Menu

Nordic Walking mk

Więcej Nordic Walking aby żyć dłużej

Puchar Wielkopolski Nordic Walking - Okonek 2016 _ cz.2

mk130363

Z archiwum nordic walkera...

16 lipiec 2016

Wychodziłem na trasę ostatni i do tego samotnie. Ale dla mnie najważniejsze było to, że brałem udział. Jeden z przyjaciół z Teamu obserwujących moją "samotność długodystansowca" ochrzcił mnie wówczas mianem "Samotnego Wilka". Rozbawiła mnie ta ksywka i rozważę przy następnej koszulce teamowej jako napis na rękawku. Niewątpliwie coś w tym było przynajmniej patrząc na zdjęcia z tych zawodów. Nie miałem bezpośredniej walki ze współzawodnikami, których okazało się w ostateczności 8 (prócz mnie) w mojej kategorii wiekowej. Trudno było mówić o jakiejkolwiek bezpośredniej rywalizacji z uczestnikami idącymi na moim dystansie, gdyż wszyscy oni wystartowali jakieś 9-11 minut przede mną, więc gdy wychodziłem na trasę, oni byli już mniej więcej w połowie pierwszego okrążenia. No i ja przede wszystkim szedłem dość rekreacyjnie, choć ze zwyczajową dynamiką..Początkowo widziałem plecy ostatniej grupy startujących na 5 km i pod koniec pierwszego okrążenia zacząłem nawet doganiać pojedyncze osoby. 001a

Trasa okazała się prawidłowo wymierzona. Był z  tym jakiś problem w poprzednich zawodach, gdzie pętla była nieco dłuższa niż 2,5 km i dystans całkowity przekraczał 10 km. Tym razem było przyjemne zaskoczenie, gdyż mapka trasy prezentowana przed zawodami wskazywała na dystans około 10,5 km. Ale przebieg skorygowano i poniżej prezentuję jak to w rzeczywistości wyglądało:

 

Ta zmiana jednak wymusiła wykarczowanie jakichś krzaków w lasku obok stadionu. I to nie do końca się udało, ponieważ pozostały wystające pieńki ukryte w trawie, o które łatwo się było potknąć. Teren tu dodatkowo był bardzo nierówny, co potęgowało możliwość odniesienia kontuzji. Sam chyba dwa razy walnąłem palcami w jakieś wystające pozostałości, a raz "potoczyłem" się po potknięciu kilka kroków omal nie upadając i omal nie będąc pewnie posądzonym o podbieganie, bo mogło to tak z daleka wyglądać. Organizatorzy robili co mogli, by trasa była bezpieczniejsza oznakowując najbardziej wystające korzenie i pozostałości karczowiska, ale w następnej edycji dobrze byłoby dociąć newralgiczne fragmenty trasy na tym odcinku. Trasa wiodła całkowicie po naturalnej nawierzchni i to było niewątpliwie jej plusem. Jedynie kilkanaście metrów przejścia przez tunel w nasypie kolejowym był drogą asfaltową, ale to jest do zaakceptowania.  W dwóch miejscach trasy były spore kałuże, które pewnie utrudniały wyprzedzanie, ale wszystko zależy od kultury uczestników. Mnie dogonili przy takich kałużach jedni z najszybszych zawodników na 10 km - Robert i Stefan, i ci zwolnili za mną idąc przesmykiem między kałużami. Koleżanka z Teamu miała mniej przyjemną konfrontację w innym miejscu i z kimś innym, kto niemal wepchnął ją na elektrycznego pastucha ciągnącego się wzdłuż drogi przed tunelem.

0044

0054 

Szedłem prawie cały czas samotnie. Doganiali mnie najszybsi na 5 i 10 km, a ja doganiałem tylko niektórych najwolniej idących na 5 km, co zresztą po drugim okrążeniu się skończyło i pozostał samotny marsz dość daleko za ostatnimi idącymi na 10 km. Tu oczywiście wirtualnie kilku wyprzedziłem lepszym czasem netto, ale fizycznie byłem ostatnim zawodnikiem wchodzącym na metę. 

Moje międzyczasy poszczególnych okrążeń były nawet całkiem przyzwoite, choć oczywiście dalekie od pełni możliwości w pełnym zdrowiu.

1 okrążenie 2,5 km - 22:39

2 okrążenie - 22:59, po 5 km - 45:38

3 okrążenie -  23:03, po 7,5 km -1:08:41

4 okrążenie - 22:13, META 10 km - 1:30:54

Po dojściu na metę pamiątkowy medal i uzupełnienie płynów w punkcie nawadniania. Potem zacząłem rozglądać się za przyjaciółmi z Teamu i nie tylko. Pamiątkowe zdjęcia, a następnie posiłek regeneracyjny wypełniły czas do dekoracji. Nie pamiętam dokładnie posiłku ale smakowało mi na pewno. Chyba była smażona kiełbaska z ogórkiem i można było dokupić smażone ziemniaki w mundurkach.

 

Podczas dekoracji robiłem zdjęcia

015

i teraz okazało się, że warto było jeszcze w ostatniej chwili dopisać Zosię i Dorotę do drużyny FNWT. Zosia była druga, a Dorota trzecia w swych kategoriach.

 Kopia_00__00710

Oczywiście nie były do jedyne pudła naszej drużyny, więcej na zdjęciach w zamieszczonym linku na końcu wpisu.

Imprezę zakończyła Pani Burmistrz Okonka zapraszając nas na następny rok. Ten wpis również można potraktować jako zaproszenie - 15 lipca 2017 znów spotkamy się w Okonku na Pucharze Wielkopolski Nordic Walking.  

Po dekoracjach chłodziliśmy się jeszcze jedząc lody i machając na pożegnanie odjeżdżającym przyjaciołom z nordicowych tras.

 

Link do zdjęć moich oraz zebranych od innych uczestników poniżej.  .   

PW Okonek 2016 zdjęcia

Zdjęcia znalezione w lokalnym serwisie też pewnie zainteresują parę osób

zdjęcia serwis lokalny

Puchar Wielkopolski Nordic Walking - Okonek 2016 _ cz.1

mk130363

Z archiwum nordic walkera...

16 lipiec 2016

Emocje zaczęły się długo przed startem. Ich kulminacja nastąpiła ... w czasie podróży do Okonka, ale o tym za chwilę. Ja postanowiłem potraktować ten start rekreacyjnie i dlatego nie spodziewałem się po nim jakichś wielkich emocji. Wprawdzie widziałem, że na liście startowej w mojej kategorii było tylko 5 zawodników, więc teoretycznie już gwarantowało to niezłą pozycję i możliwość walki o więcej, ale ostatni czas musiałem potraktować ulgowo w treningach.

pw

2 dni wcześniej rozmawiając przez telefon ze Staszkiem dowiedziałem się o fajnym biegu, który miał być rozegrany jako impreza towarzysząca poznańskiemu triathlonowi .To znaczy przede wszystkim fajny był pakiet startowy jak na imprezę bez wpisowego. Oprócz dość ładnej koszulki technicznej była w nim czołówka jako, że bieg miał być rozgrywany w nocy. Niestety według słów Staszka system już nie przyjmował zgłoszeń nie pozwalając nawet na wpisanie nazwiska. Następnego dnia wieczorem odnalazłem zapisy do tego biegu i o dziwo system przyjął moje dane oraz poinformował, że poprzez sms otrzymam kod promocyjny, który umożliwi mi ostateczne wpisanie na listę startujących. Niestety sms długo nie przychodził. Przesiedziałem do późnej nocy w necie, aż w końcu zorientowałem się że trzeba jednak przygotować ekwipunek startowy na następny dzień. Poszedłem spać grubo po północy, ale nie przejmowałem się bo wyjazd zaplanowany był na godzinę 7.15 więc czekało mnie przynajmniej 5 godzin snu. Trochę jednak trwało zanim usnąłem. O 5 rano obudził mnie sms, sms z oczekiwanym kodem promocyjnym. Poderwałem się na nogi i spróbowałem się zarejestrować. Niestety system nie przyjmował mnie tym razem w żaden sposób, dlaczego więc wysłał mi smsa nie wiem. W każdym razie nie było już sensu dosypiać, więc wyruszałem w drogę trochę niedospany. Tu niestety muszę stwierdzić, że nasi kierowcy przeliczyli się z planowaniem godziny wyjazdu, a my czyli pasażerowie nie zwrócili im na to uwagi i nie skorygowali jej jednak na wcześniejszą. Wprawdzie poprzednio bardzo wcześnie dojeżdżaliśmy na miejsce jadąc tą samą trasą i faktycznie można było wówczas jechać o 7.15, ale teraz były ... wakacje. Na dodatek przed samym wyjściem z domu Kasia skorygowała wyjazd na 7.30, co było już lekko niepokojące, bo oznaczało jazdę niemal na styk zdążenia. Ale nie musiałem robić długiej rozgrzewki, więc jeszcze byłem umiarkowanie spokojny, tym bardziej, że humory dopisywały w czasie podróży w naszej ekipie. Pierwsze większe zdenerwowanie wywołał wolnobieżny ciągnik w Ujściu, gdzie na podwójnej ciągłej i krętych uliczkach nie dało się go wyprzedzić. Traciliśmy kolejne minuty podążając za nim, a czary goryczy dopełnił korek na światłach w tej miejscowości, tak nam się przynajmniej wydawało. Zaczęło być już niemal na styk godziny rejestracji, ale jeszcze staraliśmy się zachować pozory spokoju. Z Piły wyjeżdżaliśmy w sznurze pojazdów nie mogąc rozwinąć maksymalnych prędkości, więc niepokój wzrastał w naszych sercach. Powoli wiadome się stawało, że przybędziemy zdecydowanie później niż to było w planie. Jednak dopiero w Jastrowiu okazało się, że najgorsze dopiero przed nami. Kilkukilometrowy korek spowodował stratę kolejnych cennych minut i jasne już było, że nie tylko nie odbierzemy pakietów w terminie, ale nie zakosztujemy też wspólnej rozgrzewki. W miarę posuwania się do przodu (trudno to nazwać jazdą) sytuacja pogarszała się a sam start stanął na krawędzi wykonalności. Tylko szybki telefon do Nisi (która była już na miejscu), że jedziemy i będziemy spóźnieni, mógł dać cień nadziei. Nerwowe oczekiwanie na odpowiedź i decyzję sędziów, co z tą nasza wesolutką ale spóźnioną (już nie ulegało wątpliwości) ekipą zrobią. Odpowiedź przyszła na szczęście szybko, a emocje sięgały zenitu, bo sytuacja pogarszała się z minuty na minutę i z kolejnego pokonanego metra trasy na kolejny metr. Była bardzo optymistyczna, bo okazało się że sędziowie pozwolą nam wystartować nawet samotnie po spóźnieniu.

Pojawił się jednak kolejny problem. Zosia pozyskana dla naszego Teamu podczas poprzednich zawodów zapisana była na zawody bez nazwy drużyny i tę nazwę trzeba było zapodać w biurze przed startem. I ja się tego podjąłem, tyle że nie przewidziałem, że się spóźnię i nie zdążę tego uczynić przed startem. W Teamie Zosia jeszcze mało znana była i w tym tłumie startujących pewnie trudna do znalezienia. Jej telefon nie odpowiadał, bo zapewne już była w rejonie startu i zostawiła go w samochodzie . Poza tym do Teamu chciałem dopisać jeszcze kolejną zawodniczkę - Dorotę (która jeszcze nawet o tym nie wiedziała). Wyglądało na to, że nie będzie to możliwe w zaistniałej sytuacji. Prosiłem o zadziałanie w tych dwóch sprawach Teamu, niestety w tym zamieszaniu przedstartowym trudno było liczyć na efektywną pomoc. Sprawa wyglądała na przegraną.

Na stadionie w Okonku trwały już ostatnie przygotowania do startu zawodów., Oficjalnie otworzyła je Pani Burmistrz Okonka Małgorzata Sameć. Wkrótce rozpoczęła się też rozgrzewka. 

0013

 

Tymczasem w samochodzie trwały poszukiwania jakiegoś objazdu tego niekończącego się korka.Sytuacja stawała się już tak dramatyczna, że groziło nam dotarcie na miejsce nawet godzinę po planowanym starcie zawodów. Coraz trudniejsze stawało się nawet to do przewidzenia. Na szczęście Łukasz znalazł jakąś inną drogę, może nawet parę kilometrów dłuższą, ale za to pustą. Odbiliśmy w bok i dzięki temu dotarliśmy na miejsce dosłownie kilka minut przed startem. Parkowanie tymczasowe w przypadkowym miejscu, szybki odbiór pakietów startowych i zdążyłem nawet zadziałać w sprawie Zosi i Doroty. Potem, po moim dotarciu na metę było dużo śmiechu zwłaszcza z zapisu Doroty, która zwracając się do Staszka skwitowała całą sytuację "sprzedałeś mnie". Faktycznie było tak, że to Staszek wiedział. iż staram się o jej pozyskanie do drużyny,a Dorota dowiedziała się o tym już po zawodach.   

Szybko się przebierałem, kątem oka obserwując start mojej kategorii wiekowej na 10 km

0102

i ruszyłem w kierunku bramy startowej. Tu przywitał mnie Dyrektor Pucharu Polski Robert Brzeziński, który przed chwilą wystartował ostatnią grupę idących na 5 km. Powiedział, żebym wystartował spokojnie, wtedy gdy będę gotów. Zresztą i tak czas netto zmierzy mój chip, a żadnych sankcji za opóźnienie startu (w nie swojej grupie) przecież nie będzie. Co więcej zostałem jeszcze tak uhonorowany, że mój start obwieścił strzał startera, tak jak wszystkich grup wychodzących na trasę.          

 

 

Wszyscy jesteśmy maniakami

mk130363

Nie czuję się dość kompetentny, by oceniać to, co się wydarzyło wokół biegu znanego w całej Polsce od wielu lat. Jest mi natomiast po prostu przykro, że to co było niemal święte dla poznańskich i nie tylko biegaczy odarto z szat i może.. sprofanowano? Wszyscy jesteśmy maniakami swoich pasji: biegania, chodzenia z kijami, jazdy na rowerze, fitnessu, zumby, pływania, jazdy na nartach i czego kto sobie zażyczy związanego z aktywnością fizyczną. Wpadamy w to, opanowuje nas jak wirus, nie możemy bez tego żyć, a chwile bezczynności są dla nas najgorszą torturą. Z tego szaleństwa wzięła się nazwa pewnego klubu biegowego, a wkrótce potem powstał bieg jeden z najbardziej znanych w Polsce i najbardziej renomowanych. Wówczas nie było jeszcze tyle maratonów i półmaratonów co teraz i ten bieg zaliczał się do 15 najlepszych (największych) biegów w Polsce. Można by powiedzieć bieg kultowy. Słyszałem o nim chyba jeszcze zanim zacząłem pomykać z kijami, albo może właśnie gdy zaczynałem przygodę ze swoją pasją. Chyba to ostatnie jest jednak bardziej prawdziwe. Na początku swojego maniactwa mówiłem, że nigdy nie będę biegał. Ale po około półtora roku uprawiania nordic walking jednak spróbowałem i stwierdziłem, że mogę, że daję radę, biec, truchtać bez przerwy nie tylko jeden, ale nawet pięć kilometrów. Było to dla mnie tak wielkim zaskoczeniem, ze nie tylko zapragnąłem pobiec w jakimś profesjonalnym biegu, ale w tej całej euforii po 6 tygodniach od pierwszego biegu (a podstawowym treningiem był dla mnie wciąż nordic walking) przetruchtałem swoją pierwszą treningową dyszkę. Wynik nie był jakiś rewelacyjny bo 10,5 km pokonałem w 1 godz. i 10 minut. Ale sama spontaniczność biegu, gdzie wydłużałem sobie dystans z kroku na krok niemal tak jak często bywało to w nordic walking tchnęła takim optymizmem, że już widziałem się za rok w półmaratonie. Ta moja pierwsza dyszka była jednak nieprzypadkowo chyba w marcu. Po pierwszych profesjonalnych biegach w II Grand Prix Poznania nad Rusałką (marzec 30:41, kwiecień 26:52, maj 27:02) , przyszła refleksja, że ja właściwie nie potrzebuję przebiec półmaratonu. Podobne dystanse realizuję podczas zawodów nordic walking i tam się całkowicie spełniam jako długodystansowiec. Debiut miałem w marcu, a wówczas głośno było, jak zazwyczaj, o Maniackiej Dziesiątce. I ten bieg stał się niejako dla mnie docelowy. Tym czym dla maniaków biegania był półmaraton, czy maraton, dla mnie był ten bieg na 10 km. Ale nie robiłem do tego biegu jakichś specjalnych przygotowań. Robiłem swoje w nordic walking, biegając treningowo średnio 5 km tygodniowo wliczając w to bieganie w cyklu Biegaj z Opel Szpot i startując od jesieni w kolejnym cyklu Grand Prix Poznania. Zapisy były dość wcześnie ogłoszone, a ilość miejsc (z 1500 podwyższona do 2000) ograniczona bardziej niż dziś, choć może nie było jeszcze takiej lawiny chętnych. Faktem jest, ze zapisywałem się w ciemno nie wiedząc, że rwa barkowa, która mnie dopadnie będzie istotnym czynnikiem psującym nieco radość z udziału, a satysfakcję z wyniku na pewno. Jakby na drugim planie,

 

ze zdrętwiałym ramieniem dobiegłem do mety (wówczas jeszcze robiło się dwa kółka wokół Malty) w czasie 1:05:23. No ale było to na zasadzie zapłacone, pobiegane, zaliczone.Swoje wrażenia z tamtego biegu oczywiście opisałem na blogu.

Maniacka Dziesiątka 2012

Niczego jeszcze nie planowałem, choć oczywiście chciałem to sobie odbić rok później. Latem w Poznaniu pojawiły się biegi parkrun, które wplotły się w mój cykl przygotowań i treningów. Zapewne oprócz zdrowia przyczyniły się, że w drugiej mojej Maniackiej (już na nowej trasie) osiągnąłem dużo lepszy czas 54:39, który w pełni mnie satysfakcjonował. Tym bardziej, że końcowe 2 km na Malcie były praktycznie po lodzie, błocie pośniegowym i wodzie. Ale frunąłem wówczas finiszując i wiedząc, że wynik będzie lepszy od oczekiwań.


Kopia_281

Tak opisałem swoje ówczesne wrażenia:

Maniacka Dziesiątka 2013 cz.1

Maniacka Dziesiątka 2013 cz.2

Maniacka Dziesiątka 2013 cz.3

Jak widać sporo miejsca poświęciłem tamtemu biegowi na blogu. Różne okoliczności sprawiły, że więcej w Maniackiej nie wystartowałem. Niewątpliwie gdybym osiągnął wynik mnie niezadowalający, próbowałbym dalej, ale komercja, którą odczuwałem płacąc dwukrotnie więcej niż za Mistrzostwa Polski w nordic walking. nie zachęcała do kolejnych prób. Jednak oczywiście pozostałem kibicem maniaków biegnących w tej imprezie. 

W 2014 zrobiłem kilkadziesiąt zdjęć z tamtego biegu. Niestety oryginały się nie zachowały. Ale galerię umieściłem na Facebooku i teraz przeniosłem te kopie do tej galerii: Maniacka Dziesiątka 2014

W tym roku postanowiłem również kibicować biegaczom na trasie i zrobiłem 10 razy więcej zdjęć (540). Najpierw z kładki pieszo-rowerowej przy Galerii Malta, a następnie na kilometr przed metą, choć zwycięzca dogonił mnie kilometr wcześniej.

Maniacka Dziesiątka 2017

Bieg się odbył i pewnie uczestnicy byli nie mniej zadowoleni niż w latach poprzednich. Swym udziałem byli ponad konfliktem klubu biegacza KB Maniac i organizatora. Myślę, że to było najważniejsze, by impreza się w ogóle odbyła. Czas pokaże czy za rok, będą dwie Maniackie Dziesiątki. Byłoby to pewnie ze szkodą dla renomy tego biegu, ale na dzień dzisiejszy wygląda na to że żadna ze stron nie zrezygnuje ze swoich racji

 

 

 

Powietrze nad Maltą kosztuje ... 3000 zł

mk130363

28 stycznia planowana była inauguracja XI edycji cyklu "Biegaj z Opel Szpot" nad poznańską Maltą. W dziesięciu dotychczasowych edycjach rozegrano 92 biegi. Organizatorem cyklu była firma Szpot a partnerami marka Opel, Miasto Poznań, POSiR, PZU i Mobil. Patronami medialnymi były Telewizja Poznań, Radio Eska i Głos Wielkopolski oraz portal wszystkoobieganiu.pl

Chyba niewielu jest biegaczy w Poznaniu, którzy nie uczestniczyliby choć raz w tym biegu. Impreza była zawsze bezpłatna, na ogół nie oferowała "nic" specjalnego poza przebiegnięciem dystansu wokół jeziora Maltańskiego. Poza bodajże jedną jubileuszową edycją, nie było tu medali. Nie było tu wyników z czasami rejestrowanymi przez systemy pomiarowe. Nie było limitu startujących. Frekwencja była bardzo różna, ale zazwyczaj było to kilkuset zawodników i zawodniczek. Rekord padł we wrześniu 2010 roku - około 1500 uczestników. Byłą za to promocja biegania i aktywności ruchowej wśród młodzieży. Była klasyfikacja udziału młodzieży szkolnej w tym biegu, a dla zwycięskich szkół były nagrody finansowe na zakup sprzętu sportowego. Kwoty tych nagród  wielokrotnie przekraczały budżet szkoły na zakup takiego sprzętu. W biegu mógł uczestniczyć każdy, uczestniczyli w nim i bardzo profesjonalni biegacze uzyskujący znakomite czasy, w tym znani maratończycy i zupełni amatorzy. Dla wielu osób była to pierwsza impreza w której pobiegły . Każdy otrzymywał "Paszport Biegacza" w którym rejestrował udział w poszczególnych edycjach uzyskując pieczątki za każdy bieg, w  którym wziął udział.

Kopia_op_0031

Po 3, 5 i 7 biegu pierwsze 100 osób, które uzyskały odpowiednią liczbę pieczątek (3, 5, 7) otrzymywało upominki w postaci koszulek czy plecaków. Po każdym biegu losowanych było też wśród uczestników przynajmniej 20 drobnych upominków. Główną nagrodą w losowaniu był każdorazowo samochód Opel na weekend. Bieg zmieniał się na przestrzeni lat. Były to zmiany niewielkie, ale zawsze na lepsze. W latach 2011-2013 funkcjonował pod nazwą "Biegaj z Chevrolet Szpot". W ostatnich latach wprowadzono numery startowe dzięki czemu każdy poczuł się jak prawdziwy sportowiec uczestniczący w zawodach.. W ostatnim roku wyróżniano też 3 pierwsze kobiety i 3 pierwszych mężczyzn na mecie. Rywalizacja uczestników była taka jak w każdym innym biegu, choć nie brakowało uczestników pokonujących dystans w sposób całkowicie rekreacyjny, w tym całymi rodzinami z dziećmi. Sam uczestniczyłem w 38 biegach tego cyklu. Kilka razy towarzyszyłem biegaczom na rowerze robiąc zdjęcia. W tym biegu zawsze można było wszystko wygrać i nikt nigdy nic nie przegrał. Żal, że ...

TEJ IMPREZY W TYM ROKU NIE BĘDZIE.

Przynajmniej na dzień dzisiejszy, wszystko na to wskazuje. Okazuje się, że POSiR chce kasy za każdy bieg, w wysokości 3 tys. zł. Bieg jest niekomercyjny, nie przynosi żadnego dochodu, a koszty jego organizacji i przekazywanych nagród dla szkół, i tak wynoszą kilkadziesiąt tysięcy złotych. Trudno zrozumieć decyzje władz miasta, tym bardziej że cykl miał odbywać się pod patronatem jego Prezydenta.  Dlaczego POSiR chce skomercjalizować powietrze nad Maltą. Przecież nie ponosił żadnych kosztów związanych z biegiem. Czy dochodzimy do ostatecznej mety tej imprezy?

 

 

A gdyby tak...

mk130363

W roku ....rzeczywiście zrobić rewolucję w Pucharze Polski Nordic Walking. Wszyscy zawodnicy będą klasyfikowani w jednym zestawieniu w walce o Dużą Kryształową Kulę, niezależnie od tego na jakich dystansach będą startować i w ilu zawodach wezmą udział. Odbędzie się wówczas 17 niezależnych od siebie zawodów, w 17 miejscowościach (w 5 przypadkach byłaby opcja połączenia 2 imprez w jedną i sumaryczna liczba miejscowości byłaby wówczas 12) i na każdych zawodach będzie rozgrywany tylko jeden dystans. Będzie to 8 zawodów na dystansie 5 km, 5 zawodów na dystansie 10 km, 3 półmaratony i 1 maraton. Punkty będą liczone następująco (podaję tylko zwycięzców, dalsze miejsca byłyby liczone analogicznie do obecnie obowiązującego systemu). Zwycięzca 5 km otrzyma 100 pkt, zwycięzca 10 km -150 pkt., zwycięzca półmaratonu 250 pkt. zwycięzca maratonu 500 pkt.. Oczywiście w każdej kategorii wiekowej osobno. Przyznawane byłby trzy Kryształowe Kule (zbieżność nazwiska pomysłodawcy przypadkowa): 2 małe, jedna za dystanse 5 km (jak za sprinty w biegach narciarskich), jedna za wszystko licząc od 10 km wzwyż (czyli jak na dystansach w biegach narciarskich) i jedna duża Kryształowa Kula za całość. Jak zaznaczyłem wcześniej istniałaby możliwość połączenia dystansów 5 km i 10 km w pięciu miejscowościach jako zawody rozgrywane dzień po dniu w tej samej miejscowości (tak jak często jest sprint i dystans w biegach narciarskich). Pomysł byłby praktycznie bez słabych punktów, gdyby nie to, że ci co wygrywają na długich dystansach startowaliby zapewne także na 5 km i pewnie też by wygrywali zgarniając puchary. Znalazłem jeden sposób by poradzić sobie z tym problemem. Osoby, które choćby raz wystartowałyby na dystansie od 10 km wzwyż, nie byłby brane pod uwagę przy nagradzaniu poszczególnych zawodów na 5 km i zdobyte punkty na 5 km nie liczyłyby się im do rywalizacji w generalce o małą KK na 5 km. Te punkty liczyłby się im tylko w rywalizacji o Dużą KK. Pomysł wydaje mi się dość ciekawy także z tego względu, że przynajmniej kilka osób ścigających się w Pucharze Polski na 5 km ma potencjał i kondycję umożliwiającą ściganie się na dystansach dłuższych. Być może ktoś z nich chciałby spróbować powalczyć o Dużą KK i wówczas musiałby wystartować na dystansach, a tym samym zwolniłby miejsce na podium o Małą KK na 5 km dla osoby, której faktycznie dłuższy dystans przejść trudno. 

Pierwszymi zawodami w sezonie byłby tak jak obecnie Maraton, a następnie 10 km i dopiero po nich 5 km. Dalsza kolejność do ustalenia. Jeśli zawodnik wystartowałby po raz pierwszy w cyklu na 5 km, to wówczas na dystansach miałby już dość dużą stratę tak samo jak i w rywalizacji o DKK. Mógłby więc wygrywając zgarnąć nagrodę za 5 km, której już nikt by mu nie odebrał, ale gdyby chciał rywalizować jednak o DKK, to prędzej, czy później musiałby zacząć chodzić te dłuższe dystanse i wówczas już kolejnych nagród za 5 km oraz punktów w generalce na tym dystansie, by nie otrzymywał. Zawodnicy, którzy jako pierwsze zawody wybraliby maraton, 10 km lub w późniejszym terminie półmaraton mogliby oczywiście startować później także na 5 km, ale z wyjaśnionych już względów nie otrzymywaliby nagród na tym dystansie, a zdobyte punkty liczyłby się tylko w rywalizacji o DKK. 

Oczywiście ilość imprez, zasady punktacji poszczególnych dystansów podałem przykładowo. Ale warto zauważyć, że Polska Federacja Nordic Walking zorganizowała w bieżącym roku 6 imprez Pucharu Polski, 10 imprez Pucharów Regionalnych i Mistrzostwa w Maratonie czyli 17 imprez. Wprawdzie później jeszcze były nadplanowe Mistrzostwa/Puchar Europy, ale i tak niewątpliwie strzelona przeze mnie ilość imprez w roku .... jest 17, a więc bardzo zbliżona. Dlaczego rozdrabniać się na kilka różnych mniejszych lub większych Pucharów jak można zrobić jeden wielki, największy w Polsce i pod względem frekwencji i pod względem ilości imprez, powtarzam jeden rzeczywiście największy cykl pucharowy w Polsce. Jeśli połączylibyśmy te 5 dystansów 5 km i 5 dystansów 10 km w imprezy dwudniowe, rozgrywane w jednej miejscowości, to zyskalibyśmy dodatkowych 5 terminów np. na 2 półmaratony 2 dystanse 10 km i 1 dystans 5 km. A integracja na takich dwudniowych impreza  by kwitła i nikt nie mógłby narzekać na długo trwające dekoracje, bo byłyby rozbite na osobne ceremonie dla każdego dystansu.. Dodatkową zaletą tak pomyślanego cyklu byłoby to, że w dużej mierze ograniczylibyśmy małą przepustowość na niektórych trasach, bo zawsze jednocześnie "szedłby" jeden dystans więc zawodnicy z różnych rywalizacji nie "przeszkadzaliby" sobie na trasie tylko wszyscy walczyli ze sobą. Na pętli o długości 5 km praktycznie niemożliwe byłoby dublowanie wolniejszych zawodników (poza maratonem oczywiście), więc nie trzeba by było ich wyprzedzać.  Półmaratony i maraton musiałby mieć pętlę, co najmniej powyżej 4 km, co byłoby w obecnie proponowanych miejscowościach łatwiejsze do zagwarantowania. Naprawdę współczuję wszystkim chodzącym półmaraton ścigania się na pętli 2,5 km, chodziłem tak wielokrotnie 20 km i wiem jak to smakuje. Pętle 2,5 km mogłyby być tylko dla zawodów na dystansach 5 i 10 km. Sztafety mogłyby się odbywać razem z maratonem tak jak dotychczas i byłaby to pewnie rywalizacja także w mniejszym stopniu obłożona ścigaczami długodystansowymi, bo ci chcąc zaistnieć w DKK  lub KK na dystansach, szliby w maratonie. Zaczęlibyśmy od trzęsienia ziemi w postaci maratonu, a później napięcie i emocje by tylko rosły :)    

Praktycznie nie widzę wad takiego systemu. A popatrzcie jaką rangę zyskałyby takie małe miejscowości jak Okonek, Śrem, Czaplinek, gdyby zamiast Pucharu Wielkopolski lub Pomorza organizowały zawody Pucharu Polski?Jednocześnie można, by się spodziewać że zawody w tych miejscowościach, gdzie były Puchary Regionalne, być może cieszyłby się większą frekwencją, bo zawodnik przyjeżdżający na nie kilkaset kilometrów i wygrywający dystans 5 i 10 km zdobywałby całe 250 pkt do generalki o DKK, a nie jedynie 10 pkt. Przy okazji odpadłby dla wielu osób kontrowersyjne liczenie tych małych punktów (Pucharu Regionalnego) do dużego Pucharu (Pucharu Polski). Poza tym imprezy same w sobie byłyby zapewne łatwiejsze do sprawnego przeprowadzenia,  dni startowe dystansu 5 km bardzo krótkie dlatego proponowałbym 10 km rozgrywać w sobotę, a 5 km w niedzielę. Zobaczcie jak krótkie będą zawody tylko na 5 km. Praktycznie z dekoracjami mogą zamknąć się w 2-2,5 h maksymalnie od chwili startu (start o 10.00 o 12.30 jedziemy do domu). A w przypadku imprez dwudniowych, gdy i tak często na imprezę jedziemy sporo kilometrów i trwa ona ze względu na małą przepustowość trasy do późnych godzin popołudniowych i tak musimy nocować i wracamy do domu w niedzielę. Poza tym odpada problem startu na dwóch dystansach, każdy może startować na czterech dystansach, i może na nich wszystkich się sprawdzić bez wzbudzania jakichś sensacji czy kontrowersji w miarę możliwości zdrowotnych i kondycyjnych.. Jednocześnie Mistrzostwa Polski w maratonie i w sztafetach włączylibyśmy do Pucharu Polski i można by do klasyfikacji drużynowej w Pucharze Polski równocześnie włączyć wyniki sztafet np. ustalając odpowiednią klasyfikację i licząc każdej drużynie punkty zdobyte przez najlepszą swoją wystawioną sztafetę w każdej z kategorii. Kategorie nieobstawione oczywiście 0 pkt., tak jak to jest w przypadku, gdy nie obstawimy zawodnikami jakiegoś dystansu. Sztafety byłyby jak konkurs skoków drużynowych w Pucharze Narodów.. Projekt jak widać jest też rozwojowy. i ja już piąty raz dopisuję nowe pomysły i uwagi do pierwowzoru.   

No i chyba wówczas można by uznać, że zwycięzca DKK jest najlepszy i najwszechstronniejszy w Polsce, a nie rozmywać to tylko na poszczególne dystanse. Oczywiście jedne z zawodów łączonych na 5 i 10 km oraz jedne z zawodów w półmaratonie jak i jedyny maraton miałyby jednocześnie rangę Mistrzostw Polski. Oczywiście z uwzględnieniem nie nagradzania tymi tytułami na dystansie 5 km tych, którzy w cyklu ścigają się także na dystansach - oni i tak mieliby do podziału tytuły na 10, 21 i 42 km. To także uwolniłoby może kilka miejsc na pudle dla tych którzy są tuż za czołówką ścigaczy 5 km a dłuższego dystansu przejść nie mogą. Osoby niepełnosprawne miałyby swoją kategorię na tych samych zasadach i komu zdrowie, by pozwalało ścigałby się także na dłuższych dystansach. Wszak każdy ma zezwolenie lekarza albo podpisuje oświadczenie, zresztą są przecież osoby niepełnosprawne, których dystans 5 km nie satysfakcjonuje i startują na dłuższych.  

Powtórzę jeszcze raz żeby było wyraźnie. Wszystkie tytuły i "Kryształy" byłyby przyznawane (i liczone) z podziałem na kategorie wiekowe i z podziałem na płeć. Każdy więc uczestnik w swojej kategorii wiekowej mógłby więc uczestniczyć w rywalizacji albo o MKK na 5km albo o MKK na dystansach oraz każdy jednocześnie w rywalizacji w swojej kategorii wiekowej o DKK. W tej ostatniej rywalizacji większe szanse będą mieli oczywiście ci, którzy rywalizują na dystansach, bo im będą się liczyć także punkty z 5 km na których wystartują, ale w biegach narciarskich jak ktoś tylko startuje w sprintach, to w klasyfikacji o DKK także się nie liczy. Oczywiście będzie potrzebne także ujednolicenie kategorii wiekowych na wszystkich dystansach. Odpada więc kolejny problem spędzający sen z powiek niektórym zawodnikom. Jeśli ujednolicimy je według kategorii na 5 km gdzie są kategorie połówkowe to kategorie połówkowe znajdą się także na dłuższych dystansach.

Zaznaczam, że jest to mój autorski projekt i wszelkie prawa do jego wykorzystania należą do mnie. Oczywiście pierwszeństwo w wykorzystaniu pomysłu ma Puchar Polski, gdyż te zawody i doświadczenia na nich zdobyte zainspirowały mnie do jego stworzenia i opisania.   

PS Jest jeszcze inna opcja rozwiązania największego problemu i zarazem bardziej sprawiedliwa dla wszystkich. Zawodnik zapisujący się po raz pierwszy na zawody, deklarowałby w rywalizacji, o którą MKK weźmie udział, czy na 5 km czy na dystansach. Nie mógłby tego zmienić w trakcie sezonu. I nagradzany na poszczególnych zawodach byłby tylko w zadeklarowanej rywalizacji. Jednocześnie każdy mógłby rywalizować o DKK, W ten sposób osoby startujące przeważnie na 5 km mogłyby czasem a nawet za każdym razem wystartować na dystansach, gdzie nie byłby wprawdzie nagradzane, ale punkty tam zdobyte liczyłyby się do klasyfikacji o DKK. Jednak wówczas należy się spodziewać, że praktycznie nie będzie migracji ścigaczy o dobrej kondycji z 5 km do rywalizacji na dystansach, bo i tak na dystansach dostaną potrzebne punkty, a nagrody zgarną z 5 km. Tu należałoby się zastanowić, czy chcemy bardziej sprawiedliwej rywalizacji o Dużą Kryształową Kulę, czy też chcemy prowokować rywalizacją o nią silnych i mocnych zawodników do wychodzenia z rywalizacji na 5 km i zwalniania miejsc na pudle dla zawodników słabszych, czy mniej zdrowych, bo przecież w każdej kategorii są i jedni i drudzy.

 

 

 

 

 

 

 

Zmiany w 2017 roku

mk130363

W odpowiedzi na zaproszenie do wzięcia udziału w dyskusji na temat przyszłorocznych założeń Pucharu Polski Nordic Walking, nie mogąc uczestniczyć w bezpośredniej dyskusji z zawodnikami, która odbędzie się w Gdańsku, pragnę przedstawić swoje uwagi i argumenty listownie.

Niewątpliwie przez fora internetowe przewaliła się w ostatnim czasie fala krytyki proponowanych zmian. Dyskusja jest bardzo burzliwa, jednak dominujący jest sprzeciw zawodników praktycznie przeciwko wszystkim zmianom. Przytaczane są różne argumenty, jedne bardziej, inne mniej usprawiedliwione, czasem opór jest przeciwko zmianom dla zasady, ponieważ wszystko co nowe i nieznane budzi nasze obawy. Więc często argument brzmi nie bo nie i po co zmieniać to co dobre, i co sprawdziło się przez wiele lat. Należy docenić to, że nasz głos jest dla organizatorów bardzo ważny. Każdy organizator może bowiem przeprowadzić zawody na swoich zasadach, a zawodnicy na ogół mogą co najwyżej zagłosować na wprowadzane zasady, czy ich zmiany swoją obecnością na zawodach, czyli frekwencją. Z tym, że oczywiście należy mieć na uwadze, że dla dużej rzeszy potencjalnych uczestników zawody organizowane przez Polską Federacją Nordic Walking są jedynymi o tak dużej renomie zawodami w Polsce. Wynika to i z historii oraz doświadczenia organizowania tego typu imprez i z wysokiego poziomu przeprowadzenia tych zawodów. Oczywiście jest kilka innych podmiotów organizujących imprezy na podobnym poziomie, jest wiele imprez małych, kameralnych o równie wysokim poziomie zaangażowania organizatorów. Jednak takiej karuzeli zawodów przetaczających się przez całą Polskę nie ma nikt inny. To niewątpliwie przyciąga wielu uczestników. Bardzo trudno to zepsuć. Nie spodziewałbym się więc, że gdyby wprowadzono te zmiany, frekwencja na zawodach istotnie by zmalała. Może cześć zawodników zrezygnowałaby, może część ograniczyła starty, ale to i tak dzieje się co roku. Na to miejsce pojawiają się nowi uczestnicy, wszak dyscyplina rozwija się w zawrotnym tempie. Startujących w zawodach więc zapewne nie zabraknie niezależnie od zasad, które będą obowiązywać. Ale czy aby na pewno będziemy zadowoleni z zasad, które są obecnie proponowane. Po tym przydługim wstępie przechodzę do konkretów według punktów prezentowanych na stronie www.pfnw.eu w artykule z dnia 20.11.2016 .

Według punktu 4 proponuje się połączenie kategorii wiekowych 18-29 i 30-39 w jedną kategorię senior 18-39. Dotychczasowa polityka związana z kategoriami wiekowymi działała w kierunku ich powiększania. Analizowano, gdzie uczestników jest najwięcej i tam tworzono kategorie połówkowe co 5 lat. Wydawało się to zrozumiałe mając na względzie to, że w jednych kategoriach o 3 premiowane najbardziej miejsca walczyło 50 uczestników, a w innych mniej niż 10 osób, a nawet czasem zdarzało się ze trudno było obsadzić w pełni pudło. Deficyt zawodników dotyczył głównie właśnie tych młodszych kategorii wiekowych. Sam wielokrotnie żartowałem, że ponieważ czuję się młody duchem powinienem startować w kategorii 18-29. Wówczas w wielu zawodach pudło miałbym zagwarantowane. Propozycja wydaje się więc być jak najbardziej prawidłowo umotywowana. Jednak, czy to przyciągnie do tej dyscypliny tych młodych w sile wieku mężczyzn? O kobietach tu nie wspominam, bo one raczej bezwarunkowo pokochały Nordic Walking niezależnie od wieku. Nie wydaje mi się by to był krok mający na celu upowszechnienie tej dyscypliny w młodszych rocznikach. Starsi szybciej doceniają jej zalety, młodszych wciąż przyciąga bieganie z wielotysięcznymi maratonami, Trudno jeszcze przyciągnąć tych młodych do nordic walking choć niewątpliwie widać i tu postęp. Nie działajmy w celu zniechęcania tych roczników przez łączenie kategorii, w której różnica wieku wyniesie aż 21 lat. Jeśli tak trudno nam osoby w tym przedziale wieku przyciągnąć to nie "wyganiajmy" ich.

Punkt 5 wzbudza chyba największe kontrowersje. Chodzi o dekoracje indywidualne po każdych zawodach. Proponuje się nagradzanie w kategorii open po 8 najszybszych zawodniczek i zawodników na każdym z dystansów z uwzględnieniem bonifikat  za wiek z danej kategorii wiekowej. Rezygnuje się tym samym z nagradzania w kategoriach wiekowych. Ma to skrócić czas przeprowadzania dekoracji, w domyśle czytam: czas całej imprezy. Owszem, przy tak wielu kategoriach ta ceremonia trochę trwa. Jednak czy naprawdę jest to takie utrapienie dla nas, zawodników, spośród których wielu właśnie czeka na ten moment stanięcia na podium? Tego nie da się porównać w żaden sposób. Oczywiście powie ktoś, że nie dla nagradzania pudłem startujemy. To w takim razie po co w ogóle honorować jakiekolwiek miejsca, pierwsze, trzecie czy ósme. Istotą rywalizacji jest chęć wygrywania czy osiągania miejsc w czołówce. Nie umniejszam idei startu dla samego udziału i widzę w tym duży sens, ale istotą zawodów jest nagradzanie najlepszych. Skrócenie ceremonii da nam kilkanaście minut czasu, może pół godziny, w zamian uzyskamy kilkadziesiąt osób, które nie będą mogły cieszyć się z osiągniętego wyniku w swojej kategorii wiekowej stojąc na podium i otrzymując pamiątkowe puchary. Według proponowanych zmian w kategoriach wiekowych docenieni zostaną uczestnicy tylko podczas podsumowania całego cyklu, a więc w klasyfikacji generalnej. By w takim podsumowaniu załapać się na czołowe miejsca trzeba jednak uczestniczyć praktycznie we wszystkich zawodach danego cyklu. Każda absencja ogranicza szanse zawodnika bo inni uciekając zdobywając punkty. Są osoby, które prezentują wysoki poziom wytrenowania i doskonałą kondycję, jednak obowiązki rodzinne czy zawodowe nie pozwalają im uczestniczyć we wszystkich zawodach. Jednocześnie jednak może być im trudno rywalizować w kategorii open, gdzie czołówka często ma wyśrubowane wyniki czasowe graniczące wprost z bieganiem. Im może być trudno załapać się do pierwszej ósemki open o pudle nie wspominając, podczas gdy w kategorii wiekowej na pojedynczej imprezie takie wyniki osiągali. Czy pozbawienie takiej szansy nie będzie jednak podcinaniem im skrzydeł? Sam system bonifikat za wiek wg przedstawionego planu nie jest zły i na pewno prawidłowo umotywowany. Niewątpliwie pod względem wydolnościowym osoby z kategorii pozbawionych bonifikat mają większe możliwości. To, że w wielu przypadkach zawody wygrywają zawodnicy 40+ czy 50+ nie wynika z tego, że taki wiek jakoś specjalnie pomaga w osiąganiu znakomitych wyników w tej dyscyplinie, tylko z tego że zawodników w tych kategoriach wiekowych jest najwięcej, a łatwiej znaleźć tych znakomicie wytrenowanych w dużej grupie niż w małej. Nie uważam, by ten system trzeba było od razu wyrzucać do kosza. Doceniam pracę włożoną w jego opracowanie. Jednak nieodparcie kojarzy mi się z systemem punktacji za wiatr w skokach narciarskich, gdzie wielu skacze w ten sam dołek, a o zwycięstwie decydują punkty przyznane za wiatr. Czy u nas zawodnicy wchodzący na metę z różnych kategorii, walczący nieraz  ramię w ramię, mają kalkulować, że i tak wygrają, bo dostaną bonifikatę za wiek? Przyznam, że wielokrotnie zdarzało mi się wygrywać z zawodnikami młodszymi w bezpośredniej walce. Czy miałbym podobną satysfakcję, gdybym przyszedł na metę za nimi, ale wygrałbym dzięki bonifikacie? Jeśli Organizator chce w jakiś sposób uhonorować osiągnięcia zawodników w kategorii open z uwzględnieniem wieku proponuję utworzenie dodatkowej klasyfikacji na „Najskuteczniejszego nordic walkera” W takiej klasyfikacji wyłaniano by po każdych zawodach 10 najlepszych na każdym dystansie (kobiet i mężczyzn) i przyznawano by im punkty od 10 do 1. Klasyfikacja liczona by była tylko w generalce całego cyklu tzn. nie nagradzano by tej dziesiątki na poszczególnych zawodach tylko w podsumowaniu całego cyklu nagrodzono by 8 osób, które zdobyły w takiej klasyfikacji najwięcej punktów na każdym z dystansów. Nagrody niekoniecznie musiałby być od razu pucharami, bo tych spodziewam się, że osoby te zapewne zdobyłyby bez liku w swoich kategoriach wiekowych. Tytuły by były więc bardziej honorowe i moim zdaniem wystarczyłyby tu dyplomy wysłane do laureatów po zakończeniu cyklu.

Punkt 7 proponowanych zmian zakłada likwidację kategorii osób niepełnosprawnych na dystansie 5 km. Rozumiem kontrowersje związane z tą kategorią. Nie wszyscy zawodnicy niepełnosprawni mają w jakiś sposób znacząco ograniczone możliwości osiągania doskonałych wyników w naszej dyscyplinie. Jest wiele osób pełnosprawnych, które mogą im pozazdrościć osiąganych czasów. Ale przede wszystkim w samej kategorii osób niepełnosprawnych jest bardzo zróżnicowany ten poziom niepełnosprawności. I to pewnie wzbudza największe kontrowersje. Nie jest jednak możliwe wprowadzenie kilku czy kilkunastu kategorii niepełnosprawności podobnie jak na paraolimpiadzie. Może kiedyś ktoś zorganizuje zawody osób niepełnosprawnych, w których weźmie udział kilkaset osób i wówczas to będzie bardzo pożądane. Na tym etapie rozwoju sportowego sposobu uprawiania nordic walking nie jest to możliwe. Ale nie wylewajmy dziecka z kąpielą. Oprócz kilku ścigaczy jest grono osób, dla których rywalizacja o 4 czy 5 miejsce w tej kategorii może być bardziej istotna niż rywalizacja o miejsce 20 w gronie osób pełnosprawnych. Nie pozbawiajmy ich satysfakcji z dobrej lokaty czy nawet osiągnięcia miejsca na pudle.

Punkt 9 programu zakłada możliwość startu na dwóch dystansach podczas jednych zawodów. Jestem zdecydowanym przeciwnikiem takiego rozwiązania i to bez względu na to czy program zawodów to umożliwi, czy nie. Dotyczy to zapewne głównie startu na 5 i 10 km, ponieważ w przypadku łączenia któregokolwiek dystansu z półmaratonem ramy czasowe zapewne na to by nie pozwoliły. Jest na pewno część zawodników, którzy mają odpowiednią kondycję, by wystartować jednego dnia na obu dystansach. I wystartować domyślam się, że z sukcesem na podium. Ale skoro tak, to dlaczego nie wystartują w półmaratonie? Dlatego, że tam mogą zdobyć jedną nagrodę zamiast dwóch? A mówi się podobno, że nie startujemy dla nagród. Zabierając nagrody na dwóch dystansach pozbawiają w ten sposób nagród innych zawodników, których spychają z podium na dalsze miejsca. W zawodach biegowych często funkcjonuje zapis o nie dublowaniu nagród. Tzn. osoby nagrodzone w klasyfikacji open nie są nagradzane w kategoriach wiekowych. Zapewne po to by jak największej liczbie zawodników sprawić radość z nagrody czy pucharu. Umożliwiając taki podwójny start umożliwiamy tworzenie elity pucharowej rekwirującej po kilka nagród, jednocześnie pozbawiając innych możliwości cieszenia się w podobny sposób. Poza tym umożliwianie podwójnego startu wydłuża w znaczący sposób czas trwania imprezy. W przypadku startu na jednym tylko dystansie minimalny czas potrzebny do rozegrania dwóch konkurencji 5 i 10 km mieści się w 2 godzinach. W przypadku umożliwienia startu na dwóch dystansach trzeba by na to przeznaczyć co najmniej 3 godziny, przy założeniu, że osoba chodząca z prędkością 5 km/h wystartuje do drugiego dystansu z marszu, a przecież jeśliby by miałaby być możliwość startu na dwóch dystansach to musiałaby być zagwarantowana dla wszystkich także tych najwolniejszych. I nie jest tu tłumaczeniem, że program zawodów można tak ustawić, by była długa przerwa między tymi dwoma dystansami. W ubiegłej edycji zdarzyło się ze trzeba było tak zrobić z uwagi na przepustowość trasy i olbrzymiej liczby zgłoszonych uczestników. Powodowało to jednak zmianę harmonogramu zawodów i wydłużenie ich trwania. W przypadku, gdy zawodnicy jadą po kilkaset kilometrów ma to określone skutki i może powodować dodatkowe koszty, czy wydłużenie w sposób znaczący podróży powrotnej z powodu np. braku połączeń kolejowych. Tak się stało w poprzedniej edycji i była to konieczność ze względu na bezpieczeństwo przeprowadzenia zawodów, ale powinniśmy unikać takich sytuacji, gdy zawodnik opłacony i mający zaplanowany dojazd zostaje postawiony przed faktem dokonanym, a jego często misternie opracowany plan  legnie w gruzach. Harmonogram zawodów powinny zmieniać co najwyżej czynniki nieprzewidywalne typu załamanie pogody, zalanie trasy itp. Tutaj kłania się także pewien wymóg, który Polska Federacja powinna egzekwować od miejscowego organizatora tzn. przygotowania trasy o pętli o długości 5 km i/lub odpowiedniej szerokości. Jeśli odpowiednia długość trasy nie jest możliwa do osiągnięcia, a niewielka szerokość pogłębia problem małej przepustowości to moim zdaniem należy zadać sobie pytanie czy taka miejscowość powinna aspirować do organizacji tak dużej imprezy tej rangi. Trasa jednego z renomowanych biegów 10 km  w Poznaniu rozgrywanego na dwóch okrążeniach wokół jeziora Maltańskiego z powodu zwiększenia ilości startujących i zmniejszenia tym samym przepustowości została wyprowadzona do centrum miasta na jedną pętlę o długości 10 km. Jeśli chcemy mieć duże imprezy na wysokim poziomie organizacji to muszą się one odbywać na odpowiednich trasach. Nie może być ranga zawodów najwyższa w Polsce na trasie prowincjonalnej. Jeśli nie można tego zrobić w najbliższej edycji to jednak jak najszybciej należy to zmienić, a nie mamić zawodników wizją możliwością zdobycia dwóch nagród w zawodach.

Punkt 10 zakłada podwyżkę opłat zarówno w Pucharze Polski jak i w Pucharach Regionalnych. Przy czym w tych ostatnich podwyżka ma wynieść 100% bowiem opłata zostanie zwiększona z 20 zł na 40 zł. Jest niestety taka tendencja w biegach do corocznego podnoszenia opłat. I dotyka to również nas w nordic walking. My zawodnicy nie mamy na to zupełnie wpływu i nie spowoduje to bojkotu zawodów. Ale czy musimy iść tą drogą, czy koszty organizacji wzrosły w ciągu roku 33% w przypadku Pucharu Polski i 100% w przypadku Pucharów Regionalnych? Co jest największym problemem dla organizatora w opłatach startowych? Wydaje mi się, oczywiście poza przypadkiem, gdy opłaty są tak małe, że nie opłaca się organizować w ogóle zawodów, że największym problemem może być zapisywanie się i opłacanie na ostatnią chwilę. Bo wówczas do końca nie wiadomo ile medali przygotować, ile pakietów startowych, jak będzie z tą wspomnianą przepustowością trasy? Zróbcie w dniu zawodów opłatę nawet 150 zł, a na dwa dni przed nawet 100 zł wówczas sprawy, o których wspomniałem będą wiadome i przewidywalne zapewne wcześniej. Proszę utrzymajcie opłaty podstawowe tzn. na 10 dni przed zawodami na poprzednim poziomie tzn. 30 zł Puchar Polski i 20 zł Puchar Regionalny, a jeśli już musicie cokowiek podwyższać w tych opłatach to poprzestańcie na wyrównaniu opłaty Pucharu Regionalnego do opłaty PP czyli 30 zł. Karnety myślę, że załatwią sprawę dla garstki zawodników, którzy jednak poniosą duże koszty dojazdów na wszystkie imprezy, a że sezon trwa dość długo i trudno przewidzieć kontuzje, choroby, obowiązki rodzinne i czasem zawodowe, to faktycznie ta garstka rzeczywiście korzystających może okazać się niewielka. W kwestii opłat jeszcze jedna uwaga. Termin poszczególnych poziomów opłat musi być dokładnie podany co do daty i godziny. Nie ogólnie 10 dni przed zawodami, tylko musi być podana konkretna data. W bieżącym sezonie system poboru opłat wielokrotnie oszukiwał naliczając podwyższoną opłatę mimo obowiązywania jeszcze tej podstawowej. Sam w ten sposób zostałem również poszkodowany.

Co do pakietu PREMIUM to uwaga byłaby taka, że jednak powinna być możliwość zamówienia koszulki czy innego akcesorium w jakimś ściśle określonym terminie przed zawodami. Np. może to być osobno zorganizowany sklep internetowy, w którym zamawiamy i opłacamy produkt np. co najmniej 3 tyg. przed zawodami i podajemy konkretne zawody, na których produkty chcemy odebrać. Jeśli takiej możliwości nie będzie, to ktoś chcący kupić jakąś koszulkę, której akurat zabraknie na danej imprezie będzie „zmuszony” pojechać może kilkaset kilometrów na inną imprezę nie wiedząc do końca czy ją tam zdoła kupić



                                                                                                    Z wyrazami szacunku i pozdrowieniami

                                                                                dla całej ekipy PFNW organizującej cykle zawodów nordic walking

                                                                                                                         Maciej Kulka



PS Podtrzymuję propozycję zaprezentowaną na FB dołączenia kategorii młodzieżowej do Mistrzostw Polski Sztafet

 

XIII Bieg i Nordic Walking z Okazji Święta Niepodległości - zapowiedź

mk130363

Bieg w Baranowie wiemy, że jest rozgrywany po raz 13. Który raz pójdziemy tam z kijami nie umiem powiedzieć na pewno, ale najstarsze zapiski mi wiadome, datują się na rok 2012. Wskazywało by to, że dla nas będzie to 5 marsz, ale całą prawdę zna tylko organizatorka tego wydarzenia Pani Katarzyna Polańska-Bebejewska. W roku 2012 nie uczestniczyłem w tym wydarzeniu. Dowiedziałem się o nim od prawdziwego poławiacza małych, lokalnych, często kameralnych zawodów NW, Staszka Przybylaka. Jako długoletni biegacz zna bowiem imprezy, o których najstarszym NWalkerom się nie śniło. Często bowiem marsze powstają jako imprezy towarzyszące biegom, które Staszek zna od podszewki. Tu akurat nic nie wiem, by Staszek kiedykolwiek startował w biegu w Baranowie, ale dla mnie on odkrył tę imprezę jak nordicową. Początki nie były łatwe, jak wynika z tego co mi kiedyś zrelacjonował Staszek. Zamiast zapowiadanych 4 czy 5 km pokonali wówczas 7 km. Prawdopodobnie nikt uczestników nie zawrócił w odpowiednim miejscu i ci poszli trasą długiego biegu (nie wiem czy wówczas rozgrywany był też bieg krótki). Poza tym wszystko było fajne. Nie wiem jaki był wówczas limit startujących uczestników, ale być może był on taki jak obecnie czyli 300 osób. Za to z dużym prawdopodobieństwem podam prawidłową liczbę startujących w marszu nordic walking. Według zapisków Staszka w roku 2012 było ich 41.

Rok później stanąłem już na starcie tej imprezy. Swoje wrażenia opisałem w tym miejscu :

X Bieg i Nordic Walking z okazji Święta Niepodległości

Wówczas z limitu 300 miejsc startujących w dwu biegach i marszu NW, idący z kijami uszczknęli 49 miejsc. Postęp można by uznać za nikły i przypadkowy.

aktywny_11_listopada_1_

Prawdziwy przełom nastąpił w roku 2014. Wtedy na starcie i mecie zdołaliśmy zgromadzić się w liczbie aż 81 osób. Relację z tego wydarzenia przedstawiłem tutaj: XI Bieg i Nordic Walking z okazji Święta Niepodległości 

 

Rok 2015 to jednak pewien spadek startujących w porównaniu do roku poprzedniego, ale powiedzmy, że nie cofnęliśmy się do poziomu z pierwszych dwóch lat. Do mety doszło nas 63, a opisać tego oczywiście nie omieszkałem:

XII BIEG I NORDIC WALKING z okazji Święta Niepodległości

2571

Ilu nas dojdzie w tym roku do mety? Trudno oczywiście przewidzieć czy wszyscy zapisani wystartują. W każdym razie naliczyłem, że zapisanych jest nas 103. Zapowiada się, że pobijemy rekord z roku 2014. Liczba 100 byłaby chyba dla nas magiczna, bo osiągnęlibyśmy wówczas zapewne więcej niż 1/3 ogólnej liczby uczestników. Czy się uda? Zobaczymy...nie zapeszajmy, w ubiegłym roku zapisanych nas było 95.

Niestety jeśli ktoś chciałby jeszcze zapisać się na ten bieg lub marsz nordic walking, to limit dostępnych miejsc został w tym roku wyczerpany. Jeśli ktoś z zapisanych zrezygnuje i poinformuje o tym organizatora, wówczas zwolni się miejsce dla kogoś, kto nie zdążył z zapisami. Polecam także zapamiętać tę imprezę i nie przegapić okazji w przyszłym roku.

A My spotykamy się 11 listopada przed godziną 13.00, a o 14.00 ruszamy.

Enduhub

mk130363

Niedawno na mojej bocznej szpalcie bloga pojawiła się zakładka Moje wyniki. Dotąd rezultaty jakie osiągałem w zawodach widoczne były tylko w zakładce MaratonyPolskie.PL. Postanowiłem jednak udostępnić także wyniki zapisane w portalu enduhub.com .

Kopia_enduhub

Zdecydowałem się na to z powodu pewnych różnic w prezentowaniu wyników i chęci popularyzacji portalu enduhub jako właśnie inaczej je pokazującego. W Maratonach samemu wpisuje się wszystkie dane, a więc czas, dystans, miejsce open, m-c w kategorii wiekowej, czy w kategorii wg płci. Możemy też zaznaczyć ilu zawodników startowało w naszej konkurencji. Warunek jest jeden, marsz NW lub bieg musi być zarejestrowany w kalendarzu zawodów. Wpisać do kalendarza można zawody w każdej chwili, miesiąc przed albo np. 5 lat wstecz. Oczywiście administrator portalu zawsze weryfikuje, czy takie zawody się odbyły lub odbędą na podstawie podanych w zgłoszeniu linków. Niewątpliwą zaletą zapisywania tu w taki sposób wyników jest to, że jeśli organizator zawodów niezbyt dokładnie określi dystans zawodów sami możemy to w swoim wyniku skorygować podając rzeczywiście pokonany. Bywa przecież nieraz, że organizator poda dystans 10 km, a w rzeczywistości było do pokonania np. 10,5 km lub np. 9,7 km. Tu możemy właśnie sami to wpisać w swoim wyniku, tym samym dokładniej określając tempo z jakim przeszliśmy dane zawody. Oczywiście możemy także zaznaczać tu swoje rekordy życiowe na różnych dystansach. Kiedyś zaletą tego portalu było także to, że można było tu rejestrować także rajdy i biegi towarzyskie. Wówczas oczywiście rejestrowało się tylko czas przejścia danego dystansu bez podawania miejsc, bo klasyfikacji nie było. Obecnie jest to bardzo dowolnie interpretowanie przez administratorów i niektóre rajdy, czy biegi towarzyskie da się zarejestrować, inne nie. Można powiedzieć, że jedni są lepsi ale inni jeszcze lepsi. Na Maratonach jestem zarejestrowany od sierpnia 2010, a więc dość szybko tam trafiłem, biorąc pod uwagę moją karierę zawodniczą. Nie musiałem aż tak bardzo cofać się wstecz, by zapisać wyniki osiągnięte we wcześniej rozegranych zawodach. Dla mnie jest to swego rodzaju dokumentacja i pamiątka wszystkich moich startów. Zawsze mogę też porównać wyniki osiągane na tych samych trasach w poszczególnych latach. Jednak tutaj nigdy nie mogę odnieść bezpośrednio swoich wyników do wyników moich rywali. Ta baza nie podaje kto startował w tych samych zawodach i jaki osiągnął wynik. Można to tylko sprawdzić jeśli taka osoba jest  również zarejestrowana w portalu i zamieściła swój wynik. Ale poszukiwania mogą być bardzo pracochłonne lub w przeważającej większości bezowocne, gdyż większość osób rejestruje się i występuje pod tzw. Nickiem, no i nawet jak coś znajdziemy to znów będzie to pojedynczy wynik jakiegoś jednego naszego rywala.     

I tu z pomocą przychodzi enduhub. Ten portal nieco inaczej gromadzi nasze wyniki. Tu po rozegraniu zawodów i ogłoszeniu wyników na stronie internetowej, zgłaszamy te zawody podając link do tych wyników i to jest weryfikacja że zawody się odbyły. Następnie administratorzy (kiedyś) wklepywali ręcznie te wyniki do swojej bazy w ciągu jednego lub dwu dni. Z tym, że wklepywali całą listę wszystkich zawodników biorących udział w danych zawodach na danym dystansie. Jeśli tak jak u nas bywa to często w zawodach są różne rozgrywane dystanse, to każdy dystans trzeba zgłosić osobno. Ostatnio zauważyłem, że administratorzy znacznie przyspieszyli swoją pracę. Obecnie po zgłoszeniu, wyniki niemal natychmiast pojawiają się w bazie. Musi więc to być teraz robione automatycznie. Na portalu enduhub trzeba się oczywiście także zarejestrować. Kiedy ja się zarejestrowałem nie pamiętam, ale niemal od początku istnienia tego portalu. Po zalogowaniu możemy obejrzeć swoje wyniki zawodów ustawione chronologicznie od najświeższych. Możemy także kliknąć w nazwę zawodów i wówczas obejrzymy właśnie pełną klasyfikację danych zawodów, i będziemy mogli porównać jak poszli czy pobiegli w nich nasi rywale. Mamy więc pamiątkę nie tylko swojego wyniku ale też możemy odświeżyć pamięć, kto z nami kiedyś wygrał, a z kim my teraz wygraliśmy. Ale to nie koniec zalet. Otóż nie zawsze musimy zgłaszać wyniki zawodów by swój wynik mieć w tej bazie. Wystarczy, że ktoś inny zarejestrowany na portalu zgłosi wyniki zawodów, w których braliśmy udział, a będziemy mogli w łatwy sposób je sobie dopisać. Wystarczy kliknąć w zakładkę profilową "znajdź brakujące" a system sam wyszuka wszystkie nasze niezapisane wyniki zawodów. Należy je tylko oznaczyć i zapisać. Tu również możemy zapisać swoje rekordy życiowe na poszczególnych dystansach, choć system chyba nawet sam to robi w przypadku biegów na atestowanych przez PZLA trasach. Jest wiele ciekawostek, o których można by tu pisać, jednak pozostawię to odkryciom nowych użytkowników portalu enduhub. Z takich moich ostatnich odkryć warto zauważyć, że w przypadku zawodów, w których liczy się czas netto, a nie brutto (ale brutto też jest podawany) lepiej podać link do wyników uproszczonych czyli bez tego czasu brutto. Bowiem portal niejako automatycznie wyróżnia na czerwono czas brutto mimo, że zawodnicy i tak są klasyfikowani wg. czasu netto. W przypadku gdy czasu brutto nie ma podanego jedynym i wyróżnionym na czerwono jest wynik właściwy czyli netto. Tu podpowiem uczestnikom zawodów PFNW, że najlepiej jako link wyników podać ze strony Herkulesa czy raczej ze strony www.wyniki.b4sport.pl - "Wyniki uproszczone" . Ten link pomija czas startu i czas brutto i nie wprowadza chaosu w wynikach. Niestety w wynikach, które już istnieją w bazie danych nie da się tego poprawić. No i jeszcze jedna uwaga. Jeśli uda nam się wystartować w biegu idąc z kijami, a organizator nie przewidział osobnej klasyfikacji dla maszerujących NW, nasz wynik będzie widniał jako uzyskany w biegu. W przypadku portalu MaratonyPolskie.PL możemy zmienić sobie dyscyplinę i zaznaczyć ten start jako NW. Jedyną wadą jest w enduhub to, że jeśli nie było klasyfikacji zawodów z podaniem czasów poszczególnych uczestników to takich zawodów nie dopiszemy do bazy wyników. Stąd np, wielu moich biegów lub marszów NW w zawodach "Biegaj z Opel Szpot" nie mogę tu zamieścić, a w Maratonach mogę. 

No i na koniec taka ciekawostka dla członków klubu, w którego barwach startuję czyli Face Nordic Walking Team. Gdyby się znalazło choć kilku członków naszej drużyny, którzy zarejestrowaliby się w enduhub, moglibyśmy założyć w tym portalu także swój zespół. A gdyby wszyscy się zarejestrowali...

zaBIEGaj o FUNdusze

mk130363

Kontynuując niejako wpis o Biegu z Opel Szpot przedstawię jaka to impreza spowodowała, że zmieniłem sobotnie plany startu i w tym zamykającym tegoroczny cykl biegów nad Maltą nie wystartowałem .

Kopia_00__432

O tym konkurencyjnym biegu dowiedziałem się dwa dni przed startem od Staszka Przybylaka. Dość późno został dodany do kalendarza MaratonyPolskie.PL, a ja w biegi ostatnio rzadziej zaglądam. No, ale Staszek zagląda i powiedział mi, że bieg jest bezpłatny, a ma interesujący pakiet startowy. Niestety gdy wszedłem na stronę www biegu okazało się, że rejestracja została zakończona. Z regulaminu dowiedziałem się, że rejestracja w zasadzie trwała do 10 września. Prawdopodobnie jednak dlatego, że ilość zapisanych osób była daleka od limitu 1000 biegaczy przedłużono te zapisy. Jeszcze w środę przyjmowano zapisy elektroniczne na tzw. listę rezerwową. Ale w czwartek już było pozamiatane, tak mi się w każdym razie wydawało, choć lista osób zapisanych przedstawiała tylko 786 nazwisk. Pogodziłem się z tym, bo i tak w sobotę miałem pokonać trasę wokół Malty, więc pod tym względem było to dokładnie to samo. No ale w piątek po południu odnalazłem na facebooku stronę wydarzenia zaBIEGaj o FUNdusze i tam wyczytałem, że można jeszcze się zapisać wysyłając maila lub zrobić to w biurze zawodów w piątek lub w sobotę.

 

Było już po 16 a biuro miało być czynne od 17. Postanowiłem kuć żelazo póki gorące i zamiast pisać maila, i czekać na potwierdzenie, wsiadłem na rower i pojechałem. Wszak miałem tam niespełna 4 kilometry, więc w kilkanaście minut byłem na miejscu. Mimo że było jeszcze kilkanaście minut do otwarcia biura, to już było czynne. Wszedłem i zapytałem czy można się zapisać. "Tak, oczywiście" odpowiedziała uśmiechnięta wolontariuszka. Wypełniłem kartę zgłoszenia okazałem DO i odebrałem pakiet startowy z numerem 840. Wynikało z tego, że osób zapisanych elektronicznie i tych którzy przyszli do biura, tak jak ja, było do tego momentu właśnie 840, choć nie wiadomo ile osób pisało maile. W każdym razie mam wrażenie, że zapisy w biurze trwały do końca tzn do rozpoczęcia biegu... a może nawet jeszcze po rozpoczęciu. W każdym razie dwóch zawodników w kategorii M20, których zupełnie nie kojarzę ze startu (że niby szli za mną) na dystansie 5,4 km osiągnęło czasy w granicach 1:13 i 1:23, a więc znacznie odbiegające od standardów biegowych. Musieli więc iść spacerkiem za mną i wystartować też chyba jednak jakiś czas po wszystkich, bowiem czasy podawane były netto. Podsumowując więc zapisy trzeba uczciwie przyznać, że organizator był bardzo otwarty na uczestników. W zasadzie w biegach płatnych jest to niespotykane. Miną terminy, nie ma możliwości startu. Czy wszyscy uczestnicy, a raczej "uczestnicy" byli równie otwarci na to, co zaproponował organizator, to inna sprawa, o której może wspomnę na końcu.  

 IMG_58771024x683

 

Tu  napomknę, że chciałem w tym biegu wystartować maszerując z kijami z zupełną premedytacją. Regulamin nic nie wspominał na ten temat i nie sądziłem, by organizator ściągał mnie z trasy z tego powodu, a gdyby nawet to trudno, przecież bym nie miał pretensji. Fakt jest jednak taki, że jak zwykle w podobnych sytuacjach postanowiłem ustawić się na końcu stawki biegaczy, tak by nikomu nie przeszkadzać kijami na starcie. A na trasie to nawet nikt nie mógł mieć pretensji, bo przecież trasa otwarta jest dla wszystkich, także dla tych nie uczestniczących w biegu, więc można na niej było spotkać i rowerzystów, i rolkarzy i spacerowiczów jadących także pod prąd, z którymi każdy ze startujących musiał sobie jakoś radzić. No ale wracając do zapisów. W pakiecie startowym była koszulka techniczna w kolorze białym z napisem promującym bieg, oraz mała ściereczka łatwo pochłaniająca wilgoć w różnych kolorach. Ja otrzymałem akurat zieloną. W pakiecie finishera na mecie biegu miały być dwie butelki wody, wafelek i medal. Bieg był rozgrywany na dwóch dystansach: jednego bądź dwóch okrążeń wokół Jeziora Maltańskiego, a więc 5,4 km lub 10,8 km. Z biegiem połączona była akcja promowania Funduszy Europejskich pokazująca możliwości uzyskania dofinansowania oraz wszystkich procedur z tym związanych. Na wielu stoiskach w miasteczku zawodów informacji udzielali konsultanci Urzędu Marszałkowskiego oraz beneficjenci Funduszy Europejskich, którzy opowiadali o swoich projektach i przedstawiali ich efekty. Można też było wziąć udział w konkursach wiedzy o funduszach. Znalazło się także coś dla dzieci i młodzieży – gry, zabawy i konkursy z nagrodami. Cała impreza trwała od godz. 8.00 do 17.00, a start biegu o godz. 13.00.

 

Po skończeniu fotografowania uczestników Szpota miałem ponad godzinę do startu zaBIEGaj o FUNdusze więc wypoczywałem na ławeczkach w pobliżu tablicy świetlnej toru regatowego. Obserwowałem też uczestników wspomnianej uprzednio imprezy organizowanej przez jeden z banków. Wśród spacerujących dostrzegłem Majkę i Waldka Kretkowskich. Majka przyjechała pobiec, a Waldek pokibicować i zasięgnąć informacji o Funduszach. Przed startem przeprowadzono wspólną rozgrzewkę dla uczestników biegu.

IMG_59481024x683

Ta trwała jednak odrobinę zbyt długo, co w konsekwencji spowodowało pewien poślizg czasowy na starcie. Prowadzący imprezę miał bowiem do przekazania kilka ważnych informacji dla uczestników i to spowodowało opóźnienie startu o kilka minut.

Start obu dystansów był rozdzielony czasowo. Przerwa trwała mniej więcej 7 minut, tak aby rozdzielić rywalizujących i aby ci walczący o nagrody wiedzieli z kim walczą. Pierwsze trójki open i w kategoriach wiekowych nagradzane były upominkami o wartości kilkuset złotych.

IMG_59971024x683

Najpierw wyruszyli na trasę, ci którzy wybrali dłuższy dystans, a następnie, ci którzy wybrali jedno kółko wokół Malty. Ja startując z ostatnich pozycji od początku zmykałem stawkę krótszego dystansu. Przede mną wystartowała para osób również maszerujących, pani szła z kijkami trekingowymi, a pan jej towarzyszył bez kijów. Już na początku miałem do nich stratę kilkuset metrów wystartowali bliżej linii i zapewne pierwsze metry truchtali ze wszystkimi, ale zupełnie mnie to nie ruszało. Dla mnie celem było po prostu przejść wokół Malty swoim możliwym w tym dniu tempem

 

 

 Tak więc nie maszerowałem zwyczajowym tempem jakie osiągam podczas zawodów, zresztą nawet nie mogłem iść tak szybko. Tempo oscylowało nieco poniżej 10min/km. Wspomnianą maszerującą parę dogoniłem przed 2 kilometrem i potem stopniowo bardzo powoli powiększałem nad nią przewagę. Spoglądałem na stoper kontrolując międzyczasy ale w obliczu rekreacji nie były dla mnie aż tak ważne bym starał się je zapamiętać.

Kopia_zabiegaj1

Endomondo też nie odzwierciedla w pełni tempa bowiem raz, że było włączone kilka minut przed startem, a wyłączone kilka minut po osiągnięciu mety, dwa że przed linią startu i po zakończeniu też zarejestrowało pewien dystans, i trzy że w trakcie marszu także dodało pewnie kilkaset metrów dystansu .Ostatecznie na mecie uzyskałem czas 53:20 co jest pewnie najwolniejszym moim marszem z kijami na tej trasie. Średnie tempo wyszło 9:53/km. W dość niespotykany sposób wręczono nam medale. Otóż nie wieszano ich na szyi na mecie, ale wręczano nieopodal w pakiecie finishera, w plastikowym woreczku wraz z butelkami wody i wafelkiem. Byłem nieco zdezorientowany na mecie poszukując medalu i na szczęście Majka, która przybiegła znacznie szybciej w porę mnie uspokoiła, że wszystko (także medal) czeka na mnie. Przy moim wysiłku nie potrzebowałem się zbytnio nawadniać, więc wypiłem resztę wody z butelki, którą miałem przy rowerze, natomiast wafelka chętnie zjadłem od razu, gdyż przecież znacznie ponad 3 godziny przebywałem już na Malcie, bez żadnego paliwa. Staszka niestety już nie było na mecie, spieszył się do domu nie sprawdzając listy wyników. Nie liczył zresztą na wiele, bo najwyższą kategorią wiekową była 60+, a on od tego sezonu może startować już w kategorii wyższej 70+. No i tu się lekko zdziwił po obejrzeniu w domu wyników. Okazało się, że kategoria 60+ wcale nie była aż tak mocno obsadzona jak się spodziewał i załapał się na trzecie miejsce wśród dużo młodszych od siebie. Ja tymczasem ponownie porozmawiałem z Majką i Waldkiem, co upamiętniłem wspólnym zdjęciem.

Kopia_00__434

Przed powrotem do domu postanowiłem jeszcze zerknąć na wywieszoną listę wyników. Tu spotkała mnie przykra niespodzianka, ponieważ nie było mnie na niej. Były jednak na liście osoby, które ukończyły bieg za mną, stąd wiedziałem, że nie wynika to z tego że wywieszono listę niekompletną, nie zawierającą osób zamykających bieg. Podjechałem do namiotu firmy mierzącej czas z reklamacją. I tu zostało wszystko wyjaśnione. Podałem swój numer startowy i dla porównania czas zarejestrowany na stoperze. No i pan mnie odnalazł. Okazało się że mój wynik był na liście tyle, że przyporządkowany był mu tylko numer startowy, a nie imię i nazwisko. Okazało się, że na karcie zgłoszenia wypełnionej przeze mnie, nie było zapisanego numeru startowego - nie było w ogóle takiej rubryki, a osoby wydające pakiet z numerem startowym tegoż nie dopisały na zgłoszeniu. Takich przypadków było pewnie więcej, gdyż pan zajmujący się pomiarem czasu pokazał mi plik przynajmniej kilku kart zgłoszeniowych (w tym moją odnalezioną), których nie mógł zarejestrować w systemie z powodu właśnie braku na nich numeru startowego. Zapewne większość z tych osób pojechało do domu bez sprawdzania wyników i teraz "walczą" o wpisanie ich na listę wyników. Sprawy są pewnie wyjaśniane na bieżąco po zgłoszeniu zainteresowanych. Nic w przyrodzie nie ginie, trzeba tylko odnaleźć i powiązać odpowiednie ogniwa.  

No i na koniec coś o otwartości biegaczy na organizatora. Otóż ja odebrałem pakiet z numerem 840. Ilu po mnie odebrało pakiet z wyższym numerem trudno powiedzieć, ale liczba zapisanych mogła dobić do 900 lub nawet dużo więcej. Wiadomo, że ktoś mógł się zapisać, a potem na bieg nie przyjechać z jakichś ważnych dla siebie powodów. Jednak listy wyników zawierają w tej chwili nazwiska w sumie 506 uczestników (326 na 5,4 km i 180 na 10,8 km) .Być może kilku uczestników jeszcze zostanie dopisanych na listy, kilku pewnie się na nich jednak nie znajdzie (mimo wystartowania) z tego powodu, że zmienili dystans z dłuższego na krótszy w trakcie biegu (a nie przed startem), kiedy zorientowali się że dłuższemu wysiłkowi nie podołają (choć w tym przypadku powinni być sklasyfikowani jako DNF czyli ci, którzy nie dobiegli do mety). Niemniej wychodzi na to, że około czterysta osób nie wystartowało mimo zapisania się. Pewnie jakaś cześć nawet nie odebrała pakietu, jednak prawdopodobnie bardzo dużo osób po prostu odebrało koszulki nie zamierzając wystartować.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Biegaj z Opel Szpot - edycja wrzesień 2016

mk130363

Może, kolejność wpisów na blogu będzie nieco niechronologiczna, ponieważ zalegam kilka relacji jeszcze z lipca i sierpnia, ale ten szybki wpis robię też ze względów czysto technicznych. Wpis jest o tyle szybki, że właściwie nic tu nie będę relacjonował, ani przebiegu imprezy ani swojego startu. Dzień przed startem okazało się, że mogłem nagle i niespodziewanie wystartować w innym biegu na Malcie (2 godziny po Szpocie) i postanowiłem skorzystać z tej okazji. Jednak nie opuściłem uczestników Biegaj z Opel Szpot całkowicie. Postanowiłem dokończyć tegoroczną misję robienia zdjęć na trasie imprezy. Na miejsce startu przy Amfiteatrze przyjechałem rowerem kilka minut przed rozpoczęciem biegu. Zrobiłem tu kilka wstępnych fotek i pojechałem na około 500 m biegu.

00__0131

 

 

Zdecydowałem się w tym miejscu pstrykać pierwsze fotki z trasy, bowiem liczyłem na wstępne rozciągnięcie zawodników i tym samym lepszą ich widoczność dla mego obiektywu. Na starcie zawsze jest tłum, sporo osób może być zasłoniętych i dlatego wiele nie miałoby swojej pamiątki z biegu. Tu oczekiwałem kilka minut na pojawienie się pierwszych biegaczy.

00__0234

 

 

 00__068

 

 Po przebiegnięciu lub przejściu niemal wszystkich uczestników (trudno to dokładnie czasem ustalić bowiem niektórzy idą dolną ścieżką) ruszyłem rowerem pod prąd kierunku biegu na jego 4 kilometr. Tu jeszcze dodam, że na głównym szlaku odbywa się przecież równocześnie normalny ruch osób uprawiających rekreację, w tym i osób biegających treningowo i dopiero z bliskiej odległości można rozpoznać, że to nie uczestnik po braku numeru startowego. I tak jest obecnie o tyle dobrze, że te numery w ogóle są, bo kilka lat temu ich nie było i nie można było rozróżnić uczestników od przypadkowych trenujących osób. To niewątpliwie dla mnie też ma znaczenie, bowiem osób bez numerów staram się nie fotografować. Jeśli się pojawiają w galerii to jest to przypadek związany z tym, że zdjęcia wykonywane są seriami, a poza tym najczęściej obok tych bez numerów biegną osoby z numerami startowymi, więc trudno tego uniknąć całkowicie. Publikuję na ogół wszystkie zdjęcia, nawet te zasłonięte w połowie przez kogoś biegnącego czy jadącego na rowerze nieraz w odwrotnym kierunku, bowiem to także oddaje klimat i przebieg całej imprezy.      

 

 

 

 00__167

 

 

 Niestety na czwarty kilometr dojechałem później niż ścisła czołówka biegu, stąd kilku pierwszych zawodników zabrakło w tym miejscu w galerii. Ale pozostałych starałem się niemal do końca namierzyć swoim aparatem. Piszę niemal do końca, bo tu znów trudno wyczuć kto jest tym zamykającym imprezę uczestnikiem.

00__204

 

 

 

 

00__278

00__297

 

 00__333

 

 

00__390

 

00__423

 

Okazuje się, tu pewnie "prawdziwi" biegacze poczują się zniesmaczeni, że w Biegaj z Opel Szpot idą, tak powtórzę idą także osoby, którym nie zależy ani na żadnym wyniku, ani na dobiegnięciu do mety w limicie czasowym, po którym odbywa się losowanie nagród. Po prostu traktują to jako rekreacyjny spacer wokół Jeziora Maltańskiego. To na pewno lepsze niż siedzenie w domu przy komputerze lub przed tv. To także lepiej niż tak jak kiedyś opisywałem, że niektórzy chowają się na pół godziny za trybunami i przychodzą na metę skróconą trasą. W biegu nie ma chipów, więc nie można zweryfikować ile osób ukończyło, a ile przyszło tylko się zapisać do statystyk liczących uczestników do klasyfikacji szkół. No ale pogoda była bardzo ładna więc pewnie to zachęcało do spaceru także tych nie mających chęci i siły by biegać. Tak czy inaczej było to aktywne spędzenie czasu. Po pstryknięciu ostatniej fotki podjechałem do miejsca startu biegu, w którym miałem wziąć udział, aby rozeznać miejsce gdzie na jego czas zostawię rower, a następnie wróciłem na ławeczki przy regatowej tablicy świetlnej. I tam właśnie dostrzegłem tych ostatnich młodych spacerowiczów z Biegaj z Opel Szpot. Tak nawiasem mówiąc, sobota stała pod znakiem sportu na Malcie. Oprócz biegu, z którego relację napiszę później, zauważyłem jeszcze jakąś imprezę, w której uczestnicy jechali rowerami, śmigali na rolkach, deskorolkach, hulajnogach, biegli, szli z kijkami, krótko mówiąc ruszało się wszystko, co może się ruszać. Była to impreza chyba pod sztandarami pewnego banku, którego nie będę reklamował, przynajmniej tak dostrzegłem po numerach startowych. I tu wyglądało że startowali uczestnicy bardzo rodzinnie, każdy tak jak mógł lub umiał.

Wracając do naszej imprezy pora na pewne podsumowanie. Podsumowanie mojej działalności fotograficznej oczywiście, bo sam bieg (całą tegoroczną edycję) rozliczy oczywiście organizator przyznając odpowiednie nagrody zwycięskim szkołom. Sam wziąłem udział w sposób czynny sześciu z dziewięciu imprez. W jednej, ostatniej wziąłem udział tylko jako kibic, obserwator i fotoreporter. Dwukrotnie zaliczyłem nieobecność usprawiedliwioną udziałem w innych ważnych dla mnie imprezach. Wszystkie siedem biegów zaprezentowałem w galeriach zdjęć (ostatnia na chwilę obecną jeszcze się tworzy). Jeden bieg - lipcowy zalega jeszcze także w relacjach. W galeriach znalazło się ponad 2320 zdjęć. Mam nadzieję, że wiele osób odnalazło się i ma pamiątkę z niejednego biegu.

Wrześniowy bieg znajdziecie pod linkiem

Edycja wrzesień lub na fanpagu na facebooku.

Ten szybki wpis okazał się wcale nie tak krótki jak początkowo myślałem. Ale może był szybki dlatego, że najlepiej pisze się na gorąco

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Puchar Wielkopolski Nordic Walking - Wągrowiec 2016

mk130363

09.07.2016

Z Wągrowca mam miłe wspomnienia z ubiegłego roku. Pierwszy start na dystansie 10 km i od razu życiówka. :) No ale mówiąc poważnie, wynik był niezły, bo średnie tempo wyszło poniżej 8min/km. W tym roku można by liczyć naprawdę na pobicie ubiegłorocznego rezultatu, gdyby nie konieczność ograniczenia obciążeń treningowych. Trochę mam pecha w tym roku startując na te 10 km (najdłuższy dystans w Pucharach Regionalnych), bo w dotychczasowych edycjach i Pucharu Wielkopolski i Pucharu Pomorza, ani razu ten dystans nie był równy 10 km. Więc w żaden sposób tej życiówki nie mógłbym zrobić. Była nadzieja, że w Wągrowcu będzie to dokładnie wytyczone, bo trasa miała być ta sama co w ubiegłym roku. Kilka tygodni przed zawodami, gdzieś jednak przeczytałem, że niby 200 czy 300 m miało być po twardej nawierzchni. Nie pamiętam kto puścił tę plotkę ale pomyślałem, że jedynym miejscem gdzie mogło się to zdarzyć na trasie, był fragment szutrowej ścieżki wzdłuż ulicy biegnącej obok stadionu. Pomyślałem, że może tę ścieżkę wybrukowano, więc byłem przygotowany na użycie gumowych nakładek. 

Do Wągrowca pojechałem tak jak ostatnio to bywało z drużyną Kijanek, ale w drodze pozyskałem do drużyny Face Nordic Walking Team  - Zosię Szaroletę, która wybrała się razem z nami na te zawody. Wystarczyło tylko zgłosić to w biurze zawodów, bo dotąd Zosia startowała jako niezrzeszona i tak była zapisana na te zawody. Wągrowiec to najbliżej Poznania położone tegoroczne miasto pucharowe więc podróż była dość krótka i mieliśmy dość dużo czasu po przybyciu na miejsce. Zaparkowaliśmy w tym samym miejscu co w ubiegłym roku ze Staszkiem, przy stadionie lekkoatletycznym. Formalności w biurze to był moment. Za to długo by opiswać nieustanne serdeczne  powitania i z drużyną, i ze wszystkimi znajomym,i z przyjaciółmi z nordicowych tras. Ktoś chce mieć znowu ze mną zdjęcie, szkoda że ja tego zdjęcia potem nie dostaję, więc go nie zamieszczam. Jest na stadionie jeden z naszych namiotów w miasteczku zawodów. Brakuje niestety szpilek, by go dobrze zamocować. Wiatr może nie jest bardzo silny, ale niestety pokrycie namiotu działa jak żagiel i namiot zaczyna fruwać. Robimy co możemy, tym co mamy i póki jesteśmy na miejscu panujemy nad sytuacją, ale nie wiem, czy w trakcie zawodów nie odfrunął na trybuny.

Kopia_001_przed

JaGna i Nisia wyprowadziły mnie z błędu dotyczącego twardej nawierzchni. Ale dowiedziałem się, że jest fragmentami ślisko (to po ostatnich deszczach) i jest dużo korzeni. Korzenie pamiętałem z ubiegłego roku, więc mnie to akurat nie ruszało. W historii moich startów nie takiej trudności technicznej trasy się robiło. A w Polanicy-Zdrój pamiętam było wówczas i z dużej górki (po wcześniejszej wspinaczce) i po deszczu. Ale ucieszyłem się, że nakładek na groty  nie będę musiał nakładać. Przed startem nie miałem jakichś szczególnych planów co do tempa. Postanowiłem przyjąć wszystko z dobrodziejstwem inwentarza. Nie robiłem też  jakiejś mocnej rozgrzewki. Kilka ćwiczeń, mała rundka z kijami po trawiastym stadionie, reszta miała nastąpić już na trasie. Zrobiłem jeden błąd, nie przyjrzałem się odcinkowi trasy wiodącemu właśnie w pobliżu startu i mety czyli na stadionie, to wkrótce okazało się dla mnie zupełnym zaskoczeniem. Przed startem robimy sobie jeszcze zdjęcia w grupkach większych

002_grupowe_1i mniejszych.

 

Start jak zwykle następował kategoriami wiekowymi najpierw dystansu 10 km, a następnie dystansu 5 km, najpierw mężczyzn, potem kobiet. Ruszyłem spokojnie z końca stawki mojej kategorii.

Kopia_0018

Kopia_0028

Trasa znana o pętli 2,5 km pokonana w ubiegłym roku czterokrotnie, więc praktycznie na pamięć można by iść. Ale co mnie zaskoczyło, o ile oznakowanie taśmami było na trasie, to brak było po raz kolejny oznaczeń poszczególnych kilometrów. Moim zdaniem to jednak duży mankament tegorocznych Pucharów Regionalnych. Oznaczenia ułatwiają przecież orientację jakim tempem się poruszamy. Nie bardzo rozumiem dlaczego ich brakuje. Trochę późno jest, gdy weryfikuje się tempo dopiero po całej pętli czyli po 1/4 dystansu, a w przypadku krótszego dystansu, w jego połowie.

 

Kopia_006

Mniej więcej pamiętałem jak były ustawione tabliczki w ubiegłym roku, ale różnica 20-30 m mogła oznaczać czasowo różnice kilkunastu sekund. Tak się nie da kontrolować tempa. Komunikatom endomondo też nie zawsze można wierzyć, bowiem także bywają opóźnione o kilka sekund, a jak jeszcze wystąpi jakiś błąd w pomiarze odległości to już pozamiatane. No ale nie miałem wyboru, komunikaty z endomondo słyszałem i wynikało z nich, że szedłem tempem niewiele (około 15-20 s) powyżej 8 min/km. Dramat rozpoczął się, gdy wszedłem na stadion. Zamiast mety ujrzałem długą jeszcze przede mną trasę (około 100m) wytyczoną skrajem stadionu, a następnie nawrót i tym sam skrajem prowadzoną z powrotem do wejścia na stadion a następnie na ostatnią prostą. Zrozumiałem, że pętla trasy jest o około 100 m dłuższa niż w ubiegłym roku. To dawało na 4 pętlach około 400 dodatkowych metrów dystansu i jasne stało się, że o wszelkich rekordach mogłem zapomnieć. Wprawdzie i tak byłoby mi tego trudno dokonać, ale przyznam że odebrało mi to chęć walki o cokolwiek. Uprzedzając wypadki napiszę, że moje endomondo faktycznie zmierzyło dystans jako 10,4 km, ale dopiero gdy wrysowałem pętlę w mapę uznałem, że tak musiało być w istocie.

Pierwsza pętla 2,6 km - czas 21:49, tempo 8:23/km

To oczywiście miało wpływ na to, że moje tempo po dostatecznym rozgrzaniu zamiast wzrosnąć, nieznacznie spadło. To zniechęcenie towarzyszyło mi na kolejnym okrążeniu i dopiero w drugiej części dystansu postanowiłem się odbudować i jeszcze powalczyć choć z samym sobą. Tymczasem podczas tego okrążenia doganiały mnie i wyprzedzały kolejno koleżanki z drużyny. Pytały co się dzieje, ale tego nie dało się wytłumaczyć w dwóch słowach. Mijająca mnie Agnieszka Kozłowska zapytała, gdzie jest punkt nawadniania. Nie zauważyła go na stadionie. Był tam, gdzie w roku ubiegłym, czyli między metą a wyjściem ze stadionu. Niestety, tego też się nie da w jakiś racjonalny sposób wytłumaczyć, mianowicie nie było komu podać kubka z wodą. Po prostu stał stół z kubkami, które pewnie ktoś napełniał z doskoku i trzeba było wziąć sobie kubek samemu. Chyba, że trafiło się iż akurat ktoś te kubki właśnie napełnił i wówczas wyciągnął pomocną dłoń w kierunku nadchodzącego zawodnika. Raz miałem to szczęście, później sam wziąłem kubek.. i wybaczcie nie pamiętam jak było po trzecim okrążeniu. 

Druga pętla 2,6 km - czas 22:54, średnie tempo 8:48/km

Po 2 pętlach i 5,2 km - czas 44:43, średnie tempo 8:36/km

Ponad minutę wolniej niż poprzednie kółko, to bardzo dużo. W trakcie trzeciego okrążenia postanowiłem jednak podjąć próbę walki ze zniechęceniem. Zmobilizowała mnie Agnieszka Jarysz, której plecy wciąż widziałem idąc kilkanaście sekund za nią po szutrowej ścieżce. Trzymałem się jej pleców jakiś czas, a wkrótce zacząłem odrabiać utracony dystans. Nad jeziorem udało mi się ją dogonić i wyprzedzić Ale uprzedzając wypadki, choć już do końca fizycznie szedłem przed nią, to ze względu na różnicę czasu startu i tak Agnieszka była korespondencyjnie na mecie przede mną. Ale niewątpliwie pomogliśmy sobie mobilizując się wzajemnie.

Trzecia pętla 2,6 km - czas 22:09, średnie tempo 8:31/km

Po 3 pętlach i 7,8 km - czas 1:06:52, średnie tempo 8:34/km

Było szybciej niż poprzednio, ale straty nadal były duże. Jednak ja rozkręciłem się na dobre. Na stoperze też to widziałem wyraźnie przynajmniej porównując kolejne komunikaty endomondo. Dogoniłem nawet kilka zawodniczek, które poprzednio mnie wyprzedziły i wchodziłem na na stadion przed nimi mimo, że większość z nich i tak w ostatecznym rozrachunku ze mną wygrała. No ale czas i tempo ostatniego okrążenia były już niezłe.

005_na_trasie

Czwarta pętla 2,6 km - czas 21:12, średnie tempo 8:09/km

META - 10,4 km - czas 1:28:04, średnie tempo 8:28/km

 

Cóż wynik zapisany i najlepiej niech odejdzie w niepamięć. Korzenie na trasie miały jednak swoje konsekwencje. Koleżanka która przyjechała z szeroko rozumianego Pomorza, by wzmocnić nasz Team, "zwichnęła" nogę w stawie skokowym, choć nie wiem jaka była ostateczna diagnoza lekarza. Przyczyną jednak okazały się nie same korzenie, a przyciemniane okulary. W mocno zacienionym lesie doprowadziły do potknięcia i urazu. Co do śliskości trasy ja jej za bardzo nie odczułem, faktem jest że nie szedłem z prędkością z jaką na ogół powinienem pokonywać ten dystans, ale może znaczenie miały też buty. Ja używam w każdym razie butów do biegów terenowych, a nie zwykłych biegówek. Te ostatnie mają dość gładką i pozbawioną głębokiego bieżnika podeszwę. A terenówki dodatkowo zazwyczaj mają podeszwy z materiałów szczególnie zapobiegających poślizgom.

Niestety serwis fotograficzny działał głównie na starcie oraz na mecie, ale tylko dla części uczestników kończących 5 km. Tak więc gdyby nie zdjęcia przyjaciół z drużyny, którzy ukończyli przede mną swój krótszy dystans nie miałbym zdjęć z trasy. Za to po zakończeniu marszu mogliśmy robić sobie wzajemnie zdjęcia do woli. Zaczęło się od poczęstunku ciasteczkami. Potem był posiłek regeneracyjny, czyli tradycyjna zupka, a zakończyliśmy biesiadowanie piknikiem na trawie. 

 

Kopia_00__0055

 

Gdzieś w tle odbywały się dekoracje, w których uczestniczyli także nasi zawodnicy dość licznie zresztą, co widać też na ostatnim zdjęciu grupowym.

 Kopia_00__0154

Na podium stanęła też nasza nowa zawodniczka w Teamie - Zosia.

 Zosia na trzecim miejscu podium

Mnie swojego Pucharu użyczył do zdjęcia Jasiu, pewnie dlatego że swego czasu chodziłem z najmłodszymi w mini NW.

012_puchar_Jasia

Ale to wszystko.

Wracając z zawodów najechaliśmy Panderozę Nisi i biesiadowaliśmy do wieczora.

 

 

Lewa wolna czyli...

mk130363

"Z drogi śledzie bo król jedzie".

Wiem, że czekacie na milsze wpisy dotyczące relacji z imprez nordikowych, ale postanowiłem opisać ten element naszych zmagań, który może budzić pewne emocje w trakcie rywalizacji.

Kopia_jak_tuidziesz sobie jak tu, jest full miejsca ...

Zawody, maszerujesz skrajem trasy po lewej stronie, nieważne dlaczego, może jest równiejsza nawierzchnia, może jest mniej korzeni albo piasku, może jest to po łuku w lewo lub za chwilę jest skręt w lewo, więc starasz się iść po najkrótszym torze, a może po prostu jest to zupełny przypadek. Po prawej stronie jest wystarczająco dużo miejsca, by zmieścił się jeszcze jeden zawodnik, czasem są to nawet 2 albo i 3 metry i nagle słyszysz za sobą rozkazujące pokrzykiwania "lewa wolna, lewa wolna". Ktoś chce cię wyprzedzić i żąda byś ustąpił mu z drogi i zmienił tor marszu schodząc na prawą część trasy. Oczywiście zdarza się, że ktoś to robi tronem proszącym i po usłyszeniu żeby wyprzedzał z prawej robi to bez problemu. Ale niektórzy są tak zacietrzewieni, że nie odpuszczą, oni mają rację bo idą szybciej. Traktują cię jak śmiecia bo idziesz wolniej i jesteś zawalidrogą. Kłócą się z tobą o ten ich wymarzony lewy tor marszu. Na jednych zawodach prawie popchnięto koleżankę na elektrycznego pastucha, ponieważ szła przesmykiem między kałużą i tym drutem, i przez kilka metrów "tarasowała" przejście krewkiemu ścigaczowi. Czasem idziesz rekreacyjnie, nie zależy ci szczególnie na jakimś rewelacyjnym czasie, nie bijesz życiówki. I słysząc, że ktoś cię dogania ustępujesz mu drogi, ułatwiasz przejście nawet jak jest wystarczająco dużo, miejsca by wyprzedzić cię bezkolizyjnie. Czasem idziesz wąskim przesmykiem długości kilkunastu metrów między kałużami albo jak ja kiedyś w Gdańsku między płotem po lewej i kałużą po prawej i słyszysz to stanowcze żądanie "lewa wolna". To skrajny przypadek, ale gdzie niby masz uciec wówczas ustępując z drogi, masz się powiesić na płocie, czy utopić po kostki w kałuży. Usłyszałem w tym roku dwukrotnie, że "takie są zasady".

Startuję w zawodach Nordic walking w Polsce praktycznie od początku, od początku, gdy napisano pierwsze przepisy i pierwsze regulaminy, czyli najogólniej mówiąc zasady startu i poruszania się techniką Nordic walking po trasach zawodów. Od początku śledziłem te zasady dość szczegółowo. Ba nawet dzieliłem się uwagami z sędziami, którzy później pewne moje sugestie np. odnośnie punktacji wprowadzali w życie. Staram się zawsze przestrzegać zasad i regulaminów, które obowiązują w poszczególnych zawodach. Panów, którzy mówią, że "lewa wolna" to zasady chciałbym zapytać, czyje są to zasady? Ich? Jest to prawo silniejszego? Z drogi śledzie bo "król" jedzie? "Król" niesportowego zachowania chyba. Trudno w obecnych czasach zarzucić komuś, że jest analfabetą. Można jednak powiedzieć, że jest leniem któremu nie chce się przeczytać regulaminów. Ja rozumiem, że regulaminy długie są i jeśli dla kogoś to strata czasu je czytać, to może nie czytać. Ale jeśli ktoś chce egzekwować regulaminy to niestety powinien się z nimi zapoznać i przyswoić podstawowe zasady obowiązujące wszystkich, także tych najszybszych. 

Co mówią przepisy?

Zacznę od tych obowiązujących w zawodach Polskiej Federacji Nordic Walking. Ta organizacja jako pierwsza zorganizowała zawody NW i jako pierwsza opracowała przepisy marszu i regulaminy startu. Poza tym, to właśnie na zawodach tej organizacji usłyszałem ostatnio okrzyki "lewa wolna" i co gorsze wykłócanie się o to prawo przez szybszego maszera.

W punkcie VII regulaminu Pucharu Polski, podpunkt 1 czytamy:  "Podczas imprezy obowiązują przepisy zawodów Polskiej Federacji Nordic Walking."

A więc, nie obowiązują zasady stanowione przez tych którzy maszerują szybciej lub wolniej, ani przez przypadkowych ludzi, ani przez pana, któremu wydaje się, że jako silniejszemu wszyscy mają mu bić pokłony i ustępować z drogi

W przepisach punkt 6, podpunkt (d) czytamy:

"Zawodnik wykonujący manewr wyprzedzania nie może przy tym przeszkadzać, względnie utrudniać ruchu zawodnikowi przez niego wyprzedzanemu. Zawodnik wyprzedzany zobowiązany jest do utrzymania przyjętego toru marszu."

Starczy? Powinno, ale dodam że, te przepisy obowiązują od dawna. Należałoby, więc po wielu latach ich obowiązywania, wreszcie je przeczytać. Nie mam wprawdzie kopii regulaminu, który stworzył w 2009 roku Jakub Kortas, sędzia główny 1 Mistrzostw Polski Nordic Walking, gdyż wówczas nie kopiowałem ich na swój dysk. Jednak mam skopiowany taki zapis z 2011. Można powiedzieć że odtwarzam to jak z kroniki Galla Anonima, ale człowiek który stworzył ten przepis nie jest bynajmniej postacią anonimową w światku Nordic Walking.

przepis_wyprzedzanie

Drugie zdanie z obecnie obowiązujących przepisów zostało dodane później, ale znajduję je w skopiowanych przepisach zarówno z roku 2014 jak i 2015. Jest to zdanie bardzo ważne i uważam, że jednoznacznie określiło postępowanie zawodnika wyprzedzanego podczas tego manewru. Zmiana przez niego toru marszu podczas ustępowania drogi może doprowadzić do tego, że zajdzie on drogę z kolei innemu uczestnikowi, który akurat nie będzie krzyczał "prawa wolna". Tak okrzyk "prawa wolna" również jest spotykany na zawodach (sam słyszałem). Tak jeden jak i drugi w znaczeniu żądania uważam za "niesportowe zachowanie". Zawodnik wyprzedzany nie ma lusterek i nie widzi co dzieje się z tyłu. Za bezpieczeństwo manewru odpowiada więc zawodnik wyprzedzający, który ma pełny ogląd sytuacji.

 Kopia_po_prwej_ok1

 jest miejsce wyprzedzam z prawej

Oglądaliście kiedyś jakiekolwiek zawody sportowe polegające na ściganiu się? Pytanie retoryczne pewnie. Widzieliście, by Justyna Kowalczyk zjeżdżała na zewnętrzny tor po okrzykach Johaug "lewa wolna"? Widzieliście w zawodach lekkiej atletyki, by nasi eksportowi 800-metrowcy Kszczot i Lewandowski ustępowali miejsca rywalom, by tym łatwiej było ich wyprzedzić. Taktyka biegów lekkiej atletyki polega na tym, że jedni chcą zmęczyć innych tempem i biegną szybciej po pierwszym torze. Ci, którzy dysponują szybszym finiszem biegną z tyłu i na finiszowym okrążeniu muszą niestety przy wyprzedzaniu nadrabiać dystans biegnąc po bardziej zewnętrznych torach. Gdyby któryś z tych finiszujących z tyłu zawołał "lewa wolna" chyba by go zabito śmiechem. Tu warto zauważyć, że wybór i tym samym zablokowanie korzystniejszego toru poruszania się rywalowi podczas zawodów w każdym ściganiu jest normalnym elementem taktyki wyścigu. I choćby z tego punktu widzenia zawołanie lewa wolna nie ma racji bytu w sporcie. Osoby wyprzedzane, biegnące czy jak w naszym przypadku idące wolniej najczęściej też chcą osiągnąć jak najlepszy wynik, czas, miejsce w swojej kategorii, na swoim dystansie. Jedynym przypadkiem, w którym ustąpienie miejsca szybszemu jest jak najbardziej wskazane, jest sytuacja gdy zostajemy zdublowani podczas kolejnego okrążenia przez zawodnika idącego ten sam dystans i mającego, o jedno kółko pokonane więcej niż my. To mieści się wówczas w kategoriach fair play. Należy jednak przy tym zachować ostrożność, by nie utrudnić z kolei komu innemu marszu. Obecnie w ferworze walki trudno jednak takie przypadki odróżnić od normalnego wyprzedzania, a poza tym mają one miejsce na ogół tylko na dystansach co najmniej półmaratonu lub gdy idziemy po krótkiej 2,5 kilometrowej pętli.

Ale wróćmy do zasad. Wspomniany Jakub Kortas od kilku lat pracuje w Kolegium Sędziów Fundacji CHODZEZKIJAMI.PL .Tego portalu nie muszę chyba przedstawiać większości pasjonatom Nordic Walking, a sędziowie pracują w cyklu mającym największą ilość imprez w Polsce czyli Pucharze Bałtyku oraz w wielu innych zawodach NW na terenie głównie Trójmiasta i Pomorza. Jak myślicie, zmieniło się jego (Jakuba) zdanie na temat wyprzedzania? Zajrzyjmy do przepisów tej organizacji i zauważmy co następuje: 

"Zawodnik wykonujący manewr wyprzedzania, nie może przy tym przeszkadzać, względnie utrudniać ruchu zawodnikowi przez niego wyprzedzanemu."

Nawet kropka postawiona jest w tym samym miejscu. No ale jakże mogło być inaczej. Nakaz zejścia na inny tor marszu jest niewątpliwie przeszkadzaniem i utrudnianiem marszu, nie mam co do tego wątpliwości. Powoduje, że zawodnik wyprzedzany pod wpływem wywieranej presji może zmienić kierunek i tor marszu powodując kolizję z innym zawodnikiem. 

Poszukajmy przepisów u innych. Polskie Stowarzyszenie Nordic Walking ma również bardzo długą tradycję w organizowaniu zawodów Nordic Walking. I również podobnie jak dwie poprzednio wymienione organizacje wyszkoliło wielu sędziów zawodów w marszu z kijami. Ma też od lat swoje przepisy. I właśnie niedawno opublikowano kolejną ich wersję. Co piszą na temat wyprzedzania?

- wyprzedzanie na trasie odbywać się może tylko w sytuacji i miejscu kiedy nie zaburza rytmu zawodnika wyprzedzanego (niesportowe zachowanie),

- zawodnik wyprzedzany nie może celowo blokować drogi zawodnikowi wyprzedzającemu (niesportowe zachowanie)

Pierwszy podpunkt po prostu innymi słowami ujmuje dokładnie to co zawarto w słowach poprzednio wymienionych organizacji dodatkowo podkreślając także wybór miejsca do wyprzedzania. A więc nie wyprzedzamy w miejscu, gdzie trasa jest np. tak wąska, że nie zmieszczą się obok siebie dwaj zawodnicy w odległości bezpiecznej od siebie. Tu zwrócę uwagę, że niektórzy wyprzedzają ocierając się niemal o osoby wyprzedzane, zachodząc im natychmiast drogę po wykonaniu manewru, podkładając kije pod stopy osoby idącej wolniej, co zmusza ją do zmiany rytmu i drobienia krokami, by nie nastąpić na grot kija osoby, która ją wyprzedziła.

Drugi podpunkt wskazuje na to by osoba wyprzedzana nie utrudniała celowo tego manewru. Z całą pewnością marsz po swoim torze bez jego nagłej zmiany nie jest niesportowym blokowaniem. Chodzi o to by osoba wyprzedzana specjalnie nie odstawiała kijów bardziej na zewnątrz (w kształcie odwróconej litery V) by zagrodzić tor, którym mogłoby się odbyć wyprzedzanie, by nie szła wężykiem specjalnie zmieniając tor marszu, aby osoba wyprzedzająca nie wiedziała, z której strony może to bezpiecznie zrobić. By idąc skrajem wąskiej ścieżki nie zajmowało nagle środka ścieżki co może uniemożliwić wyprzedzenie. Tu niejako okrężną drogą dojdziemy do wniosku, że najlepiej jeśli osoba wyprzedzana będzie poruszać się swoim torem marszu, nie zmieniając go w sposób nagły i niespodziewany, ani pod wpływem okrzyków ani bez nich.

Kopia_po_prawejczasem znajdzie się miejsce z lewej bez okrzyków

Przytoczyłem zasady największych organizacji NW w Polsce, które mają długie tradycje w organizowaniu zawodów, opracowane własne przepisy, swoich sędziów. Czyje są więc zasady "lewa wolna"? Jeśli wystartuję w zawodach, gdzie taka będzie obowiązywać, będę starał się do niej zastosować, ale póki co, polecam "królom nordikowych ścieżek" przeczytać przepisy.

I na koniec taka rada dla wyprzedzających. Jeśli chcecie to zrobić bezpiecznie, bezkolizyjnie i bezkonfliktowo to raczej uprzedźcie osobę wyprzedzaną, z której strony ją "bierzecie" zawołaniem "wyprzedzam z lewej", "wyprzedzam z prawej" w zależności od tego z której strony jest miejsce i możliwość wykonania tego manewru, niż przeganiajcie z jednej strony ścieżki na drugą. 

 PS W sytuacjach zamieszczonych na zdjęciach domniemywam, że nie miały miejsca okrzyki "lewa wolna", zostały wybrane jednak nieprzypadkowo obrazując miejsca i sytuacje, w których można sobie poradzić bez przeganiania innych na boki.

Puchar Pomorza Nordic Walking - Jarosławiec 2016

mk130363

W nocy padało, a może nawet była burza. Rankiem wyjeżdżaliśmy jednak ze słonecznego Poznania i wyglądało na to, że dzień będzie przyjemnie ciepły, ale nie upalny. Można powiedzieć, że byłaby chyba pogoda bliska ideału na zawody na nadmorskiej plaży. Spałem w nocy tylko 2 godziny i ponad 4 godzinna jazda samochodem w końcu mnie zmorzyła. Zdrzemnąłem się pół godziny i obudziłem się tuż przez Sławnem. Pogoda zmieniła się, robiło się coraz pochmurniej. Gdy dotarliśmy do Jarosławca ciemne chmury całkowicie przykrywały niebo. Zrobiło się bardzo chłodno, poniżej 20 stopni. Do tego bryza morska powodowała wrażenie bardzo delikatnej mżawki. Wiatr powodował uczucie przejmującego zimna. W nocy padało również nad morzem, więc piasek był lekko zawilgocony. Jednak niewiele to nam pomogło w kwestii trudów maszerowania po nim. Gdyby sztorm spowodował duży przypływ, a następnie odpływ morza, mielibyśmy choć nad brzegiem dobre warunki. Bywa nad morzem, że brzeg jest na sporej szerokości twardy ubity falami morskimi. Niestety mogliśmy liczyć tylko na wąski pasek nieustannie zresztą zalewany wodą. Marsz nad samym brzegiem powodował jednak pewne wydłużenie trasy bo trzeba było do niego dojść i z niego następnie odejść. Nominalnie trasa wiodła plażą tuż przy wydmie.

 

 

 

Start zlokalizowany był tuż przy plaży. Pierwszy odcinek wzdłuż wydmy wydał mi się już w czasie marszu niemiłosiernie długi. Za długi był zdecydowanie, bo właściwie umiejscowienie pierwszego nawrotu warunkowało długość całej trasy.  Pokazuje to wyrysowana przeze mnie trasa nominalna czyli po najkrótszej linii.

 

Zdaję sobie sprawę, że precyzja rysunku nie jest idealna i może mylę się i nawet jeśli o 40 m, to przynajmniej te dodatkowe 100 m jest dla mnie zagadką. Jakoś w Pucharach Regionalnych nie mamy szczęścia w tym roku do trasy mierzącej dokładnie 10 km. O ile w innych lokalizacjach mogło to być spowodowane warunkami terenowymi, o tyle w tym przypadku wystarczyło nawrót zrobić 70 m bliżej i byłoby dobrze. Zresztą organizatorzy mogli przewidzieć, że i tak wszyscy pójdą brzegiem i nawet mogli to wkalkulować w dystans. Było kilku śmiałków, którzy spróbowali w drugą stronę po nawrocie iść przy wydmie, ale zrobili to pierwszy i ostatni raz. Na kolejnych pętlach nie widziałem tak idącego nikogo. Trasa tuż przy brzegu była nieco dłuższa. O ile dłuższa, zależało od skosu w jakim dążyliśmy do brzegu lub do zejścia z plaży. W przybliżeniu wyglądało to tak. 

 

Nadłożenie dystansu wyszło, wiec w istocie niewielkie. Dodam, że dochodziliśmy do brzegu dużym skosem i okazało się to nawet uzasadnione, bowiem i tak nie od razu trafialiśmy na twardszy brzeg. Chyba że ktoś od razu ryzykował marsz w wodzie. Natomiast pokonując pętlę aż 4 razy stwierdziłem, że schodzić do wyjścia z plaży opłacało się niemal prostopadle, tzn opłacało się jak najdłużej iść twardszym brzegiem i opuszczać plażę bardzo małym skosem. Na jednej pętli mieliśmy do pokonania plażą ponad 1700 m z tego przynajmniej około 700 w kopnym piachu, a 1000 m podłożem mieszanym: głównie lekko utwardzonym brzegiem nieustannie zalewanym przez fale, także kopnym piachem krótkimi odcinkami, nawodnionym mułem. Idąc brzegiem trzeba było liczyć się z tym, że prędzej czy później, któraś z fal nas dogoni i co gorsza trudno było przed nią uciec, gdyż odskok mógłby być potraktowany jako podbieganie. Było wiele osób, które od początku zdecydowały się nie unikać zamoczenia i chyba było to dobra decyzja. Pozostała cześć trasy to była ścieżka leśna lub trawiasta.   

Po dotarciu do Jarosławca i odbiorze pakietów startowych natychmiast dokonaliśmy lustracji trasy i decyzja była od początku iść brzegiem plaży nakładając nieco dystansu.

Kopia_0015

Parking  i "szatnie" znajdowały się w pewnym oddaleniu od miejsca startu. Przebraliśmy się w stroje startowe, zamontowaliśmy numery startowe i chipy i zameldowaliśmy się w pobliżu startu. Kilka ćwiczeń musiało mi wystarczyć za rozgrzewkę. Od momentu, gdy w Poznaniu przećwiczyłem marsz po piasku, nastawiony byłem, żeby to po prostu przejść. Ściganie w pełnym tego słowa znaczeniu mogło dotyczyć tylko niespełna kilometra twardszej części pętli. Startowaliśmy podobnie jak w Czaplinku kategoriami wiekowymi. W mojej jak zwykle najwięcej zawodników. Pierwszy odcinek 630 m w kopnym piachu wlókł się niemiłosiernie długo. Spoglądałem w przód nie mogąc doczekać się aż zobaczę, że ktoś zawrócił. Wtedy myślałem jeszcze, że ten odcinek to będzie tylko pół kilometra, ale okazało się, że organizatorzy dopieścili nas dodatkowymi 130 metrami. I dlatego to tak długo trwało. Po nawrocie skosem jeszcze kilkadziesiąt metrów bez zmiany podłoża. Niestety po dojściu do brzegu wcale nie od razu było lepiej. Dopiero po kilkunastu kolejnych krokach trafiało się na nieco twardsze podłoże nie zalane całkowicie przez fale morskie. I teraz szło się właściwie do pierwszego zalania. Krzyknąłem, gdy to się stało pierwszy raz, woda była bowiem bardzo zimna. Oczywiście wszystko było od razu kompletnie przemoczone, ale miałem też wrażenie, że woda tak łatwo jak się dostawała do butów tak samo szybko je opuszczała. Oczywiście wszystko zostało nasączone morską wodą, ale wszystko ponad to przelatywało przez buty. Stąd nie miałem nawet wrażenia chlupotania wody w butach. Wydawało mi się też, że piasek lepiący się do tych mokrych butów niejako zakleja otwory siateczki i stąd mniej dostawało się suchego piasku do ich środka. Moje własnej roboty ochraniacze sprawiały też że żaden piasek nie dostawał się w zapiętki. Przed wodą oczywiście w żaden sposób nie chroniły, ale przed piaskiem tak.

 

Kopia_0016

Trasa ponownie nie miała oznaczeń poszczególnych kilometrów. Moje endomondo złapało fixa chyba dopiero po około stu metrach marszu, ale trudno to było potem skorelować z tym co pokazywał mój stoper. Kontrola tempa była więc bardzo utrudniona ale prawdę mówiąc i tak była niemożliwa z uwagi na to, że odcinek po plaży pokonywało się znacznie wolniejszym tempem niż odcinek twardszy. Pozostawało jedynie kontrolować tempo na poszczególnych okrążeniach. Ja odniosę swoje tempo na poszczególnych okrążeniach do rzeczywiście pokonywanej trasy, czyli tej o pętli długości 2680 m.

Okrążenie/km czas okrążenia tempo okrążenia min/km czas narastająco
1 okr / 2,68 km 26:28 9:53 26:28
2 okr. / 5,36 km 26:25 9:51 52:53
3 okr. / 8,04 km 25:30 9:31 1:18:23
4 okr. / 10,72 km 25:04 9:21 1:43:27

Średnie tempo dla całego dystansu wyszło 9:39/km. Pierwsze okrążenie było pilotażowe i wyznaczało jakiś cel na kolejne okrążenia. Drugie okrążenie pokonałem niemal w identycznym czasie jak pierwsze uszczknąwszy nawet 3 s. Potem już było tylko lepiej. Nauczyłem się trochę plaży. Przede wszystkim nieco dalej szedłem po twardszym brzegu przed zejściem z plaży. Ale też zacząłem wykorzystywać ślady innych. Okazało się, że mokre buty i lekko zwilgotniały piasek powodował, że niektóre ślady idących przed nami odciskały się wyraźniej w podłożu i te miejsca były nieco twardsze dla odepchnięcia się palcami. Ale oczywiście nie zawsze długość kroku pasowała idealnie i były też fragmenty suchsze, gdzie gubiło się ślad, a jego poszukiwanie wybijało by nas z rytmu marszu. Ale niewątpliwie parę razy udało mi się zrobić po kilka kroków w takich ubitych śladach. Na trzecim okrążeniu poprawiłem się o minutę, a na czwartym dołożyłem jeszcze odjęciem kolejnej pół minuty. Jestem zadowolony, że nie osłabłem na tej wyczerpującej trasie. Zliczając wszystko to dystans 10,72 km,w tym 6,8 km po plaży i przynajmniej 2,8 km w kopnym piachu. Przyznam, że przed startem szacowałem wynik na zbliżony do około 1 godz. 45 minut i przyznam, że na ostatnim okrążeniu, zwłaszcza na twardszej końcówce ,powalczyłem o to, by się w tym czasie zmieścić. 

Po dojściu na metę duża ulga, że nie muszę iść już dłużej w tym kopnym piachu. Trud takiego wysiłku jest nieporównywalny do zwykłej trasy i wielu uczestników ta trasa złamała. Nie ukończyli swego startu mimo że mieli do pokonania najczęściej dystans o połowę krótszy. Stąd wielkie gratulacje dla tych, którzy dali radę i pokonali swe słabości. Za mną kończyli dystans już nieliczni uczestnicy zawodów. Przychodziliśmy na metę już tak pojedynczo, że wolontariusz wręczający medale znudzony długim oczekiwaniem pewnie nie zauważał już nas kończących dystans. Bliski już byłem wzięcia sobie medalu ze stojaka, gdy nagle wyrósł spod ziemi wolontariusz wieszający       mi go na szyi.

Kopia_0027

Sprawdziłem swój wynik i międzyczasy okrążeń na ekranie komputera. Zjadłem grochówkę ze strażackiego kotła, dobrze doprawiona była - na ostro. Potem jak zwykle ciasteczkowy drużynowy poczęstunek. W stopy było mi bardzo zimno, do kolan było wszystko przemoczone na wskróś, więc nie czekałem już na dekoracje.

Kopia_0039Kopia_0046Kopia_00__00310

Poszedłem na parking przebrać się i dlatego nie ma mnie na drużynowym zdjęciu. Nie było tym razem losowania nagród, które bym tym razem nawet przegapił, gdyby było. Ale najbardziej brak mi w Pucharach Regionalnych fotoreporterów, którzy pstrykaliby wszystko co się na trasie rusza i potem udostępniali to wszystkim. Gdyby nie drużynowi fotografowie, którzy po ukończeniu swojego dystansu mieli chęć i siły, by pozostałym jeszcze robić zdjęcia, było by bardzo źle i nie miałbym czym okrasić tego wpisu. 

Kopia_0055

Gdy zbieraliśmy się do wyjazdu zaczęło się przejaśniać. Pojechaliśmy do centrum Jarosławca, a właściwie nad przystań rybacką by zjeść obiad w poleconej knajpce (czytaj smażalni). W czasie posiłku słońce wyszło na dobre, a do plaży mieliśmy bardzo blisko.

 

Kopia_0073

Kopia_0082

Kopia_0083

Wypoczynek na kocu był bardzo przyjemny, zwłaszcza że można było uciąć sobie małą drzemkę. Na kąpiel w morzu nie miałem ochoty, dostatecznie wymoczyłem nogi w lodowatej wodzie w czasie zawodów. Przyznam, że gdyby nie te 1,5 godziny na słonecznej plaży czułbym pewien niedosyt z tego wyjazdu. No cóż, w końcu trzeba było wracać.

Wszystkie zdjęcia w galerii:

Puchar Pomorza Nordic Walking - Jarosławiec 2016

Biegaj z Opel Szpot - edycja czerwiec 2016

mk130363

Uff jak było gorąco, 34 stopnie w cieniu, maltańska patelnia do tego, więc w słońcu na pewno grubo powyżej 40. W zasadzie jestem do tego przyzwyczajony, bo w miesiące wakacyjne to najczęstsza pogoda. A właśnie rozpoczęły się wakacje. Wydawało mi się, że jeszcze frekwencja będzie wysoka pamiętając ubiegłoroczną czerwcową edycję, ale tym razem uczestników było wyraźnie mniej. Widocznie jednak część młodzieży już wyjechała na wakacje, a część wystraszyła się upału lub wybrała odpoczynek nad wodą. Ja oczywiście byłem zdecydowany choćby temperatura była jeszcze wyższa. Na miejsce startu pojechałem rowerem i miałem tym razem wyjątkowo blisko, bo biuro zawodów, start i meta zlokalizowane były przy Amfiteatrze. I to już chyba też czerwcowa tradycja, od wielu lat. Jakieś zawody kajakarskie spowodowały, że start nie mógł być przy mecie toru regatowego. Po zapisaniu się spotkałem panią Anię, która postanowiła yeż zaryzykować i wziąć udział w tej ekstremalnie słonecznej i gorącej imprezie. Zrobiliśmy króciutką rozgrzewkę i wyszliśmy na trasę kilka minut wcześniej niż to robiłem w ostatnim czasie. Nie chciałem forsować zbyt mocnego tempa mając na uwadze i nasze zdrowie, i start następnego dnia w Jarosławcu. Jednak i tak tempo z jakim pokonywaliśmy pierwsze kilometry było nadobrym poziomie biorąc pod uwagę lajtowe założenia. W zasadzie to trudno powiedzieć nawet kto narzucił tempo. Szliśmy z panią Anią krok w krok cały czas obok siebie. Próbowaliśmy łapać każdy cień na trasie, ale było tego niewiele. Międzyczasy na pierwszych kilometrach były następujące:

1 km - 9:08

2 km - 9:24, po 2 km czas 18:32

3 km - 9:35, po 3 km czas 28:07

Bardzo nieznacznie zwalnialiśmy z każdym kilometrem, upał i ostre słońce dawały się we znaki. W założeniach od początku nie przejmowałem się limitem czasu jaki tu zazwyczaj  jest przed losowaniem nagród czyli 50 minut. Jednak tego dnia organizator ze względu na trudne warunki zwiększył limit do 55 minut i zalecał wszystkim odpuszczenie tego dnia rywalizacji, za najważniejsze wskazując samo pokonanie dystansu. 

4 km - 9:41, po 4 km czas 37:48   

Postanowiłem profilaktycznie zatrzymać się na kilkuminutowy odpoczynek tuż za tablicą wyników toru regatowego. Niestety nie było tu cienia więc uspokoiliśmy tylko oddech i puls. Po trzech minutach pani Ania zdecydowała się kontynuować dalszy marsz i pierwsza wstała z ławki. W perspektywie mieliśmy jeszcze postój za niecały kilometr, gdy będę robił zdjęcia biegaczom. I tym razem udało znaleźć się cień wśród drzew na końcu trybuny zawodów regatowych. Było to tuż przed 5 kilometrem dystansu. Już wcześniej kilku biegaczy nas dogoniło i wyprzedziło. Teraz dobiegali kolejni. I właściwie dopiero teraz zorientowałem się, że jest ich mniej niż zazwyczaj.

Kopia_00__0018

Głównie pojedynczo, co najwyżej grupkami 2 - 3 osobowymi dobiegali do miejsca, w którym pstrykałem fotki. Widać było, że upał wszystkim dokuczył, niektórzy pokonywali dystans marszo-biegiem czy wręcz maszerowali już niemal przez cały czas.

Kopia_00__0039

 

Kopia_Kopia_00__099

 

W trakcie robienia zdjęć, popijałem płyny zabrane ze sobą na trasę. Pani Ania, która przed marszem miała wątpliwości, czy zabrać ze sobą pas z bidonami, teraz także doceniła moc posiadania płynów na gorącej trasie. Okazało się to dla nas nieocenioną pomocą. Po kilku minutach trudno było już mi ocenić jak wielu jeszcze uczestników bierze jeszcze udział w biegu i jak wielu jeszcze tu będę mógł uwiecznić na fotkach więc zdecydowaliśmy się dokończyć nasz marsz. Po chwili minęliśmy 5 kilometr.

5 km - 9:19, po 5 km czas 47:07

Ostatni odcinek w pełnym słońcu i duża część lekko pod górkę. Na metę wchodziliśmy jako 94 i 95 uczestnik. Liczono nas z uwagi na zwyczaj dekorowania jednego z uczestników pamiątkowym medalem. Tym razem miał to być 110 uczestnik. 

5,40 km - 4:03, META czas 51:10 

Dzięki decyzji organizatora o  wydłużeniu limitu czasu, nawet to ulgowe potraktowanie tempa pozwoliło że się w nim zmiesciłem. Teraz szybko poszedłem do biura po kolejną 5 pieczątkę w paszporcie biegacza i odebrałem pamiątkową bawełnianą koszulkę biegu. 

Kopia_00__130

Tradycyjnie na mecie czekała na nas woda w butelkach. Pani Ania schroniła się w cieniu, a ja jeszcze udałem się w kierunku dmuchanej bramy, by jeszcze zrobić parę fotek kończącym bieg lub marsz.

 

Kopia_00__119

Okazało się, że wśród nich był także mój wieloletni przyjaciel Sławek.

 

W trakcie losowania nagród (bezowocnego dla nas) zrobiliśmy jeszcze kilka ćwiczeń rozciągających i pamiątkową fotkę

 

Uczestnicy chowali się w miejscach gdzie można było znaleźć choć trochę cienia i tylko niektórzy korzystali z kąpieli słonecznej.

 

I to by było wszystko odnośnie relacji z tego upalnego marszu. Pełna galeria zdjęć poniżej.

Biegaj z Opel Szpot - czerwiec 2016

Stuptuty własnego pomysłu

mk130363

Przed startem w Jarosławcu pojawił się temat ochraniaczy ograniczających dostawanie się piasku do butów. Oczywiście można takowe kupić i znajdziemy na pewno szereg propozycji różnych firm. Na pewno są też rozwiązania lepsze i gorsze, tańsze i droższe, w smutnym czarnym kolorze i pstrokate wszystkimi kolorami tęczy. Wielu zawodników używa takich ochraniaczy przy każdym starcie na naturalnej ścieżce. Sam nie stosowałem na zawodach takiego zabezpieczenia. Czasem faktycznie do buta dostawał się jakiś kamyczek, ale na ogół znajdował on jakieś swoje miejsce i nie powodował żadnych konsekwencji utrudniających dalszy marsz i powodujący konieczność zdjęcia buta (a więc i stratę czasu). W Czaplinku taki kamyczek wpadł mi w zapietkę ale natychiast to poczułem i palcem zdążyłem go wygarnąć, gdyż nie wpadł jeszcze zbyt głęboko. Trenując w piaskownicy nad Wartą w różnych butach stwierdziłem, że ilość piasku jaka dostaje się do środka zależy nie tylko od szczelności czyli równocześnie przewiewności butów, ale także od ich ułożenia na stopie. Jeżeli sznurowanie buta powoduje jakiekolwiek pofałdowanie wierzchniej części buta od części palcowej do podbicia to jest na pewno czynnik sprzyjający dostawaniu się piasku między język, a cholewkę buta. Dwie pary najnowszych moich butów mają tę właśnie przypadłość. Natomiast buty Kalenji Kapteren Explor ze sznurowadłami węzełkowymi układają się na mojej stopie równą powierzchnią i to te buty wybrałem ostatecznie na start w Jarosławcu. Niewątpliwie piasek będzie się dostawał do tych butów poprzez otwory siateczki. Wiedziałem o propozycjach zalepienia przedniej części buta taśmą izolacyjną, jednak sam nie zdecydowałem się na takie rozwiązanie. Istotnym problem było dla mnie miejsce nad kostką. Tu domyślałem się że podczas pracy zginającej się stopy w czasie marszu mogą powstawać szczelinki między cholewką buta i moją stopą, w które będą się dostawały nieustannie drobne ilości piasku. Przed tym właśnie miały mnie ochronić stuptuty. Mam takowe na wyposażeniu, jednak przeznaczone one są na warunki śniegowe lub błotne. Są nieprzemakalne ale i nie oddychające. Zimą podczas marszu doskonale zabezpieczają moje stopy przed wodą, śniegiem i wilgocią. Opisałem je tutaj: stuptuty

Na plażę w Jarosławcu uważałem, że nie są dobrym rozwiązaniem. Myślałem o czymś wyraźnie lżejszym, a przy tym jednak nie chciałem ponosić kosztów na jakby nie było jeden start. Wpadłem na pomysł aby wykonać ochraniacze samemu. Przyznam, że pomysł wykorzystania do tego skarpet nie jest nowy. Już w marcu 2013 próbowałem właśnie takiego rozwiązania, jednak była to próba nieudana.

Kopia_12032013771 Z długich grubych zimowych skarpet odciąłem stopy i uzyskałem w ten sposób jakby getry, które miały nie tyle chronić przed śniegiem czy wilgocią co przed zimnem.. Niestety brak gumy przytrzymującej dolną część ochraniacza powodował, że w trakcie marszu ochraniacz podciągał się w górę, a miejsce mające być chronione zostawało odkryte i wystawione na mróz.  

Tym razem postanowiłem wykorzystać skarpetki garniturowe. Chodziło mi o to, żeby ochraniacze były  lekkie i niewyczuwalne na stopie. Postanowiłem założyć je odwrotnie, tak aby ściągacz był na dole i powodował ścisłe przyleganie ochraniacza do buta, a jednocześnie powodował, że ochraniacz nie będzie podciągał się do góry. W zimowych stuptutach właśnie dolna guma przed tym zabezpiecza. W części skarpetki z której odciąłem tym razem tylko palce, wywinąłem mankiet, który przeszyłem tak aby w środek wstawić gumkę szerokości około 1,5 cm,  która miała lekko przytrzymywać ochraniacz od góry, ale bez zbytniego ucisku Po wykonaniu prototypu z jednej skarpetki wykonałem próbę krótkiego spaceru, by sprawdzić jak będzie zachowywał się w czasie marszu. Próba wypadła pomyślnie.

Kopia_00__041

 

A ja postanowiłem w przedniej części wykorzystać dodatkowe mocowanie ochraniacza do sznurówki za pomocą haczyka. Takie dodatkowe mocowanie jest także w stuptutach zimowych. Wykorzystałem do tego haczyki, które służą do mocowania niektórych pokrowców na siedzeniach samochodów. Całe rozwiązanie nie jest może szczytem elegancji ale chodziło mi o prostotę, łatwość wykonania i skuteczność zadziałania. Żeby nie rzucało się zbytnio w oczy skarpetki wybrałem w kolorze pasującym do moich butów.

Jak wypadło moje rozwiązanie w konfrontacji w wielką piaskownicą czyli plażą? Otóż ochraniacza w ogóle nie czuć na nodze. W żaden sposób nie ogranicza on ruchów, jest tak lekki jakby go w ogóle nie było. Nadmorską plażą pokonałem dystans niemal 7 km, z czego dużą część w kopnym piachu. Ochraniacze były dodatkowo zalewane falami morskimi wielokrotnie. Nie zsuwały się zbytnio ani nie podciągały do góry i całkowicie zabezpieczyły miejsce styku stopy z cholewką buta przed wpadaniem piasku. Na zdjęciach widać, jakby góra się lekko opuściła (w porównaniu do zdjęć z pierwszej próby), ale ja celowo to zrobiłem przed startem, by naprężony ochraniacz nie ciągnął się w górę przez gumę w górnym mankiecie. Pozostaje tu kwestia pewnie też regulacji gumki, którą można nieznacznie skrócić. Jednak nie chcę dodatkowego zbyt dużego ucisku w tym miejscu  Nieduża ilość piasku dostała się oczywiście do wnętrza buta przez otwory siateczki w przedniej części buta, ale nie powodowało to praktycznie żadnego dyskomfortu.i było niejako wkalkulowane. Po marszu w warunkach startowych ochraniacze na butach wyglądały tak:

   Kopia_00__0017

 Kopia_00__0049

 

Nie wiem na ile ściągacz skarpetki zachowa swoją moc przylegania na skutek rozciągania podczas wielokrotnego używania. Być może trzeba będzie tam wszyć gumkę, by nie było to rozwiązanie na kilka marszów. Niemniej jestem bardzo zadowolony, że udało mi się bardzo skutecznie ograniczyć wsypywanie piasku do butów. Czas wykonania takiego rozwiązania nawet dla kiepskiego krawca oszacowałbym na góra 15 minut.  

Puchar Pomorza Nordic Walking 2016 - Czaplinek

mk130363

Przed sezonem w ogóle nie brałem pod uwagę udziału w Pucharze Pomorza. Nawet bliższe ciut Jastrowie w Pucharze Wielkopolski mnie nie przekonywało. A jednak pojawiłem się już w tych dwóch miejscach Trójkąta Pucharowego (trzecim wierzchołkiem ma być Okonek w lipcu). Wyjazd w te miejsca wymaga odpowiednio wczesnego wyjazdu. A estem typową sową inaczej mówiąc nocnym markiem, więc wyjazd wcześnie rano powinien stwarzać jakiś problem. Jednak z samym wyjazdem go nie ma. Czy jednak mała ilość snu może mieć wpływ na wynik? Pewnie tak, ale nie sądzę, by to było w moim przypadku i w przypadku mojej kategorii wiekowej aż tak bardzo istotne. Poszedłem spać o 1 w nocy, nie mogłem zasnąć do 2. Obudziłem się zanim zadzwonił budzik o 5 rano. Próbowałem przewrócić się na drugi bok, ale nie udało się. Wstałem o 5.20 Nie wychodziłem na "mój typowy" rozruch. Ale wyszedłem na 15 minutową gimnastykę z elementami truchtu, chodzenia na piętach i rozciąganiem. Piszczele przestały dokuczać więc to powinno wystarczyć. Toaleta, śniadanie, rzut oka do internetu, ostatnie pakowanko potrzebnych drobiazgów i tuż po 7 wychodzę na umówione spotkanie z Kasią i Łukaszem. Po drodze zgarniamy jeszcze w Obornikach Arletę i grubo przed 10 meldujemy się w Czaplinku. W biurze zawodów jak zwykle mniejsza kolejka jest do stanowiska dystansu 10 km. Formalności są krótkie. Jeszcze odbiór koszulki na oddzielnym stanowisku. Jest w bardzo ładnym jasnoniebieskim, a może raczej błękitnym kolorze. Gdy wyjmuję ją z woreczka chcąc obejrzeć jak prezentuje się w całości dostrzegam, że jest jak na "młodszego brata". Co jest? Pani w biurze sprawdzała przecież rozmiar. Na metce napis Woman wyjaśnia wszystko. Okazuje się, że producent dostarczył tym razem, tylko koszulki damskie. Małe rozczarowanie, zwróciłem koszulkę, nie chciałem damskiej nawet XXL, mają na pewno nieco inny krój, a nie mam problemu by poczekać na nią do Jarosławca. Mam nadzieję, że zdążą załatwić przez ten tydzień. Oczywiście od samego przyjazdu nieustanne spotkania przyjaciół i znajomych, i w tym oczywiście zawodniczek i zawodników naszego Teamu. Przebranie w strój startowy, montaż czipa i numeru startowego i ruszam na lustrację trasy przez rozgrzewkę. Zasięgałem języka i od Jerzego Bernarda dowiedziałem się, że są miejsca wybrukowane. Chciałem zobaczyć jak to wygląda w rzeczywistości i jak długie są, tym bardziej, że z ostatnich doniesień słyszałem, że trasa jest w 100% miękka. No niestety nie udało mi się tego ocenić, bo okazało się że wybrukowany odcinek był prawie kilometr od miejsca startu i nie zdążyłem do niego dotrzeć. Nie był on jakoś bardzo długi, ale jednak te 200-250 m powodowało pewną niedogodność. Zakładać nakładki na groty nie opłacało się, a odepchnąć się zbyt mocno nie było można. Trasa dość trudna technicznie. Podłoże zmieniało się jak w kalejdoskopie: leśna ścieżka, trawa, piasek, szuter z małymi kamyczkami, z większymi  kamyczkami, droga gruntowa, przecinka asfaltowa, przecinka płyty ażurowej. Większa część na otwartej nasłonecznionej patelni. Początkowy i końcowy odcinek w chłodzie głębokiego cienia wysokich drzew z gęstymi koronami. Charakter trasy interwałowy. Pierwsza część lekko z górki, powrót lekko pod górkę. Różnica poziomów może nie była wielka, ale jednak te chyba około 20 m trzeba było się wspiąć. Przy dystansie 10 km trzeba to było 4 razy zrobić. Do tego mniejsze dołki i pagórki na trasie też się zdarzały. Usłyszałem też od Andrzeja, że pętla trasy wyraźnie dłuższa jest od zapowiadanych 2500 m. Miało to zweryfikować się w trakcie zawodów. Póki co, prezentuję wrysowaną przeze mnie trasę na podstawie zapisu endomondo koleżanki z drużyny, u której zapis uznałem za dość wiarygodny. Wyszedł mi mniejszy dystans niż u niej w zapisie aktywności, głównie pewnie dlatego, że nie byłem w stanie uwzględnić drobnych zakrętasów, które były na trasie, a których nie da się odtworzyć przy zapisie punktów co kilkanaście sekund. Stąd moja trasa zapewne nieco wyprostowana jest. Poza tym i u niej w zapisie mogła zwykła niedokładność rzędu kilkudziesięciu metrów także być. 

Za tym, że trasa była jednak dłuższa od nominalnej przemawiają także wyniki zawodników. Analizowałem tempo kilku zawodników, w tym głównie czołówki dystansu 10 km i okazywało się, że gdyby dystans był zmierzony dokładnie, wszyscy szli by w Czaplinku tempem od 30 sekund do 1 minuty/km wolniejszym niż w innych podobnych zawodach. To nie może być przypadek. U wielu tempo było gorsze o równe 50s/km. U mnie uprzedzając wypadki było to 38 s/km gorzej niż podczas Marszu o Koronę księżnej Dąbrówki przed 3 tygodniami. Większa trudność trasy nie mogła spowodować pogorszenia tempa więcej niż 5 s, gorsza dyspozycja dnia lub spadek formy więcej niż 10 s. W najgorszym razie mogłem więc tracić maksymalnie 15 s/km, a nie 38. A przecież tak naprawdę nie odczuwałem gorszego samopoczucia, a ból piszczeli odszedł w siną dal. No ale bez oficjalnego potwierdzenia rzeczywistej długości dystansu przez organizatora możemy tylko sobie gdybać. Dla wyników rywalizacji nie ma to najmniejszego znaczenia. Jednak wielu z nas notuje życiówki, czy choćby porównuje wyniki z różnych startów i tu różnica 360 m (a tyle by wyszło według "mojej" trasy dla 10 km) może być znacząca. Okazuje się, że niestety największy problem jest z trasami o krótkiej pętli (2,5km). Tu nawet mała niedokładność poprzez wielokrotne jej sumowanie powoduje istotną różnicę. Większość zawodników lubi jednak pętle 5 kilometrowe chyba nieprzypadkowo. 

Po rekonesansie wróciłem na miejsce startu, gdzie kończyła się rozgrzewka i zaczynało się oficjalne otwarcie zawodów. Standardowo ustawiamy się w torach startowych wg kategorii wiekowych. Tu dowiaduję się że puszczani będziemy na trasę falami kategorii wiekowych. To w trosce z obawy o nasze bezpieczeństwo zwłaszcza na zwężeniach trasy na pierwszej części pętli. W mojej kategorii niemal połowa zawodników to mój Team. Jest nas czterech: Bogdan Świsłocki, Andrzej Folwarski, Andrzej Stefański i ja. Moje endomondo niestety nie złapało fiksa i dopiero po przejściu mniej więcej pierwszego kilometra zaczęło rejestrować trasę. To była pewna niedogodność. Endomondo jakie jest takie jest i wiadomo, że nie zawsze dokładnie pokazuje dystans. Ale czasem robi to zadowalająco na tyle, że jesteśmy w stanie określić w miarę poprawnie tempo z jakim idziemy. Tu żadnej wskazówki jednak tego dnia nie miałem. Co jednak gorsze organizatorzy nie oznaczyli kilometrów na trasie i nie można było tempa zweryfikować w oparciu o sam stoper. Tutaj oczywiście bez przesady, nie wpływa to w jakiś szczególnie duży sposób na wynik, bo i tak staramy się iść cały czas jak najszybciej. Ale jednak jest to pewna informacja dla nas i możemy choć starać się zwiększyć tempo jeśli wskazania nas nie zadowalają. Tu takiego dodatkowego dopingu na trasie nie było. Można było co najwyżej kontrolować międzyczasy na poszczególnych okrążeniach, czyli teoretycznie co 2,5 km, a praktycznie, no właśnie nie wiedzieliśmy dokładnie jaki był to faktycznie dystans. Ja przyjmę, że jednak było to więcej. W samej rywalizacji nie było jakichś specjalnie interesujących sytuacji przynajmniej z mojego punktu widzenia. Schemat był podobny jak to zwykle opisuję zaczynam prawie z zupełnego końca i potem przez równe tempo awansuję o nieco pozycji w zależności od siły rywalizujących uczestników. Moje międzyczasy wyglądały następująco:

 

Okrążenie/km czas okrążenia tempo okrążenia min/km czas narastająco
1 okr / 2,59 km 20:52 8:03 20:52
2 okr. / 5,18 km 21:28 8:17 42:20
3 okr. / 7,77 km 21:18 8:13 1:03:48
4 okr. / 10,36 km 21:08 8:10 1:24:46

 

Najszybsze było pierwsze okrążenie, ale już wówczas wiedziałem, że o życiówkę będzie bardzo ciężko. To pewnie był wpływ adrenaliny i bliskiej odległości rywali. Na drugim okrążeniu tempo trochę spadło, co zupełnie pozbawiło mnie złudzeń na jakiś super wynik, ale walczyłem i potem na kolejnych poprawiałem się nieznacznie. Średnie tempo całego marszu wyszło 8:11/km. 

Kopia_00__0016

Medal na szyję i czekamy przy mecie na Monikę, którą podziwiam, że startuje zawsze na dychę i marzy o półmaratonie. Wielu idzie po mniejszej linii oporu i zalicza tylko piątkę. Nie każdy może oczywiście wybrać dłuższy dystans, ale jeśli rozwijamy się, możemy próbować się w miarę wzrostu naszej kondycji w bardziej wymagających wyzwaniach. 

 

Jeszcze udział w Mini Nordic Walking, gdzie tym razem asystuję dzieciom z tyłu, idąc za nimi. Dzieciaki prowadzi Bogdan Grygorowicz,  z którym startujemy w Pucharze Polski od początku. Należymy pod tym względem do najstarszych uczestników zawodów Federacji. 

Posiłkiem regeneracyjnym jest grochówka, która serwowana jest praktycznie bez ograniczeń. Sam na pytanie nalewajły proszę o pełny pojemniczek. Jest z dużą ilością gęstego i kiełbaski. Zapominam, że zgodnie z teamową tradycją czeka na nas bogato zastawiony stół z różnymi smakołykami.

 

Kopia_0014jeszcze z grochówką

Agnieszka łapie mnie z tą grochówką, więc podążam z nią do naszej wesołej kompanii. Potem tort urodzinowy Tosi, bułeczka maślana, naleśnik ze szpinakiem i czymś czego nazwy nie potrafię powtórzyć, mufinka czekoladowa z wiśnią.

 

już po torcie

 

rozmowy o regulaminach z Bogdanem

Kopia_0121z bułeczką maślaną

Na samym końcu jeszcze ciasto nie wiem już czy to marchewkowe czy coś "ala", ale dobre z lukrem na wierzchu. W międzyczasie rozmowy, rozmowy, rozmowy i fotki, fotki, fotki. Sam zainicjowałem ten fotograficzny bum w drużynie i teraz nie ma się jak odwrócić, żeby nie być przez kogoś złapany na zdjęciu.

Kopia_00__0048

Ale to jest fajne. Pokazuje, że oprócz wyników liczy się dobra zabawa i przyjaźń. W czasie dekoracji przyzwyczajamy się że część z nas zalicza pudło. Ja cieszę się że Tosia z Julą są obie w najszybszej trójce w swojej kategorii.

 

To zawsze jest mniej fajne jak jedna jest, a druga jest czwarta. W losowaniu nagród maszyna losująca pomyliła się o jeden numer więc tym razem odjechałem pustymi rękami.

 

Na zakończenie grupowe fotki na scenie z podium.

 

Kopia_023

Mimo, że zabrałem kąpielówki, bo woda w jeziorze podobno jest dość czysta, nie skorzystałem z kąpieli. Podobno woda jeszcze była bardzo zimna. Bardzo udana impreza. Gdyby udało się wydłużyć pętlę do 5 km i oznakować kilometry byłoby jednak lepiej, bruku nie da się rozebrać, ale wówczas tylko dwa razy byśmy go musieli pokonywać. Słabo wyszła obsługa fotoreporterska tej imprezy. Przynajmniej na tę chwilę nie znalazłem żadnej galerii. Stali ludzie przy trasie z aparatami, ale pstrykali tylko pewnie swoją rodzinę. Gdyby nie własna inicjatywa Teamu nie byłoby czym zilustrować tego wpisu. Niestety z trasy nie mogliśmy sobie nawzajem zdjęć robić. To co sam zebrałem i zrobiłem udostępniam poniżej.

Puchar Pomorza Nordic Walking - Czaplinek 2016

A tak wchodziliśmy na metę:

 

Plażowy Nordic Walking - suplement

mk130363

W niedzielę powtórzyłem trening w wielkiej piaskownicy. Tym razem nie zrywałem się o świcie, rozpocząłem trening wczesnym popołudniem. Zaryzykowałem, gdyby boisko było zajęte zrobiłbym standardowy trening. Do próby założyłem buty Kalenji Kiprun Trail XT5. Podobnie jak poprzedniego dnia kilka ćwiczeń na rozgrzewkę i 2 km spacer na początek. Gdy doszedłem, boisko było puste, jednak już po 2 okrążeniach pojawili się jacyś amatorzy siatkówki. Podchodzili do gry na dużym luzie i co chwila ją przerywali udając się do biesiadnego stołu. Ani ja im nie przeszkadzałem, ani oni mnie. Na początek zadysponowałem sobie 20 i pół okrążenia. Włączyłem w trakcie próby stoper i kontrolowałem czas pierwszych okrążeń. Podobnie jak dzień wcześniej postanowiłem iść na wytrzymałość bez ścigania się. Jednak 10,5 okrążenia pokonałem w czasie o 30 s lepszym niż poprzedniego dnia, a 16 okrążeń w czasie o 20 s lepszym niż łączny czas obu wczorajszych prób. W drugiej części tej pierwszej tego dnia próby zacząłem czuć, że mam biodra i odczułem jakiś dyskomfort lewego Achillesa. Być może było to spowodowane tym, że był bardziej obciążony przy zwrotach na zakrętach mojej trasy. Chodziłem cały czas w kierunku ruchu wskazówek zegara i przy zwrocie i być może ten dodatkowy ruch podczas wielokrotnych powtórzeń spowodował ten lekki ból. Jednak nie przeszkodziło mi to dokończyć tej próby. Muszę przyznać że zmęczenie piaskiem było jednak wyraźnie odczuwalne i nie był to już tylko przyspieszony oddech, ale nawet zacząłem bardziej się pocić, tak że czułem spadające krople z czoła. Czas pokonania 2050 m po piasku - 24:02. Średnie tempo marszu - 11:43/km. Mimo dłuższego dystansu wyszło więc jednak nieco lepiej niż wczoraj. Byłem tak zmęczony, że potrzebowałem kilku chwil odpoczynku. Uzupełniłem płyny. Zrobiłem dwa ćwiczenia rozciągające pozując do zdjęć i 3 minuty posiedziałem na workach delektując się złamaniem 2 km po piasku.

Kopia_00__0292

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ruszyłem w stronę cypla i znów odczułem, że teraz szło się dużo lżej. Powróciłem do piaskownicy bardzo szybko i rozpocząłem drugą próbę tego dnia. Ta cześć była krótsza i miała 9,5 okrążeń. Lewe ścięgno Achillesa natychmiast przestało boleć jak wyszedłem z piaskownicy, ale by go nie obciążać nadmiernie, postanowiłem teraz iść w odwrotnym kierunku. 950 m pokonałem teraz w czasie 11:03. Średnie tempo 11:38/km. Jak widać tempo nieznacznie ale jednak wzrosło w stosunku do tego z poprzedniego dnia. Czas pokonania 3000 m wyszedł w sumie 35:05, a średnie tempo 11:42/km. Przy czym powtórzę, że nie starałem się iść szybciej. W ogóle zweryfikowałem swój plan treningu na piasku. Ze względu na dość duże obciążenie, nie będę robił próby szybkościowej. To może doprowadzić do kontuzji, a tego nie chcę. Wszystkim którzy wystartują w Jarosławcu, a nie mają doświadczenia w chodzeniu po kopnym piasku radzę nie wyrywać się nadmiernie, bo można coś sobie zerwać. Lepiej piasek po prostu przejść, a jak wystarczy sił, pokazać szybkość na twardszej części trasy. 

Pozostaje kwestia piasku w butach. Tym razem było go już tak dużo, że zastanawiałem się po drugiej części próby, czy go nie wysypać, ale wówczas trudno by mi było go zaprezentować jak w przypadku poprzednich prób i butów. Z trudem, ale doniosłem ten piasek w butach do domu. Rzut oka wystarczy by stwierdzić że było go 2 razy więcej niż poprzednio.

Kopia_00__034

Zastanawiam się jakie buty wybrać na zawody i czy nie najlepszym rozwiązaniem będzie zabranie butów ze sznurowadłami węzełkowymi. Wówczas zdjęcie butów i wysypanie piasku bez konieczności rozwiązywania sznurowadeł może być bardzo dobrą opcją, zajmującą niewiele czasu. Tu jednak przydałaby się dokładna znajomość trasy, zwłaszcza wiedza jak długi będzie odcinek twardszy.

Plażowy Nordic Walking

mk130363

Mieszkający nad morzem mają to na co dzień. My mieszkający w głębi kraju możemy spotkać co najwyżej bardziej lub mniej piaszczyste ścieżki, którym jednak najczęściej daleko do tzw. kopnego piachu. Organizatorzy Pucharu Pomorza w Jarosławcu postanowili uraczyć uczestników trasą, której ponad połowa dystansu ma przebiegać po nadmorskiej plaży. Jarosławiec znany jest zresztą z "Biegu po plaży", który odbywa się tu każdego roku w okresie letnim. Tak więc Pomorzanie zaprawieni w takim treningu będą mieć pewien handicap względem szczurów lądowych. Pewną namiastkę tej sytuacji mieliśmy w Jastrowiu przechodząc wzdłuż plaży nad jeziorem, gdy Adam Moczarski po starcie zdziwił się, że wszyscy stoją, a on idzie. Ale to był mały pikuś, bo to było około 150 m pokonywane w sumie 2 razy dla dystansu 10 km. W Jarosławcu nie wiem ile dokładnie tego będzie, ale będzie to dystans liczony w kilometrach. Jak się chodzi po piasku nie muszę chyba nikomu tłumaczyć. Tyle, że nie każdy chodził po piasku na czas. Nie chcę gdybać póki co, ale możemy spodziewać się czasów daleko odbiegających od tych, do których przywykliśmy.

W tym roku nad Wartą wybudowano kilka plaż, z boiskami do siatkówki plażowej i piłki kopanej plażowej. Jedna mała plaża z małą piaskownicą do siatkówki znajduje się na zachodnim brzegu Warty i tę należy traktować raczej jako oazę wypoczynku.

Kopia_100620163038

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Natomiast dwie większe piaskownice wybudowano jedną po stronie wschodniej niedaleko mostu Królowej Jadwigi i jedną po stronie zachodniej między mostem św. Rocha a mostem Bolesława Chrobrego (Katedrą). I ta ostatnia plaża stała się obiektem mojego zainteresowania, bowiem leży bezpośrednio przy trasie, którą na ogół chadzam z kijami. Kilka dni temu wybrałem się na spacer właśnie w kierunku Katedry i przechodząc obok plaży postanowiłem przejść się po piasku. Przeszedłem po przekątnej boiska, bo jest to najdłuższy odcinek jaki można tu pokonać nie zmieniając kierunku marszu. Było to jednak raptem kilkadziesiąt metrów, więc praktycznie trudno odczuć uciążliwość marszu po takim podłożu. Wracając z cypla postanowiłem zrobić kilka rundek po piasku idąc wokół boiska, możliwie blisko jego skrajni, tak aby dystans był możliwie najdłuższy. Wstępnie oszacowałem jedno takie okrążenie na około 80 m, a nawet przyjąłem że może być mniej o 10 m. Jednak nie mierzyłem odległości ani krokami ani w żaden inny sposób. Zrobiłem cztery i pół okrążenia (to pół zamiast przekątnej, bo przecież w jakiś sposób musiałem i tak znaleźć się na drugim końcu piaskownicy, a matematycy potwierdzą, że suma dwóch sąsiednich boków prostokąta jest zawsze większa od przekątnej prostokąta. Dzisiaj postanowiłem już w mniej spontaniczny sposób potraktować trening w piaskownicy. Ze względu na dzień weekendowy ustaliłem bardzo wczesną godzinę treningu. Chciałem mieć pewność, że nikt nie będzie wówczas korzystał z plaży grając w siatkówkę, gdyż mogło to być pewną przeszkodą. Z tą godziną to nawet trochę przesadziłem myślę, że i dwie godziny później plaża była wolna od grających. Zrobiłem krótką 5 minutową rozgrzewkę i o 6.15 wyszedłem z domu by około 6.30 znaleźć się niedaleko plaży. Uwagę moją przykuł jednak śmietnik, który panuje na tym terenie, szczególnie zaznaczając się weekendowe poranki. Zrobiłem krótką przerwę dokumentując tę bezmyślność korzystających nocą z tych terenów. Po tym niezbyt miłym spotkaniu z rzeczywistością podążyłem w kierunku dużej piaskownicy. Miałem już w nogach 2 km więc można powiedzieć, że byłem już w dużym stopniu rozgrzany. Plan miałem taki, by okrążyć ją 5 i pół razy idąc w jedną stronę oraz 5 i pół razy wracając z cypla. Z tym, że postanowiłem przy powrocie zadysponować nawet większą ilość okrążeń jeśli będę czuł się na siłach. Zaznaczę jednak, że nie było moim celem iść na wyścigi. Chciałem po prostu po pierwsze przyzwyczaić moje nogi do takiego dość specyficznego podłoża, a po drugie sprawdzić ile piasku nasypie mi się do butów, bo to też może być istotne w kontekście pokonywania długiego dystansu. Jednocześnie postanowiłem po zakończeniu próby w piaskownicy obmierzyć ją w sposób bardziej dokładny niż szacunek na podstawie rzutu okiem. Zacznę więc od ostatniej sprawy jako bardzo istotnej, tym bardziej że jednak podczas próby postanowiłem jednak włączyć stoper, by wiedzieć jakim tempem szedłem i odnieść to do uczucia zmęczenia takim podłożem. Jako przyrządu pomiarowego użyłem moich kijów przekładając je jeden za drugim wzdłuż boków boiska. Mierzyłem oczywiście długość, którą rzeczywiście pokonywałem, a nie całkowitą długość boków boiska ograniczonych workami z piaskiem.

 

Te worki nomen omen zostały w pewnej części zdewastowane przez biesiadujących w nocy. Długość mojego kija LEKI WALKER PLATINIUM o długość nominalnej 125 cm wynosi 125,5 cm. Ze względu na możliwość błędu przy układaniu przyjąłem jednak tę długość dokładnie jako 125 cm. Ilość ułożeń kija obu boków boiska wyniosła odpowiednio 25 i 15, czyli całkowity obwód trasy mojego marszu wyniósł 80 długości kija. W ten sposób wyszedł dość okrągły dystans jednego okrążenia 80 x 1,25 m = 100 m. 

Kopia_00__0193

Po wykonaniu pierwszej sesji treningowej po piasku, teraz już wiem, że 550 m, udałem się w kierunku cypla, a następnie wróciłem (pokonując w sumie kolejne 2 km) do piaskownicy. Ta pierwsza sesja choć dość krótka spowodowała jednak wstępne odczucie zmęczenia podczas brnięcia przez kopny piach i jednocześnie po wyjściu z piaskownicy odczucie pewnej lekkości dalszego marszu.

 

Kopia_00__0212

Drugą sesję w piaskownicy postanowiłem wydłużyć. Początkowo nie wiedziałem o ile, ale po 7 okrążeniu postanowiłem, że będzie to 10 i pół okrążenia. I tak zrobiłem. Czas pierwszej sesji to 6:31 (tempo marszu  11:51/km), czas drugiej sesji 12:22 (tempo marszu 11:47/km) W sumie pokonałem więc 16 okrążeń czyli 1600 m po kopnym piasku w czasie 18:53 (tempo marszu 11:48/km). Cały trening nie był zaplanowany jako próba szybkości, więc i ten odcinek w piaskownicy taki nie był. Jednak porównując tempo marszu odcinków po zwykłej ścieżce, które było nieco powyżej 9 min/km widać ogromną różnicę. Po zakończeniu odcinka specjalnego, odczuwałem lekko przyspieszony oddech mimo, że nie ścigałem się. Wysiłek był jednak większy i pewnie porównywalny do tego jakbym cały czas szedł pod górkę, może nie nazbyt stromą, ale jednak zwiększającą zapotrzebowanie organizmu na tlen. Można powiedzieć, że jest to odmiana treningu siłowego, o którym jeszcze będę pisał w cyklu dotyczącym rodzajów treningu Nordic walking.  Po zakończeniu próby pomaszerowałem jeszcze niemal 4 i pół kilometra po zwykłej ścieżce, a wracając do domu oczywiście także po kostce i asfalcie chodników. Również teraz odczuwałem, że idzie mi się lżej i dlatego wydłużyłem ten dystans o 2 km. Kilometr przed zakończeniem treningu zrobiłem jeszcze sesję rozciągania.

W tej chwili interesują mnie dwie sprawy. Chciałbym zrobić trening po piasku o dwukrotnie większej objętości tzn na około 20 okrążeń, oraz zrobić trening szybkościowy na 10 okrążeń. Z uwagi na bliskość zawodów w Jarosławcu i to, że w międzyczasie wystartuję w Czaplinku nie wiem, czy uda mi się to zrobić, ale będę próbował może już jutro.  

A ile miałem piasku w butach? W tym pierwszym marszu kiedy wpadłem na pomysł chodzenia po plaży miałem przewiewne buty Kalenji Kapteren Explor i pokonałem dystans niespełna 500 m. Piasku w obu butach miałem razem tyle:

 

W drugim przypadku założyłem wydałoby się mało przewiewne (w każdym razie bez siateczki z wyraźnymi oczkami) buty które niedawno kupiłem Walkx sport z Aldiego za 25 zł. I piasku w obu butach po pokonaniu dystansu 1600 m miałem razem tyle

 

VIII Łazarski Bieg Otwarty "Arena 2016"

mk130363

Parę razy miałem już chęć wybrać się na tę imprezę, ale na ogół coś stało na przeszkodzie. Zawsze rozgrywana jest w ramach "Dni Łazarza" na przełomie maja i czerwca. W ubiegłym roku w tym samym dniu rozgrywana była Korona Dąbrówki i na siłę by się zdążyło, ale nie zdecydowałem się na to. Początki tej imprezy sięgają roku 2009, ale wówczas chyba jeszcze nie było w programie konkurencji nordic walking. Na inaugurację  wystartowało 50 osób. Teraz startuje już niemal czterokrotnie więcej. Impreza jest kameralna więc w poszczególnych konkurencjach nie ma jednak tłumów. W nordic różnie to bywało w ubiegłych latach. Czasem startowało kilkanaście osób czasem tylko kilka. Dystans dla nordic walking rzekłbym sprinterski bo organizatorzy podają oficjalnie 1250 m. Jednak Piotr Przymusiński w ubiegłym roku zmierzył, że to jednak tylko 1 kilometr jest. W tym roku chyba troszkę trasę zmodyfikowano przez obejście małej górki i przez to wg. mojego pomiaru wychodzi 1050 m. Tak czy inaczej zanim się dobrze rozpędzisz już musisz finiszować. Ale zabawa fajna jest. Trasa oczywiście po asfaltowych alkach Parku Kasprowicza, w którym pływalnia jest i hala widowiskowo sportowa ARENA. Stąd i w nazwie imprezy to popularne słowo, którym określa cały teren wokół ARENY. Nordic jest pierwszą konkurencją, w której rozdawane są podczas tej imprezy puchary. Wcześniej rozgrywane są biegi dziecięce na 100, 400 i 800 m. Po nas są dwa biegi główne na 2,5 km i 4,8 km. Impreza jest bezpłatna, a zapisy przyjmowane są w dniu zawodów w biurze. Każdy uczestnik otrzymuje medal, a najszybsze trójki głównych konkurencji puchary. 

Niedziela od rana była ciepła i słoneczna, ale jadąc rowerem na bieg, nie odczułem tego specjalnie, bo 9 rano było jednak jeszcze w miarę rześko. Zabrałem ze sobą dużą butlę (0,75l) domowego, cytrynowego izotoniku. Ale organizatorzy też byli przygotowani na upał serwując wodę w kubeczkach w okolicach startu i mety. Formalności w biurze bardzo sprawnie prowadzone. Przezbrajanie z roweru na kijki ze spokojem, bo jest dużo czasu. Widzę po obsadzie naszej konkurencji, że rywalizacja będzie bardzo mocna. Robię rozgrzewkę i wyruszam w krótki rekonesans po trasie. Rower wprawdzie pozwolił na wstępne rozruszanie organizmu, ale marszowa rozgrzewka jest najskuteczniejsza przed zawodami i intensywniejszymi wysiłkami. Chyba z 600-700 metrowy spacerek zrobiłem przed startem, ale starałem się to robić w cieniu, bo słońce zaczynało coraz mocniej przygrzewać. Na starcie było nas kilkanaście osób. Organizator wyjaśnił przebieg trasy, na której stali zresztą wolontariusze pokazując kierunek marszu. Dodatkowo na czele jechało dwóch pilotów na rowerach. Dystans krótki więc rozgrywka była również bardzo szybka. Tu nawet nie ma na co się oglądać. Startujemy praktycznie z dwóch linii. Ja z tyłu oczywiście. Na komendę pilota mamy ruszyć, ale najpierw jest mały falstart.

08

Uspokojenie emocji,  ponowna komenda i ruszamy. Po kilkunastu krokach jedna z pań potyka się o własny kijek i gubi gumowy bucik. Ja nieco przyblokowany jestem, więc ruszam wyprzedzając po trawie. Czołówka trzech zawodników jest już bardzo z przodu, za nimi Janek. Ja wychodzę na piątą pozycję. Staszek się praktycznie nie ściga, ale idzie razem z Dorotą wspólnym równym i szybkim tempem kilkanaście metrów za mną. I w zasadzie to by było na tyle. Dalej już bez historii. Zwycięzca całego marszu oderwał się gdzieś w połowie dystansu od ścigającej dwójki. Uczestnicy rozciągali się w coraz dłuższy wąż, a odległości ich dzielące stopniowo się zwiększały.  Janek niezagrożony doszedł jako czwarty, ja niezagrożony doszedłem jako piąty na metę.

 12

Chwilę za mną przyszedł Staszek z Dorotą i nawet zdążyłem ich sfotografować.

 

Czas 8:35 na 1050 m

Pani na mecie notuje mój numer i pyta o wiek. Okazuje się, że zajmuję 2 miejsce w kategorii do lat 60. Okazuje się teraz, że w konkurencji Nordic walking nieco inaczej przyjęto podział na kategorie. Spodziewaliśmy się raczej, że będzie podział na kobiety i mężczyzn, a tymczasem nie dzielono na ze względu na płeć, ale ze względu na wiek - poniżej lub powyżej 60 lat. No i tutaj miałem ten fart, że trzech panów, którzy mnie wyprzedzili, sklasyfikowani zostali w kategorii powyżej 60 lat. No i dzięki temu załapałem się także na pamiątkowy pucharek. Przed dekoracją jeszcze pamiątkowe zdjęcie uczestników na linii mety.

 181

A dekoracje są zawsze miłe, gdy się jest wyróżnionym.

 191

Organizatorzy sugerowali by z okazji 1050 rocznicy Chrztu Polski ubrać się w barwy narodowe. Ja czerwonych spodenek nie posiadam ale znalazłem inny sposób by uczcić tę rocznicę. Włożyłem koszulkę z Marszu o Koronę Księżnej Dąbrówki (no i czerwone rękawiczki).  Podobny pomysł z koszulką mieli Piotr Przymusiński i Zosia Szaroleta. Gdy ustawiliśmy się do ostatniego pamiątkowego zdjęcia stanąłem obok Staszka ubranego w czerwoną koszulkę i byliśmy biało-czerwoni.

 Kopia_050620163035

 

VIII Łazarski Bieg Otwarty "Arena 2016"

 

Jeszcze film organizatora tej imprezy.

 puchar

Parkrun Poznań_bieg nr 200 i ONKO aktywny Poznań

mk130363

Wielokrotnie byłem zapraszany na ten bieg, który kiedyś był moim niemal stałym punktem sobotniego programu zajęć. Miałem inne priorytety, więc wybierałem inny rodzaj treningu. Tym razem udało mi się ponownie trafić na tę biegową imprezę, ale wystartowałem w niej maszerując z kijkami. Niewątpliwie łatwiej mi się tu pojawić z jakiejś okazji np. jubileuszowej edycji biegu, urodzin biegu, dedykacji biegu jakiejś patriotycznej rocznicy niż na ten najzwyczajniejszy bieg jaki trafia się co sobotę. Tym razem skusiła mnie okrągła liczba biegu i to że nie miałem nic zaplanowanego na ten dzień, a bardzo długie dystanse treningowe i tak muszę trochę odpuścić. 

Na bieg pojechałem rowerem. Byłem dość wcześnie na Cytadeli (chyba pół godziny przed startem). Ale pierwsi uczestnicy i wolontariusze byli już na miejscu. Ostatnio w biegach parkrun w Poznaniu znacznie zwiększyła się frekwencja. Przyczyniła się do tego niewątpliwie edycja biegu poświęcona rocznicy wybuchu Powstania Wielkopolskiego. Nierzadko teraz w biegu bierze udział niemal 200 uczestników, podczas, gdy wcześniej bywało ich 100-130. Dodatkowo frekwencję podwyższa pewnie możliwość zaliczenia zajęć wf przez studentów jednej z poznańskiej uczelni. Tu nie mam jakichś pewnych wiadomości, ale liczny udział studentów nie jest najwyraźniej wynikiem ich wyjątkowej miłości do biegania. Zastanawiam się, czy można kogoś zmuszać do takiego dużego wysiłku jakim jest bieg na dystansie 5 km. Domyślam się, że jest to opcja dla tych, którym nie chciało się w tygodniu uczestniczyć w zajęciach zapewnionych przez uczelnię. Na tych zajęciach trzeba pewnie pływać albo grać w siatkówkę w określonych godzinach i przez określony czas i może nie wszystkim to pasuje. Tu trzeba jednak przebiec lub choćby przejść całe 5 km. Może nie jest to dużo z punktu widzenia osób regularnie trenujących, ale z punktu widzenia studenta ślęczącego przy biurku wiele godzin może to być wysiłek ponad miarę. Tu jest konkret, trzeba pokonać 5 km i nie można czekać, aż piłka do mnie przyleci albo postać na słupku toru basenu. Trzeba pokonać 5 km ... albo i nie trzeba. Wcale się nie dziwię, że ci niewytrenowani kombinują. Jak ktoś nie robi czegoś z pasji a tym bardziej jeśli ktoś jest do czegoś zmuszany, to stara się załatwić problem z jak najmniejszym dla siebie bólem. Rano było ciepło jak latem. Godzina 9 wcale tu wiele nie pomaga. Jak jest ciepło w nocy to i o tak wczesnej godzinie czuć skwar świecącego słońca. To dodatkowo zniechęca do dużego wysiłku. Biegacze, którzy wymyślili parkrun z pewnością nie wpadliby na pomysł, by skracać sobie dystans biegu. Nie wpadną na to także osoby, które robią to (biegają) z pasji, a nie dla samego szpanu popisania się jakimś wyśrubowanym wynikiem w klasyfikacji. Ale jak ktoś zmuszony jest...    

Wystartowaliśmy więc tradycyjnie o 9 rano. Ja ustawiłem się w tylnych rzędach z moimi kijkami, ale i tak byli tacy którzy ustawili się za mną. No na to nie mam wpływu, nie będę wycofywał się o 50 m od linii startu, bo ktoś lubi z dalszej pozycji zaczynać bieg. Ale na pierwszych metrach starałem się ostrożnie stawiać kijki, by zbytnio innym nie przeszkadzać.

Kopia_0013

Po kilkudziesięciu krokach wszyscy mnie szczęśliwie wyprzedzili i mogłem już bez skrępowania rozwinąć skrzydła. Biegacze powoli mi uciekali, a ja swoim tempem podążałem za nimi. Plan na ten dzień był umiarkowany. Chciałem szybko pokonać dystans ale bez jakiegoś szczególnego spięcia. Tempo 8:30/km i czas 42:30 przyjmowałem w ciemno. Po około 500 m dostrzegłem, że grupka młodych biegaczy pozostała z tyłu i ja zaczynałem się powoli do nich zbliżać, gdyż oni przeszli do marszu znacznie wolniejszego niż mój. Jednak po 100 metrach zerwali się jeszcze i znów zaczęli powoli oddalać. Okazało się jednak, że nie na długo. Jeszcze przed oznakowaniem 1 km ich dogoniłem i wyprzedziłem. Za plecami usłyszałem czyjeś pytanie: długo jeszcze? Ktoś odpowiedział, że to 1 km co było widać zresztą po namalowanym na asfalcie znaku. Mój międzyczas był bardzo obiecujący.

1 km - 8:15

 Kopia_040620163027

Ta piątka, a może szóstka młodych ludzi z każdym metrem pozostawała coraz bardziej z tyłu. W międzyczasie ja wyprzedziłem sympatycznego pieska husky i zacząłem doganiać dwie młode biegaczki. Przeszedłem wiaduktem, pod który wbiegał właśnie Staszek. Staszek startuje tu regularnie i biegnie, a nie maszeruje z kijami. Kilkanaście metrów za wiaduktem dostrzegam, że "dwójka" zbiega z nasypu gdzieś w połowie odległości dzielącej wiadukt od nawrotu, znacznie skracając trasę. Za  nawrotem mijam oznaczenie 2 km.

2 km - 8:23, po 2 km czas 16:38

 

"Piątka" traci do mnie już chyba 200 m. "Dwójka" zniknęła za zakrętem prowadzącym pod wiaduktem. Gdy przechodzę pod wiaduktem widzę, że "dwójka" zatrzymała się za nim i nad czymś się zastanawia. Po odczekaniu, aż minie ich grupa biegaczy, która obiegła Rosarium dookoła "dwójka" rusza za nimi. No to jest duży skrót. Grubo ponad 600 m. Co było dalej i ile ewentualnie jeszcze skrótów zaliczyła "dwójka" trudno mi stwierdzić. Ja podążałem po koronie Rosarium i spoglądałem, kto podąża za mną. No i nikogo nie dostrzegam. "Piątka" zniknęła, ślad po niej zaginął. Gdy kończę okrążać Rosarium widzę, że ktoś biegnie i właśnie zaczyna wspinać się na koronę. Może, był to ktoś z "szóstki" i dlatego piszę teraz o tej grupce "piątka". Tej "piątki" już także "nie dogoniłem" oczywiście i tylko sami wiedzą, gdzie jeszcze i ile skrócili. Organizatorzy biegu nie mają na to wpływu, sami przychodzą tu z powodu swojej pasji i liczą, że uczestnicy także przychodzą z tego powodu lub w jakimś celu np. poprawienia kondycji. Biegi parkrun nie zostały stworzone po to, by ktoś w ten sposób zaliczał zajęcia. Te zajęcia jedni zaliczają lepiej, bo mają albo pasję biegania, albo są dobrze wytrenowani, a inni gorzej, bo to wysiłek przekraczający ich możliwości, a chęci polepszenia kondycji nie mają. Pod wiaduktem doganiam młodą dziewczynę ... idącą. Najwyraźniej bieg ją już tak zmęczył, że może tylko iść. Przyjdzie na metę 9 minut za mną, ale nie mam wątpliwości, że nic nie skracała. Czy jest studentką, nie wiem, czy też szła po zaliczenie, nie wiem. Albo bezwzględnie ambitna jest, albo chce poprawić kondycję, a może jedno i drugie. Na liście wyników jednak widnieje bez przynależności uczelnianej. Pod wiaduktem mijamy także 3 kilometr. 

3 km - 8:14, po 3 km czas 24:52

Kopia_040620163029

Przed "Doliną Czołgów" mija mnie ktoś jadący rowerem i woła do mnie, że powinienem śpiewać "Marsyliankę". Pytam dlaczego i dowiaduję się, że idę tempem jakby w jej rytmie. Pomyślałem, że ja jednak miałbym skojarzenie bardziej z "Warszawianką" niezależnie od podobieństw obu pieśni. A może po prostu gość pomylił obie pieśni i myślał o "Warszawiance". Kije niewątpliwie są bardzo pomocne przy wyjściu z "Doliny", biegając nie ma się takiego handicapu. Po wejściu na wzniesienie, kawałek za zakrętem powinno być oznaczenie połowy kolejnego kilometra, ale go nie widzę. Na stoperze jednak sprawdzam czas, bo to musi być gdzieś tutaj. Czas jest pomyślny i potwierdza dobre tempo. Teraz już nie będzie żadnych górek i najtrudniejszą cześć trasy mam za sobą. Szybko dokańczam najszybszy kilometr, wow z "Doliną Czołgów".

4 km - 8:10 , po 4 km czas 33:02

Kopia_040620163030

Po chwili wchodzę na szutrowy odcinek trasy. Zdejmuję gumowe nakładki z grotów, pewnie tracę na tym ze dwie sekundy. Po kilkuset metrach znów tracę 2 sekundy, zakładając gumki na groty. Ale do mety jest już bardzo blisko. Dochodzę samotnie, ale jestem dostrzeżony przez fotografa.

 

Kopia_0053

5 km - 8:12

META - 41:14

Czas brutto (41:25) mam oczywiście gorszy. 11 s szedłem do linii startowej. Jestem zadowolony i w pełni usatysfakcjonowany ze swojego wyniku. Średnie tempo marszu wyszło 8:15/km i było bardzo równe na wszystkich kilometrach. Wahało się od 8:10 do 8:23 i biorąc pod uwagę trudność trasy to dobry wynik. 

Za mną 3 min przybiegł tylko jeden student (ten pewnie widziany w Rosarium) oraz przyszła wspomniana wcześniej dziewczyna. Ale jak słusznie powiedział prowadzący bieg Damian Nowicki, policją tutaj nie będziemy. 

Po biegu narodził się chyba nowy zwyczaj. Jubileusz uczciliśmy wspólnym śniadaniem na trawie. Trudno by to zostało zwyczajem na każdą sobotę, ale od święta jak najbardziej miło jest porozmawiać na spokojnie przy przekąskach i plackach, gdy nikt nie spieszy się do domu i obowiązków. 

Kopia_0072

Ostatni miłośnicy śniadań na trwanie odchodzili chyba po godzinie 11. Ja pozostałem jeszcze w cieniu drzew oczekując na kolejną imprezę mającą odbyć się niemal w tym samym miejscu.

 

Postanowiłem wesprzeć swoim udziałem zaangażowaną w organizację tej akcji Kasię Błaszczyk.

onko

Przeprowadziliśmy pokaz prawidłowej techniki, tłumaczyliśmy w czym może pomóc uprawianie Nordic walking, pokazaliśmy podstawowe ćwiczenia rozgrzewki i stretchingu oraz przećwiczyliśmy z chętnymi marsz NW w praktyce. Niestety zainteresowanie akcją nie było porażające. Być może nie była dostatecznie i odpowiednio wcześnie rozreklamowana. Jeśli zdrowie pozwoli i dożyjemy następnej akcji, już dziś deklaruję pomoc przy jej przeprowadzeniu od strony Nordic walking w przyszłym roku.

Kopia_0044

VI Marsz o Koronę Księżnej Dąbrówki

mk130363

Właściwie zawody nazywają się "Bieg i Marsz o Koronę ..." ale ponieważ opiszę tu głównie moją rywalizację w marszu Nordic walking stąd tytuł. W każdym razie impreza powstała na fali rosnącej mody na bieganie i trzeba zauważyć że równocześnie od razu dostrzeżono znaczny wzrost popularności Nordic Walking. Nie było więc tak jak w przypadku większości tego typu łączonych imprez, że przy od wielu lat funkcjonującym biegu zorganizowano marsz NW. Tu powstała impreza która obie aktywności traktuje jako równorzędne. Takie same są opłaty i takie same są świadczenia. Trasa NW jest trochę krótsza od biegowej, ale i tak trzeba uznać, że to 7,5 km jest jednak jakimś większym wyzwaniem niż masowo fundowane nam "piątki", przy takich okazjach. Traktują nas tu bardzo poważnie i to jest duży plus tych zawodów. Na trasie nie ma jednak sędziów pilnujących podbiegania, czy zwracających uwagę na technikę. To minus, z którym niestety uczestnicy muszą się tu pogodzić. Bywają bowiem oczywiście przypadki łamania zasad fair play i w takiej sytuacji pozostaje nam i powinniśmy głośno zwracać uwagę tym, którzy tego nie przestrzegają, bowiem nie ma nic gorszego w rywalizacji jak poczucie, że przegrało się z kimś kto postępował nieuczciwie. Sam w przypadku podbiegania reaguję zawsze zdecydowanie, w przypadku błędów w technice, uważam że to nie jest czas i miejsce, by to korygować z pozycji zawodnika biorącego udział w rywalizacji. Ustawienie sędziów to na pewno dodatkowy koszt dla organizatora i dodatkowa odpowiedzialność, na pewno w przypadku nieuczciwych uczestników zawsze jest jakiś kłopot. 

Dla mnie dużą zaletą tych zawodów jest godzina startu (w samo południe) oraz położenie Dąbrówki tuż pod Poznaniem. Dojazd więc jest krótki, a godzina 12 umożliwia mi zrobienie porannego rozruchu bez wstawania o wschodzie (czy nawet przed) słońca. Późniejszy czas startu jest także zaletą dla tych, którzy przyjeżdżają tu z dalej odległych miejscowości, a trzeba zaznaczyć, że w Nordic walking od samego początku, czyli pierwszych zawodów, startuje tu wielu czołowych i najszybszych chodziarzy w Polsce. Ja startuję w tym roku po raz drugi i po raz drugi rano wyszedłem na rozruch, tak jak w ubiegłym roku. Było tuż po godzinie 7 gdy wychodziłem z domu. Zdziwiła mnie trochę pochmurna aura, bo spodziewałem się ostrego słońca. wszak miało być tego dnia 27 stopni. O rozruchu w kontekście zawodów chyba kiedyś napiszę osobno gdyż teraz zajęłoby mi to zbyt obszerny fragment relacji. W trakcie rozruchu tego dnia miałem jednak problemy. Po 700 m zaczęło padać. Ja na to nie byłem zbytnio przygotowany i nie miałem choćby zwykłej folii by zabezpieczyć telefon, podbiegłem więc susami pod najbliższy wystający daszek jakiegoś sklepu. Krople były dość duże, początkowo rzadkie ale z upływem czasu coraz gęstsze. Po kilku minutach jednak przestało padać, więc ruszyłem w kierunku mostu Królowej Jadwigi. Na moście złapała mnie druga fala deszczu, więc truchtem pobiegłem przez most by schować się pod jego przęsłem. Tm razem krople były mniejsze ale gęsto padające. Pod mostem znowu kilka minut oczekiwania na ewentualne przejaśnienie. To nie nastąpiło ale przestało padać. Znów więc ruszyłem dalej w kierunku mostu św. Rocha. Nie uszedłem jeszcze 150 m gdy nadeszła kolejna fala deszczu. Znów więc pobiegłem do najbliższego schronienia przede mną (zawracać jeszcze nie chciałem) czyli przęsła św. Rocha. Tu postój był dłuższy. O ile poprzednie to były fale zapowiadające deszcz, to ta była tsunami deszczu. Dość powiedzieć, że po oczekiwanie było tak długie, iż po 50 minutach rozruchu pokonane miałem niespełna 2 km. Nie do końca jednak próżnowałem. Trochę ćwiczeń rozciągających i chodzenie na piętach wypełniało mi ten czas. Jednak niepokoiło mnie, że właściwie nie mogę zrobić tego co zamierzałem czyli około 6 km marszu. Czas płynął i zbliżała się godzina umówionego spotkania na wyjazd, a ja i prysznic musiałem wziąć i zjeść śniadanie, i ostatniego sprawdzenia wyposażenia dokonać. Trzeba było wracać, więc w coraz słabiej padającym deszczu ruszyłem w kierunku mostu KJ. Tu postanowiłem zrobić sobie próbę szybkościową na 500 m. Skoro nie mogłem spokojnie przejść dłuższego dystansu to może choć mocniejszy krótszy akcent zrobię. Czas próby bardzo mnie uspokoił . 3:57/pół km to było tempo, którego oczekiwałem na zawodach. Zrobiłem jeszcze jeden nawrót i poszedłem niemal do połowy odległości dzielącej mosty w wolniejszym tempie, i teraz już musiałem naprawdę wracać. W sumie w czasie rozruchu pokonałem niespełna 4,5 km różnymi technikami, musiało mi to na ten dzień wystarczyć, a liczyłem że tuż przed startem jeszcze kilometr marszu dołożę na rozgrzewkę.  

Kopia_0035

Pominę dalsze szczegóły tego poranka i wyląduję od razu w Dąbrówce. Byliśmy tu bardzo wcześnie ze względów na możliwości parkowania. Wszyscy o tym wiedzą więc wszyscy przyjeżdżają tu dość wcześnie. W znanym nam miejscu znaleźliśmy niemal ostatnie miejsce i poszliśmy po pakiety startowe. Biała koszulka z logo upamiętniającym rocznicę Chrztu Polski była główną jego atrakcją. Oprócz tego dostaliśmy tradycyjnie sok z buraków i wafle ryżowe. Nie muszę dodawać, że nie było w ogóle kolejek w biurze zawodów. Stanowisk jest tu zawsze tyle, że nie ma problemu, a i możliwość odbioru pakietu w piątek i w sobotę znacznie sprawę ułatwia. Wróciliśmy do samochodu przebrać się i uzbroić w chip i numer startowy. Czasu było dużo (prawie 1,5 h do startu), więc nie musieliśmy się spieszyć. Idąc na miejsce startu spotykamy wielu znajomych witamy się krótkie na ogół wymiany zdań i pozdrowienia.

 

Jeśli chodzi o pogodę, wiele osób narzekało po zawodach, że było duszno. Ja uważam że była bardzo dobra. Nie było przede wszystkim skwaru. Słońce dopiero zaczynało przebijać się przez chmury i nie paliło swymi promieniami. Zwilżone porannym deszczem ścieżki też był jakby mniej piaszczyste niż w ubiegłym roku. Temperatura powyżej 20 stopni ale nie 27 jak zapowiadano. Nie sprawdzałem ale odczuwałem jakieś 23, nie więcej niż 24 stopnie. Nie czułem też duchoty na ścieżce, którą biegła trasa, gdy wyszedłem na rozgrzewkę. Pewnie, że nie było silnego wiatru odświeżającego atmosferę, ale lekki ruch powietrza był. Wiele osób narzekało po zawodach na pogodę, a ja uważam że trudno było liczyć na lepszą zmianę wobec wcześniejszych zapowiedzi. Czy burza albo huraganowy wiatr byłyby lepsze? Poranny deszcz bardzo nam pomógł tego dnia i dobrze, że nastąpił kiedy nastąpił, a nie w trakcie. Powiedziałbym, że dobrzy ludzie zasłużyli na dobrą pogodę. Podobne zresztą zdanie na temat pogody miał Staszek, który nawet w trakcie marszu nie korzystał z punktu nawadniania, bo tego nie potrzebował. Wydaje mi się, że osoby trenujące w różnych warunkach pogodowych są odporne na tego typu przecież nie ekstremalne warunki.  

Było tyle czasu, że mogłem pozwolić sobie nawet na niemal 1400 m rozgrzewkę. Zrobiłem to w dość spokojnym tempie. Do startu miałem jeszcze ponad 20 min. ale znajomi są wszędzie, gdzie by nie spojrzeć, gdzie by się nie obrócić. Wzrokiem szukałem pani Ani , dla której był to debiut na tego typu imprezie. Od lutego systematycznie zgłębiała tajniki techniki i nabierała kondycji. Najważniejsze było wziąć udział i ukończyć w zdrowiu. Nie miałem wątpliwości, że to się uda, bowiem widziałem jakie postępy robiła pani Ania podczas treningów.  Na kilkanaście minut przed startem robimy z panią Anią jeszcze kilka podstawowych ćwiczeń głównie na dolne partie ciała, stopy, kolana i biodra. Machać kijami w coraz bardziej gęstniejącym tłoku w okolicy startu było już trudno. Zbliżał się czas startu biegaczy. My mieliśmy wystartować trzy minuty po nich. Po rozpoczęciu rywalizacji biegaczy nie pcham się zbytnio do przodu i raczej tylne szeregi zajmuję, pani Ania jeszcze kilka rzędów za mną pewnie zupełnie na końcu się ustawiła. Tak jest niewątpliwie bezpieczniej i dla nas, i dla naszego sprzętu. Staszek i Janek, z którym tu przyjechałem bardziej z przodu się ustawili. Czasem obowiązującym jest czas brutto, więc na pewno można dzięki temu kilkanaście sekund zyskać. Uruchamiam endomondo, sprawdzam wyzerowanie stopera.

 

Jestem dziwnie spokojny, prawie żadnych emocji, jakby to był najzwyklejszy trening. A przecież chciałbym zrobić na tej trasie życiówkę. Chciałbym przejść ją poniżej godziny, bo taki mam niewątpliwie potencjał. Odliczanie, strzał startera i ruszamy w grupie jak się okazało w wynikach 134 walkerów. W tylnych rzędach też jeszcze ścisk był, więc kije na pierwszych metrach trzymałem przy sobie.

006_KoronaDabrwki51

Ale po kilkunastu metrach znalazłem już miejsce by wbić groty i przyspieszyć. Idzie mi się lekko łatwo i przyjemnie, nie walczę zbytnio z nikim o dobrą pozycję,tempo też bardzo ładne i nie szarpane jest ciągłym kluczeniem między idącymi wolniej. Aż zdziwiony byłem, gdy zobaczyłem mój pierwszy międzyczas 7:51. Drugi kilometr wypadł na moim stoperze zresztą podobnie dobrze bo w 8:01.

 

Trzeci potwierdzał dobrą dyspozycję, bo pokazał rewelacyjne 7:25. Czwarty był nieco słabszy od poprzedniego, ale cały czas byłem poniżej czasu dającego 1h na całym dystansie. To mnie bardzo nakręcało..Zupełnie jednak nie reagowałem na rywali. Ważny był tylko czas. Nawet mnie trzy osoby wyprzedziły na czwartym kilometrze z czego później jedną i tak dogoniłem, i wyprzedziłem przed metą. Staszek był daleko z przodu, tak daleko, że po 4 kilometrze nie widziałem szans, by go dogonić tak jak w zeszłym roku. Jego pomarańczowa koszulka bardzo mi ułatwiała śledzenie jego pozycji i dzielącej nas odległości. Ale dogonienie Staszka nie było moim celem, moim celem był czas, a ewentualna bliskość przyjaciela tylko mogła mi pomóc na ostatnich metrach. Dwukrotnie na trasie spotykaliśmy się z biegaczami, którzy pokonywali dystans 10 km częściowo po wspólnej trasie, a dwukrotnie odbijali od niej nadrabiając te 2,5 km. 

 011

Doganiałem jednak pojedynczych walkerów, ale to było jakby mimochodem, z rozpędu. Cały czas miałem pomyślne informacje ze stopera, a endomondo gadało dość poprawnie, dając głos w okolicach miejsc oznaczających poszczególne kilometry. Jednak ostatecznie okazało się, że informacje endo były bardziej optymistyczne niż rzeczywistość, bo na tej trasie dodało mi w sumie 180 m (czyli średnio 24 m/km). Po analizie moje rzeczywiste międzyczasy na poszczególnych kilometrach musiały wyglądać tak jak w przedstawionej niżej tabeli.

 

km czas czas narastająco
1 8:10 8:10
2 8:34 16:44
3 7:18 24:02
4 8:00 32:02
5 7:56 39:58
6 7:35 47:33
7 7:32 55:05
7,5 3:38 58:43
średnie tempo 7:50/km

 

Najwolniejszy był drugi kilometr. Trudno jednoznacznie stwierdzić, czym to było spowodowane. Może jeszcze odezwały się przez chwilę piszczele, po bardzo szybkim pierwszym kilometrze. Może musiałem jeszcze walczyć przy wyprzedzaniu paru osób, które ustawiły się na starcie bliżej pierwszej linii, a jednak szły nieco wolniej ode mnie. W każdym razie potwierdził się znakomity czas trzeciego kilometra. Chyba wszedłem wówczas w jakiś trans nordicowy. Gdybym go potrafił utrzymać przez dłuższy dystans, byłoby rewelacyjne. Ale to może być wyczerpujące. Zresztą widać, że po spokojniejszych 4 i 5 piątym kilometrze również znacznie przyspieszyłem, a tempo ostatnich 500 m było jeszcze lepsze niż trzeciego kilometra.

Kopia_014

Kopia_017

Metę osiągam w czasie 58:43.

To dokładnie o 2 minuty szybciej niż w ubiegłym roku. Rewelacja, tego się zupełnie nie spodziewałem. Gdybym przed startem znał swój czas, u bukmacherów obstawiłbym, że dogonię Staszka na finiszowych metrach. Niestety to mi się jednak nie udało tym razem i zastanawiam się co on jadł na śniadanie, że taki power miał. Ostatecznie wg. czasu netto straciłem do Staszka 15 s, więc nie aż tak wiele. W każdym razie cieszę się z naszych wyników, a Staszek tak mimochodem stanął na drugim stopniu pudła w swej kategorii wiekowej. W tej stawce zawodników naprawdę należą się duże gratulacje.

Za metą drugi mój medal w Koronie, potem kolejka do wody i placka drożdżowego serwowanego jako posiłek regeneracyjny. Odpinam chipa i dojadając placek kieruję się naprzeciw kolejnym uczestnikom zmierzającym do mety. Gdzieś pewnie po drodze napotkam panią Anię. I tu jestem mile zaskoczony po raz kolejny tego dnia. W oddali widzę nadspodziewanie blisko białą czapeczkę i niebieską koszulkę. Ledwo przełknąłem ostatni kęs placka, a już pani Ania była obok i musiałem szybko przypiąć kije. Czas będzie niewątpliwie rewelacyjny. Gdy mijamy razem metę, chcą mi zakładać drugi medal, ale pokazuję, że już mam. Patrzę na zegarek i według wyświetlanego czasu, pani Ania musiała pokonać dystans w 1h 09min. I tak jest faktycznie 1:09:28. Przyznam, że szacowałem poniżej 1:20 w najśmielszych oczekiwaniach może 1:15.  A jednak systematyczny trening daje efekty, które trudno nieraz przewidzieć. Również wielkie gratulacje za piękny wynik w pięknym technicznym stylu.

 

Dekoracje nie są moim udziałem, ale jestem naprawdę bardzo zadowolony z tego całego dnia. Całe pudło w klasyfikacji open zajęli zawodnicy z mojej kategorii wiekowej, więc widać że muszę tu rywalizować z najlepszymi w Polsce. Poziom jest tu naprawdę bardzo wysoki i nie ma przypadkowych osób. Ostatecznie byłem 11 w kategorii, ale z uwagi na niedublowanie nagród przyznano mi miejsce 8 w klasyfikacji. Grubo poprawiona życiówka dopełnia moje szczęście.

Kopia_020

Monika, z którą rok temu po raz pierwszy spotkaliśmy się tu na zawodach, również pobiła tego dnia swoją życiówkę ... o 8 minut.

 

Oby jak najwięcej takich szczęśliwych chwil podczas imprez Nordic walking.  Organizatorzy byli bardzo dobrze przygotowani jak zwykle chyba. Zostało im bardzo dużo placka (chyba też dlatego, że część opłaconych zawodników nie dojechała), więc serwowali go uczestnikom na wynos na popołudniową kawę. Co warto też podkreślić, a co nie zawsze jest spotykane na zawodach, osoby które opłaciły start, a nie uczestniczyły w zawodach, mają możliwość odbioru pakietów startowych z pamiątkową koszulką u organizatora do dnia 3 czerwca. 

Kopia_00__0015

Wpis publikuję ze zdjęciami, które dotąd zostały udostępnione.

 

VI Marsz o Koronę Księżnej Dąbrówki

Dzień Dziecka

mk130363

Dzisiaj taki wpis na zupełnym luzie. Uspokajam od razu, że relacja z niedzieli i Korony Dąbrówki jest w zasadzie gotowa, tylko trzeba ją jeszcze zdjęciami podkolorować, na które jeszcze czekam. Jeśli się nie doczekam to pewnie jutro opublikuję w wersji w jakiej się uda. Dwa dni temu sprezentowałem sobie nowe rękawiczki do Nordic Walking. Są to oczywiście rękawiczki rowerowe ale uważam że doskonale nadadzą się do naszej dyscypliny. Niedawno zauważyłem, że moje oryginalne rękawiczki LEKI mogą wkrótce ulec małej awarii i postanowiłem rozejrzeć się za rękawiczkami treningowymi. Mój wzrok padł na asortyment oferowany w Decathlonie. Zamierzałem kupić najtańszy model rękawiczek w kolorze czarnym, które nie mają zbyt dużych poduszeczek od strony wewnętrznej. Na miejscu jednak bardziej spodobały mi się te same rękawiczki w kolorze białym. Jakby lepiej leżały na mojej dłoni, jakby miały jeszcze mniej wydatne poduszeczki i materiał wewnętrznej części był jakby bardziej przyjazny. I już prawie chciałem iść do kasy, gdy postanowiłem obejrzeć wyższy model rękawiczek w kolorze niebieskim. Zaletą obu modeli i tego tańszego, i tego droższego, jest to, że nie mają zapięcia na rzep. Może i przez to nieco trudniej się je zdejmuje, ale wydaje mi się, że zakładanie paska NW zapinanego przecież również na rzep, na rzep rękawiczki jest średnio wygodne. Rękawiczki droższego modelu były jednak nieco dłuższe i dalej zachodziły na nadgarstek, dzięki czemu jak się okazało pasek NW całkowicie mieści się na tej rękawiczce, co w przypadku tańszego modelu mogło się zdarzyć, ale niekoniecznie. I znów chciałem już udać się do kasy, gdy dostrzegłem że taki sam model jak te niebieskie, tylko w kolorze czerwonym jest o połowę tańszy. Niebieskie kolorystycznie pasowałyby do nowych butów, ale ja poznaniak jestem urodzony i dla mnie przede wszystkim praktyczność i cena jest ważna, a dopiero później kolor. Zresztą czerwone będą pasować np. do koszulki Drużny Szpiku. A w ogóle to właściwie mają to być rękawiczki treningowe, więc nawet różowe mogłyby być. No i oczywiście długo nie wytrzymałem i wczoraj na  rekreacyjny marsz założyłem ten nowy nabytek za jedyne 19,99 zł (w sklepie internetowym za 39,99 zł). Nie będę pisał recenzji tych rękawiczek, bo nie jest to jakiś luksusowy wyrób. Mają zabezpieczyć dłoń przed otarciami zwłaszcza przy długotrwałych marszach z kijami NW. Ich jakość myślę, że nie odbiega zbytnio od rękawiczek LEKI. Od wewnętrznej strony dłoni maja maleńkie otwory wspomagające wentylację. Nie są grube, dobrze czuje się w nich rękojeść i myślę, że każdy będzie z nich zadowolony.

Kopia_00__0311

Podczas tego marszu nad Wartą napotkałem budowę boiska do piłki plażowej. Obok niego montowane były polowe grile (4 szt.) oraz stoły z ławami (8 szt.) do biesiadowania. Pomyślałem, że jeszcze boisko do siatkówki plażowej by się przydało.

 

Kopia_00__0281

Wczoraj zbierało się na burzę i dosłownie kilka minut przed "pompą" wróciłem do domu.

Dzisiaj dostałem prezent od ALDIEGO. To chyba jeszcze bardziej na Dzień Dziecka niż te rękawiczki. Niemal 3 miesiące temu ALDI miał w swej ofercie męskie buty do Nordic Walking.

walkx

Żadne tam luksusowe buty, ot jakość podobna do tych biegowych z LIDLA, który ostatnio zaczął się zresztą cenić i buty biegowe oferuje już nie po 55, ale po 100 zł. Buty do NW w Aldim były po 69 zł i nie skusiły mnie. Powiedziałem sobie, że jak je przecenią o połowę to ... się zastanowię. Jeszcze miesiąc temu widziałem te buty nieprzecenione, kilkanaście par leżało w koszu, gdzie umieszcza się produkty ze starej oferty. Później nie dostrzegałem tych butów, gdy bywałem akurat w sklepie, może przykryte innymi towarami były. I dzisiaj pojechałem do Aldiego po baterie, których nomen omen nie dowieźli. I co ja widzę w jednym z koszy ze starą ofertą? Buty do Nordic Walking za ...25 zł. Na dodatek była jedna, jedyna para i to w moim rozmiarze. Czekały na mnie. Wkładki do butów kosztują 15 zł, więc grzechem byłoby nie kupić całych butów za 25 zł. Jasne, że nie są to buty na maratony, ani na ważne zawody, choć treningowo zapewne będą dobre i na dystanse powyżej 20 km. Trudno powiedzieć na ile będą oddychające, gdyż nie są z takiej siateczki jak lidlowe, ale zawsze mogą się przydać na jesień i ciepłą, suchą zimę. Zresztą będę je wypróbowywał przy różnej temperaturze, by określić ich przydatność treningową w różnych warunkach. Dziś miały swój pierwszy krótki marsz testowy, oczywiście nad Wartą. Na razie trudno coś o nich konkretnie powiedzieć. Jest gorąco, te buty może nie są najlepsze na takie temperatury. Wśród swoich butów mam zresztą wcześniejszy model tej firmy sprzed paru lat i nie nadawał się on zbytnio na lato. Sznurówki też nie są mocną stroną tych butów, pamiętam że tamte miały tendencje do rozwiązywania się i później je wymieniłem. Te sznurówki wyglądają podobnie jak tamte, ale może lepiej trzymają po zawiązaniu. Buty są bardzo wygodne, wygodniejsze od swych poprzedniczek i dzięki dość specyficznemu rozstawowi dziurek na sznurówki łatwo się je zakłada i łatwo zdejmuje.  Dość ciekawie odczuwa się amortyzację. Jakby jakaś miękka wkładka z pianki była. Nie ma sensu poświęcać im więcej czasu na blogu i robić jakieś testy. Wszystko wyjdzie w praniu. Pewnie kiedyś opiszę ten starszy model i wówczas przy okazji napiszę jak sprawuje się ten młodszy.

Kopia_010620163011

Jak widać błoto lubi przykleić się do podeszwy zwłaszcza na pięcie.

Kopia_010620163015

A nad Wartą ... oj dzieje się. Ale dlaczego na boisku do piłki plażowej postawiono słupy do siatkówki plażowej? Nie pozabijają się? Stoły i grile już gotowe, oprócz tego stół do ping-ponga. Ciekawe jak się na takim gra?            

Kopia_010620163018

Kopia_010620163021

Biegaj z Opel Szpot - edycja maj 2016

mk130363

Emocje i wrażenia z niedzielnych zawodów były tak duże, że już chciałem odejść od tradycji chronologicznej kolejności przedstawiania wydarzeń. Ale ostatecznie i tak muszę poczekać na opublikowanie galerii zdjęć, więc zacznę od wydarzeń minionej soboty. Wystartowałem w tym dniu w kolejnym biegu z cyklu Biegaj z Opel Szpot. W tym roku jednak nie nastawiam się w tych zawodach na bicie swojego rekordu trasy. Ten jest dla mnie dostatecznie wyśrubowany, a dodatkowo mam inne rekordowe cele. Traktuję te zawody także jako swego rodzaju misję w propagowaniu aktywności. Uważam, że bardzo dobrym na to sposobem jest organizowanie imprez bezpłatnych dla uczestników i ja bardzo popieram takie inicjatywy. Ponieważ ta impreza nie ma jakby stałej obsługi fotograficznej na trasie staram się tę lukę wypełnić. Tu każde wsparcie w tym zakresie się przyda. Zapraszam nie tylko do robienia zdjęć uczestnikom (fotografujących widzę zawsze kilkoro) ale także do ich publikacji i udostępniania ( co raczej trudniej przychodzi). W kwietniowej edycji biegu nie uczestniczyłem, gdyż nietypowy termin (przedostatnia sobota miesiąca, a nie ostatnia) zbiegł się z terminem mojego startu w Mistrzostwach Polski w Maratonie Nordic Walking (o czym można przeczytać relację na blogu). Teraz miałem okazję kontynuować swoją misję.

Pogoda była słoneczna i było bardzo ciepło. Ja postanowiłem tym razem pojechać nad Maltę rowerem. W tym roku mam już wychodzone ponad 1500 km i staram się teraz nieco ograniczyć pokonywane dystanse. Jeśli chcę startować w zawodach i myślę o poprawieniu niektórych wyników, nie mogę trenować teraz tak jak zimą. Z tego powodu trochę też odpoczywałem w tym tygodniu. Przy okazji trochę uwagi poświęciłem rowerowi, wymieniłem dętkę, przeczyściłem układ napędowy i aktywnie odpoczywałem na siodełku. W sobotę pojawiłem się w biurze zawodów bardzo wcześnie, by uniknąć kolejki jaką zastałem w marcu i bez stresu wystartować odpowiednio wcześnie. Rzeczywiście formalności w biurze nie trwały zbyt długo, choć cały czas dostrzegam lekką opieszałość niektórych uczestników przy zapisach. Jakby jeszcze spali w ten sobotni poranek. Plecak do depozytu, numer startowy mocuję na pasie startowym i spotkam Staszka. Jednak dość szybko rozstajemy się, bo ja ruszam na trasę.

00__0066

Dzisiaj idę na dużym luzie, wręcz nie śpieszę się na 1 kilometrze. Wyszedłem nawet wcześniej niż w poprzednich edycjach. Moim celem jest tylko osiągnięcie czasu 50 min, tak abym z czystym sumieniem mógł zapracować na ewentualną wylosowaną nagrodę. W zasadzie idę ... rozgrzewkę, ale dość zdecydowanym krokiem. W myślach przeliczam, gdzie mogą mnie dogonić biegacze. Chciałbym kiedyś dojść do 5 kilometra tak wcześnie aby móc sfotografować także tych biegnących na samym czele. Może gdybym dzisiaj poszedł jak na zawodach, to by się udało. Ale po pierwsze, musiałbym najpierw zrobić porządną rozgrzewkę, po drugie następnego dnia czekał mnie udział w dość ważnych dla mnie zawodach, gdzie chciałem bić wynik z ubiegłego roku, więc postanowiłem tego dnia raczej rozruch zrobić, niż się zmęczyć. Moje międzyczasy były też dla mnie praktycznie nieistotne, o ile mieściły się poniżej 9 min/km. wyglądało to następująco:

1 km - 9:07

2 km - 8:58, czas po 2 km - 18:05

3 km - 8:59, czas po 3 km - 27:04

4 km - 8:39, czas po 4 km - 35:43

5 km - 8;19, czas po 5 km - 44:02

Jak widać pierwsze trzy kilometry były w podobnym tempie i w zasadzie na granicy celu jaki sobie postawiłem tego dnia. Jednak pozwoliło to na dobre rozgrzanie wszystkich mięśni i na kolejnych dwóch kilometrach praktycznie samoistnie, bez zwiększania wysiłku przyspieszałem. Pod koniec piątego kilometra wyprzedzili mnie pierwsi biegacze, a wkrótce ja zatrzymałem się już dość blisko mety i zacząłem pstrykać fotki. Niestety mój aparat fotograficzny uległ jakiejś awarii podczas edycji marcowej i skazany jestem teraz na używanie aparatu w telefonie komórkowym. Ten ma mniejsze możliwości zapisu zdjęć seryjnych (na każde 6 zdjęć potrzebuje chwili na ich zapis, w której nie można wykonywać kolejnych zdjęć). Dlatego też zdjęć tym razem jest nieco mniej niż poprzednio,. niemniej i tak zrobiłem ich ponad 200.

00__056 

00__09500__12800__139

00__153 

 

Po minięciu mnie przez Staszka postanowiłem dokończyć swój udział w marszu i podążyłem w kierunku bliskiej już mety.

5,43 km - 3:44 (tempo 8:41/km)

Meta - czas 47:46 (średnie tempo 8:51/km)

Swoje założenia treningowe wypełniłem więc w stopniu zadowalającym, a przy okazji wielu uczestników będzie mieć pamiątkę z tego biegu w postaci zdjęcia na trasie. 

Na mecie czekała na nas jak zwykle woda, kolejna pieczątka w Paszporcie Biegacza i losowanie nagród.

00__216

 

Staszek za piątą pieczątkę otrzymał pamiątkową bawełnianą koszulkę głównego sponsora i organizatora biegu. Ja dostałem czwartą pieczątkę, ale jeśli wystartuję w czerwcu, to przy dużym szczęściu i mniejszej frekwencji może też się załapię na koszulkę, których trochę pozostało. W losowaniu nagród strzelali bardzo blisko mojego numeru startowego, ale niestety nie trafiono w mój numer. Jak zwykle byliśmy zadowoleni z tych zawodów, ale niewątpliwie większe emocje czekały nas w dniu następnym.

A tu efekt mojej misji:

 

Biegaj z Opel Szpot - maj 2016

Buty Kalenji KIPRUN TRAIL XT5 - opis i przymiarka.

mk130363

Przeznaczenie: buty do biegania w terenie na treningi i zawody w trailu i ultratrailu.

Bezkompromisowa przyczepność, amortyzacja z przodu i z tyłu oraz wydajne trzymanie sprawiają, że XT5 to uniwersalne buty do biegów terenowych, które łączą wydajność, przyjemność i bezpieczeństwo.

b1

Przyczepność

Oddalone od siebie wypustki (5 mm) zapewniają przyczepność i łatwe czyszczenie.

 

Amortyzacja

System amortyzacji K-ring® na pięcie, In'Up® z przodu buta.

b3

Trzymanie stopy

Cholewka wykończona kołnierzem i sieć pasków klejonych termicznie z przodu buta.

 

Stabilizacja

System Arkstab® zwiększa stabilność stopy w czasie biegu.

Dopasowanie do ruchu stopy

System Bipron, wsparcie zmęczenia, sprzyja kontroli pronacji.

Widoczność

Odblaskowe elementy z przodu i z tyłu.

b4

Typ męskie/ma swój odpowiednik damski

Waga użytkownika (kg) <90kg

Dystans: trail i ultra trail (np. UTMB 160km)

Waga butów 355 g w rozmiarze 43

Stopa neutralna / pronująca

Rozmiary męskie od 40 do 47

Kieszonka na sznurówki

Kieszonka w języku umożliwia schowanie sznurówek, które dzięki temu nie zaczepiają o roślinność i nie rozwiązują się.

 

Nachylenie

Różnica wysokości podeszwy z tyłu i z przodu (drop) wynosi 10mm

Skład
Wierzch z oddychającej siateczki syntetycznej, podeszwa środkowa z pianki EVA, podeszwa zewnętrzna z kauczuku węglowego.
Test Produktu
Te buty były testowane przez wielu biegaczy (zarówno kobiet jak i mężczyzn) na bardzo zróżnicowanych podłożach. Testerzy szczególnie docenili buty kiprun Trail XT5 za wyjątkową przyczepność, komfort i amortyzację.
Ograniczenia w użytkowaniu
Nieodpowiednie dla osób o stopie bardzo pronującej / supinującej
 
Tyle suchy opis producenta i sprzedawcy. Przyznam że długo zastanawiałem się, czy te buty kupić. Znałem je ze strony internetowej sklepu, ale pojechałem, tzn poszedłem, po zupełnie inne buty, znanej i przez wiele osób chwalonej marki asics. Te jednak zupełnie nie pasowały na moje stopy. Że czułem się niekomfortowo, to zbyt delikatnie powiedziane, buty asics były po prostu niewygodne. Do tego numeracja zupełnie nie dla mnie, albo ciasne w palcach, albo kajaki i to nie na jedno wiosło. "Siedziałem" więc w tych butach (kalenji) półtorej godziny, tzn zakładałem przechadzałem się zdejmowałem, przymierzałem inne modele i naprawdę trudno mi było się zdecydować. Nie tego oczekiwałem po butach na maraton. Bo z myślą o maratonie chciałem nowe buty kupić. Zeszłoroczne miały już przebieg ponad 1200 km, więc wyklepane nieco, a wkładki przetarte na wylot. Coś i tak musiałem kupić, choćby wkładki. Przede wszystkim te buty wydały mi się zbyt dopasowane do stopy, jakby przyciasne, za wąskie. Miałem wrażenie, jakby to był model damskiego buta. Zupełnie tak samo czułem się, gdy w ubiegłym roku przymierzyłem właśnie odpowiednik damski modelu, który ostatecznie kupiłem jednak w wersji męskiej. Dlaczego wówczas przymierzałem damski? Otóż wyglądał niemal identycznie także pod względem kolorystycznym jak męski, a jednak (tu odezwał się charakter poznaniaka) był tańszy o 20 zł. Jednak w przypadku maratonu oszczędzać przesadnie nie można. Tamte buty były i tak w dość przystępnej cenie (150 zł). Więc wgrał wówczas rozsądek i buty odwdzięczyły się po stokroć temu, że im zaufałem. Tak zaufałem im mimo, że kupiłem je tydzień przed maratonem. Zaledwie cztery marsze (razem 41 km) w nich zrobiłem przed startem. Ale jak buty dobre są, to są dobre i bez konieczności rozchodzenia. Gdyby ten model był dostępny w tym roku, powtórzyłbym tamten wybór. Teraz próbowałem się z modelem o klasę wyżej (z ceną zresztą też). Przymierzałem też tańsze modele, ale to chyba cała seria jest takich wąskich, bo wszystkie ciasno opinały moją stopę. Z rozmiarem klasycznie było. Kalenji muszę mieć 42, a nie 41, tym bardziej, że to na maraton. To już akurat mam przećwiczone. Do maratonu miałem miesiąc czasu. Może je rozchodzę? I tak potrzebuję dobrych nowych butów, bo ważnych startów w tym roku będę miał nieco więcej niż w ubiegłym, i te poprzednie nie podołają. Jakby co, będą na dyszki i półmaraton pomyślałem, a przez miesiąc pochodzę to zobaczę. Raczej nie mam co liczyć, że coś nowego się pokaże, co będzie lepiej pasowało, a na drugie takie szczęście, że kupię coś tydzień przed maratonem i będzie równie dobre ryzykowne byłoby liczyć. Koniec końców kupiłem Kalenji Kiprun Trial XT5 w cenie 280 zł. Test butów zaprezentuję w jednym z kolejnych wpisów.
PS Uprzedzając wypadki napiszę, że 3 tygodnie po zakupie tych butów, w sklepie pojawiła się nowsza ich wersja XT6, a model XT5 został przeceniony o 60 zł. Ale wówczas jeszcze decyzja w jakich butach wystartuję w maratonie ostatecznie nie zapadła, a kupno przecenionych XT5 tydzień przed startem i maszerowanie w nich przez ponad 42 km teraz uznałbym za szaleństwo. Gdybym miesiąc przed maratonem wiedział to wszystko, co wiem teraz, poczekałbym jednak z kupnem do przeceny.   
 
 
 
 
 

XIII Rajd "Puszcza wpuszcza" Łopuchówko

mk130363

Te rajdy mają już swoją tradycję. I są to prawdziwe rajdy Nordic walking, bez ścigania. Nawet jak by ktoś chciał, to nie znając trasy i tak musiałby czekać na prowadzących. Niewątpliwie są to rajdy typowo turystyczne i rekreacyjne, w których dystans pokonuje się przy pomocy kijów Nordic walking. Wydaje mi się, że obecnie bardzo rzadko organizuje się rajdy piesze, które nie są rajdami Nordic Walking. A śmiem twierdzić, że jeśli nawet takie bywają to i tak więcej niż połowa uczestników przyjdzie z kijami. Ten rajd zorganizowano jednak w dużo większym projekcie, bowiem po różnych trasach i na różnych dystansach uczestniczyli w nim także biegacze oraz miłośnicy jazdy na rowerze. Trasa biegowa podobnie jak nordicowa była jedna. Tras rowerowych było kilka o różnych stopniach trudności. Dla nas start, a meta dla wszystkich uczestników zlokalizowane były w Łopuchówku w "Wiosce indiańskiej".

00__0025

Start był bezpłatny, a limit uczestników na wszystkich trasach przewidziano na 400 osób. Uczestnicy otrzymali pamiątkowy znaczek, a na mecie poczęstowani zostali zupą. No ale zaczynając od początku, do Łopuchówka pojechałem z Kasią i Łukaszem Błaszczyk. Start naszej aktywności przewidziany był o godzinie 10 rano. Początkowo nie wyglądało, że będzie nas wielu,

IMG_5059

jednak ekipa z Gośliny znacząco nas zasiliła i ostatecznie jak można policzyć na trochę niżej zamieszczonym zdjęciu, było nas 28 maszerujących + fotoreporter oraz dwóch młodych asystentów na rowerach. Rozpoczęliśmy zwyczajowo od rozgrzewki.

 

Trasą poprowadziła nas para przewodników "Puszczy Zielonka" w charakterystycznych zielonych koszulkach.

 00__0065

Fotoreporter często z ukrycia robił nam zdjęcia w urokliwych miejscach trasy. Orientacyjny dystans podawano jako 11 km. Jak się okazało w rzeczywistości było to niespełna 10 km. Większość przebiegała po nawierzchni miękkiej, ale były też krótkie odcinki asfaltowe.

 

Pogoda, no cóż, żar z nieba, przynajmniej na słońcu, takie można było mieć odczucia. My większość trasy jednak pokonywaliśmy w lesie, gdzie na szczęście nie było jeszcze tak gorąco. Podczas takiej rekreacji jak zawsze jest czas, by porozmawiać i wymienić się uwagami, i o startach w zawodach i o sprzęcie, którego używamy. Trasa nie była bardzo wymagająca jednak ze względu na różne możliwości kondycyjne uczestników, co jakiś czas zatrzymywaliśmy się na krótkich postojach.

postj

IMG_5120

 00__0192

 

00__024

00__0272

00__0311

Gdy wróciliśmy na metę, dotarły już tam pierwsze grupy rowerzystów. Dla uczestników przygotowane były indiańskie atrakcje typu strzelanie z łuku do tarczy. W miejscowym sklepiku namiotowym można było nabyć pamiątki. Posiłkiem była dość tradycyjna w takich sytuacjach grochówka. Smaczna była, ale wkładka to różnie się trafiała, raz większa raz mniejsza, zależy co z kotła się nabrało. Nie doczytałem w regulaminie, że organizator na mecie nie zapewniał wody, a wziąłem tylko 0,5 litra napoju w bidonach na drogę. Dobrze, że na trasie dość oszczędnie racjonowałem sobie picie i po dotarciu na metę miałem jeszcze pół zabranego zapasu, bo byłoby to dla mnie bardzo niekomfortowe. Przy takiej temperaturze jednak musimy dokładnie czytać co zapewnia organizator, bo zabranie dodatkowej butelki dla nas nie jest przecież problemem, a jak się okazuje woda na mecie nie musi być regułą. Tu poratowała mnie zresztą Kasia, która w samochodzie miała dużo dużych bukłaków z wodą. Impreza przyjęła formę festynowo-pikniową, tyle że stoisk nie było zbyt wiele i koszyków z przysmakami nie zabraliśmy, których nie moglibyśmy na niezabranych kocykach spożywać. Tu byłoby pewnie pole do popisu dla kulinarnych zdolności zawodniczek i zawodników FNWT i ich przemyślności organizacyjnych, których na razie nie zdradzę, co by zaskoczenia na zawodach innym nie odbierać. Jednak zrobiliśmy sobie zdjęcie z Indianinem, choć teraz zastanawiam się dlaczego nie z Indianką. Może zbyt europejskie rysy miała?

z_indianem

Dla uczestników tego zlotu przygotowano konkurs o zwyczajach życia wilków. Pytania dość trudne były i bez internetu chyba mało kto rozwiązałby poprawnie ten składający się z kilkunastu dość szczegółowych pytań test. My wzięliśmy udział całą grupą jako "Kasia i Przyjaciele",

ale że nagroda była tylko dla jednej osoby (konkurs jednak indywidualny był) ... Kasia wybrała namiot. Czas na pewno spędzony bardzo mile i aktywnie. "Współczułem" trochę kolarzom żaru z nieba, bo dla nich to dopiero półmetek był rajdu. Ale każdy robi to co lubi. Opis tego wydarzenia na pewno pozbawiony jest pewnej dramaturgii właściwej zawodom, ale czasem spokoju i aktywnego odpoczynku potrzebujemy. Najlepszym zaś opisem takiego rajdu są bez wątpienia zdjęcia zebrane z różnych źródeł, w tym połowa w galerii to moje. Po raz kolejny należą się gratulacje dla tego rejonu za organizację imprezy dla ludzi bez wszechogarniającej komercji nastawionej na zysk. Tu jedyny zysk jest w zadowoleniu uczestników i satysfakcji organizatorów, że potrafią coś zrobić nie tylko dla swojej społeczności, ale dla społeczności dużej aglomeracji, bo chyba większość z Poznania tu przyjechała.  

 

XIII Rajd "Puszcza wpuszcza" Łopuchówko

© Nordic Walking mk
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci