzedzić każdego kogo się da. Czas jaki osiągnąłem podczas ostatniego biegu nie był ani rewelacyjny ani zły. 31: 14 jest daleki od mojego rekordu, jednak biorąc pod uwagę spowolnienie na początkowym odcinku za bardzo na niego nie narzekam. Stoczyłem jednak pasjonującą walkę na finiszu i o ile pamiętam tak szybko finiszowałem tylko podczas mojego najlepszego biegu w GP Poznania. Po biegu dopełniłem formalności uzyskując ostatnią pieczątkę w Paszporcie Biegacza.
Pora na podsumowanie całego cyklu. Z dziewięciu imprez wziąłem udział w siedmiu. W dwóch z nich nie uczestniczyłem, ponieważ termin pokrywał się z terminami Pucharu Polski Nordic Walking. W imprezach nie tylko biegałem, ale także maszerowałem z kijami. Oto wyniki poszczególnych marszów i biegów:
styczeń – marsz NW – 47:28
luty – marsz NW – 44:20
marzec – bieg – 32:38
kwiecień – bieg – 29:47
czerwiec – marsz NW – 43:40
lipiec – bieg – 30:53
wrzesień – bieg – 31:14
(na czerwono zaznaczyłem rekordy do pobicia w następnym sezonie)
Cykl tych biegów prawdopodobnie na stałe wejdzie do mojego kalendarza imprez. Mogę w nich wystartować w dwojaki sposób i to jest dużą zaletą, bo mogę w zależności o warunków i samopoczucia dobrać odpowiedni dla mnie charakter treningu.
Już za nieco ponad 3 miesiące, w ostatnią sobotę stycznia zaczynamy kolejną VI edycję Biegaj z Chevrolet Szpot.
Nie tak dawno (sobota 17 września) uczestniczyłem w kameralnym Biegu św. Mateusza. Piszę kameralnym, gdyż nie uczestniczy w nim bardzo wielu zawodników z czołówki biegowej Poznania. Startuje jednak kilku bardzo dobrych i doświadczonych biegaczy, dzięki czemu bieg rekreacyjny jest także wydarzeniem sportowym. Nie ma tu wprawdzie czipów i klasyfikacji, czas każdy mierzy sobie sam, trójki zwycięzców są jednak wyłapywane przez Organizatora, którym jest jak łatwo się domyślić Parafia pod wezwaniem św. Mateusza na poznańskim osiedlu Orła Białego z przewodnictwem ks. Proboszcza Piotra Bydałka. Dodam tu także taką ciekawostkę, że wspomniany ks. Piotr Bydałek jest także organizatorem i duchowym przewodnikiem Poznańskiej Biegowej Pielgrzymki do Częstochowy wyruszającej corocznie właśnie z Kościoła pod wezwaniem św. Mateusza. Bieg św. Mateusza ma charakter popularyzujący bieganie jako zdrową formę aktywności fizycznej. Stąd odbywają się oprócz biegu głównego, także bieg dzieci i bieg młodzieżowy.
Dystans biegu głównego to 2,5 km więc nawet początkujący mogą sobie z nim poradzić. W tym roku bieg odbywał się już po raz XII -ty więc jego tradycja jest już dość bogata. Mnie do udziału w tym sympatycznym wydarzeniu zaprosił Stanisław Przybylak. Spotkaliśmy się przy kościele około pół godziny przed startem biegu dzieci. Naszą “nordicową” grupkę w tym biegu reprezentowali także Mieczysław Rossa i Małgosia Dekier - Adamska. Oczywiście tym razem pobiegliśmy jak wszyscy czyli bez wspomagania kijami. Czas oczekiwania na bieg umilaliśmy sobie pogawędkami o różnych aspektach sportowego życia.
Bieg skoro miał krótki stosunkowo dystans trwał również odpowiednio krótko. W moim wykonaniu było to 13 minut i 31 sekund, tyle pokazał stoper. Zapis na endomondo tego biegu można zobaczyć poniżej.
Na mecie na wszystkich uczestników czekały nagrody. Nie zaglądałem co dostawały dzieci, ale my otrzymaliśmy porządną paczkę kawy i czekoladę. Pierwsze trójki otrzymały także dodatkowe upominki i medale. Upominkami i medalami wyróżniono także rodziny biorące udział w biegach. Nie obyło się też bez losowania nagród wśród wszystkich uczestników biegu. Nagrodą główną był rower. Ponieważ w biegu straciliśmy także “porządną” porcję kcal, Organizator zadbał o to byśmy mogli ją uzupełnić grochówką lub smażoną kiełbaską i drożdżówką. A jeszcze jedno, wpisowego nie było, a właściwie..., był nim uśmiech na twarzach uczestników. Dziękuję za to sympatyczne spotkanie miłośników biegania.
Pod nieobecność dwojga najszybszych (Eli i Jacka) nie ma chyba takiego ostrego szarpnięcia jak z ich udziałem. Ale czołówka i tak idzie dość szybko i powoli buduje sobie przewagę. Jak zwykle wyprzedza mnie wiele osób, choć dzisiaj jest nas mniej niż zwykle. Ktoś pojechał do Austrii na MŚ, ktoś wybrał zawody biegowe, ktoś chciał może odpocząć. W sumie jest nas 17 osób startujących na dystansie 20 km. Wśród wyprzedzających Justyna mówi mi, że pewnie wkrótce się spotkamy. Mam taką nadzieję, ale przecież z góry przewidzieć wszystkiego się nie da. Na pewno będę walczył do końca i jak zwykle chcę iść swoim równym tempem przez cały dystans. Justyna zostawia mnie daleko za sobą podobnie jak wielu innych. Czasem w takich chwilach może przyjść zwątpienie, czy kogokolwiek uda się dogonić. Ja jednak znam swoje możliwości, idę “swoje” i jak ktoś mnie nie zaskoczy, to nie jestem całkowicie bez szans. Po około 2-3 kilometrach dogania mnie czołówka idących na 10 km. Pod koniec okrążenia to samo robią najlepsi z dystansu 5 km. Ja wciąż idę "swoje".
Pierwsze okrążenie kończę z czasem 39:17. Jeszcze na ostatnich metrach widziałem, że doganiam dwójkę idącą na 20 km. Wyglądało jakby młoda zawodniczka i młody zawodnik szli razem. Zawodnik pewnie dużo biega i chyba gdyby szedł sam to nie dogoniłbym go. Podoba mi się jednak po pierwsze to, że zawodniczka wybrała dystans “dla odważnych”, a więc musi lubi chodzić, a po drugie to, że zawodnik towarzyszył jej do końca dystansu. Kilka sekund straty odrabiam już po około 100 metrach. Po następnych 200 metrach doganiam Justynę. Tak szybko jak ona mi uciekała na pierwszym okrążeniu tak szybko ja teraz jej uciekam. Po chwili dołącza do mnie jakiś zawodnik idący na 10 km. Trochę jestem zdziwiony bo wydaje mi się, że to zawodnik zbyt młody by startować na tym dystansie. Jednak idziemy dość zbliżonym tempem I dochodzi między nami do pewnej rywalizacji. Raz on mnie wyprzedza, potem ja kontruję, zawodnik nie daje za wygraną i po kolejnych 150 metrach mnie wyprzedza. Ciągnę za nim przez pewien czas ale gdzieś na 2 kilometrze tego okrążenia trochę odpuszczam, gdyż tak mogę się szarpać na ostatnim okrążeniu, a nie przed połową dystansu. Cały czas nie tracę jednak kontaktu wzrokowego do tegoż i jeszcze jednego z zawodników idących na 10 km.
Na agrafce widzę Majkę Antczak-Kretkowską idącą również na 10 km. Wołam do niej, że dziś mnie nie dogoni (choć biorąc pod uwagę, że wystartowała później ode mnie zdawałem sobie sprawę, że jest przecież szybsza) Tak w towarzystwie średniodystansowców dociągam do półmetka. Czas drugiego okrążenia : 39:36. Czas po 10 km: 1:18:53. Wychodzę na trzecie kółko i ... kompletna pustka, nikogo przed i nikogo za mną w zasięgu wzroku. Samotność długodystansowca w pełnej odsłonie. No cóż jestem do tego przyzwyczajony. Pozostał stoper i odzywający się co jeden kilometr “trener” endomondo.
Gdy dochodzę do punktu odświeżania z daleka krzyczy do mnie Krzysiek Walczak szalejący na trasie z aparatem fotograficznym: “czy będziesz się polewał ?!”
Odkrzykuję, że nie tym razem. Piję tylko wodę, jest ciepło ale niemal cała trasa w cieniu, więc nie pragnę jeszcze prysznica, zresztą i tak jestem cały mokry. Wychodzę na kamienisty odcinek trasy i ... gdzieś hen daleko (chyba ponad 300 metrów) przed sobą widzę... Tak to jest Małgosia Pogorzelska. Strata olbrzymia ale to, że kogoś widzę jest na pewno bodźcem by nie odpuszczać. Obok Małgosi widzę jeszcze coś. Tak to biała koszulka. Kto to może być ? Po chwili dociera do mnie, że w białej koszulce szedł także zawodnik z mojej kategorii wiekowej – Marek Szukało. Gdy zaczynam wchodzić na najdłuższe podejście jeszcze ich widzę przez moment, po czym znikają za zakrętem. Ale odrobiłem już dość dużą część straty, choć gdy ja jeszcze szedłem po płaskim oni przecież już wspinali się, więc ten skrót mógł się wydawać pozorny. Ale górki są w takich momentach moim sprzymierzeńcem. Staram się nie zwalniać i gdy zbliżam się do szczytu widzę Małgosię i Marka na agrafce. Jak nie przyśpieszą to już tylko kwestia czasu gdy ich dogonię, a tego jeszcze sporo na 5 kilometrach ostatniego kółka. Na tej pogoni kończy się trzecie i zaczyna czwarte okrążenie. Czas 3 okrążenia: 40:30. Czas po 15 km: 1:59:23 . Na pierwszych metrach dopinguje mnie Stanisław Przybylak. Mam już tylko 20 sekund straty. Po około 350 metrach dochodzę dwójkę uciekinierów. Małgosia robi mi miejsce bym mógł ich wyprzedzić. Marek rozpoznaje we mnie rywala z kategorii i przyspiesza kroku. Wychodzę na czoło naszej trójki i staram się mocno pociągnąć by zgubić Marka. Mam kilka metrów przewagi, jednak wciąż słyszę za sobą kroki. Będzie ciężko myślę, ale znów zaczyna się małe podejście. Muszę teraz go zgubić bo inaczej różnie może się skończyć. Ale kroki za mną nie milkną ani na chwilę, trudno też ocenić czy choć trochę się oddalam czy nie. Boję się odwrócić do tyłu, by zdobyta z takim wysiłkiem mała przewaga nie podłamała mnie. W końcu nie wytrzymuję. Odwracam się na moment i widzę ... Małgosię. Ale nie uspokaja mnie to, bo Marek może być tuż za nią schowany za jej plecami. Zbliżam się do szczytu pierwszego podejścia. Tam Krzysiek Walczak oraz lokalny fotograf czyhają by uwiecznić naszą walkę.
Krzysiek głośnym szeptem podpowiada “goni cię”. Nie wytrzymuję po raz kolejny i teraz już widzę wyraźnie, że za mną jest tylko Małgosia. Marek musi mieć już do niej przynajmniej kilkanaście metrów straty. To mnie jeszcze bardziej mobilizuje. Jeśli ucieknę Małgosi to pewnie też ucieknę Markowi, więc ani na moment nie odpuszczam. W tej całej walce nie zauważam, że “endo-trener” zamilkł po 16 kilometrze. Jakieś zakłócenie spowodowało, że według obejrzanego potem zapisu ... przepłynąłem stawy wpław “skracając” trasę o prawie 1,5 km. Gdy po przebyciu kamienistej drogi zaczynam ostatnie podejście jestem już niemal pewny swego. Gdy dochodzę na szczyt, przy agrafce jeden z sędziów pyta “teraz już dojdziemy, prawda ?”. Odpowiadam z przekąsem “za stary lis jestem na tym dystansie,... by nie dojść”. Teraz już z górki, to jest już łatwe, ale cały czas pełna koncentracja. Jedno potknięcie o wystający korzeń i może być “po zawodach”. Jeszcze ostatni doping Hani Słomskiej na ostatnich metrach i koniec – META.
Czas czwartego okrążenia 39:54. Czas na 20 km: 2:39:17. Jestem drugi w kategorii wiekowej i dziewiąty wśród wszystkich zawodników i zawodniczek. Wokół mnie Krzysiek Walczak odstawia jakiś taniec z kamerą kręcąc się wokół mnie, ja starając się za nim nadążyć kręcę się wokół własnej osi. Wreszcie dość tych pląsów, medal za uczestnictwo i torba z gadżetami, i kolejną okolicznościową koszulką. Widzę wchodzącą na metę Małgosię. No niezłego stracha mi narobiła. Idący na krótsze dystanse a teraz nam kibicujący przyjaciele mówią mi, że czeka na mnie dobry obiad. Zdejmuję czipa i piję dużo wody. Rozmawiam także z Prezesem PFNW Olgierdem Bojke, głównie o Barlinku i jego 7-miu trasach. Stąd właśnie nazwa WIELKA 7-ka BARLINECKA. Potem szukam Małgosi by jej podziękować i pogratulować pięknej walki na ostatnim okrążeniu. Małgosia, dobrze, ale udaje złość “nie gadam z tobą”. Później jednak porozmawiamy. Gdy przychodzę do szkolnej stołówki Marek wita mnie “o to ten z motorkiem” Obiad rzeczywiście dobry. Pomidorowa, schabowy, ziemniaki, surówka. Miał być jeszcze pączek. Dla nas zabrakło, podobno dzieci zjadły. Niech im będzie na zdrowie. Dekoracje jak zwykle trwają dość długo. Podchodzi do mnie Janek Helak i z uśmiechem oznajmia mi, że w swojej kategorii jest trzeci. Krzysiek prosi mnie o pomoc bym zrobił kilka fotek osobom stającym na podium. Najpierw “piątka”, potem “dziesiątka”, gdy dekoracja zbliża się do “dwudziestki” zaczynam się niepokoić. Sam sobie zrobię zdjęcie ? Nie, Krzysiek pojawia się i przejmuje aparat. Ja swój daję Leonowi Kaczmarkowi, więc fotki na pudle będę miał co najmniej z dwóch źródeł łatwo dostępnych, a przecież jest jeszcze lokalny fotoreporter.
Po dekoracjach losowanie nagród. Te w większości przypadły gospodarzom. Tym samym zaakcentowali bardzo liczny udział w zawodach w Stolicy NW. Zdjęcie grupowe zwieńczyło udaną imprezę.
Jest jeszcze coś o czym nie napisałem, ale może jak to się stanie faktem dopiero zdradzę o co chodzi.
Zawody w Barlinku zaplanowano na 10 września. Wybrałem się tam dzień wcześniej aby obejrzeć trasę wyścigową jaka na nas czekała. Prawdę mówiąc byłem trochę zawiedziony, że nie była to ta sama trasa co w ubiegłym roku, i to z dwóch powodów. Pierwszym było to, że tamta trasa bardzo mi przypadła do gustu, położona w lesie, blisko jeziora i dzięki temu miała dobre zaplecze – ośrodek wypoczynkowy. Drugim powodem była chęć rewanżu z losem, który nie pozwolił mi ukończyć konkurencji w ubiegłym roku. Wówczas gdy wyjeżdżałem z Barlinka wiedziałem, że tu jeszcze wrócę odegrać się. Na kwaterę wyszukaną przez Janka Helaka dotarłem wczesnym popołudniem. Szybkie rozpakowanie, przebranie i zaopatrzony w mapkę wyruszyłem na rekonesans trasy, jakże by inaczej ... z kijami. Idąc trochę dziwiłem się, że w Stolicy NW nie spotykam nikogo maszerującego na „czterech kończynach”. Było tak już do końca dnia a dodam, że przespacerowałem naprawdę wiele kilometrów. No cóż, może wszyscy zbierali siły na następny dzień. Szybko dotarłem na miejsce startu, obejrzałem mapkę, włączyłem aplikację endomondo w komórce i ruszyłem na trasę. Na pierwszym rozstaju dróg zauważyłem białoczerwoną taśmę zawiązaną na pniu drzewa. Oho pomyślałem, zdaje się, że trasa jest wstępnie oznakowana. Leśna szeroka droga to dobre rozwiązanie zwłaszcza na pierwszych kilometrach trasy. Doszedłem do kolejnego rozstaju dróg i tu zorientowałem się, że coś jest nie tak. Brak taśmy był dowodem, że przeoczyłem ścieżkę biegnącą w bok. Porównałem swoją pozycję na GPS z mapką i wiedziałem że muszę wrócić i jej poszukać. Okazało się, że taśmę zawiązano zbyt głęboko w lesie, stąd osoba idąca tu pierwszy raz mogła jej nie zauważyć. Droga wiodła pod górę i tu już była dobrze oznakowana. Potem w dół, mostek nad strumykiem, ścieżka wzdłuż stumyka, trochę dzika ale urokliwa. Staw jeden, drugi. Krajobrazy jak z bajki. Teraz już nie żałowałem, że zmieniono trasę. Tak malowniczą jeszcze w tym roku nie szedłem. Brakowało tylko „chatki z piernika” bym poczuł się jak w bajce. Za stawami jednak zaczął się trudny odcinek. Stara kamienista droga o długości przynajmniej pół kilometra. Wprawdzie można było iść lewym lub prawym „poboczem” jednak i tak kij od wewnętrznej strony co pewien czas trafiał w kamień, co było niemiłe akustycznie i groziło uszkodzeniem grotu. Na rajd lub trening droga taka może być jak najbardziej, jednak na zawodach nie wiem jak zareagują sędziowie, gdy zauważą że momentami jednym kijem się nie odpycham. Można w takim przypadku liczyć tylko na wyrozumiałość. No i te ... psy. Trzy domostwa, pilnowane każde przez trzy duże, ujadające psy, ganiające za niezbyt wysokim płotem, który z pewnością mogłyby przeskoczyć. Nie patrzę w ich stronę by ich nie sprowokować. Mam nadzieję, że jutro je gdzieś przymkną. Za kamienistą drogą skręt w lewo, niemal nawrót i pod górę. No dobrze, może kogoś tu dogonię. Podejście dość długie z małym wypłaszczeniem w środku, ale nie tak wyczerpujące jak w Polanicy. Znów gubię drogę nie zauważywszy wstążki zawieszonej zbyt głęboko w bok ścieżki. Wracam się i odnajduję ją. Ścieżka ponownie wiedzie w dół. Wychodzę na szeroką drogę w okolicach startu jednak około 50 metrów od wskazanego miejsca na mapie. Widocznie na ostatnich metrach znów coś pomyliłem. Endomondo pokazało ponad 7 km, nieźle nadłożyłem drogi. Pożywiam się żelem, piję izotonik i rozciągam, głównie łydki i uda. Drugą rundę po trasie zawodów zamierzam pokonać w bardziej sportowym tempie. Znów włączam Endomondo i ostro ruszam. Teraz już niemal idę na pamięć. Gdy mijam mostek, przypominam sobie że przecież mogłem robić zdjęcia komórką podczas pierwszej rundy. Trudno, to mnie trochę teraz spowolni ale warto.
Pod koniec trasy znów gubię „trop” w tym samym miejscu co poprzednio jednak szybciej to spostrzegam. Wracam na właściwą trasę i po chwili wychodzę na szeroką drogę w miejscu startu dokładnie tam gdzie zacząłem pierwszą rundę. Endo pokazuje teraz pokonany dystans na nieco ponad 5 km. Następnego dnia okaże się, że te ostatnie metry będą doskonale oznakowane taśmami i w miejscu, w którym się gubiłem, będzie dodatkowa agrafka dołożona przez Hanię Słomską, by zapewnić warunek długości pętli równej 5 km. Po powrocie na kwaterę i odświeżeniu się, ruszam w miasto pozwiedzać i zjeść jakiś obiad.
Niestety gdy pytam mieszkańców o bar mleczny dowiaduję się, że tego w Barlinku nie uświadczę. Wybieram więc restaurację o miłej nazwie „Wielkopolanka”. Potem trochę spaceruję po miasteczku robiąc fotki
i wracam na miejsce noclegu, gdzie wkrótce dojedzie też Janek. Dzielę się tym co zobaczyłem na trasie, a Janek następnego dnia rankiem również robi rekonesans. Przed 10 rano udaję się do Biura Zawodów by się zweryfikować. Tu na każdym kroku spotykam znajomych.
Fotoreporterzy szaleją, zdjęcia pozowane
i z zaskoczenia. Będzie co oglądać po zawodach.
Otwarcie zawodów uroczyste, z błogosławieństwem i modlitwą.
Jeszcze marsz VIP-ów i start na dystansie 20 km coraz bliżej. Ustawiamy się,
Trzecie okrążenie zaczyna się spokojnie. Ale już w połowie pierwszego nasłonecznionego odcinka doganiam Marcina Spitalniaka. Zamieniamy dwa słowa po czym powoli go wyprzedzam. Na ostrym podejściu doganiam zawodnika ze starszej kategorii, który wyprzedził mnie na pierwszym okrążeniu. Teraz już na każdym punkcie nawadniania połowę zawartości kubeczka wypijam, a połowę leję na głowę.
Po wejściu na szczyt doganiam też dwóch kolejnych zawodników, którzy wcześniej mnie wyprzedzili (1 okrążenie).
Nie jestem jakimś doskonałym góralem, ale kondycję muszę mieć chyba niezłą, bo pod górę ciągnę niewiele zwalniając. Zaczyna się zejście. Zastanawiam się czy dwóch faworytów zawodów zdąży mnie zdublować. Oglądam się do tyłu i nie widzę Tomasza Brzeskiego i Maćka Dawidziuka. Jednak gdy jestem już blisko wypłaszczenia trasy słyszę ich. Ja zbliżam się do zwężenia trasy. Droga rozdzielona jest na pół taśmą. Mijamy się tu z zawodnikami idącymi w przeciwnym kierunku. Zdaję sobie sprawę, że w trzech się nie zmieścimy. Zwalniam (czuję się jak kierowca jadący 100km/h zwalniający do 50km/h w terenie zabudowanym) i schodzę na bok robiąc im miejsce. Mijają mnie, a wkrótce napotkani kibice mówią “przecież oni biegli”. Nagle wśród idących po drugiej strony taśmy zawodników spostrzegam, że jeden z nich się zupełnie niespodziewanie zatrzymał. To Bogdan Grygorowicz z Lubina. Na twarzy widzę ogromny ból, ciało wygina się przy tym w łuk zawodnik trzyma się za udo. Nie wiem czy to skurcz czy inna przyczyna. Konkurenci poszli już do przodu. Przechodzę na drugą stronę taśmy. Próbuję rozmasować obolałe udo, jednak chyba niewiele pomogłem. Tyle, że Bogdan przestał krzyczeć z bólu. To chyba nie ma sensu, niedaleko są kibice, którzy może więcej mogą pomóc. Tracę chyba ze 30 sekund ale w tym momencie nie ma to większego znaczenia. W tym czasie rozgrywał się finisz dwóch najszybszych. Finisz bardzo kontrowersyjny. Wielu obserwatorów twierdzi, że to był bieg. Naprawdę trudno to oceniać. Przy takiej prędkości zobaczenie fazy lotnej i bycie pewnym, że się ją widziało, graniczy z cudem. Chyba tylko bardzo doświadczony sędzia chodu sportowego mógłby to obiektywnie rozstrzygnąć. Nie zmienia to faktu, że ogólne wrażenie było dla większości jednoznaczne z biegiem. Filmu z tego finiszu nie będę tu zamieszczał, gdyż dla niektórych byłaby to antyreklama zawodów NW. Jednak Nordic walking powinien się kojarzyć z naturalnością marszu, której podczas tego finiszu widać za bardzo nie było. Nie będę tu też tłumaczył zawodników. Obaj są doskonałymi zawodnikami i biegaczami. Na pewno ich wyrównany poziom i duże emocje doprowadziły do takiego finału. Przyznanie pierwszego miejsca obu zawodnikom też wywołało u niektórych zdziwienie, gdyż wielu widziało, że jeden był o przysłowiowy włos lub czubek buta szybszy. Nie zmienia to faktu, że obaj powinni byli się znaleźć w ekipie na MŚ w Austrii. Może wystarczyło dać dziką kartę.
Po chwili i ja dotarłem do miejsca oznaczającego metę ... mojego trzeciego okrążenia.
Mój czas : 33:56 był najlepszym z dotychczasowych kółek i to dobrze rokowało na czwarte okrążenie. Czas po 12 km : 1:43:47.
Wkrótce po minięciu mety spotykam Bogdana Grygorowicza, który zrezygnował z dalszego udziału w zawodach. Jednak kontuzja okazała się na tyle groźna, że nie można było ryzykować dalszego marszu. Teraz już niemal lecę. Jeszcze podejście,
ostre zejście i gdy wychodzę z lasu widzę dwóch zawodników. Jednak odległość olbrzymia. Chyba ich nie dogonię przed metą, ale ciągle się zbliżam.
Jeszcze finisz
i META!
Do jednego z zawodników zabrakło mi 14 sekund, do drugiego 31. Byłem blisko. Okazało się, że obaj byli z mojej kategorii. Ech, gdyby to było 20 km, szanse moje by wzrosły. Tym bardziej, że mój czas 4 okrążenia : 32:28 był moim najlepszym. Czas na 16 km : 2:16:15. Liczyłem na 2:10:00 ale widocznie trasa była trudniejsza niż moje oczekiwania. Zresztą do znanych mi (lepszych ode mnie) zawodników z Pucharu Polski miałem podobną stratę jak na innych zawodach, więc na pewno poszedłem na swoim poziomie. Ostatecznie zajmuję 14 miejsce w swojej kategorii i 55 miejsce wśród wszystkich 90 zawodników, i zawodniczek. Bardzo dziękuję Wszyskim, którzy mnie dopingowali na trasie i mecie poszczególnych okrążeń. Wielokrotnie słyszałem okrzyki wywołujące moje imię.
Medal, łapię oddech, piję wodę, chwilę odpoczywam na ławce, małe rozciąganie i idę się posilić zupką przygotowaną przez organizatora. Niestety na dokładkę nie ma co liczyć. Później ustawię się jeszcze przy stoisku “Makaron rządzi” i wystoję (przez pół godziny) porcję darmowego makaronu z sosem. Kucharz okazał się mistrzem świata w wystawianiu naszych żołądków i nosów na egzamin cierpliwości. Dowiaduję się, że nasza poznańska ekipa nie wróci z niczym do domu. Ania Adamska zdobyła wicemistrzosto Polski w swojej kategorii na dystansie 10 km. Niestety jej dekoracji nie widziałem, gdyż odbywała się podczas marszu na 16 km. Po dekoracji uczestników 16-ki losowanie kijów ONE-WAY. Szczęśliwą zdobywczynią okazuje się Irenka, której idę pogratulować nagrody. Ona rewanżuje się gratulacjami za moją udaną wspinaczkę i ucieczkę na drugim okrążeniu.
Jeszcze tego samego dnia wracamy do Poznania. Dziękuję Zbyszkowi (startował na 10 km) który nas bezpiecznie dowiózł do domu oraz Helenie i Marcinowi, którzy przez wiele godzin sędziowali na trasie zawodów.
Podsumowując należy podkreślić duży wkład pracy organizatorów w to wielkie święto Nordic walkingu. Na każdym kroku było widać też życzliwość gospodarzy. Przygotowano dużo dodatkowych atrakcji dla startujących i kibiców, tak pierwszego jak i drugiego dnia imprezy. Pakiet startowy również bardzo interesujący. Podano, że wystartowało 494 zawodników i zawodniczek. Ja naliczyłem ich w klasyfikacjach 501. Wprawdzie na listach startowych było ponad 600 uczestników, ale część głównie z dystansu 16 km nie przyjechała. Nie mniej jakby nie patrzeć to rekordowa liczba startujących w zawodach NW. Atmosfera... rodzinnego festynu połączonego z zawodami sportowymi.