Menu

Nordic Walking mk

Więcej Nordic Walking aby żyć dłużej

Puchar Pomorza Nordic Walking - Jarosławiec 2016

mk130363

W nocy padało, a może nawet była burza. Rankiem wyjeżdżaliśmy jednak ze słonecznego Poznania i wyglądało na to, że dzień będzie przyjemnie ciepły, ale nie upalny. Można powiedzieć, że byłaby chyba pogoda bliska ideału na zawody na nadmorskiej plaży. Spałem w nocy tylko 2 godziny i ponad 4 godzinna jazda samochodem w końcu mnie zmorzyła. Zdrzemnąłem się pół godziny i obudziłem się tuż przez Sławnem. Pogoda zmieniła się, robiło się coraz pochmurniej. Gdy dotarliśmy do Jarosławca ciemne chmury całkowicie przykrywały niebo. Zrobiło się bardzo chłodno, poniżej 20 stopni. Do tego bryza morska powodowała wrażenie bardzo delikatnej mżawki. Wiatr powodował uczucie przejmującego zimna. W nocy padało również nad morzem, więc piasek był lekko zawilgocony. Jednak niewiele to nam pomogło w kwestii trudów maszerowania po nim. Gdyby sztorm spowodował duży przypływ, a następnie odpływ morza, mielibyśmy choć nad brzegiem dobre warunki. Bywa nad morzem, że brzeg jest na sporej szerokości twardy ubity falami morskimi. Niestety mogliśmy liczyć tylko na wąski pasek nieustannie zresztą zalewany wodą. Marsz nad samym brzegiem powodował jednak pewne wydłużenie trasy bo trzeba było do niego dojść i z niego następnie odejść. Nominalnie trasa wiodła plażą tuż przy wydmie.

 

 

 

Start zlokalizowany był tuż przy plaży. Pierwszy odcinek wzdłuż wydmy wydał mi się już w czasie marszu niemiłosiernie długi. Za długi był zdecydowanie, bo właściwie umiejscowienie pierwszego nawrotu warunkowało długość całej trasy.  Pokazuje to wyrysowana przeze mnie trasa nominalna czyli po najkrótszej linii.

 

Zdaję sobie sprawę, że precyzja rysunku nie jest idealna i może mylę się i nawet jeśli o 40 m, to przynajmniej te dodatkowe 100 m jest dla mnie zagadką. Jakoś w Pucharach Regionalnych nie mamy szczęścia w tym roku do trasy mierzącej dokładnie 10 km. O ile w innych lokalizacjach mogło to być spowodowane warunkami terenowymi, o tyle w tym przypadku wystarczyło nawrót zrobić 70 m bliżej i byłoby dobrze. Zresztą organizatorzy mogli przewidzieć, że i tak wszyscy pójdą brzegiem i nawet mogli to wkalkulować w dystans. Było kilku śmiałków, którzy spróbowali w drugą stronę po nawrocie iść przy wydmie, ale zrobili to pierwszy i ostatni raz. Na kolejnych pętlach nie widziałem tak idącego nikogo. Trasa tuż przy brzegu była nieco dłuższa. O ile dłuższa, zależało od skosu w jakim dążyliśmy do brzegu lub do zejścia z plaży. W przybliżeniu wyglądało to tak. 

 

Nadłożenie dystansu wyszło, wiec w istocie niewielkie. Dodam, że dochodziliśmy do brzegu dużym skosem i okazało się to nawet uzasadnione, bowiem i tak nie od razu trafialiśmy na twardszy brzeg. Chyba że ktoś od razu ryzykował marsz w wodzie. Natomiast pokonując pętlę aż 4 razy stwierdziłem, że schodzić do wyjścia z plaży opłacało się niemal prostopadle, tzn opłacało się jak najdłużej iść twardszym brzegiem i opuszczać plażę bardzo małym skosem. Na jednej pętli mieliśmy do pokonania plażą ponad 1700 m z tego przynajmniej około 700 w kopnym piachu, a 1000 m podłożem mieszanym: głównie lekko utwardzonym brzegiem nieustannie zalewanym przez fale, także kopnym piachem krótkimi odcinkami, nawodnionym mułem. Idąc brzegiem trzeba było liczyć się z tym, że prędzej czy później, któraś z fal nas dogoni i co gorsza trudno było przed nią uciec, gdyż odskok mógłby być potraktowany jako podbieganie. Było wiele osób, które od początku zdecydowały się nie unikać zamoczenia i chyba było to dobra decyzja. Pozostała cześć trasy to była ścieżka leśna lub trawiasta.   

Po dotarciu do Jarosławca i odbiorze pakietów startowych natychmiast dokonaliśmy lustracji trasy i decyzja była od początku iść brzegiem plaży nakładając nieco dystansu.

Kopia_0015

Parking  i "szatnie" znajdowały się w pewnym oddaleniu od miejsca startu. Przebraliśmy się w stroje startowe, zamontowaliśmy numery startowe i chipy i zameldowaliśmy się w pobliżu startu. Kilka ćwiczeń musiało mi wystarczyć za rozgrzewkę. Od momentu, gdy w Poznaniu przećwiczyłem marsz po piasku, nastawiony byłem, żeby to po prostu przejść. Ściganie w pełnym tego słowa znaczeniu mogło dotyczyć tylko niespełna kilometra twardszej części pętli. Startowaliśmy podobnie jak w Czaplinku kategoriami wiekowymi. W mojej jak zwykle najwięcej zawodników. Pierwszy odcinek 630 m w kopnym piachu wlókł się niemiłosiernie długo. Spoglądałem w przód nie mogąc doczekać się aż zobaczę, że ktoś zawrócił. Wtedy myślałem jeszcze, że ten odcinek to będzie tylko pół kilometra, ale okazało się, że organizatorzy dopieścili nas dodatkowymi 130 metrami. I dlatego to tak długo trwało. Po nawrocie skosem jeszcze kilkadziesiąt metrów bez zmiany podłoża. Niestety po dojściu do brzegu wcale nie od razu było lepiej. Dopiero po kilkunastu kolejnych krokach trafiało się na nieco twardsze podłoże nie zalane całkowicie przez fale morskie. I teraz szło się właściwie do pierwszego zalania. Krzyknąłem, gdy to się stało pierwszy raz, woda była bowiem bardzo zimna. Oczywiście wszystko było od razu kompletnie przemoczone, ale miałem też wrażenie, że woda tak łatwo jak się dostawała do butów tak samo szybko je opuszczała. Oczywiście wszystko zostało nasączone morską wodą, ale wszystko ponad to przelatywało przez buty. Stąd nie miałem nawet wrażenia chlupotania wody w butach. Wydawało mi się też, że piasek lepiący się do tych mokrych butów niejako zakleja otwory siateczki i stąd mniej dostawało się suchego piasku do ich środka. Moje własnej roboty ochraniacze sprawiały też że żaden piasek nie dostawał się w zapiętki. Przed wodą oczywiście w żaden sposób nie chroniły, ale przed piaskiem tak.

 

Kopia_0016

Trasa ponownie nie miała oznaczeń poszczególnych kilometrów. Moje endomondo złapało fixa chyba dopiero po około stu metrach marszu, ale trudno to było potem skorelować z tym co pokazywał mój stoper. Kontrola tempa była więc bardzo utrudniona ale prawdę mówiąc i tak była niemożliwa z uwagi na to, że odcinek po plaży pokonywało się znacznie wolniejszym tempem niż odcinek twardszy. Pozostawało jedynie kontrolować tempo na poszczególnych okrążeniach. Ja odniosę swoje tempo na poszczególnych okrążeniach do rzeczywiście pokonywanej trasy, czyli tej o pętli długości 2680 m.

Okrążenie/km czas okrążenia tempo okrążenia min/km czas narastająco
1 okr / 2,68 km 26:28 9:53 26:28
2 okr. / 5,36 km 26:25 9:51 52:53
3 okr. / 8,04 km 25:30 9:31 1:18:23
4 okr. / 10,72 km 25:04 9:21 1:43:27

Średnie tempo dla całego dystansu wyszło 9:39/km. Pierwsze okrążenie było pilotażowe i wyznaczało jakiś cel na kolejne okrążenia. Drugie okrążenie pokonałem niemal w identycznym czasie jak pierwsze uszczknąwszy nawet 3 s. Potem już było tylko lepiej. Nauczyłem się trochę plaży. Przede wszystkim nieco dalej szedłem po twardszym brzegu przed zejściem z plaży. Ale też zacząłem wykorzystywać ślady innych. Okazało się, że mokre buty i lekko zwilgotniały piasek powodował, że niektóre ślady idących przed nami odciskały się wyraźniej w podłożu i te miejsca były nieco twardsze dla odepchnięcia się palcami. Ale oczywiście nie zawsze długość kroku pasowała idealnie i były też fragmenty suchsze, gdzie gubiło się ślad, a jego poszukiwanie wybijało by nas z rytmu marszu. Ale niewątpliwie parę razy udało mi się zrobić po kilka kroków w takich ubitych śladach. Na trzecim okrążeniu poprawiłem się o minutę, a na czwartym dołożyłem jeszcze odjęciem kolejnej pół minuty. Jestem zadowolony, że nie osłabłem na tej wyczerpującej trasie. Zliczając wszystko to dystans 10,72 km,w tym 6,8 km po plaży i przynajmniej 2,8 km w kopnym piachu. Przyznam, że przed startem szacowałem wynik na zbliżony do około 1 godz. 45 minut i przyznam, że na ostatnim okrążeniu, zwłaszcza na twardszej końcówce ,powalczyłem o to, by się w tym czasie zmieścić. 

Po dojściu na metę duża ulga, że nie muszę iść już dłużej w tym kopnym piachu. Trud takiego wysiłku jest nieporównywalny do zwykłej trasy i wielu uczestników ta trasa złamała. Nie ukończyli swego startu mimo że mieli do pokonania najczęściej dystans o połowę krótszy. Stąd wielkie gratulacje dla tych, którzy dali radę i pokonali swe słabości. Za mną kończyli dystans już nieliczni uczestnicy zawodów. Przychodziliśmy na metę już tak pojedynczo, że wolontariusz wręczający medale znudzony długim oczekiwaniem pewnie nie zauważał już nas kończących dystans. Bliski już byłem wzięcia sobie medalu ze stojaka, gdy nagle wyrósł spod ziemi wolontariusz wieszający       mi go na szyi.

Kopia_0027

Sprawdziłem swój wynik i międzyczasy okrążeń na ekranie komputera. Zjadłem grochówkę ze strażackiego kotła, dobrze doprawiona była - na ostro. Potem jak zwykle ciasteczkowy drużynowy poczęstunek. W stopy było mi bardzo zimno, do kolan było wszystko przemoczone na wskróś, więc nie czekałem już na dekoracje.

Kopia_0039Kopia_0046Kopia_00__00310

Poszedłem na parking przebrać się i dlatego nie ma mnie na drużynowym zdjęciu. Nie było tym razem losowania nagród, które bym tym razem nawet przegapił, gdyby było. Ale najbardziej brak mi w Pucharach Regionalnych fotoreporterów, którzy pstrykaliby wszystko co się na trasie rusza i potem udostępniali to wszystkim. Gdyby nie drużynowi fotografowie, którzy po ukończeniu swojego dystansu mieli chęć i siły, by pozostałym jeszcze robić zdjęcia, było by bardzo źle i nie miałbym czym okrasić tego wpisu. 

Kopia_0055

Gdy zbieraliśmy się do wyjazdu zaczęło się przejaśniać. Pojechaliśmy do centrum Jarosławca, a właściwie nad przystań rybacką by zjeść obiad w poleconej knajpce (czytaj smażalni). W czasie posiłku słońce wyszło na dobre, a do plaży mieliśmy bardzo blisko.

 

Kopia_0073

Kopia_0082

Kopia_0083

Wypoczynek na kocu był bardzo przyjemny, zwłaszcza że można było uciąć sobie małą drzemkę. Na kąpiel w morzu nie miałem ochoty, dostatecznie wymoczyłem nogi w lodowatej wodzie w czasie zawodów. Przyznam, że gdyby nie te 1,5 godziny na słonecznej plaży czułbym pewien niedosyt z tego wyjazdu. No cóż, w końcu trzeba było wracać.

Wszystkie zdjęcia w galerii:

Puchar Pomorza Nordic Walking - Jarosławiec 2016

Biegaj z Opel Szpot - edycja czerwiec 2016

mk130363

Uff jak było gorąco, 34 stopnie w cieniu, maltańska patelnia do tego, więc w słońcu na pewno grubo powyżej 40. W zasadzie jestem do tego przyzwyczajony, bo w miesiące wakacyjne to najczęstsza pogoda. A właśnie rozpoczęły się wakacje. Wydawało mi się, że jeszcze frekwencja będzie wysoka pamiętając ubiegłoroczną czerwcową edycję, ale tym razem uczestników było wyraźnie mniej. Widocznie jednak część młodzieży już wyjechała na wakacje, a część wystraszyła się upału lub wybrała odpoczynek nad wodą. Ja oczywiście byłem zdecydowany choćby temperatura była jeszcze wyższa. Na miejsce startu pojechałem rowerem i miałem tym razem wyjątkowo blisko, bo biuro zawodów, start i meta zlokalizowane były przy Amfiteatrze. I to już chyba też czerwcowa tradycja, od wielu lat. Jakieś zawody kajakarskie spowodowały, że start nie mógł być przy mecie toru regatowego. Po zapisaniu się spotkałem panią Anię, która postanowiła yeż zaryzykować i wziąć udział w tej ekstremalnie słonecznej i gorącej imprezie. Zrobiliśmy króciutką rozgrzewkę i wyszliśmy na trasę kilka minut wcześniej niż to robiłem w ostatnim czasie. Nie chciałem forsować zbyt mocnego tempa mając na uwadze i nasze zdrowie, i start następnego dnia w Jarosławcu. Jednak i tak tempo z jakim pokonywaliśmy pierwsze kilometry było nadobrym poziomie biorąc pod uwagę lajtowe założenia. W zasadzie to trudno powiedzieć nawet kto narzucił tempo. Szliśmy z panią Anią krok w krok cały czas obok siebie. Próbowaliśmy łapać każdy cień na trasie, ale było tego niewiele. Międzyczasy na pierwszych kilometrach były następujące:

1 km - 9:08

2 km - 9:24, po 2 km czas 18:32

3 km - 9:35, po 3 km czas 28:07

Bardzo nieznacznie zwalnialiśmy z każdym kilometrem, upał i ostre słońce dawały się we znaki. W założeniach od początku nie przejmowałem się limitem czasu jaki tu zazwyczaj  jest przed losowaniem nagród czyli 50 minut. Jednak tego dnia organizator ze względu na trudne warunki zwiększył limit do 55 minut i zalecał wszystkim odpuszczenie tego dnia rywalizacji, za najważniejsze wskazując samo pokonanie dystansu. 

4 km - 9:41, po 4 km czas 37:48   

Postanowiłem profilaktycznie zatrzymać się na kilkuminutowy odpoczynek tuż za tablicą wyników toru regatowego. Niestety nie było tu cienia więc uspokoiliśmy tylko oddech i puls. Po trzech minutach pani Ania zdecydowała się kontynuować dalszy marsz i pierwsza wstała z ławki. W perspektywie mieliśmy jeszcze postój za niecały kilometr, gdy będę robił zdjęcia biegaczom. I tym razem udało znaleźć się cień wśród drzew na końcu trybuny zawodów regatowych. Było to tuż przed 5 kilometrem dystansu. Już wcześniej kilku biegaczy nas dogoniło i wyprzedziło. Teraz dobiegali kolejni. I właściwie dopiero teraz zorientowałem się, że jest ich mniej niż zazwyczaj.

Kopia_00__0018

Głównie pojedynczo, co najwyżej grupkami 2 - 3 osobowymi dobiegali do miejsca, w którym pstrykałem fotki. Widać było, że upał wszystkim dokuczył, niektórzy pokonywali dystans marszo-biegiem czy wręcz maszerowali już niemal przez cały czas.

Kopia_00__0039

 

Kopia_Kopia_00__099

 

W trakcie robienia zdjęć, popijałem płyny zabrane ze sobą na trasę. Pani Ania, która przed marszem miała wątpliwości, czy zabrać ze sobą pas z bidonami, teraz także doceniła moc posiadania płynów na gorącej trasie. Okazało się to dla nas nieocenioną pomocą. Po kilku minutach trudno było już mi ocenić jak wielu jeszcze uczestników bierze jeszcze udział w biegu i jak wielu jeszcze tu będę mógł uwiecznić na fotkach więc zdecydowaliśmy się dokończyć nasz marsz. Po chwili minęliśmy 5 kilometr.

5 km - 9:19, po 5 km czas 47:07

Ostatni odcinek w pełnym słońcu i duża część lekko pod górkę. Na metę wchodziliśmy jako 94 i 95 uczestnik. Liczono nas z uwagi na zwyczaj dekorowania jednego z uczestników pamiątkowym medalem. Tym razem miał to być 110 uczestnik. 

5,40 km - 4:03, META czas 51:10 

Dzięki decyzji organizatora o  wydłużeniu limitu czasu, nawet to ulgowe potraktowanie tempa pozwoliło że się w nim zmiesciłem. Teraz szybko poszedłem do biura po kolejną 5 pieczątkę w paszporcie biegacza i odebrałem pamiątkową bawełnianą koszulkę biegu. 

Kopia_00__130

Tradycyjnie na mecie czekała na nas woda w butelkach. Pani Ania schroniła się w cieniu, a ja jeszcze udałem się w kierunku dmuchanej bramy, by jeszcze zrobić parę fotek kończącym bieg lub marsz.

 

Kopia_00__119

Okazało się, że wśród nich był także mój wieloletni przyjaciel Sławek.

 

W trakcie losowania nagród (bezowocnego dla nas) zrobiliśmy jeszcze kilka ćwiczeń rozciągających i pamiątkową fotkę

 

Uczestnicy chowali się w miejscach gdzie można było znaleźć choć trochę cienia i tylko niektórzy korzystali z kąpieli słonecznej.

 

I to by było wszystko odnośnie relacji z tego upalnego marszu. Pełna galeria zdjęć poniżej.

Biegaj z Opel Szpot - czerwiec 2016

Stuptuty własnego pomysłu

mk130363

Przed startem w Jarosławcu pojawił się temat ochraniaczy ograniczających dostawanie się piasku do butów. Oczywiście można takowe kupić i znajdziemy na pewno szereg propozycji różnych firm. Na pewno są też rozwiązania lepsze i gorsze, tańsze i droższe, w smutnym czarnym kolorze i pstrokate wszystkimi kolorami tęczy. Wielu zawodników używa takich ochraniaczy przy każdym starcie na naturalnej ścieżce. Sam nie stosowałem na zawodach takiego zabezpieczenia. Czasem faktycznie do buta dostawał się jakiś kamyczek, ale na ogół znajdował on jakieś swoje miejsce i nie powodował żadnych konsekwencji utrudniających dalszy marsz i powodujący konieczność zdjęcia buta (a więc i stratę czasu). W Czaplinku taki kamyczek wpadł mi w zapietkę ale natychiast to poczułem i palcem zdążyłem go wygarnąć, gdyż nie wpadł jeszcze zbyt głęboko. Trenując w piaskownicy nad Wartą w różnych butach stwierdziłem, że ilość piasku jaka dostaje się do środka zależy nie tylko od szczelności czyli równocześnie przewiewności butów, ale także od ich ułożenia na stopie. Jeżeli sznurowanie buta powoduje jakiekolwiek pofałdowanie wierzchniej części buta od części palcowej do podbicia to jest na pewno czynnik sprzyjający dostawaniu się piasku między język, a cholewkę buta. Dwie pary najnowszych moich butów mają tę właśnie przypadłość. Natomiast buty Kalenji Kapteren Explor ze sznurowadłami węzełkowymi układają się na mojej stopie równą powierzchnią i to te buty wybrałem ostatecznie na start w Jarosławcu. Niewątpliwie piasek będzie się dostawał do tych butów poprzez otwory siateczki. Wiedziałem o propozycjach zalepienia przedniej części buta taśmą izolacyjną, jednak sam nie zdecydowałem się na takie rozwiązanie. Istotnym problem było dla mnie miejsce nad kostką. Tu domyślałem się że podczas pracy zginającej się stopy w czasie marszu mogą powstawać szczelinki między cholewką buta i moją stopą, w które będą się dostawały nieustannie drobne ilości piasku. Przed tym właśnie miały mnie ochronić stuptuty. Mam takowe na wyposażeniu, jednak przeznaczone one są na warunki śniegowe lub błotne. Są nieprzemakalne ale i nie oddychające. Zimą podczas marszu doskonale zabezpieczają moje stopy przed wodą, śniegiem i wilgocią. Opisałem je tutaj: stuptuty

Na plażę w Jarosławcu uważałem, że nie są dobrym rozwiązaniem. Myślałem o czymś wyraźnie lżejszym, a przy tym jednak nie chciałem ponosić kosztów na jakby nie było jeden start. Wpadłem na pomysł aby wykonać ochraniacze samemu. Przyznam, że pomysł wykorzystania do tego skarpet nie jest nowy. Już w marcu 2013 próbowałem właśnie takiego rozwiązania, jednak była to próba nieudana.

Kopia_12032013771 Z długich grubych zimowych skarpet odciąłem stopy i uzyskałem w ten sposób jakby getry, które miały nie tyle chronić przed śniegiem czy wilgocią co przed zimnem.. Niestety brak gumy przytrzymującej dolną część ochraniacza powodował, że w trakcie marszu ochraniacz podciągał się w górę, a miejsce mające być chronione zostawało odkryte i wystawione na mróz.  

Tym razem postanowiłem wykorzystać skarpetki garniturowe. Chodziło mi o to, żeby ochraniacze były  lekkie i niewyczuwalne na stopie. Postanowiłem założyć je odwrotnie, tak aby ściągacz był na dole i powodował ścisłe przyleganie ochraniacza do buta, a jednocześnie powodował, że ochraniacz nie będzie podciągał się do góry. W zimowych stuptutach właśnie dolna guma przed tym zabezpiecza. W części skarpetki z której odciąłem tym razem tylko palce, wywinąłem mankiet, który przeszyłem tak aby w środek wstawić gumkę szerokości około 1,5 cm,  która miała lekko przytrzymywać ochraniacz od góry, ale bez zbytniego ucisku Po wykonaniu prototypu z jednej skarpetki wykonałem próbę krótkiego spaceru, by sprawdzić jak będzie zachowywał się w czasie marszu. Próba wypadła pomyślnie.

Kopia_00__041

 

A ja postanowiłem w przedniej części wykorzystać dodatkowe mocowanie ochraniacza do sznurówki za pomocą haczyka. Takie dodatkowe mocowanie jest także w stuptutach zimowych. Wykorzystałem do tego haczyki, które służą do mocowania niektórych pokrowców na siedzeniach samochodów. Całe rozwiązanie nie jest może szczytem elegancji ale chodziło mi o prostotę, łatwość wykonania i skuteczność zadziałania. Żeby nie rzucało się zbytnio w oczy skarpetki wybrałem w kolorze pasującym do moich butów.

Jak wypadło moje rozwiązanie w konfrontacji w wielką piaskownicą czyli plażą? Otóż ochraniacza w ogóle nie czuć na nodze. W żaden sposób nie ogranicza on ruchów, jest tak lekki jakby go w ogóle nie było. Nadmorską plażą pokonałem dystans niemal 7 km, z czego dużą część w kopnym piachu. Ochraniacze były dodatkowo zalewane falami morskimi wielokrotnie. Nie zsuwały się zbytnio ani nie podciągały do góry i całkowicie zabezpieczyły miejsce styku stopy z cholewką buta przed wpadaniem piasku. Na zdjęciach widać, jakby góra się lekko opuściła (w porównaniu do zdjęć z pierwszej próby), ale ja celowo to zrobiłem przed startem, by naprężony ochraniacz nie ciągnął się w górę przez gumę w górnym mankiecie. Pozostaje tu kwestia pewnie też regulacji gumki, którą można nieznacznie skrócić. Jednak nie chcę dodatkowego zbyt dużego ucisku w tym miejscu  Nieduża ilość piasku dostała się oczywiście do wnętrza buta przez otwory siateczki w przedniej części buta, ale nie powodowało to praktycznie żadnego dyskomfortu.i było niejako wkalkulowane. Po marszu w warunkach startowych ochraniacze na butach wyglądały tak:

   Kopia_00__0017

 Kopia_00__0049

 

Nie wiem na ile ściągacz skarpetki zachowa swoją moc przylegania na skutek rozciągania podczas wielokrotnego używania. Być może trzeba będzie tam wszyć gumkę, by nie było to rozwiązanie na kilka marszów. Niemniej jestem bardzo zadowolony, że udało mi się bardzo skutecznie ograniczyć wsypywanie piasku do butów. Czas wykonania takiego rozwiązania nawet dla kiepskiego krawca oszacowałbym na góra 15 minut.  

Puchar Pomorza Nordic Walking 2016 - Czaplinek

mk130363

Przed sezonem w ogóle nie brałem pod uwagę udziału w Pucharze Pomorza. Nawet bliższe ciut Jastrowie w Pucharze Wielkopolski mnie nie przekonywało. A jednak pojawiłem się już w tych dwóch miejscach Trójkąta Pucharowego (trzecim wierzchołkiem ma być Okonek w lipcu). Wyjazd w te miejsca wymaga odpowiednio wczesnego wyjazdu. A estem typową sową inaczej mówiąc nocnym markiem, więc wyjazd wcześnie rano powinien stwarzać jakiś problem. Jednak z samym wyjazdem go nie ma. Czy jednak mała ilość snu może mieć wpływ na wynik? Pewnie tak, ale nie sądzę, by to było w moim przypadku i w przypadku mojej kategorii wiekowej aż tak bardzo istotne. Poszedłem spać o 1 w nocy, nie mogłem zasnąć do 2. Obudziłem się zanim zadzwonił budzik o 5 rano. Próbowałem przewrócić się na drugi bok, ale nie udało się. Wstałem o 5.20 Nie wychodziłem na "mój typowy" rozruch. Ale wyszedłem na 15 minutową gimnastykę z elementami truchtu, chodzenia na piętach i rozciąganiem. Piszczele przestały dokuczać więc to powinno wystarczyć. Toaleta, śniadanie, rzut oka do internetu, ostatnie pakowanko potrzebnych drobiazgów i tuż po 7 wychodzę na umówione spotkanie z Kasią i Łukaszem. Po drodze zgarniamy jeszcze w Obornikach Arletę i grubo przed 10 meldujemy się w Czaplinku. W biurze zawodów jak zwykle mniejsza kolejka jest do stanowiska dystansu 10 km. Formalności są krótkie. Jeszcze odbiór koszulki na oddzielnym stanowisku. Jest w bardzo ładnym jasnoniebieskim, a może raczej błękitnym kolorze. Gdy wyjmuję ją z woreczka chcąc obejrzeć jak prezentuje się w całości dostrzegam, że jest jak na "młodszego brata". Co jest? Pani w biurze sprawdzała przecież rozmiar. Na metce napis Woman wyjaśnia wszystko. Okazuje się, że producent dostarczył tym razem, tylko koszulki damskie. Małe rozczarowanie, zwróciłem koszulkę, nie chciałem damskiej nawet XXL, mają na pewno nieco inny krój, a nie mam problemu by poczekać na nią do Jarosławca. Mam nadzieję, że zdążą załatwić przez ten tydzień. Oczywiście od samego przyjazdu nieustanne spotkania przyjaciół i znajomych, i w tym oczywiście zawodniczek i zawodników naszego Teamu. Przebranie w strój startowy, montaż czipa i numeru startowego i ruszam na lustrację trasy przez rozgrzewkę. Zasięgałem języka i od Jerzego Bernarda dowiedziałem się, że są miejsca wybrukowane. Chciałem zobaczyć jak to wygląda w rzeczywistości i jak długie są, tym bardziej, że z ostatnich doniesień słyszałem, że trasa jest w 100% miękka. No niestety nie udało mi się tego ocenić, bo okazało się że wybrukowany odcinek był prawie kilometr od miejsca startu i nie zdążyłem do niego dotrzeć. Nie był on jakoś bardzo długi, ale jednak te 200-250 m powodowało pewną niedogodność. Zakładać nakładki na groty nie opłacało się, a odepchnąć się zbyt mocno nie było można. Trasa dość trudna technicznie. Podłoże zmieniało się jak w kalejdoskopie: leśna ścieżka, trawa, piasek, szuter z małymi kamyczkami, z większymi  kamyczkami, droga gruntowa, przecinka asfaltowa, przecinka płyty ażurowej. Większa część na otwartej nasłonecznionej patelni. Początkowy i końcowy odcinek w chłodzie głębokiego cienia wysokich drzew z gęstymi koronami. Charakter trasy interwałowy. Pierwsza część lekko z górki, powrót lekko pod górkę. Różnica poziomów może nie była wielka, ale jednak te chyba około 20 m trzeba było się wspiąć. Przy dystansie 10 km trzeba to było 4 razy zrobić. Do tego mniejsze dołki i pagórki na trasie też się zdarzały. Usłyszałem też od Andrzeja, że pętla trasy wyraźnie dłuższa jest od zapowiadanych 2500 m. Miało to zweryfikować się w trakcie zawodów. Póki co, prezentuję wrysowaną przeze mnie trasę na podstawie zapisu endomondo koleżanki z drużyny, u której zapis uznałem za dość wiarygodny. Wyszedł mi mniejszy dystans niż u niej w zapisie aktywności, głównie pewnie dlatego, że nie byłem w stanie uwzględnić drobnych zakrętasów, które były na trasie, a których nie da się odtworzyć przy zapisie punktów co kilkanaście sekund. Stąd moja trasa zapewne nieco wyprostowana jest. Poza tym i u niej w zapisie mogła zwykła niedokładność rzędu kilkudziesięciu metrów także być. 

Za tym, że trasa była jednak dłuższa od nominalnej przemawiają także wyniki zawodników. Analizowałem tempo kilku zawodników, w tym głównie czołówki dystansu 10 km i okazywało się, że gdyby dystans był zmierzony dokładnie, wszyscy szli by w Czaplinku tempem od 30 sekund do 1 minuty/km wolniejszym niż w innych podobnych zawodach. To nie może być przypadek. U wielu tempo było gorsze o równe 50s/km. U mnie uprzedzając wypadki było to 38 s/km gorzej niż podczas Marszu o Koronę księżnej Dąbrówki przed 3 tygodniami. Większa trudność trasy nie mogła spowodować pogorszenia tempa więcej niż 5 s, gorsza dyspozycja dnia lub spadek formy więcej niż 10 s. W najgorszym razie mogłem więc tracić maksymalnie 15 s/km, a nie 38. A przecież tak naprawdę nie odczuwałem gorszego samopoczucia, a ból piszczeli odszedł w siną dal. No ale bez oficjalnego potwierdzenia rzeczywistej długości dystansu przez organizatora możemy tylko sobie gdybać. Dla wyników rywalizacji nie ma to najmniejszego znaczenia. Jednak wielu z nas notuje życiówki, czy choćby porównuje wyniki z różnych startów i tu różnica 360 m (a tyle by wyszło według "mojej" trasy dla 10 km) może być znacząca. Okazuje się, że niestety największy problem jest z trasami o krótkiej pętli (2,5km). Tu nawet mała niedokładność poprzez wielokrotne jej sumowanie powoduje istotną różnicę. Większość zawodników lubi jednak pętle 5 kilometrowe chyba nieprzypadkowo. 

Po rekonesansie wróciłem na miejsce startu, gdzie kończyła się rozgrzewka i zaczynało się oficjalne otwarcie zawodów. Standardowo ustawiamy się w torach startowych wg kategorii wiekowych. Tu dowiaduję się że puszczani będziemy na trasę falami kategorii wiekowych. To w trosce z obawy o nasze bezpieczeństwo zwłaszcza na zwężeniach trasy na pierwszej części pętli. W mojej kategorii niemal połowa zawodników to mój Team. Jest nas czterech: Bogdan Świsłocki, Andrzej Folwarski, Andrzej Stefański i ja. Moje endomondo niestety nie złapało fiksa i dopiero po przejściu mniej więcej pierwszego kilometra zaczęło rejestrować trasę. To była pewna niedogodność. Endomondo jakie jest takie jest i wiadomo, że nie zawsze dokładnie pokazuje dystans. Ale czasem robi to zadowalająco na tyle, że jesteśmy w stanie określić w miarę poprawnie tempo z jakim idziemy. Tu żadnej wskazówki jednak tego dnia nie miałem. Co jednak gorsze organizatorzy nie oznaczyli kilometrów na trasie i nie można było tempa zweryfikować w oparciu o sam stoper. Tutaj oczywiście bez przesady, nie wpływa to w jakiś szczególnie duży sposób na wynik, bo i tak staramy się iść cały czas jak najszybciej. Ale jednak jest to pewna informacja dla nas i możemy choć starać się zwiększyć tempo jeśli wskazania nas nie zadowalają. Tu takiego dodatkowego dopingu na trasie nie było. Można było co najwyżej kontrolować międzyczasy na poszczególnych okrążeniach, czyli teoretycznie co 2,5 km, a praktycznie, no właśnie nie wiedzieliśmy dokładnie jaki był to faktycznie dystans. Ja przyjmę, że jednak było to więcej. W samej rywalizacji nie było jakichś specjalnie interesujących sytuacji przynajmniej z mojego punktu widzenia. Schemat był podobny jak to zwykle opisuję zaczynam prawie z zupełnego końca i potem przez równe tempo awansuję o nieco pozycji w zależności od siły rywalizujących uczestników. Moje międzyczasy wyglądały następująco:

 

Okrążenie/km czas okrążenia tempo okrążenia min/km czas narastająco
1 okr / 2,59 km 20:52 8:03 20:52
2 okr. / 5,18 km 21:28 8:17 42:20
3 okr. / 7,77 km 21:18 8:13 1:03:48
4 okr. / 10,36 km 21:08 8:10 1:24:46

 

Najszybsze było pierwsze okrążenie, ale już wówczas wiedziałem, że o życiówkę będzie bardzo ciężko. To pewnie był wpływ adrenaliny i bliskiej odległości rywali. Na drugim okrążeniu tempo trochę spadło, co zupełnie pozbawiło mnie złudzeń na jakiś super wynik, ale walczyłem i potem na kolejnych poprawiałem się nieznacznie. Średnie tempo całego marszu wyszło 8:11/km. 

Kopia_00__0016

Medal na szyję i czekamy przy mecie na Monikę, którą podziwiam, że startuje zawsze na dychę i marzy o półmaratonie. Wielu idzie po mniejszej linii oporu i zalicza tylko piątkę. Nie każdy może oczywiście wybrać dłuższy dystans, ale jeśli rozwijamy się, możemy próbować się w miarę wzrostu naszej kondycji w bardziej wymagających wyzwaniach. 

 

Jeszcze udział w Mini Nordic Walking, gdzie tym razem asystuję dzieciom z tyłu, idąc za nimi. Dzieciaki prowadzi Bogdan Grygorowicz,  z którym startujemy w Pucharze Polski od początku. Należymy pod tym względem do najstarszych uczestników zawodów Federacji. 

Posiłkiem regeneracyjnym jest grochówka, która serwowana jest praktycznie bez ograniczeń. Sam na pytanie nalewajły proszę o pełny pojemniczek. Jest z dużą ilością gęstego i kiełbaski. Zapominam, że zgodnie z teamową tradycją czeka na nas bogato zastawiony stół z różnymi smakołykami.

 

Kopia_0014jeszcze z grochówką

Agnieszka łapie mnie z tą grochówką, więc podążam z nią do naszej wesołej kompanii. Potem tort urodzinowy Tosi, bułeczka maślana, naleśnik ze szpinakiem i czymś czego nazwy nie potrafię powtórzyć, mufinka czekoladowa z wiśnią.

 

już po torcie

 

rozmowy o regulaminach z Bogdanem

Kopia_0121z bułeczką maślaną

Na samym końcu jeszcze ciasto nie wiem już czy to marchewkowe czy coś "ala", ale dobre z lukrem na wierzchu. W międzyczasie rozmowy, rozmowy, rozmowy i fotki, fotki, fotki. Sam zainicjowałem ten fotograficzny bum w drużynie i teraz nie ma się jak odwrócić, żeby nie być przez kogoś złapany na zdjęciu.

Kopia_00__0048

Ale to jest fajne. Pokazuje, że oprócz wyników liczy się dobra zabawa i przyjaźń. W czasie dekoracji przyzwyczajamy się że część z nas zalicza pudło. Ja cieszę się że Tosia z Julą są obie w najszybszej trójce w swojej kategorii.

 

To zawsze jest mniej fajne jak jedna jest, a druga jest czwarta. W losowaniu nagród maszyna losująca pomyliła się o jeden numer więc tym razem odjechałem pustymi rękami.

 

Na zakończenie grupowe fotki na scenie z podium.

 

Kopia_023

Mimo, że zabrałem kąpielówki, bo woda w jeziorze podobno jest dość czysta, nie skorzystałem z kąpieli. Podobno woda jeszcze była bardzo zimna. Bardzo udana impreza. Gdyby udało się wydłużyć pętlę do 5 km i oznakować kilometry byłoby jednak lepiej, bruku nie da się rozebrać, ale wówczas tylko dwa razy byśmy go musieli pokonywać. Słabo wyszła obsługa fotoreporterska tej imprezy. Przynajmniej na tę chwilę nie znalazłem żadnej galerii. Stali ludzie przy trasie z aparatami, ale pstrykali tylko pewnie swoją rodzinę. Gdyby nie własna inicjatywa Teamu nie byłoby czym zilustrować tego wpisu. Niestety z trasy nie mogliśmy sobie nawzajem zdjęć robić. To co sam zebrałem i zrobiłem udostępniam poniżej.

Puchar Pomorza Nordic Walking - Czaplinek 2016

Plażowy Nordic Walking - suplement

mk130363

W niedzielę powtórzyłem trening w wielkiej piaskownicy. Tym razem nie zrywałem się o świcie, rozpocząłem trening wczesnym popołudniem. Zaryzykowałem, gdyby boisko było zajęte zrobiłbym standardowy trening. Do próby założyłem buty Kalenji Kiprun Trail XT5. Podobnie jak poprzedniego dnia kilka ćwiczeń na rozgrzewkę i 2 km spacer na początek. Gdy doszedłem, boisko było puste, jednak już po 2 okrążeniach pojawili się jacyś amatorzy siatkówki. Podchodzili do gry na dużym luzie i co chwila ją przerywali udając się do biesiadnego stołu. Ani ja im nie przeszkadzałem, ani oni mnie. Na początek zadysponowałem sobie 20 i pół okrążenia. Włączyłem w trakcie próby stoper i kontrolowałem czas pierwszych okrążeń. Podobnie jak dzień wcześniej postanowiłem iść na wytrzymałość bez ścigania się. Jednak 10,5 okrążenia pokonałem w czasie o 30 s lepszym niż poprzedniego dnia, a 16 okrążeń w czasie o 20 s lepszym niż łączny czas obu wczorajszych prób. W drugiej części tej pierwszej tego dnia próby zacząłem czuć, że mam biodra i odczułem jakiś dyskomfort lewego Achillesa. Być może było to spowodowane tym, że był bardziej obciążony przy zwrotach na zakrętach mojej trasy. Chodziłem cały czas w kierunku ruchu wskazówek zegara i przy zwrocie i być może ten dodatkowy ruch podczas wielokrotnych powtórzeń spowodował ten lekki ból. Jednak nie przeszkodziło mi to dokończyć tej próby. Muszę przyznać że zmęczenie piaskiem było jednak wyraźnie odczuwalne i nie był to już tylko przyspieszony oddech, ale nawet zacząłem bardziej się pocić, tak że czułem spadające krople z czoła. Czas pokonania 2050 m po piasku - 24:02. Średnie tempo marszu - 11:43/km. Mimo dłuższego dystansu wyszło więc jednak nieco lepiej niż wczoraj. Byłem tak zmęczony, że potrzebowałem kilku chwil odpoczynku. Uzupełniłem płyny. Zrobiłem dwa ćwiczenia rozciągające pozując do zdjęć i 3 minuty posiedziałem na workach delektując się złamaniem 2 km po piasku.

Kopia_00__0292

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ruszyłem w stronę cypla i znów odczułem, że teraz szło się dużo lżej. Powróciłem do piaskownicy bardzo szybko i rozpocząłem drugą próbę tego dnia. Ta cześć była krótsza i miała 9,5 okrążeń. Lewe ścięgno Achillesa natychmiast przestało boleć jak wyszedłem z piaskownicy, ale by go nie obciążać nadmiernie, postanowiłem teraz iść w odwrotnym kierunku. 950 m pokonałem teraz w czasie 11:03. Średnie tempo 11:38/km. Jak widać tempo nieznacznie ale jednak wzrosło w stosunku do tego z poprzedniego dnia. Czas pokonania 3000 m wyszedł w sumie 35:05, a średnie tempo 11:42/km. Przy czym powtórzę, że nie starałem się iść szybciej. W ogóle zweryfikowałem swój plan treningu na piasku. Ze względu na dość duże obciążenie, nie będę robił próby szybkościowej. To może doprowadzić do kontuzji, a tego nie chcę. Wszystkim którzy wystartują w Jarosławcu, a nie mają doświadczenia w chodzeniu po kopnym piasku radzę nie wyrywać się nadmiernie, bo można coś sobie zerwać. Lepiej piasek po prostu przejść, a jak wystarczy sił, pokazać szybkość na twardszej części trasy. 

Pozostaje kwestia piasku w butach. Tym razem było go już tak dużo, że zastanawiałem się po drugiej części próby, czy go nie wysypać, ale wówczas trudno by mi było go zaprezentować jak w przypadku poprzednich prób i butów. Z trudem, ale doniosłem ten piasek w butach do domu. Rzut oka wystarczy by stwierdzić że było go 2 razy więcej niż poprzednio.

Kopia_00__034

Zastanawiam się jakie buty wybrać na zawody i czy nie najlepszym rozwiązaniem będzie zabranie butów ze sznurowadłami węzełkowymi. Wówczas zdjęcie butów i wysypanie piasku bez konieczności rozwiązywania sznurowadeł może być bardzo dobrą opcją, zajmującą niewiele czasu. Tu jednak przydałaby się dokładna znajomość trasy, zwłaszcza wiedza jak długi będzie odcinek twardszy.

Plażowy Nordic Walking

mk130363

Mieszkający nad morzem mają to na co dzień. My mieszkający w głębi kraju możemy spotkać co najwyżej bardziej lub mniej piaszczyste ścieżki, którym jednak najczęściej daleko do tzw. kopnego piachu. Organizatorzy Pucharu Pomorza w Jarosławcu postanowili uraczyć uczestników trasą, której ponad połowa dystansu ma przebiegać po nadmorskiej plaży. Jarosławiec znany jest zresztą z "Biegu po plaży", który odbywa się tu każdego roku w okresie letnim. Tak więc Pomorzanie zaprawieni w takim treningu będą mieć pewien handicap względem szczurów lądowych. Pewną namiastkę tej sytuacji mieliśmy w Jastrowiu przechodząc wzdłuż plaży nad jeziorem, gdy Adam Moczarski po starcie zdziwił się, że wszyscy stoją, a on idzie. Ale to był mały pikuś, bo to było około 150 m pokonywane w sumie 2 razy dla dystansu 10 km. W Jarosławcu nie wiem ile dokładnie tego będzie, ale będzie to dystans liczony w kilometrach. Jak się chodzi po piasku nie muszę chyba nikomu tłumaczyć. Tyle, że nie każdy chodził po piasku na czas. Nie chcę gdybać póki co, ale możemy spodziewać się czasów daleko odbiegających od tych, do których przywykliśmy.

W tym roku nad Wartą wybudowano kilka plaż, z boiskami do siatkówki plażowej i piłki kopanej plażowej. Jedna mała plaża z małą piaskownicą do siatkówki znajduje się na zachodnim brzegu Warty i tę należy traktować raczej jako oazę wypoczynku.

Kopia_100620163038

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Natomiast dwie większe piaskownice wybudowano jedną po stronie wschodniej niedaleko mostu Królowej Jadwigi i jedną po stronie zachodniej między mostem św. Rocha a mostem Bolesława Chrobrego (Katedrą). I ta ostatnia plaża stała się obiektem mojego zainteresowania, bowiem leży bezpośrednio przy trasie, którą na ogół chadzam z kijami. Kilka dni temu wybrałem się na spacer właśnie w kierunku Katedry i przechodząc obok plaży postanowiłem przejść się po piasku. Przeszedłem po przekątnej boiska, bo jest to najdłuższy odcinek jaki można tu pokonać nie zmieniając kierunku marszu. Było to jednak raptem kilkadziesiąt metrów, więc praktycznie trudno odczuć uciążliwość marszu po takim podłożu. Wracając z cypla postanowiłem zrobić kilka rundek po piasku idąc wokół boiska, możliwie blisko jego skrajni, tak aby dystans był możliwie najdłuższy. Wstępnie oszacowałem jedno takie okrążenie na około 80 m, a nawet przyjąłem że może być mniej o 10 m. Jednak nie mierzyłem odległości ani krokami ani w żaden inny sposób. Zrobiłem cztery i pół okrążenia (to pół zamiast przekątnej, bo przecież w jakiś sposób musiałem i tak znaleźć się na drugim końcu piaskownicy, a matematycy potwierdzą, że suma dwóch sąsiednich boków prostokąta jest zawsze większa od przekątnej prostokąta. Dzisiaj postanowiłem już w mniej spontaniczny sposób potraktować trening w piaskownicy. Ze względu na dzień weekendowy ustaliłem bardzo wczesną godzinę treningu. Chciałem mieć pewność, że nikt nie będzie wówczas korzystał z plaży grając w siatkówkę, gdyż mogło to być pewną przeszkodą. Z tą godziną to nawet trochę przesadziłem myślę, że i dwie godziny później plaża była wolna od grających. Zrobiłem krótką 5 minutową rozgrzewkę i o 6.15 wyszedłem z domu by około 6.30 znaleźć się niedaleko plaży. Uwagę moją przykuł jednak śmietnik, który panuje na tym terenie, szczególnie zaznaczając się weekendowe poranki. Zrobiłem krótką przerwę dokumentując tę bezmyślność korzystających nocą z tych terenów. Po tym niezbyt miłym spotkaniu z rzeczywistością podążyłem w kierunku dużej piaskownicy. Miałem już w nogach 2 km więc można powiedzieć, że byłem już w dużym stopniu rozgrzany. Plan miałem taki, by okrążyć ją 5 i pół razy idąc w jedną stronę oraz 5 i pół razy wracając z cypla. Z tym, że postanowiłem przy powrocie zadysponować nawet większą ilość okrążeń jeśli będę czuł się na siłach. Zaznaczę jednak, że nie było moim celem iść na wyścigi. Chciałem po prostu po pierwsze przyzwyczaić moje nogi do takiego dość specyficznego podłoża, a po drugie sprawdzić ile piasku nasypie mi się do butów, bo to też może być istotne w kontekście pokonywania długiego dystansu. Jednocześnie postanowiłem po zakończeniu próby w piaskownicy obmierzyć ją w sposób bardziej dokładny niż szacunek na podstawie rzutu okiem. Zacznę więc od ostatniej sprawy jako bardzo istotnej, tym bardziej że jednak podczas próby postanowiłem jednak włączyć stoper, by wiedzieć jakim tempem szedłem i odnieść to do uczucia zmęczenia takim podłożem. Jako przyrządu pomiarowego użyłem moich kijów przekładając je jeden za drugim wzdłuż boków boiska. Mierzyłem oczywiście długość, którą rzeczywiście pokonywałem, a nie całkowitą długość boków boiska ograniczonych workami z piaskiem.

 

Te worki nomen omen zostały w pewnej części zdewastowane przez biesiadujących w nocy. Długość mojego kija LEKI WALKER PLATINIUM o długość nominalnej 125 cm wynosi 125,5 cm. Ze względu na możliwość błędu przy układaniu przyjąłem jednak tę długość dokładnie jako 125 cm. Ilość ułożeń kija obu boków boiska wyniosła odpowiednio 25 i 15, czyli całkowity obwód trasy mojego marszu wyniósł 80 długości kija. W ten sposób wyszedł dość okrągły dystans jednego okrążenia 80 x 1,25 m = 100 m. 

Kopia_00__0193

Po wykonaniu pierwszej sesji treningowej po piasku, teraz już wiem, że 550 m, udałem się w kierunku cypla, a następnie wróciłem (pokonując w sumie kolejne 2 km) do piaskownicy. Ta pierwsza sesja choć dość krótka spowodowała jednak wstępne odczucie zmęczenia podczas brnięcia przez kopny piach i jednocześnie po wyjściu z piaskownicy odczucie pewnej lekkości dalszego marszu.

 

Kopia_00__0212

Drugą sesję w piaskownicy postanowiłem wydłużyć. Początkowo nie wiedziałem o ile, ale po 7 okrążeniu postanowiłem, że będzie to 10 i pół okrążenia. I tak zrobiłem. Czas pierwszej sesji to 6:31 (tempo marszu  11:51/km), czas drugiej sesji 12:22 (tempo marszu 11:47/km) W sumie pokonałem więc 16 okrążeń czyli 1600 m po kopnym piasku w czasie 18:53 (tempo marszu 11:48/km). Cały trening nie był zaplanowany jako próba szybkości, więc i ten odcinek w piaskownicy taki nie był. Jednak porównując tempo marszu odcinków po zwykłej ścieżce, które było nieco powyżej 9 min/km widać ogromną różnicę. Po zakończeniu odcinka specjalnego, odczuwałem lekko przyspieszony oddech mimo, że nie ścigałem się. Wysiłek był jednak większy i pewnie porównywalny do tego jakbym cały czas szedł pod górkę, może nie nazbyt stromą, ale jednak zwiększającą zapotrzebowanie organizmu na tlen. Można powiedzieć, że jest to odmiana treningu siłowego, o którym jeszcze będę pisał w cyklu dotyczącym rodzajów treningu Nordic walking.  Po zakończeniu próby pomaszerowałem jeszcze niemal 4 i pół kilometra po zwykłej ścieżce, a wracając do domu oczywiście także po kostce i asfalcie chodników. Również teraz odczuwałem, że idzie mi się lżej i dlatego wydłużyłem ten dystans o 2 km. Kilometr przed zakończeniem treningu zrobiłem jeszcze sesję rozciągania.

W tej chwili interesują mnie dwie sprawy. Chciałbym zrobić trening po piasku o dwukrotnie większej objętości tzn na około 20 okrążeń, oraz zrobić trening szybkościowy na 10 okrążeń. Z uwagi na bliskość zawodów w Jarosławcu i to, że w międzyczasie wystartuję w Czaplinku nie wiem, czy uda mi się to zrobić, ale będę próbował może już jutro.  

A ile miałem piasku w butach? W tym pierwszym marszu kiedy wpadłem na pomysł chodzenia po plaży miałem przewiewne buty Kalenji Kapteren Explor i pokonałem dystans niespełna 500 m. Piasku w obu butach miałem razem tyle:

 

W drugim przypadku założyłem wydałoby się mało przewiewne (w każdym razie bez siateczki z wyraźnymi oczkami) buty które niedawno kupiłem Walkx sport z Aldiego za 25 zł. I piasku w obu butach po pokonaniu dystansu 1600 m miałem razem tyle

 

VIII Łazarski Bieg Otwarty "Arena 2016"

mk130363

Parę razy miałem już chęć wybrać się na tę imprezę, ale na ogół coś stało na przeszkodzie. Zawsze rozgrywana jest w ramach "Dni Łazarza" na przełomie maja i czerwca. W ubiegłym roku w tym samym dniu rozgrywana była Korona Dąbrówki i na siłę by się zdążyło, ale nie zdecydowałem się na to. Początki tej imprezy sięgają roku 2009, ale wówczas chyba jeszcze nie było w programie konkurencji nordic walking. Na inaugurację  wystartowało 50 osób. Teraz startuje już niemal czterokrotnie więcej. Impreza jest kameralna więc w poszczególnych konkurencjach nie ma jednak tłumów. W nordic różnie to bywało w ubiegłych latach. Czasem startowało kilkanaście osób czasem tylko kilka. Dystans dla nordic walking rzekłbym sprinterski bo organizatorzy podają oficjalnie 1250 m. Jednak Piotr Przymusiński w ubiegłym roku zmierzył, że to jednak tylko 1 kilometr jest. W tym roku chyba troszkę trasę zmodyfikowano przez obejście małej górki i przez to wg. mojego pomiaru wychodzi 1050 m. Tak czy inaczej zanim się dobrze rozpędzisz już musisz finiszować. Ale zabawa fajna jest. Trasa oczywiście po asfaltowych alkach Parku Kasprowicza, w którym pływalnia jest i hala widowiskowo sportowa ARENA. Stąd i w nazwie imprezy to popularne słowo, którym określa cały teren wokół ARENY. Nordic jest pierwszą konkurencją, w której rozdawane są podczas tej imprezy puchary. Wcześniej rozgrywane są biegi dziecięce na 100, 400 i 800 m. Po nas są dwa biegi główne na 2,5 km i 4,8 km. Impreza jest bezpłatna, a zapisy przyjmowane są w dniu zawodów w biurze. Każdy uczestnik otrzymuje medal, a najszybsze trójki głównych konkurencji puchary. 

Niedziela od rana była ciepła i słoneczna, ale jadąc rowerem na bieg, nie odczułem tego specjalnie, bo 9 rano było jednak jeszcze w miarę rześko. Zabrałem ze sobą dużą butlę (0,75l) domowego, cytrynowego izotoniku. Ale organizatorzy też byli przygotowani na upał serwując wodę w kubeczkach w okolicach startu i mety. Formalności w biurze bardzo sprawnie prowadzone. Przezbrajanie z roweru na kijki ze spokojem, bo jest dużo czasu. Widzę po obsadzie naszej konkurencji, że rywalizacja będzie bardzo mocna. Robię rozgrzewkę i wyruszam w krótki rekonesans po trasie. Rower wprawdzie pozwolił na wstępne rozruszanie organizmu, ale marszowa rozgrzewka jest najskuteczniejsza przed zawodami i intensywniejszymi wysiłkami. Chyba z 600-700 metrowy spacerek zrobiłem przed startem, ale starałem się to robić w cieniu, bo słońce zaczynało coraz mocniej przygrzewać. Na starcie było nas kilkanaście osób. Organizator wyjaśnił przebieg trasy, na której stali zresztą wolontariusze pokazując kierunek marszu. Dodatkowo na czele jechało dwóch pilotów na rowerach. Dystans krótki więc rozgrywka była również bardzo szybka. Tu nawet nie ma na co się oglądać. Startujemy praktycznie z dwóch linii. Ja z tyłu oczywiście. Na komendę pilota mamy ruszyć, ale najpierw jest mały falstart.

08

Uspokojenie emocji,  ponowna komenda i ruszamy. Po kilkunastu krokach jedna z pań potyka się o własny kijek i gubi gumowy bucik. Ja nieco przyblokowany jestem, więc ruszam wyprzedzając po trawie. Czołówka trzech zawodników jest już bardzo z przodu, za nimi Janek. Ja wychodzę na piątą pozycję. Staszek się praktycznie nie ściga, ale idzie razem z Dorotą wspólnym równym i szybkim tempem kilkanaście metrów za mną. I w zasadzie to by było na tyle. Dalej już bez historii. Zwycięzca całego marszu oderwał się gdzieś w połowie dystansu od ścigającej dwójki. Uczestnicy rozciągali się w coraz dłuższy wąż, a odległości ich dzielące stopniowo się zwiększały.  Janek niezagrożony doszedł jako czwarty, ja niezagrożony doszedłem jako piąty na metę.

 12

Chwilę za mną przyszedł Staszek z Dorotą i nawet zdążyłem ich sfotografować.

 

Czas 8:35 na 1050 m

Pani na mecie notuje mój numer i pyta o wiek. Okazuje się, że zajmuję 2 miejsce w kategorii do lat 60. Okazuje się teraz, że w konkurencji Nordic walking nieco inaczej przyjęto podział na kategorie. Spodziewaliśmy się raczej, że będzie podział na kobiety i mężczyzn, a tymczasem nie dzielono na ze względu na płeć, ale ze względu na wiek - poniżej lub powyżej 60 lat. No i tutaj miałem ten fart, że trzech panów, którzy mnie wyprzedzili, sklasyfikowani zostali w kategorii powyżej 60 lat. No i dzięki temu załapałem się także na pamiątkowy pucharek. Przed dekoracją jeszcze pamiątkowe zdjęcie uczestników na linii mety.

 181

A dekoracje są zawsze miłe, gdy się jest wyróżnionym.

 191

Organizatorzy sugerowali by z okazji 1050 rocznicy Chrztu Polski ubrać się w barwy narodowe. Ja czerwonych spodenek nie posiadam ale znalazłem inny sposób by uczcić tę rocznicę. Włożyłem koszulkę z Marszu o Koronę Księżnej Dąbrówki (no i czerwone rękawiczki).  Podobny pomysł z koszulką mieli Piotr Przymusiński i Zosia Szaroleta. Gdy ustawiliśmy się do ostatniego pamiątkowego zdjęcia stanąłem obok Staszka ubranego w czerwoną koszulkę i byliśmy biało-czerwoni.

 Kopia_050620163035

 

VIII Łazarski Bieg Otwarty "Arena 2016"

 

Jeszcze film organizatora tej imprezy.

 puchar

Parkrun Poznań_bieg nr 200 i ONKO aktywny Poznań

mk130363

Wielokrotnie byłem zapraszany na ten bieg, który kiedyś był moim niemal stałym punktem sobotniego programu zajęć. Miałem inne priorytety, więc wybierałem inny rodzaj treningu. Tym razem udało mi się ponownie trafić na tę biegową imprezę, ale wystartowałem w niej maszerując z kijkami. Niewątpliwie łatwiej mi się tu pojawić z jakiejś okazji np. jubileuszowej edycji biegu, urodzin biegu, dedykacji biegu jakiejś patriotycznej rocznicy niż na ten najzwyczajniejszy bieg jaki trafia się co sobotę. Tym razem skusiła mnie okrągła liczba biegu i to że nie miałem nic zaplanowanego na ten dzień, a bardzo długie dystanse treningowe i tak muszę trochę odpuścić. 

Na bieg pojechałem rowerem. Byłem dość wcześnie na Cytadeli (chyba pół godziny przed startem). Ale pierwsi uczestnicy i wolontariusze byli już na miejscu. Ostatnio w biegach parkrun w Poznaniu znacznie zwiększyła się frekwencja. Przyczyniła się do tego niewątpliwie edycja biegu poświęcona rocznicy wybuchu Powstania Wielkopolskiego. Nierzadko teraz w biegu bierze udział niemal 200 uczestników, podczas, gdy wcześniej bywało ich 100-130. Dodatkowo frekwencję podwyższa pewnie możliwość zaliczenia zajęć wf przez studentów jednej z poznańskiej uczelni. Tu nie mam jakichś pewnych wiadomości, ale liczny udział studentów nie jest najwyraźniej wynikiem ich wyjątkowej miłości do biegania. Zastanawiam się, czy można kogoś zmuszać do takiego dużego wysiłku jakim jest bieg na dystansie 5 km. Domyślam się, że jest to opcja dla tych, którym nie chciało się w tygodniu uczestniczyć w zajęciach zapewnionych przez uczelnię. Na tych zajęciach trzeba pewnie pływać albo grać w siatkówkę w określonych godzinach i przez określony czas i może nie wszystkim to pasuje. Tu trzeba jednak przebiec lub choćby przejść całe 5 km. Może nie jest to dużo z punktu widzenia osób regularnie trenujących, ale z punktu widzenia studenta ślęczącego przy biurku wiele godzin może to być wysiłek ponad miarę. Tu jest konkret, trzeba pokonać 5 km i nie można czekać, aż piłka do mnie przyleci albo postać na słupku toru basenu. Trzeba pokonać 5 km ... albo i nie trzeba. Wcale się nie dziwię, że ci niewytrenowani kombinują. Jak ktoś nie robi czegoś z pasji a tym bardziej jeśli ktoś jest do czegoś zmuszany, to stara się załatwić problem z jak najmniejszym dla siebie bólem. Rano było ciepło jak latem. Godzina 9 wcale tu wiele nie pomaga. Jak jest ciepło w nocy to i o tak wczesnej godzinie czuć skwar świecącego słońca. To dodatkowo zniechęca do dużego wysiłku. Biegacze, którzy wymyślili parkrun z pewnością nie wpadliby na pomysł, by skracać sobie dystans biegu. Nie wpadną na to także osoby, które robią to (biegają) z pasji, a nie dla samego szpanu popisania się jakimś wyśrubowanym wynikiem w klasyfikacji. Ale jak ktoś zmuszony jest...    

Wystartowaliśmy więc tradycyjnie o 9 rano. Ja ustawiłem się w tylnych rzędach z moimi kijkami, ale i tak byli tacy którzy ustawili się za mną. No na to nie mam wpływu, nie będę wycofywał się o 50 m od linii startu, bo ktoś lubi z dalszej pozycji zaczynać bieg. Ale na pierwszych metrach starałem się ostrożnie stawiać kijki, by zbytnio innym nie przeszkadzać.

Kopia_0013

Po kilkudziesięciu krokach wszyscy mnie szczęśliwie wyprzedzili i mogłem już bez skrępowania rozwinąć skrzydła. Biegacze powoli mi uciekali, a ja swoim tempem podążałem za nimi. Plan na ten dzień był umiarkowany. Chciałem szybko pokonać dystans ale bez jakiegoś szczególnego spięcia. Tempo 8:30/km i czas 42:30 przyjmowałem w ciemno. Po około 500 m dostrzegłem, że grupka młodych biegaczy pozostała z tyłu i ja zaczynałem się powoli do nich zbliżać, gdyż oni przeszli do marszu znacznie wolniejszego niż mój. Jednak po 100 metrach zerwali się jeszcze i znów zaczęli powoli oddalać. Okazało się jednak, że nie na długo. Jeszcze przed oznakowaniem 1 km ich dogoniłem i wyprzedziłem. Za plecami usłyszałem czyjeś pytanie: długo jeszcze? Ktoś odpowiedział, że to 1 km co było widać zresztą po namalowanym na asfalcie znaku. Mój międzyczas był bardzo obiecujący.

1 km - 8:15

 Kopia_040620163027

Ta piątka, a może szóstka młodych ludzi z każdym metrem pozostawała coraz bardziej z tyłu. W międzyczasie ja wyprzedziłem sympatycznego pieska husky i zacząłem doganiać dwie młode biegaczki. Przeszedłem wiaduktem, pod który wbiegał właśnie Staszek. Staszek startuje tu regularnie i biegnie, a nie maszeruje z kijami. Kilkanaście metrów za wiaduktem dostrzegam, że "dwójka" zbiega z nasypu gdzieś w połowie odległości dzielącej wiadukt od nawrotu, znacznie skracając trasę. Za  nawrotem mijam oznaczenie 2 km.

2 km - 8:23, po 2 km czas 16:38

 

"Piątka" traci do mnie już chyba 200 m. "Dwójka" zniknęła za zakrętem prowadzącym pod wiaduktem. Gdy przechodzę pod wiaduktem widzę, że "dwójka" zatrzymała się za nim i nad czymś się zastanawia. Po odczekaniu, aż minie ich grupa biegaczy, która obiegła Rosarium dookoła "dwójka" rusza za nimi. No to jest duży skrót. Grubo ponad 600 m. Co było dalej i ile ewentualnie jeszcze skrótów zaliczyła "dwójka" trudno mi stwierdzić. Ja podążałem po koronie Rosarium i spoglądałem, kto podąża za mną. No i nikogo nie dostrzegam. "Piątka" zniknęła, ślad po niej zaginął. Gdy kończę okrążać Rosarium widzę, że ktoś biegnie i właśnie zaczyna wspinać się na koronę. Może, był to ktoś z "szóstki" i dlatego piszę teraz o tej grupce "piątka". Tej "piątki" już także "nie dogoniłem" oczywiście i tylko sami wiedzą, gdzie jeszcze i ile skrócili. Organizatorzy biegu nie mają na to wpływu, sami przychodzą tu z powodu swojej pasji i liczą, że uczestnicy także przychodzą z tego powodu lub w jakimś celu np. poprawienia kondycji. Biegi parkrun nie zostały stworzone po to, by ktoś w ten sposób zaliczał zajęcia. Te zajęcia jedni zaliczają lepiej, bo mają albo pasję biegania, albo są dobrze wytrenowani, a inni gorzej, bo to wysiłek przekraczający ich możliwości, a chęci polepszenia kondycji nie mają. Pod wiaduktem doganiam młodą dziewczynę ... idącą. Najwyraźniej bieg ją już tak zmęczył, że może tylko iść. Przyjdzie na metę 9 minut za mną, ale nie mam wątpliwości, że nic nie skracała. Czy jest studentką, nie wiem, czy też szła po zaliczenie, nie wiem. Albo bezwzględnie ambitna jest, albo chce poprawić kondycję, a może jedno i drugie. Na liście wyników jednak widnieje bez przynależności uczelnianej. Pod wiaduktem mijamy także 3 kilometr. 

3 km - 8:14, po 3 km czas 24:52

Kopia_040620163029

Przed "Doliną Czołgów" mija mnie ktoś jadący rowerem i woła do mnie, że powinienem śpiewać "Marsyliankę". Pytam dlaczego i dowiaduję się, że idę tempem jakby w jej rytmie. Pomyślałem, że ja jednak miałbym skojarzenie bardziej z "Warszawianką" niezależnie od podobieństw obu pieśni. A może po prostu gość pomylił obie pieśni i myślał o "Warszawiance". Kije niewątpliwie są bardzo pomocne przy wyjściu z "Doliny", biegając nie ma się takiego handicapu. Po wejściu na wzniesienie, kawałek za zakrętem powinno być oznaczenie połowy kolejnego kilometra, ale go nie widzę. Na stoperze jednak sprawdzam czas, bo to musi być gdzieś tutaj. Czas jest pomyślny i potwierdza dobre tempo. Teraz już nie będzie żadnych górek i najtrudniejszą cześć trasy mam za sobą. Szybko dokańczam najszybszy kilometr, wow z "Doliną Czołgów".

4 km - 8:10 , po 4 km czas 33:02

Kopia_040620163030

Po chwili wchodzę na szutrowy odcinek trasy. Zdejmuję gumowe nakładki z grotów, pewnie tracę na tym ze dwie sekundy. Po kilkuset metrach znów tracę 2 sekundy, zakładając gumki na groty. Ale do mety jest już bardzo blisko. Dochodzę samotnie, ale jestem dostrzeżony przez fotografa.

 

Kopia_0053

5 km - 8:12

META - 41:14

Czas brutto (41:25) mam oczywiście gorszy. 11 s szedłem do linii startowej. Jestem zadowolony i w pełni usatysfakcjonowany ze swojego wyniku. Średnie tempo marszu wyszło 8:15/km i było bardzo równe na wszystkich kilometrach. Wahało się od 8:10 do 8:23 i biorąc pod uwagę trudność trasy to dobry wynik. 

Za mną 3 min przybiegł tylko jeden student (ten pewnie widziany w Rosarium) oraz przyszła wspomniana wcześniej dziewczyna. Ale jak słusznie powiedział prowadzący bieg Damian Nowicki, policją tutaj nie będziemy. 

Po biegu narodził się chyba nowy zwyczaj. Jubileusz uczciliśmy wspólnym śniadaniem na trawie. Trudno by to zostało zwyczajem na każdą sobotę, ale od święta jak najbardziej miło jest porozmawiać na spokojnie przy przekąskach i plackach, gdy nikt nie spieszy się do domu i obowiązków. 

Kopia_0072

Ostatni miłośnicy śniadań na trwanie odchodzili chyba po godzinie 11. Ja pozostałem jeszcze w cieniu drzew oczekując na kolejną imprezę mającą odbyć się niemal w tym samym miejscu.

 

Postanowiłem wesprzeć swoim udziałem zaangażowaną w organizację tej akcji Kasię Błaszczyk.

onko

Przeprowadziliśmy pokaz prawidłowej techniki, tłumaczyliśmy w czym może pomóc uprawianie Nordic walking, pokazaliśmy podstawowe ćwiczenia rozgrzewki i stretchingu oraz przećwiczyliśmy z chętnymi marsz NW w praktyce. Niestety zainteresowanie akcją nie było porażające. Być może nie była dostatecznie i odpowiednio wcześnie rozreklamowana. Jeśli zdrowie pozwoli i dożyjemy następnej akcji, już dziś deklaruję pomoc przy jej przeprowadzeniu od strony Nordic walking w przyszłym roku.

Kopia_0044

VI Marsz o Koronę Księżnej Dąbrówki

mk130363

Właściwie zawody nazywają się "Bieg i Marsz o Koronę ..." ale ponieważ opiszę tu głównie moją rywalizację w marszu Nordic walking stąd tytuł. W każdym razie impreza powstała na fali rosnącej mody na bieganie i trzeba zauważyć że równocześnie od razu dostrzeżono znaczny wzrost popularności Nordic Walking. Nie było więc tak jak w przypadku większości tego typu łączonych imprez, że przy od wielu lat funkcjonującym biegu zorganizowano marsz NW. Tu powstała impreza która obie aktywności traktuje jako równorzędne. Takie same są opłaty i takie same są świadczenia. Trasa NW jest trochę krótsza od biegowej, ale i tak trzeba uznać, że to 7,5 km jest jednak jakimś większym wyzwaniem niż masowo fundowane nam "piątki", przy takich okazjach. Traktują nas tu bardzo poważnie i to jest duży plus tych zawodów. Na trasie nie ma jednak sędziów pilnujących podbiegania, czy zwracających uwagę na technikę. To minus, z którym niestety uczestnicy muszą się tu pogodzić. Bywają bowiem oczywiście przypadki łamania zasad fair play i w takiej sytuacji pozostaje nam i powinniśmy głośno zwracać uwagę tym, którzy tego nie przestrzegają, bowiem nie ma nic gorszego w rywalizacji jak poczucie, że przegrało się z kimś kto postępował nieuczciwie. Sam w przypadku podbiegania reaguję zawsze zdecydowanie, w przypadku błędów w technice, uważam że to nie jest czas i miejsce, by to korygować z pozycji zawodnika biorącego udział w rywalizacji. Ustawienie sędziów to na pewno dodatkowy koszt dla organizatora i dodatkowa odpowiedzialność, na pewno w przypadku nieuczciwych uczestników zawsze jest jakiś kłopot. 

Dla mnie dużą zaletą tych zawodów jest godzina startu (w samo południe) oraz położenie Dąbrówki tuż pod Poznaniem. Dojazd więc jest krótki, a godzina 12 umożliwia mi zrobienie porannego rozruchu bez wstawania o wschodzie (czy nawet przed) słońca. Późniejszy czas startu jest także zaletą dla tych, którzy przyjeżdżają tu z dalej odległych miejscowości, a trzeba zaznaczyć, że w Nordic walking od samego początku, czyli pierwszych zawodów, startuje tu wielu czołowych i najszybszych chodziarzy w Polsce. Ja startuję w tym roku po raz drugi i po raz drugi rano wyszedłem na rozruch, tak jak w ubiegłym roku. Było tuż po godzinie 7 gdy wychodziłem z domu. Zdziwiła mnie trochę pochmurna aura, bo spodziewałem się ostrego słońca. wszak miało być tego dnia 27 stopni. O rozruchu w kontekście zawodów chyba kiedyś napiszę osobno gdyż teraz zajęłoby mi to zbyt obszerny fragment relacji. W trakcie rozruchu tego dnia miałem jednak problemy. Po 700 m zaczęło padać. Ja na to nie byłem zbytnio przygotowany i nie miałem choćby zwykłej folii by zabezpieczyć telefon, podbiegłem więc susami pod najbliższy wystający daszek jakiegoś sklepu. Krople były dość duże, początkowo rzadkie ale z upływem czasu coraz gęstsze. Po kilku minutach jednak przestało padać, więc ruszyłem w kierunku mostu Królowej Jadwigi. Na moście złapała mnie druga fala deszczu, więc truchtem pobiegłem przez most by schować się pod jego przęsłem. Tm razem krople były mniejsze ale gęsto padające. Pod mostem znowu kilka minut oczekiwania na ewentualne przejaśnienie. To nie nastąpiło ale przestało padać. Znów więc ruszyłem dalej w kierunku mostu św. Rocha. Nie uszedłem jeszcze 150 m gdy nadeszła kolejna fala deszczu. Znów więc pobiegłem do najbliższego schronienia przede mną (zawracać jeszcze nie chciałem) czyli przęsła św. Rocha. Tu postój był dłuższy. O ile poprzednie to były fale zapowiadające deszcz, to ta była tsunami deszczu. Dość powiedzieć, że po oczekiwanie było tak długie, iż po 50 minutach rozruchu pokonane miałem niespełna 2 km. Nie do końca jednak próżnowałem. Trochę ćwiczeń rozciągających i chodzenie na piętach wypełniało mi ten czas. Jednak niepokoiło mnie, że właściwie nie mogę zrobić tego co zamierzałem czyli około 6 km marszu. Czas płynął i zbliżała się godzina umówionego spotkania na wyjazd, a ja i prysznic musiałem wziąć i zjeść śniadanie, i ostatniego sprawdzenia wyposażenia dokonać. Trzeba było wracać, więc w coraz słabiej padającym deszczu ruszyłem w kierunku mostu KJ. Tu postanowiłem zrobić sobie próbę szybkościową na 500 m. Skoro nie mogłem spokojnie przejść dłuższego dystansu to może choć mocniejszy krótszy akcent zrobię. Czas próby bardzo mnie uspokoił . 3:57/pół km to było tempo, którego oczekiwałem na zawodach. Zrobiłem jeszcze jeden nawrót i poszedłem niemal do połowy odległości dzielącej mosty w wolniejszym tempie, i teraz już musiałem naprawdę wracać. W sumie w czasie rozruchu pokonałem niespełna 4,5 km różnymi technikami, musiało mi to na ten dzień wystarczyć, a liczyłem że tuż przed startem jeszcze kilometr marszu dołożę na rozgrzewkę.  

Kopia_0035

Pominę dalsze szczegóły tego poranka i wyląduję od razu w Dąbrówce. Byliśmy tu bardzo wcześnie ze względów na możliwości parkowania. Wszyscy o tym wiedzą więc wszyscy przyjeżdżają tu dość wcześnie. W znanym nam miejscu znaleźliśmy niemal ostatnie miejsce i poszliśmy po pakiety startowe. Biała koszulka z logo upamiętniającym rocznicę Chrztu Polski była główną jego atrakcją. Oprócz tego dostaliśmy tradycyjnie sok z buraków i wafle ryżowe. Nie muszę dodawać, że nie było w ogóle kolejek w biurze zawodów. Stanowisk jest tu zawsze tyle, że nie ma problemu, a i możliwość odbioru pakietu w piątek i w sobotę znacznie sprawę ułatwia. Wróciliśmy do samochodu przebrać się i uzbroić w chip i numer startowy. Czasu było dużo (prawie 1,5 h do startu), więc nie musieliśmy się spieszyć. Idąc na miejsce startu spotykamy wielu znajomych witamy się krótkie na ogół wymiany zdań i pozdrowienia.

 

Jeśli chodzi o pogodę, wiele osób narzekało po zawodach, że było duszno. Ja uważam że była bardzo dobra. Nie było przede wszystkim skwaru. Słońce dopiero zaczynało przebijać się przez chmury i nie paliło swymi promieniami. Zwilżone porannym deszczem ścieżki też był jakby mniej piaszczyste niż w ubiegłym roku. Temperatura powyżej 20 stopni ale nie 27 jak zapowiadano. Nie sprawdzałem ale odczuwałem jakieś 23, nie więcej niż 24 stopnie. Nie czułem też duchoty na ścieżce, którą biegła trasa, gdy wyszedłem na rozgrzewkę. Pewnie, że nie było silnego wiatru odświeżającego atmosferę, ale lekki ruch powietrza był. Wiele osób narzekało po zawodach na pogodę, a ja uważam że trudno było liczyć na lepszą zmianę wobec wcześniejszych zapowiedzi. Czy burza albo huraganowy wiatr byłyby lepsze? Poranny deszcz bardzo nam pomógł tego dnia i dobrze, że nastąpił kiedy nastąpił, a nie w trakcie. Powiedziałbym, że dobrzy ludzie zasłużyli na dobrą pogodę. Podobne zresztą zdanie na temat pogody miał Staszek, który nawet w trakcie marszu nie korzystał z punktu nawadniania, bo tego nie potrzebował. Wydaje mi się, że osoby trenujące w różnych warunkach pogodowych są odporne na tego typu przecież nie ekstremalne warunki.  

Było tyle czasu, że mogłem pozwolić sobie nawet na niemal 1400 m rozgrzewkę. Zrobiłem to w dość spokojnym tempie. Do startu miałem jeszcze ponad 20 min. ale znajomi są wszędzie, gdzie by nie spojrzeć, gdzie by się nie obrócić. Wzrokiem szukałem pani Ani , dla której był to debiut na tego typu imprezie. Od lutego systematycznie zgłębiała tajniki techniki i nabierała kondycji. Najważniejsze było wziąć udział i ukończyć w zdrowiu. Nie miałem wątpliwości, że to się uda, bowiem widziałem jakie postępy robiła pani Ania podczas treningów.  Na kilkanaście minut przed startem robimy z panią Anią jeszcze kilka podstawowych ćwiczeń głównie na dolne partie ciała, stopy, kolana i biodra. Machać kijami w coraz bardziej gęstniejącym tłoku w okolicy startu było już trudno. Zbliżał się czas startu biegaczy. My mieliśmy wystartować trzy minuty po nich. Po rozpoczęciu rywalizacji biegaczy nie pcham się zbytnio do przodu i raczej tylne szeregi zajmuję, pani Ania jeszcze kilka rzędów za mną pewnie zupełnie na końcu się ustawiła. Tak jest niewątpliwie bezpieczniej i dla nas, i dla naszego sprzętu. Staszek i Janek, z którym tu przyjechałem bardziej z przodu się ustawili. Czasem obowiązującym jest czas brutto, więc na pewno można dzięki temu kilkanaście sekund zyskać. Uruchamiam endomondo, sprawdzam wyzerowanie stopera.

 

Jestem dziwnie spokojny, prawie żadnych emocji, jakby to był najzwyklejszy trening. A przecież chciałbym zrobić na tej trasie życiówkę. Chciałbym przejść ją poniżej godziny, bo taki mam niewątpliwie potencjał. Odliczanie, strzał startera i ruszamy w grupie jak się okazało w wynikach 134 walkerów. W tylnych rzędach też jeszcze ścisk był, więc kije na pierwszych metrach trzymałem przy sobie.

006_KoronaDabrwki51

Ale po kilkunastu metrach znalazłem już miejsce by wbić groty i przyspieszyć. Idzie mi się lekko łatwo i przyjemnie, nie walczę zbytnio z nikim o dobrą pozycję,tempo też bardzo ładne i nie szarpane jest ciągłym kluczeniem między idącymi wolniej. Aż zdziwiony byłem, gdy zobaczyłem mój pierwszy międzyczas 7:51. Drugi kilometr wypadł na moim stoperze zresztą podobnie dobrze bo w 8:01.

 

Trzeci potwierdzał dobrą dyspozycję, bo pokazał rewelacyjne 7:25. Czwarty był nieco słabszy od poprzedniego, ale cały czas byłem poniżej czasu dającego 1h na całym dystansie. To mnie bardzo nakręcało..Zupełnie jednak nie reagowałem na rywali. Ważny był tylko czas. Nawet mnie trzy osoby wyprzedziły na czwartym kilometrze z czego później jedną i tak dogoniłem, i wyprzedziłem przed metą. Staszek był daleko z przodu, tak daleko, że po 4 kilometrze nie widziałem szans, by go dogonić tak jak w zeszłym roku. Jego pomarańczowa koszulka bardzo mi ułatwiała śledzenie jego pozycji i dzielącej nas odległości. Ale dogonienie Staszka nie było moim celem, moim celem był czas, a ewentualna bliskość przyjaciela tylko mogła mi pomóc na ostatnich metrach. Dwukrotnie na trasie spotykaliśmy się z biegaczami, którzy pokonywali dystans 10 km częściowo po wspólnej trasie, a dwukrotnie odbijali od niej nadrabiając te 2,5 km. 

 011

Doganiałem jednak pojedynczych walkerów, ale to było jakby mimochodem, z rozpędu. Cały czas miałem pomyślne informacje ze stopera, a endomondo gadało dość poprawnie, dając głos w okolicach miejsc oznaczających poszczególne kilometry. Jednak ostatecznie okazało się, że informacje endo były bardziej optymistyczne niż rzeczywistość, bo na tej trasie dodało mi w sumie 180 m (czyli średnio 24 m/km). Po analizie moje rzeczywiste międzyczasy na poszczególnych kilometrach musiały wyglądać tak jak w przedstawionej niżej tabeli.

 

km czas czas narastająco
1 8:10 8:10
2 8:34 16:44
3 7:18 24:02
4 8:00 32:02
5 7:56 39:58
6 7:35 47:33
7 7:32 55:05
7,5 3:38 58:43
średnie tempo 7:50/km

 

Najwolniejszy był drugi kilometr. Trudno jednoznacznie stwierdzić, czym to było spowodowane. Może jeszcze odezwały się przez chwilę piszczele, po bardzo szybkim pierwszym kilometrze. Może musiałem jeszcze walczyć przy wyprzedzaniu paru osób, które ustawiły się na starcie bliżej pierwszej linii, a jednak szły nieco wolniej ode mnie. W każdym razie potwierdził się znakomity czas trzeciego kilometra. Chyba wszedłem wówczas w jakiś trans nordicowy. Gdybym go potrafił utrzymać przez dłuższy dystans, byłoby rewelacyjne. Ale to może być wyczerpujące. Zresztą widać, że po spokojniejszych 4 i 5 piątym kilometrze również znacznie przyspieszyłem, a tempo ostatnich 500 m było jeszcze lepsze niż trzeciego kilometra.

Kopia_014

Kopia_017

Metę osiągam w czasie 58:43.

To dokładnie o 2 minuty szybciej niż w ubiegłym roku. Rewelacja, tego się zupełnie nie spodziewałem. Gdybym przed startem znał swój czas, u bukmacherów obstawiłbym, że dogonię Staszka na finiszowych metrach. Niestety to mi się jednak nie udało tym razem i zastanawiam się co on jadł na śniadanie, że taki power miał. Ostatecznie wg. czasu netto straciłem do Staszka 15 s, więc nie aż tak wiele. W każdym razie cieszę się z naszych wyników, a Staszek tak mimochodem stanął na drugim stopniu pudła w swej kategorii wiekowej. W tej stawce zawodników naprawdę należą się duże gratulacje.

Za metą drugi mój medal w Koronie, potem kolejka do wody i placka drożdżowego serwowanego jako posiłek regeneracyjny. Odpinam chipa i dojadając placek kieruję się naprzeciw kolejnym uczestnikom zmierzającym do mety. Gdzieś pewnie po drodze napotkam panią Anię. I tu jestem mile zaskoczony po raz kolejny tego dnia. W oddali widzę nadspodziewanie blisko białą czapeczkę i niebieską koszulkę. Ledwo przełknąłem ostatni kęs placka, a już pani Ania była obok i musiałem szybko przypiąć kije. Czas będzie niewątpliwie rewelacyjny. Gdy mijamy razem metę, chcą mi zakładać drugi medal, ale pokazuję, że już mam. Patrzę na zegarek i według wyświetlanego czasu, pani Ania musiała pokonać dystans w 1h 09min. I tak jest faktycznie 1:09:28. Przyznam, że szacowałem poniżej 1:20 w najśmielszych oczekiwaniach może 1:15.  A jednak systematyczny trening daje efekty, które trudno nieraz przewidzieć. Również wielkie gratulacje za piękny wynik w pięknym technicznym stylu.

 

Dekoracje nie są moim udziałem, ale jestem naprawdę bardzo zadowolony z tego całego dnia. Całe pudło w klasyfikacji open zajęli zawodnicy z mojej kategorii wiekowej, więc widać że muszę tu rywalizować z najlepszymi w Polsce. Poziom jest tu naprawdę bardzo wysoki i nie ma przypadkowych osób. Ostatecznie byłem 11 w kategorii, ale z uwagi na niedublowanie nagród przyznano mi miejsce 8 w klasyfikacji. Grubo poprawiona życiówka dopełnia moje szczęście.

Kopia_020

Monika, z którą rok temu po raz pierwszy spotkaliśmy się tu na zawodach, również pobiła tego dnia swoją życiówkę ... o 8 minut.

 

Oby jak najwięcej takich szczęśliwych chwil podczas imprez Nordic walking.  Organizatorzy byli bardzo dobrze przygotowani jak zwykle chyba. Zostało im bardzo dużo placka (chyba też dlatego, że część opłaconych zawodników nie dojechała), więc serwowali go uczestnikom na wynos na popołudniową kawę. Co warto też podkreślić, a co nie zawsze jest spotykane na zawodach, osoby które opłaciły start, a nie uczestniczyły w zawodach, mają możliwość odbioru pakietów startowych z pamiątkową koszulką u organizatora do dnia 3 czerwca. 

Kopia_00__0015

Wpis publikuję ze zdjęciami, które dotąd zostały udostępnione.

 

VI Marsz o Koronę Księżnej Dąbrówki

Dzień Dziecka

mk130363

Dzisiaj taki wpis na zupełnym luzie. Uspokajam od razu, że relacja z niedzieli i Korony Dąbrówki jest w zasadzie gotowa, tylko trzeba ją jeszcze zdjęciami podkolorować, na które jeszcze czekam. Jeśli się nie doczekam to pewnie jutro opublikuję w wersji w jakiej się uda. Dwa dni temu sprezentowałem sobie nowe rękawiczki do Nordic Walking. Są to oczywiście rękawiczki rowerowe ale uważam że doskonale nadadzą się do naszej dyscypliny. Niedawno zauważyłem, że moje oryginalne rękawiczki LEKI mogą wkrótce ulec małej awarii i postanowiłem rozejrzeć się za rękawiczkami treningowymi. Mój wzrok padł na asortyment oferowany w Decathlonie. Zamierzałem kupić najtańszy model rękawiczek w kolorze czarnym, które nie mają zbyt dużych poduszeczek od strony wewnętrznej. Na miejscu jednak bardziej spodobały mi się te same rękawiczki w kolorze białym. Jakby lepiej leżały na mojej dłoni, jakby miały jeszcze mniej wydatne poduszeczki i materiał wewnętrznej części był jakby bardziej przyjazny. I już prawie chciałem iść do kasy, gdy postanowiłem obejrzeć wyższy model rękawiczek w kolorze niebieskim. Zaletą obu modeli i tego tańszego, i tego droższego, jest to, że nie mają zapięcia na rzep. Może i przez to nieco trudniej się je zdejmuje, ale wydaje mi się, że zakładanie paska NW zapinanego przecież również na rzep, na rzep rękawiczki jest średnio wygodne. Rękawiczki droższego modelu były jednak nieco dłuższe i dalej zachodziły na nadgarstek, dzięki czemu jak się okazało pasek NW całkowicie mieści się na tej rękawiczce, co w przypadku tańszego modelu mogło się zdarzyć, ale niekoniecznie. I znów chciałem już udać się do kasy, gdy dostrzegłem że taki sam model jak te niebieskie, tylko w kolorze czerwonym jest o połowę tańszy. Niebieskie kolorystycznie pasowałyby do nowych butów, ale ja poznaniak jestem urodzony i dla mnie przede wszystkim praktyczność i cena jest ważna, a dopiero później kolor. Zresztą czerwone będą pasować np. do koszulki Drużny Szpiku. A w ogóle to właściwie mają to być rękawiczki treningowe, więc nawet różowe mogłyby być. No i oczywiście długo nie wytrzymałem i wczoraj na  rekreacyjny marsz założyłem ten nowy nabytek za jedyne 19,99 zł (w sklepie internetowym za 39,99 zł). Nie będę pisał recenzji tych rękawiczek, bo nie jest to jakiś luksusowy wyrób. Mają zabezpieczyć dłoń przed otarciami zwłaszcza przy długotrwałych marszach z kijami NW. Ich jakość myślę, że nie odbiega zbytnio od rękawiczek LEKI. Od wewnętrznej strony dłoni maja maleńkie otwory wspomagające wentylację. Nie są grube, dobrze czuje się w nich rękojeść i myślę, że każdy będzie z nich zadowolony.

Kopia_00__0311

Podczas tego marszu nad Wartą napotkałem budowę boiska do piłki plażowej. Obok niego montowane były polowe grile (4 szt.) oraz stoły z ławami (8 szt.) do biesiadowania. Pomyślałem, że jeszcze boisko do siatkówki plażowej by się przydało.

 

Kopia_00__0281

Wczoraj zbierało się na burzę i dosłownie kilka minut przed "pompą" wróciłem do domu.

Dzisiaj dostałem prezent od ALDIEGO. To chyba jeszcze bardziej na Dzień Dziecka niż te rękawiczki. Niemal 3 miesiące temu ALDI miał w swej ofercie męskie buty do Nordic Walking.

walkx

Żadne tam luksusowe buty, ot jakość podobna do tych biegowych z LIDLA, który ostatnio zaczął się zresztą cenić i buty biegowe oferuje już nie po 55, ale po 100 zł. Buty do NW w Aldim były po 69 zł i nie skusiły mnie. Powiedziałem sobie, że jak je przecenią o połowę to ... się zastanowię. Jeszcze miesiąc temu widziałem te buty nieprzecenione, kilkanaście par leżało w koszu, gdzie umieszcza się produkty ze starej oferty. Później nie dostrzegałem tych butów, gdy bywałem akurat w sklepie, może przykryte innymi towarami były. I dzisiaj pojechałem do Aldiego po baterie, których nomen omen nie dowieźli. I co ja widzę w jednym z koszy ze starą ofertą? Buty do Nordic Walking za ...25 zł. Na dodatek była jedna, jedyna para i to w moim rozmiarze. Czekały na mnie. Wkładki do butów kosztują 15 zł, więc grzechem byłoby nie kupić całych butów za 25 zł. Jasne, że nie są to buty na maratony, ani na ważne zawody, choć treningowo zapewne będą dobre i na dystanse powyżej 20 km. Trudno powiedzieć na ile będą oddychające, gdyż nie są z takiej siateczki jak lidlowe, ale zawsze mogą się przydać na jesień i ciepłą, suchą zimę. Zresztą będę je wypróbowywał przy różnej temperaturze, by określić ich przydatność treningową w różnych warunkach. Dziś miały swój pierwszy krótki marsz testowy, oczywiście nad Wartą. Na razie trudno coś o nich konkretnie powiedzieć. Jest gorąco, te buty może nie są najlepsze na takie temperatury. Wśród swoich butów mam zresztą wcześniejszy model tej firmy sprzed paru lat i nie nadawał się on zbytnio na lato. Sznurówki też nie są mocną stroną tych butów, pamiętam że tamte miały tendencje do rozwiązywania się i później je wymieniłem. Te sznurówki wyglądają podobnie jak tamte, ale może lepiej trzymają po zawiązaniu. Buty są bardzo wygodne, wygodniejsze od swych poprzedniczek i dzięki dość specyficznemu rozstawowi dziurek na sznurówki łatwo się je zakłada i łatwo zdejmuje.  Dość ciekawie odczuwa się amortyzację. Jakby jakaś miękka wkładka z pianki była. Nie ma sensu poświęcać im więcej czasu na blogu i robić jakieś testy. Wszystko wyjdzie w praniu. Pewnie kiedyś opiszę ten starszy model i wówczas przy okazji napiszę jak sprawuje się ten młodszy.

Kopia_010620163011

Jak widać błoto lubi przykleić się do podeszwy zwłaszcza na pięcie.

Kopia_010620163015

A nad Wartą ... oj dzieje się. Ale dlaczego na boisku do piłki plażowej postawiono słupy do siatkówki plażowej? Nie pozabijają się? Stoły i grile już gotowe, oprócz tego stół do ping-ponga. Ciekawe jak się na takim gra?            

Kopia_010620163018

Kopia_010620163021

Biegaj z Opel Szpot - edycja maj 2016

mk130363

Emocje i wrażenia z niedzielnych zawodów były tak duże, że już chciałem odejść od tradycji chronologicznej kolejności przedstawiania wydarzeń. Ale ostatecznie i tak muszę poczekać na opublikowanie galerii zdjęć, więc zacznę od wydarzeń minionej soboty. Wystartowałem w tym dniu w kolejnym biegu z cyklu Biegaj z Opel Szpot. W tym roku jednak nie nastawiam się w tych zawodach na bicie swojego rekordu trasy. Ten jest dla mnie dostatecznie wyśrubowany, a dodatkowo mam inne rekordowe cele. Traktuję te zawody także jako swego rodzaju misję w propagowaniu aktywności. Uważam, że bardzo dobrym na to sposobem jest organizowanie imprez bezpłatnych dla uczestników i ja bardzo popieram takie inicjatywy. Ponieważ ta impreza nie ma jakby stałej obsługi fotograficznej na trasie staram się tę lukę wypełnić. Tu każde wsparcie w tym zakresie się przyda. Zapraszam nie tylko do robienia zdjęć uczestnikom (fotografujących widzę zawsze kilkoro) ale także do ich publikacji i udostępniania ( co raczej trudniej przychodzi). W kwietniowej edycji biegu nie uczestniczyłem, gdyż nietypowy termin (przedostatnia sobota miesiąca, a nie ostatnia) zbiegł się z terminem mojego startu w Mistrzostwach Polski w Maratonie Nordic Walking (o czym można przeczytać relację na blogu). Teraz miałem okazję kontynuować swoją misję.

Pogoda była słoneczna i było bardzo ciepło. Ja postanowiłem tym razem pojechać nad Maltę rowerem. W tym roku mam już wychodzone ponad 1500 km i staram się teraz nieco ograniczyć pokonywane dystanse. Jeśli chcę startować w zawodach i myślę o poprawieniu niektórych wyników, nie mogę trenować teraz tak jak zimą. Z tego powodu trochę też odpoczywałem w tym tygodniu. Przy okazji trochę uwagi poświęciłem rowerowi, wymieniłem dętkę, przeczyściłem układ napędowy i aktywnie odpoczywałem na siodełku. W sobotę pojawiłem się w biurze zawodów bardzo wcześnie, by uniknąć kolejki jaką zastałem w marcu i bez stresu wystartować odpowiednio wcześnie. Rzeczywiście formalności w biurze nie trwały zbyt długo, choć cały czas dostrzegam lekką opieszałość niektórych uczestników przy zapisach. Jakby jeszcze spali w ten sobotni poranek. Plecak do depozytu, numer startowy mocuję na pasie startowym i spotkam Staszka. Jednak dość szybko rozstajemy się, bo ja ruszam na trasę.

00__0066

Dzisiaj idę na dużym luzie, wręcz nie śpieszę się na 1 kilometrze. Wyszedłem nawet wcześniej niż w poprzednich edycjach. Moim celem jest tylko osiągnięcie czasu 50 min, tak abym z czystym sumieniem mógł zapracować na ewentualną wylosowaną nagrodę. W zasadzie idę ... rozgrzewkę, ale dość zdecydowanym krokiem. W myślach przeliczam, gdzie mogą mnie dogonić biegacze. Chciałbym kiedyś dojść do 5 kilometra tak wcześnie aby móc sfotografować także tych biegnących na samym czele. Może gdybym dzisiaj poszedł jak na zawodach, to by się udało. Ale po pierwsze, musiałbym najpierw zrobić porządną rozgrzewkę, po drugie następnego dnia czekał mnie udział w dość ważnych dla mnie zawodach, gdzie chciałem bić wynik z ubiegłego roku, więc postanowiłem tego dnia raczej rozruch zrobić, niż się zmęczyć. Moje międzyczasy były też dla mnie praktycznie nieistotne, o ile mieściły się poniżej 9 min/km. wyglądało to następująco:

1 km - 9:07

2 km - 8:58, czas po 2 km - 18:05

3 km - 8:59, czas po 3 km - 27:04

4 km - 8:39, czas po 4 km - 35:43

5 km - 8;19, czas po 5 km - 44:02

Jak widać pierwsze trzy kilometry były w podobnym tempie i w zasadzie na granicy celu jaki sobie postawiłem tego dnia. Jednak pozwoliło to na dobre rozgrzanie wszystkich mięśni i na kolejnych dwóch kilometrach praktycznie samoistnie, bez zwiększania wysiłku przyspieszałem. Pod koniec piątego kilometra wyprzedzili mnie pierwsi biegacze, a wkrótce ja zatrzymałem się już dość blisko mety i zacząłem pstrykać fotki. Niestety mój aparat fotograficzny uległ jakiejś awarii podczas edycji marcowej i skazany jestem teraz na używanie aparatu w telefonie komórkowym. Ten ma mniejsze możliwości zapisu zdjęć seryjnych (na każde 6 zdjęć potrzebuje chwili na ich zapis, w której nie można wykonywać kolejnych zdjęć). Dlatego też zdjęć tym razem jest nieco mniej niż poprzednio,. niemniej i tak zrobiłem ich ponad 200.

00__056 

00__09500__12800__139

00__153 

 

Po minięciu mnie przez Staszka postanowiłem dokończyć swój udział w marszu i podążyłem w kierunku bliskiej już mety.

5,43 km - 3:44 (tempo 8:41/km)

Meta - czas 47:46 (średnie tempo 8:51/km)

Swoje założenia treningowe wypełniłem więc w stopniu zadowalającym, a przy okazji wielu uczestników będzie mieć pamiątkę z tego biegu w postaci zdjęcia na trasie. 

Na mecie czekała na nas jak zwykle woda, kolejna pieczątka w Paszporcie Biegacza i losowanie nagród.

00__216

 

Staszek za piątą pieczątkę otrzymał pamiątkową bawełnianą koszulkę głównego sponsora i organizatora biegu. Ja dostałem czwartą pieczątkę, ale jeśli wystartuję w czerwcu, to przy dużym szczęściu i mniejszej frekwencji może też się załapię na koszulkę, których trochę pozostało. W losowaniu nagród strzelali bardzo blisko mojego numeru startowego, ale niestety nie trafiono w mój numer. Jak zwykle byliśmy zadowoleni z tych zawodów, ale niewątpliwie większe emocje czekały nas w dniu następnym.

A tu efekt mojej misji:

 

Biegaj z Opel Szpot - maj 2016

Buty Kalenji KIPRUN TRAIL XT5 - opis i przymiarka.

mk130363

Przeznaczenie: buty do biegania w terenie na treningi i zawody w trailu i ultratrailu.

Bezkompromisowa przyczepność, amortyzacja z przodu i z tyłu oraz wydajne trzymanie sprawiają, że XT5 to uniwersalne buty do biegów terenowych, które łączą wydajność, przyjemność i bezpieczeństwo.

b1

Przyczepność

Oddalone od siebie wypustki (5 mm) zapewniają przyczepność i łatwe czyszczenie.

 

Amortyzacja

System amortyzacji K-ring® na pięcie, In'Up® z przodu buta.

b3

Trzymanie stopy

Cholewka wykończona kołnierzem i sieć pasków klejonych termicznie z przodu buta.

 

Stabilizacja

System Arkstab® zwiększa stabilność stopy w czasie biegu.

Dopasowanie do ruchu stopy

System Bipron, wsparcie zmęczenia, sprzyja kontroli pronacji.

Widoczność

Odblaskowe elementy z przodu i z tyłu.

b4

Typ męskie/ma swój odpowiednik damski

Waga użytkownika (kg) <90kg

Dystans: trail i ultra trail (np. UTMB 160km)

Waga butów 355 g w rozmiarze 43

Stopa neutralna / pronująca

Rozmiary męskie od 40 do 47

Kieszonka na sznurówki

Kieszonka w języku umożliwia schowanie sznurówek, które dzięki temu nie zaczepiają o roślinność i nie rozwiązują się.

 

Nachylenie

Różnica wysokości podeszwy z tyłu i z przodu (drop) wynosi 10mm

Skład
Wierzch z oddychającej siateczki syntetycznej, podeszwa środkowa z pianki EVA, podeszwa zewnętrzna z kauczuku węglowego.
Test Produktu
Te buty były testowane przez wielu biegaczy (zarówno kobiet jak i mężczyzn) na bardzo zróżnicowanych podłożach. Testerzy szczególnie docenili buty kiprun Trail XT5 za wyjątkową przyczepność, komfort i amortyzację.
Ograniczenia w użytkowaniu
Nieodpowiednie dla osób o stopie bardzo pronującej / supinującej
 
Tyle suchy opis producenta i sprzedawcy. Przyznam że długo zastanawiałem się, czy te buty kupić. Znałem je ze strony internetowej sklepu, ale pojechałem, tzn poszedłem, po zupełnie inne buty, znanej i przez wiele osób chwalonej marki asics. Te jednak zupełnie nie pasowały na moje stopy. Że czułem się niekomfortowo, to zbyt delikatnie powiedziane, buty asics były po prostu niewygodne. Do tego numeracja zupełnie nie dla mnie, albo ciasne w palcach, albo kajaki i to nie na jedno wiosło. "Siedziałem" więc w tych butach (kalenji) półtorej godziny, tzn zakładałem przechadzałem się zdejmowałem, przymierzałem inne modele i naprawdę trudno mi było się zdecydować. Nie tego oczekiwałem po butach na maraton. Bo z myślą o maratonie chciałem nowe buty kupić. Zeszłoroczne miały już przebieg ponad 1200 km, więc wyklepane nieco, a wkładki przetarte na wylot. Coś i tak musiałem kupić, choćby wkładki. Przede wszystkim te buty wydały mi się zbyt dopasowane do stopy, jakby przyciasne, za wąskie. Miałem wrażenie, jakby to był model damskiego buta. Zupełnie tak samo czułem się, gdy w ubiegłym roku przymierzyłem właśnie odpowiednik damski modelu, który ostatecznie kupiłem jednak w wersji męskiej. Dlaczego wówczas przymierzałem damski? Otóż wyglądał niemal identycznie także pod względem kolorystycznym jak męski, a jednak (tu odezwał się charakter poznaniaka) był tańszy o 20 zł. Jednak w przypadku maratonu oszczędzać przesadnie nie można. Tamte buty były i tak w dość przystępnej cenie (150 zł). Więc wgrał wówczas rozsądek i buty odwdzięczyły się po stokroć temu, że im zaufałem. Tak zaufałem im mimo, że kupiłem je tydzień przed maratonem. Zaledwie cztery marsze (razem 41 km) w nich zrobiłem przed startem. Ale jak buty dobre są, to są dobre i bez konieczności rozchodzenia. Gdyby ten model był dostępny w tym roku, powtórzyłbym tamten wybór. Teraz próbowałem się z modelem o klasę wyżej (z ceną zresztą też). Przymierzałem też tańsze modele, ale to chyba cała seria jest takich wąskich, bo wszystkie ciasno opinały moją stopę. Z rozmiarem klasycznie było. Kalenji muszę mieć 42, a nie 41, tym bardziej, że to na maraton. To już akurat mam przećwiczone. Do maratonu miałem miesiąc czasu. Może je rozchodzę? I tak potrzebuję dobrych nowych butów, bo ważnych startów w tym roku będę miał nieco więcej niż w ubiegłym, i te poprzednie nie podołają. Jakby co, będą na dyszki i półmaraton pomyślałem, a przez miesiąc pochodzę to zobaczę. Raczej nie mam co liczyć, że coś nowego się pokaże, co będzie lepiej pasowało, a na drugie takie szczęście, że kupię coś tydzień przed maratonem i będzie równie dobre ryzykowne byłoby liczyć. Koniec końców kupiłem Kalenji Kiprun Trial XT5 w cenie 280 zł. Test butów zaprezentuję w jednym z kolejnych wpisów.
PS Uprzedzając wypadki napiszę, że 3 tygodnie po zakupie tych butów, w sklepie pojawiła się nowsza ich wersja XT6, a model XT5 został przeceniony o 60 zł. Ale wówczas jeszcze decyzja w jakich butach wystartuję w maratonie ostatecznie nie zapadła, a kupno przecenionych XT5 tydzień przed startem i maszerowanie w nich przez ponad 42 km teraz uznałbym za szaleństwo. Gdybym miesiąc przed maratonem wiedział to wszystko, co wiem teraz, poczekałbym jednak z kupnem do przeceny.   
 
 
 
 
 

XIII Rajd "Puszcza wpuszcza" Łopuchówko

mk130363

Te rajdy mają już swoją tradycję. I są to prawdziwe rajdy Nordic walking, bez ścigania. Nawet jak by ktoś chciał, to nie znając trasy i tak musiałby czekać na prowadzących. Niewątpliwie są to rajdy typowo turystyczne i rekreacyjne, w których dystans pokonuje się przy pomocy kijów Nordic walking. Wydaje mi się, że obecnie bardzo rzadko organizuje się rajdy piesze, które nie są rajdami Nordic Walking. A śmiem twierdzić, że jeśli nawet takie bywają to i tak więcej niż połowa uczestników przyjdzie z kijami. Ten rajd zorganizowano jednak w dużo większym projekcie, bowiem po różnych trasach i na różnych dystansach uczestniczyli w nim także biegacze oraz miłośnicy jazdy na rowerze. Trasa biegowa podobnie jak nordicowa była jedna. Tras rowerowych było kilka o różnych stopniach trudności. Dla nas start, a meta dla wszystkich uczestników zlokalizowane były w Łopuchówku w "Wiosce indiańskiej".

00__0025

Start był bezpłatny, a limit uczestników na wszystkich trasach przewidziano na 400 osób. Uczestnicy otrzymali pamiątkowy znaczek, a na mecie poczęstowani zostali zupą. No ale zaczynając od początku, do Łopuchówka pojechałem z Kasią i Łukaszem Błaszczyk. Start naszej aktywności przewidziany był o godzinie 10 rano. Początkowo nie wyglądało, że będzie nas wielu,

IMG_5059

jednak ekipa z Gośliny znacząco nas zasiliła i ostatecznie jak można policzyć na trochę niżej zamieszczonym zdjęciu, było nas 28 maszerujących + fotoreporter oraz dwóch młodych asystentów na rowerach. Rozpoczęliśmy zwyczajowo od rozgrzewki.

 

Trasą poprowadziła nas para przewodników "Puszczy Zielonka" w charakterystycznych zielonych koszulkach.

 00__0065

Fotoreporter często z ukrycia robił nam zdjęcia w urokliwych miejscach trasy. Orientacyjny dystans podawano jako 11 km. Jak się okazało w rzeczywistości było to niespełna 10 km. Większość przebiegała po nawierzchni miękkiej, ale były też krótkie odcinki asfaltowe.

 

Pogoda, no cóż, żar z nieba, przynajmniej na słońcu, takie można było mieć odczucia. My większość trasy jednak pokonywaliśmy w lesie, gdzie na szczęście nie było jeszcze tak gorąco. Podczas takiej rekreacji jak zawsze jest czas, by porozmawiać i wymienić się uwagami, i o startach w zawodach i o sprzęcie, którego używamy. Trasa nie była bardzo wymagająca jednak ze względu na różne możliwości kondycyjne uczestników, co jakiś czas zatrzymywaliśmy się na krótkich postojach.

postj

IMG_5120

 00__0192

 

00__024

00__0272

00__0311

Gdy wróciliśmy na metę, dotarły już tam pierwsze grupy rowerzystów. Dla uczestników przygotowane były indiańskie atrakcje typu strzelanie z łuku do tarczy. W miejscowym sklepiku namiotowym można było nabyć pamiątki. Posiłkiem była dość tradycyjna w takich sytuacjach grochówka. Smaczna była, ale wkładka to różnie się trafiała, raz większa raz mniejsza, zależy co z kotła się nabrało. Nie doczytałem w regulaminie, że organizator na mecie nie zapewniał wody, a wziąłem tylko 0,5 litra napoju w bidonach na drogę. Dobrze, że na trasie dość oszczędnie racjonowałem sobie picie i po dotarciu na metę miałem jeszcze pół zabranego zapasu, bo byłoby to dla mnie bardzo niekomfortowe. Przy takiej temperaturze jednak musimy dokładnie czytać co zapewnia organizator, bo zabranie dodatkowej butelki dla nas nie jest przecież problemem, a jak się okazuje woda na mecie nie musi być regułą. Tu poratowała mnie zresztą Kasia, która w samochodzie miała dużo dużych bukłaków z wodą. Impreza przyjęła formę festynowo-pikniową, tyle że stoisk nie było zbyt wiele i koszyków z przysmakami nie zabraliśmy, których nie moglibyśmy na niezabranych kocykach spożywać. Tu byłoby pewnie pole do popisu dla kulinarnych zdolności zawodniczek i zawodników FNWT i ich przemyślności organizacyjnych, których na razie nie zdradzę, co by zaskoczenia na zawodach innym nie odbierać. Jednak zrobiliśmy sobie zdjęcie z Indianinem, choć teraz zastanawiam się dlaczego nie z Indianką. Może zbyt europejskie rysy miała?

z_indianem

Dla uczestników tego zlotu przygotowano konkurs o zwyczajach życia wilków. Pytania dość trudne były i bez internetu chyba mało kto rozwiązałby poprawnie ten składający się z kilkunastu dość szczegółowych pytań test. My wzięliśmy udział całą grupą jako "Kasia i Przyjaciele",

ale że nagroda była tylko dla jednej osoby (konkurs jednak indywidualny był) ... Kasia wybrała namiot. Czas na pewno spędzony bardzo mile i aktywnie. "Współczułem" trochę kolarzom żaru z nieba, bo dla nich to dopiero półmetek był rajdu. Ale każdy robi to co lubi. Opis tego wydarzenia na pewno pozbawiony jest pewnej dramaturgii właściwej zawodom, ale czasem spokoju i aktywnego odpoczynku potrzebujemy. Najlepszym zaś opisem takiego rajdu są bez wątpienia zdjęcia zebrane z różnych źródeł, w tym połowa w galerii to moje. Po raz kolejny należą się gratulacje dla tego rejonu za organizację imprezy dla ludzi bez wszechogarniającej komercji nastawionej na zysk. Tu jedyny zysk jest w zadowoleniu uczestników i satysfakcji organizatorów, że potrafią coś zrobić nie tylko dla swojej społeczności, ale dla społeczności dużej aglomeracji, bo chyba większość z Poznania tu przyjechała.  

 

XIII Rajd "Puszcza wpuszcza" Łopuchówko

I Mistrzostwa Miasta i Gminy Skoki w Nordic Walking

mk130363

Tę imprezę wypatrzyłem w ubiegłym roku. Wówczas to był nordicowy rajd przy biegowej imprezie "Skockich Przełajach". Teraz postanowiono pójść w rywalizację, co ciekawe proponując dla nas trasę dłuższą niż dla biegaczy. Bardzo często nasze zmagania przy imprezach biegowych traktowane są po macoszemu. Mam krótki dystans (na ogół około 5 km, gdy biegacze mają 10 km). Nie ma w naszej rywalizacji podziału na kategorie wiekowe (tylko klasyfikacja open), a u biegaczy są  Nagrody dla zwycięzców są mniej atrakcyjne no i jest ich dużo mniej bo nie ma kat.wiekowych. Na trasę jesteśmy puszczani za biegaczami, co najczęściej jest wprawdzie uzasadnione, ale no tak trochę wgląda jak: najpierw wystartowali sportowcy, a później jacyś ich ubodzy krewni. Często musimy tak iść, by czasem nie przeszkadzać biegaczom, co się zresztą rzadko zdarza, ale zdarzają się wybrzydzający. No i często jesteśmy przyjmowani jakby z przymrużeniem oka przez herosów biegania, jakbyśmy bawili się w rywalizację tylko im właściwą. Ale nie w Skokach.

Początkowo wg informacji organizatora nasza trasa miała mieć około 8 km, podczas gdy trasa biegu około 7 km. Tej drugiej nie zmieniono, natomiast naszą przemierzono i wyszło 9620 m. Postawiono więc przed uczestnikami marszu spore wymagania. 5 km może przejść każdy, ale prawie 10 to jest już pewne wyzwanie, na które nie każdy może czuć się przygotowany. Co więcej, trasa wiodła jedną dużą pętlą, a więc tak jak na ogół nie chodzimy na zawodach. Można było tak postąpić, gdyż nie było sędziów oceniających naszą technikę na trasie. Zaufano naszemu fair play, że nie będzie nikt podbiegał. Trasa wiodła leśnymi ścieżkami i polnymi drogami. Była bardzo trudna. Sporo fragmentów piaszczystych, szutrowych i kamienistych. Były nawet kocie łby, gdzie można było co najwyżej iść poboczem używając tylko jednego kija. Dwa kilkusetmetrowe odcinki asfaltu, na przejściach przez wsie, gdzie ja zwyczajowo zakładałem nakładki gumowe na groty. Odcinki były tak długie, że opłacało się to, by móc z pełną mocą odepchnąć się, nie narażając przy tym grotów na złamanie. Oznakowanie kierunkowe trasy perfekcyjne. Ilość rozmieszczonych strzałek powiedziałbym, że raziła po oczach i trzeba by było być niewidomym, żeby zmylić trasę. Tam gdzie trzeba było trasę wygrodzono taśmami. Zabrakło mi oznaczeń poszczególnych kilometrów (albo były mało widoczne), co okazało się dla mnie dość kluczową sprawą w kontroli tempa z jakim się poruszałem, ale o tym moim problemie później. Dopiero na 3 km przed metą dostrzegłem informację taką właśnie (że 3 km do mety), później widziałem też informację, że 1 km do mety (informacji 2 km nie dostrzegłem, ale wiem, że była).  

Kategorie wiekowe ustalono takie jak dla biegaczy. Moim zdaniem, a jak rozmawiałem z innymi uczestnikami nie tylko moim, musiało to wynikać z braku rozeznania przedziałów wiekowych, w jakich startuje najwięcej uczestników imprez NW. Dość powiedzieć, że w trzech kategoriach wystartowało 3 panów a w jednej kategorii (najstarszej) 15 panów. Podobne proporcje były wśród pań, choć ich w ogóle było więcej, więc łatwiej obstawiały całe pudło przy dekoracjach. W sumie w zawodach wystartowało 64 entuzjastów chodzenia z kijkami.

Biuro zawodów działało bardzo sprawnie, nie widziałem długich kolejek, choć faktem jest, że my byliśmy bardzo wcześnie.

Kopia_biuro

Pakiet startowy dla obu konkurencji był taki sam. Okolicznościowe bawełniane koszulki w kolorze czerwonym dla pań i niebieskie dla panów. Organizator pokazał je wcześniej na zdjęciach i wyglądały na bardzo ładnej jakości. Ja zastanawiałem się czy uczestnicy Mistrzostw Nordic Walking będą mieć to samo logo na koszulkach co Skockie Przełaje. Okazało się że nie. Dla nas przygotowano koszulki z logo nordicowym. Organizator nie poszedł więc po najmniejszej linii oporu, tylko potraktował nas na równych prawach z biegaczami. Wolontariusze przy wydawaniu pakietów prosili (było by im miło) by w tych koszulkach wystartować, ale ja chciałem zaprezentować w tej lokalnej społeczności, gdzie Nordic Walking jest prężnie promowany, nasz Face Nordic Walking Team. Poza tym miał to być debiut dla mojej drużynowej imiennej koszulki. Z naszej trójki, która pojechała na te zawody razem, tylko Staszek Przybylak spełnił życzenie organizatora.   

Pogoda nie była idealna. Ochłodziło się znacznie po ostatnich ciepłych dniach i zachmurzyło. Rano gdy wychodziłem z domu było 8 stopni. W czasie startu mogło być 10. Na szczęście nie padało, choć gdy jechaliśmy do Skoków, trochę pokropiło. Zastanawiałem się nawet, czy pod startówkę nie założyć długiego rękawka. Ostatecznie jednak zdecydowałem się na wariant krótki pod wpływem podobnej decyzji Janka Piducha. Jednak w czasie marszu rozgrzejemy się, więc w dodatkowej bluzce pewnie bym się spocił. Wziąłem pas z dwoma małymi bidonami, bo na trasie nie miało być żadnego bufetu z wodą. Buteleczki napełniłem w połowie, by specjalnie się nie obciążać, ale by mieć coś dla zwilżenia ust na trasie. I tak zrobiłem gdzieś mniej więcej między piątym i szóstym kilometrem.

Oficjalne otwarcie imprezy zgodnie z planem o 10.00. Nasz start nastąpił o godzinie 10.10. Biegacze wyruszyli na swoją całkiem odrębną trasę 20 minut po nas. Przed startem odbyła się rozgrzewka, ale dla mnie, a właściwie moich piszczeli to było zbyt mało. Z całą świadomością konsekwencji nie robiłem też o świcie rozruchu. Uznałem, że to start kontrolny i nie muszę tu osiągnąć jakiegoś spektakularnego czasu. Byłem pogodzony z tym, że pierwsze kilometry będą w związku z tym wolniejsze. Liczyłem jednak, że w drugiej części dystansu się rozkręcę. Zwyczajowo nie pchałem się do pierwszych linii startowych.

 Kopia_start4

Przez to na starcie także się sporo traci idąc w tłoku i będąc blokowanym przez innych. No ale taką opcję wybieram ze względów bezpieczeństwa. Najpierw ścieżki w lesie, początek dość szeroki później jednak zwężenie nieco nas spowolniło.

Kopia_w_lesie

Dzięki temu dogoniłem Staszka, który na starcie chyba lepiej się ustawił i pierwszy zakręt brał po wewnętrznej, jednak w tłumie szedł ostrożniej. Wkrótce weszliśmy na szeroką drogę i Staszek powoli zaczął mi się oddalać. Teraz zorientowałem się na starcie nie włączyłem stopera. Zdekoncentrowały mnie kłopoty tuż przed startem, ze złapaniem fixa przez gps i uruchomieniem endomondo. Ostatecznie włączyłem je bez połączenia z satelitą, ale stoper przegapiłem. Ostatecznie satelita złapał sygnał dopiero po 15 minutach od startu ale nie na długo bo po 4,4 kilometra połączenie zostało trwale zerwane. Stąd prawie zupełnie nie wiem z jakim tempem szedłem poszczególne kilometry. Z zapisu endomondo, wynika że sygnał złapałem gdzieś w okolicach połowy drugiego kilometra.

Tempo odcinka między 1,4 a 2,4 km miałem w przybliżeniu 8:45/km.

Tempo między 2,4 km a 3,4 km wzrosło do 8:05/km

Tempo między 3,4 km a 4,4 km spadło do 8:35/km

Tempo między 4,4 a 5,4 km znowu wzrosło do 8:15/km.

Tempo między 5,4 a 5,8 km utrzymałem na poprzednim poziomie, czyli 8:15/km

 

Kopia_z_tyu

Maj jest piękny, niestety podczas zawodów często nie zwracamy uwagi na piękno krajobrazu. Widzimy to dopiero na zdjęciach.

W przybliżeniu pierwsze 5,8 km dystansu pokonałem w czasie 48:30, co by wskazywało, że średnie tempo na tym odcinku musiało być około 8:24/km. Jest to jednak duże przybliżenie i ja wówczas także tylko w przybliżeniu mogłem to skontrolować na 3 kilometrach między komunikatami endomondo (po drugim, trzecim i czwartym komunikacie).

Teraz prawdopodobnie coraz mniej mi dokuczały piszczele i mogłem jednak przyspieszyć. W tym czasie zacząłem więc bardzo powoli doganiać osoby, które wcześniej mnie wyprzedziły. Korzystne dla osób goniących było to, że trasa wiodła długimi prostymi odcinkami i momentami było nawet widać osoby wyprzedzające nas o blisko 500 m. To powodowało, że przed sobą widziałem cały czas długi wąż maszerujących, który jednak coraz bardziej się rozciągał. Tych co byli najbliżej dogoniłem szybciej. Nieraz wdaje się, że niemożliwe jest by dogonić osoby idące kilkaset metrów przed nami. Okazuje się jednak że jeśli do mety jest wystarczająco długi dystans, to można tego dokonać, więc nie należy rezygnować. Te ostatnie 3,8 km poszedłem jednak zdecydowanie szybciej. Z poprzedniego przybliżenia i czasu osiągniętego na mecie wynika, że zrobiłem to w tempie około 8:05/km.  

Czas na mecie 9600 m - 1:19:13.

Średnie tempo marszu 8:15/km    

Miejsce 25 wśród 64 startujących.

Kopia_meta

Kopia_meta_21

Wynik nie jest zły, na pewno mam kondycję jednak zdecydowanie brakuje mi szybkości na krótszych dystansach. Muszę nad tym popracować, bo przede mną 3 starty na 10 km w tym roku. 

Pamiątkowy medal na szyję, taki zwykły, nie odlewany, ale była to impreza o symbolicznym wpisowym przecież. Butelka wody.

Dobry posiłek regeneracyjny, jestem pod wrażeniem, naprawdę smaczna zupa i treściwa. Chleb, jak ktoś chciał ze smalcem i ogórkiem. Kawa i herbata bez ograniczeń. Co warto jeszcze zaznaczyć, organizator zapewnił przedszkolną opiekę nad dziećmi rodziców startujących w zawodach. Atmosfera przesympatyczna. Dekoracja zwycięzców na sali gimnastycznej Gimnazjum, które było znakomitym zapleczem socjalnym zawodów - posiłek i toalety. Okazało się to szczególnie istotne, gdy po zakończeniu marszu nad Skokami przeszła nawałnica ulewnego deszczu. Bardzo dobrze zorganizowane i sprawnie przeprowadzone zawody. Zmieniłbym tylko kategorie wiekowe i ustawił oznaczenia kilometrów od początku dystansu co 1 km. .

I Mistrzostwa Miasta i Gminy Skoki w Nordic Walking

III Mistrzostwa Polski Nordic Walking w Maratonie - zawody cz.2

mk130363

Jeszcze przed dojściem do mety poprzedniego okrążenia czyli półmaratonu nurtowały mnie dwie sprawy. Pierwsza to, czy wytrzymam takie tempo do końca. Tu byłem umiarkowanie spokojny, bo przecież nie szalałem, szedłem cały czas równo, bez nagłych przyspieszeń i zwolnień Te kilkadziesiąt sekund, które zyskiwałem na ostatnich kółkach były jakby wkalkulowane. Bardzo trudno psychicznie idzie się na styk, więc dobrze było zbierać te sekundy na jakieś trudne do przewidzenia sytuacje, które przecież przy tak długim wysiłku mogą się zdarzyć. Nie mogłem pozwolić sobie na tempo 8 min/km lub jeszcze szybciej, które dałoby większy zapas czasu, bo to by mnie "zabiło". Postanowiłem więc kontynuować marsz w tempie około 35 min/km jak długo się da. Druga sprawa nurtowała już mnie właściwie przed startem. Bowiem jeśli mój plan miał się udać to po połowie dystansu trafiałem dokładnie w punkt startu rajdu nordic walking, który jako impreza towarzysząca odbywał się przy maratonie i sztafetach, Niech nikogo nie zmyli jednak słowo rajd. W tym przypadku to normalny wyścig na dystansie 4200 metrów (jednego okrążenia). W chwili więc mijania mety mogłem spodziewać się, że jednocześnie ruszy ze mną 150 osób żądnych zwycięstwa na tym "sprinterskim" dystansie. A wśród uczestników rajdu byli naprawdę nietuzinkowi zawodnicy, którzy oprócz tej konkurencji startowali także w sztafetach, zdobywając z nimi tytuły mistrzowskie. Oczywiście pierwsze metry na stadionie były wydzielone taśmą, a następnie pachołkami, by nie stwarzać kolizji, ale później to już była ta sama ścieżka.Nie mogłem iść wcześniej szybciej, by zyskać kilka minut nad tym tłumem i nie mogłem iść wolniej o kilka minut, bo potem strata mogła przy dużym zmęczeniu, być już nie do odrobienia. Tu mogę podziękować sterującemu startami Arkowi Kozakowi, że miał oczy dookoła głowy i widział wszystko, zarówno ustawionych na starcie zawodników rajdu, jak również zawodników maratonu zbliżających się do mety kolejnego okrążenia. Okazało się, że start rajdu zrobiono falami, czyli nie wypuszczono na trasę wszystkich zawodników równocześnie. Pierwsza fala wyszła jeszcze zanim doszedłem do półmetka. Natomiast drugą falę Arek przetrzymał, aż minąłem metę i skorzystałem z punktu odżywiania i nawadniania.

Kopia_pmetek

To pozwoliło mi w spokoju przejść te pierwsze kolizyjne metry. Później zaczęli mnie doganiać co szybsi uczestnicy rajdu, którzy wystartowali za mną, a ja zacząłem doganiać tych z pierwszej fali, którzy szli wolniej. Sytuacja zrobiła się szczególnie gęsta na mijance przed punktem nawadniania. Doganiałem jakieś dwie maratonki, które też wyprzedzały wolniejszych rajdowiczów, ale robiły to wolniej niż ja. Musiałem ten odcinek iść za nimi. Na punkcie z wodą tłok, ponad czyjąś głową zdołałem chwycić "kubek życia". Tak, dla maratończyka łyk napoju to jest życie. Ktoś zostawił kij zwalniając i przydepnąłem mu lekko grot. Lepiej w takim tłoku unieść oba kije ponad grunt, bo tu przecież technika nie jest oceniana.  

Jestem za półmetkiem i można by sądzić, że to już z górki. Ale jak powiedział Andrzej Folwarski, "gdzie było wcześniej pod górkę?". No jest takie wrażanie, że gdy wracamy do domu z dalekiej podróży, to ta podróż mija dużo szybciej. Ale to wynika z faktu, że najczęściej mniej po drodze odpoczywamy, zostawiając to na domowe pielesze. W maratonie jednak w ogóle nie ma czasu na odpoczynek. Nawet korzystając z punktów odżywiania i nawadniania, ja ciągle idę, może trochę wolniej ale przecież każdy krok przybliża do mety.   

Tymczasem na stadionie dzieją się różne zabawne rzeczy przy zmianach w sztafetach.

Chyba udało mi się ustawić zdjęcia chronologicznie, ale Żanetta Kaźmierczak walczy i pomaga każdemu do końca.

0053

Szóste okrążenie w czasie 34:50. Średnie tempo 8:15/km. 

Po szóstym okrążeniu i 25,317 km - czas 3:33:58.

Jest dobrze, nawet marsz z uczestnikami rajdu nie wpłynął na moje tempo. To nadal jest na najwyższym dla mnie poziomie. Znów przesuwam się do przodu w klasyfikacji o 4 miejsca i jestem 78. Zaczyna się to, co przewidywałem, część uczestników coraz trudniej radzi sobie ze zmęczeniem, bo przecież ja wcale nie przyspieszam. Na punkcie odżywiania jeszcze banan, ale po następnym okrążeniu planuję mus jabłkowy. Po niespełna 36 minutach znów wchodzę na stadion.

Siódme okrążenie w czasie 35:37. Średnie tempo 8:26/km. 

Po siódmym okrążeniu i 29,5365 km - czas 4:09:35.

Zaczynam przeliczać już, co będę mógł, gdy następne okrążenie przejdę w podobnym czasie. Z szybkiej kalkulacji wnika, że nawet powyżej 37 minut będę mógł iść każde z dwóch ostatnich okrążeń.To jest i duży zapas, jeśli nic się nie będzie działo i jednocześnie mało, gdyby coś poszło nie tak. Po raz kolejny przesuwam się do przodu o 4 miejsca i jestem 74. Ale gdybym to wiedział, to wiedziałbym również, że to nie jest jeszcze koniec i to nie jest moje ostatnie słowo. Tak jak planowałem biorę na punkcie izotonik, mus jabłkowy i wodę. Prawie w połowie okrążenia tuż przed 2 kilometrem coś zaczyna pikać w telefonie. Pik, pik, pik co chwilę. Mam włączone endomondo i domyślam się że coś poszło tu nie tak. Zwalniam wyjmując telefon z opaski naramiennej. Postanawiam zakończyć trening na endo i włączyć rejestrację na nowo. Zatrzymuję się. W tym czasie wyprzedzają mnie trzy maratonki, które wyprzedziłem niedawno na trasie (mając jednak wciąż do nich stratę z różnicy czasu startu). Coś jednak poważniejszego się stało bo nie mogę włączyć endo, cały czas książka telefoniczna mi się pokazuje i jakby zablokowana była. Nie udaje się też wyłączyć w ogóle telefonu przyciskiem. A sekundy lecą. Musiałbym baterię wyjąć. Rezygnuję, trudno, ta część marszu będzie bez zapisu. Wówczas jeszcze nie wiedziałem, że problem z endomondo zaczął się pod koniec szóstego okrążenia. Wówczas też dostałem jakiegoś głupiego sms o kumulacji w lotto. Może to zakłóciło działanie endo. Tak już bywało, że gdy ktoś zadzwonił albo przysłał sms to traciłem połączenie z satelitą. Ruszam w pogoń za uciekającymi maratonkami. Przez tę chwilę postoju mięśnie jakby rozluźniły się i odpoczęły. Więc dość szybko, jeszcze przed ogródkami działkowymi doganiam trzy zawodniczki i je następnie wyprzedzam. A pikanie telefonu będzie odzywało się co kilkanaście minut, ale na to nie mogłem już nic poradzić. Po kolejnym kilometrze dogania mnie jakaś zawodniczka i po dłuższej chwili marszu za moimi plecami wyprzedza mnie na szutrowej prostej wiodącej do stadionu wzdłuż ul. Bydgoskiej. No trochę jestem zaskoczony, bo raczej na tym etapie nikt mnie nie jest w stanie dogonić. Zawodniczka idzie maraton, a nie sztafetę, więc coś jest nie tak. Chyba, że ona mnie właśnie dubluje, czyli wyprzedziła mnie o całe okrążenie. Zawodniczka jest starsza ode mnie i gdyby mnie wówczas dublowała, byłby to znakomity, wręcz doskonały wynik na poziomie 5 godzin 15 minut w całym maratonie. Idę za tą zawodniczką krok w krok i o dziwo przychodzi mi to bez specjalnej trudności. Rytm marszu bardzo mi pasuje, jakby nowy zapas sił w mięśniach się ukazał. Jeśli ktoś nas wyprzedzi idąc zdecydowanie szybciej, nie warto się szarpać, bo zrobimy sobie interwał, który nas tylko zmęczy. Ale jeśli ktoś idzie podobnym tempem to jest to doskonała pomoc. To tak jakby jechać na kole kolarzowi.  

Ósme okrążenie w czasie 35:21. Średnie tempo 8:22/km. 

Po ósmym okrążeniu i 33,756 km - czas 4:44:56.

Tu zbieram żniwo równego tempa, bowiem na tym okrążeniu wyprzedzam aż 7 osób i przesuwam się na 67 miejsce. Cóż, ja ściany nie widziałem, inni może ją zobaczyli. Została mi 1 godz. i 15 minut na ukończenie maratonu, a więc nawet 37,5 minuty na okrążenie. Teraz zaczęło się dla mnie właściwe wsteczne odliczanie, nie okrążeń, ale czasu. Na punkcie z koszyczka biorę żel, przed - izotonik, po - woda. Wyprzedzam zawodniczkę za którą tak fajnie mi się maszerowało przed stadionem i przez najbliższy kilometr to ja będę nadawał tempo naszej dwójce. Piszę kilometr bo, no właśnie po kilometrze, od punktu żywieniowego poczułem jakieś ukłucie w żołądku. Zwolniłem, ból nie był duży, ale nie chciałem go pogłębiać szybkim marszem, nie wiedziałem co to jest. Czy to żel tak niefortunnie zadziałał? Odpuściłem na sto metrów dając się wyprzedzić towarzyszce ostatnich kilometrów. Ale ból mija i po 100 metrach mogę stopniowo, bardzo powoli zwiększać tempo. Staram się gonić, ale strata jest już kilkudziesięciu metrów. Jednak to wciąż jest bardzo dobra sytuacja, iść za kimś kogo się widzi dość blisko, kto idzie podobnym tempem i kto również nie odpuszcza. Doszedłem do wniosku, że ta zawodniczka jednak mnie nie zdublowała, tylko musiała dogonić mnie po raz drugi. Pewnie musiała mieć jakiś przymusowy postój na ósmym okrążeniu. Bardzo powoli się do niej zbliżałem.Tymczasem na prostej "kamyczkowej" przed stadionem dogonił mnie Karol Waruszewski. To faktycznie miało się zakończyć zdublowaniem. Ale jak sam Karol mi pisał później, bardzo mu już trudno było mnie wyprzedzić. Idziemy więc dłuższą chwilę razem, Karol za mną i wymieniamy uwagi. Na stadionie Karol mnie wyprzedza i kończy swój maraton z życiówką, a ja jeszcze patrzę na zakręcie w kierunku mety

 

i wchodzę na ostatnie okrążenie.      

Dziewiąte okrążenie w czasie 36:24. Średnie tempo 8:37/km. 

Po dziewiątym okrążeniu i 37,9755 km - czas 5:21:20.

Znów przesuwam się o 4 pozycje i jestem 63. Teraz już mogę nawet ponad 38 minut iść ostatnie kółko, kalkuluję. Ale nie zwalniam. to mogłoby się źle skończyć. Sekundy szybko płyną i każde odpuszczenie może drogo kosztować. Ale zbiera mi się. Oj, zbiera mi się na ogromne wzruszenie. Przed oczami te setki kilometrów pokonanych zimą. Znacznie cięższą pracę wykonałem niż w ubiegłym roku, a wydawało mi się wówczas, że już więcej się zimą nie da. Co chwilę wstrząsa mną zbliżający się wybuch płaczu. Płaczu radości przecież, ale płaczu a nie śmiechu. Muszę się twardo trzymać w ryzach, by nie wybuchnąć łkaniem. Czegoś takiego nie przeżyłem. Misterny plan prawie już na pewno się uda. Cały czas jest niemal na ostrzu noża, ale cały czas byłem konsekwentny i zdeterminowany na osiągnięcie tego przecież tylko jak pisałem wcześniej 5% celu. A to jest tak blisko, na wyciągnięcie ręki, te 5% urasta teraz dopiero do 95%, prawie już zaczynam ryczeć, powstrzymuję się. Wiele zawodów na długich dystansach, wiele życiówek, ten maraton to też nie mój pierwszy raz, ale takie coś przeżywam pierwszy raz. Widzę tylko coraz bliżej plecy zawodniczki, która idzie przede mną. Zmniejszam dzielący nas dystans o połowę. Po 3 kilometrze ostatni punkt z wodą, mam jeszcze dużo czasu przecież. Znów ta "kamyczkowa" teraz kończę już tak jak Karol okrążenie wcześniej. Stadion, 100 metrów, zakręt w prawo, ostatnie metry i jestem na mecie. Zasłaniam twarz ramieniem i idę oprzeć się o płot. Wybucham, teraz już mogę...

 Kopia_finisz_2

ostatnie metry 

ostatnie spojrzenie na stoper, jest jak chciałem?

Dziesiąte okrążenie w czasie 36:14. Średnie tempo 8:35/km. 

META 42,195 km - czas 5:57:34.

 Kopia_emocje

Dłuższą chwilę dochodzę do siebie. Emocje jakbym walczył o mistrzostwo olimpijskie. I wzruszenie, którego doświadczył pewnie niejeden mistrz olimpijski. Dla siebie jestem mistrzem świata, bo wygrałem z samym sobą, a zajmuję oczywiście 63 miejsce w maratonie. Tu na ostatnim okrążeniu nic się w klasyfikacji już nie zmieniło, choć do zawodniczki, która była tuż przede mną straciłem tylko 14 s, a do zawodnika, który bezpośrednio mnie wyprzedził 44 s. Towarzyszka ostatnich kilometrów weszła na metę 7 s przede mną ostatecznie wyprzedzając mnie o 2 min i 35 s. Potem podeszła do mnie, serdecznie mnie wyściskała i podziękowała za znakomite towarzystwo na tych ostatnich kilometrach. To była Marina Rozenberg z Fromborka, którą można zobaczyć na zdjęciach w pierwszej części relacji z zawodów z nr 63 (ze startu oraz gdy mnie wyprzedziła na pierwszym okrążeniu). Chwilę wcześniej otrzymuję pamiątkowy medal.

 Kopia_medal_2

Dziękuję za zdjęcia z mety fotoreporterowi ekipy Sailing Team Ferajna z Piły. Fajna pamiątka, w ubiegłym roku takiej nie miałem.

Pora na podsumowanie mojego startu w tabelce pokazującej cały dystans.

Okrążenie czas okrążenia tempo okrążenia min/km czas narastająco tempo po okrążeniu min/km
1 37:30 8:53 37:30 8:53
2 36:38 8:40 1:14:08 8:47
3 35:01 8:17 1:49:09 8:37
4 34:46 8:14 2:23:55 8:32
5 35:13 8:20 2:59:08 8:29
6 34:50 8:15 3:33:58 8:27
7 35:37 8:26 4:09:35 8:27
8 35:21 8:22 4:44;56 8:26
9 36:24 8;37 5:21:20 8:28
10 36:14 8;35 5:57:34 8:28

 Z tabelki widać, że wytrzymałem trudy tego wysiłku do końca. Potwierdza to też fakt, że drugą połowę dystansu pokonałem nieco szybciej (2:58:26) niż pierwszą (2:59:08), ale wyniki są bardzo zbliżone, więc nie można powiedzieć, że na początku się oszczędzałem. Rozgrzewka na pierwszych kilometrach była elementem przyjętej rozsądnej strategii. Przyjąłem dla mnie realny plan i wykonałem go w 100%. Bardzo się z tego cieszę. Wdaje mi się, że każdy podejmujący taki wysiłek ma jakiś plan. Może nie każdy ma go tak dokładnie rozpisany jednak pójście kompletnie na żywioł można robić tylko na treningu, gdzie w każdej chwili możemy zmienić plan lub zejść z trasy. Tu, zejść z trasy jest po prostu szkoda.   

Zawodnicy mojej drużyny którzy szli w sztafetach starają się mi pomóc, szczególną troskliwością tryska Piotrek Nowaliński. Nawet zdejmuje mi chipa, choć to nie byłoby dla mnie trudne. Tak w ogóle mam wrażenie jakbym lepiej zniósł ten wysiłek niż w ubiegłym roku. Wprawdzie za metą chodzi się już dużo trudniej niż przed metą, ale wówczas trudno mi było nawet stać przez pierwsze godziny. Teraz też długo nie mogę stać, bo po kilku minutach odczuwam ból w prawym biodrze, ale chodzę znacznie żwawiej niż rok temu. Karol Waruszewski idzie ze mną do biura i wyszukuje mój wynik na kompie. Tu wszystko się zgadza odnośnie czasu, ale dopiero teraz dowiaduję się o miejscu w klasyfikacji. Posiłek regeneracyjny to łazanki, opróżniam też mój koszyczek z punktu odżywiania i piję własny izotonik, z którego nie korzystałem w trakcie zawodów. Ten organizatorów wystarczył mi, a nie chciałem mieszać za bardzo w żołądku podczas marszu. 

Dowiaduję się, że nasza najlepsza sztafeta zajęła trzecie miejsce i zdobyła brązowy medal Mistrzostw Polski. Gratulacje i powiem, że cenię ich rezultat tak jakby zdobyli Mistrzostwo. Dlaczego tak uważam, to pewnie niektórzy się domyślą. Niewiele brakowało zresztą, by faktycznie pokonali jedną z faworyzowanych ekip. Zabrakło kilkunastu sekund, a byłaby wielka sensacja.  

sztafeta_3

Dekoracje zostają przyspieszone, ale jeszcze przed nimi robimy sobie wspólne zdjęcie drużyny.

gr_po

Kopia_dekoracje_1

Ta mała zmiana harmonogramu bardzo mi odpowiada, gdyż dzięki temu zdążę na pociąg i nie pojadę do domu w nocy. Znów mam szczęście w losowaniu nagród i opaska  naramienna na smartfon oraz shaker do odżywek sportowych są moje. Czas tego spotkania entuzjastów Nordic Walking kończy się. Czas wracać do domu. Angelika Stepczyńska pomaga mi w transporcie na dworzec w Bydgoszczy, dziękuję.

Dziękuję wszystkim fotoreporterom, dzięki Wam ta relacja nie jest tylko zapisem słów, ale ma swój klimat. Cieszę się, że zawodnicy w naszej drużynie pozytywnie zareagowali na mój apel o robienie sobie wzajemnie zdjęć. W momencie, gdy zabrało etatowej fotoreporterki Pucharu Polski wypełniliście doskonale tę lukę. Liczę, że to będziecie kontynuować robiąc sobie wzajemnie piękne pamiątki z zawodów i umożliwiając tym, których nie będzie z Wami przeżywanie Waszych emocji. Galerie Pawła Marczyka udostępniam poniżej. Dodatkowo udostępniam zdjęcia z mojej galerii zebrane z różnych źródeł pokazujące historię, którą tu opisałem .

 

Mistrzostwa Polski Nordic Walking - Maraton i Sztafety cz.1
Mistrzostwa Polski Nordic Walking - Maraton i Sztafety cz.2
III Mistrzostwa Polski Nordic Walking w Maratonie

III Mistrzostwa Polski Nordic Walking w Maratonie - zawody cz.1

mk130363

10, 9, 8, 7...3, 2,1 strzał startera i ruszamy.

 

Kopia_start0

 

Jak zawsze zaczynam spokojnie. Reszta także z tym, że oczywiście jedni szybciej, inni trochę wolniej. Ja startuję z końcowych linii, by nie hamować kogoś, kto byłby bardziej wyrywny. Rozciągamy się powoli w długi peleton. W naszej drużynie Face Nordic Walking Team startują:

Kopia_IMG_8106Kazimierz Raczyński z nr 60

8starta Piotr Bajer z nr 3

Andrzej Folwarski z nr 17

Kopia_Andrzej

Kopia_10startno i ja, tu trochę zasłonięty

Gdy opuszczamy stadion (po około 2 min 30 s.) startują w maratonie panie. Tu również nasza drużyna ma swoje zawodniczki.

 Kopia_12start

 Dorota Rejman z nr 61, różowa bluza

Obok Doroty wystartowała Angelika Stepczyńska  z nr 68 w jasno zielonej koszulce, reprezentująca GOSiR Osielsko, ale sympatyzująca z naszą drużyną

Monika Grygiel z nr 20

Irena Karasiewicz z nr 28

Krystyna Wałecka z nr 82

Wanda Śliwka z nr 76

Uprzedzając nieco wypadki wspomnę, że wszyscy dotarli w zdrowiu do mety. 

Po 15 minutach wystartują sztafety do swoich Mistrzostw Polski. Tu wystawiliśmy aż 7 pięcioosobowych zespołów. Czasu by jednak nie starczyło przez następne miesiące bym wszystkie sztafety opisywał, więc tu wspomnę tylko że jedna sztafeta miała duże aspiracje i "papiery" do czołowych miejsc. Miały być właściwie dwie takie mocne sztafety, ale ta druga na skutek przypadków losowych została zdekompletowana i dla dwóch najszybszych zawodników musieliśmy znaleźć zastępstwo. I chyba z niezłym skutkiem to zrobiliśmy, bo ta sztafeta znalazła się i także w szeroko rozumianej czołówce.Zresztą co by nie powiedzieć o naszych sztafetach to wszystkie osiągnęły sukces na miarę swoich możliwości. 

Kopia_18startstart sztafet

W swej relacji skupię się jednak na tym co było dla mnie najistotniejsze, czyli maratonie, choć nie zabraknie i humorystycznych wstawek z innego poletka. Pierwszy kilometr nie cisnę specjalnie. W ogóle pierwsze półtora okrążenia to ma być rozgrzewka przecież. Jednak sił jest wystarczająco dużo i adrenalina zawodów działa nawet wówczas, gdy próbuje się poskromić emocje. Przy tablicy oznaczającej 1 kilometr widzę na stoperze czas 8:30. Wymieniam uwagi z zawodnikiem ze Śląska na temat naszego tempa podsumowując "oby tak przejść następne 41 kilometrów". Na trasie spotykamy głównie sędziów, którzy na początku nas strofują bardziej, później będą też nas wspierać podczas wysiłku dobrym słowem. Przy każdej tablicy oznaczającej kolejny kilometr spoglądam na stoper kontrolując czas, ale na razie robię to bez zbytnich emocji. To jeszcze nie ten czas. Pierwszy punkt nawadniania na trasie po 1,2 km marszu mijam nie korzystając z niego. Dopiero gdy będę wracał już po 3 kilometrze, wezmę pierwszy napój. Widzę jednak, że organizatorzy postarali się i w punkcie na mijance jest nie tylko woda ale i izotonik. Właśnie izotonik będę najczęściej tu pobierał na ostatnich kółkach czasem wspomagając go wodą. Zaczynają doganiać mnie panie startujące w maratonie. Ale jestem niewzruszony. Wiem, że duża część startujących nie wytrzyma takiego tempa. Do końca okrążenia mijają mnie niemal wszystkie, a te co nie dogoniły i tak odrobiły czasową "stratę" ze startu.

Wchodzimy na stadion na pierwszą istotną kontrolę czasu. Mój czas nie jest rewelacyjny i byłem na to przygotowany, choć myślałem sugerując się czasem po 1 kilometrze, że będzie lepiej.

Po pierwszym kółku i 4,2195 km - czas 37:30.  To oznaczało średnie tempo 8:53/km . Skutkowało to natomiast 89 miejscem wśród wszystkich 91 osób startujących. Wyprzedzałem tylko jednego pana, który wycofał się zresztą po tym okrążeniu (czy może był zdjęty z trasy z obawy o jego zdrowie) i jedną zawodniczkę.

Kopia_okrenie_26

Za metą pierwszego kółka punkt żywieniowy: Izotonik, kawałek banana, woda. Taki schemat powtarzałem tu najczęściej. Muszę powiedzieć, że nie odczuwałem jakoś specjalnie bólu piszczeli na pierwszym okrążeniu i myślę, że organizm tak wyregulował tempo bym tego zbytnio nie odczuł. Gdzieś pewnie w połowie okrążenia musiałem jednak nieznacznie przyspieszyć. Zrobiłem to raczej automatycznie i płynnie, niż  na zasadzie teraz skończona rozgrzewka, to teraz zabieram się do roboty. Po prostu zadziałało dobre rozgrzanie mięśni podczas pierwszych 6 kilometrów marszu. Chodzę tak jak pozwala organizm, nic ponadto, ale też nic poniżej moich możliwości. Idę praktycznie samotnie lecz doganiają mnie najszybsze sztafety. A tymczasem w miasteczku zawodów pokaz sprawności jednej z naszych zawodniczek. 

 

Teraz już nie opuszczam żadnego punktu nawadniania i na mijance zawsze izo, na mecie jak napisałem wcześniej. Kończymy drugie okrążenie. Wchodząc na stadion słyszę jak Michał Piotrowski (kapitan naszej najszybszej sztafety) krzyczy, że mam równe tempo. To było bardzo krzepiące, powiedziałbym miód lejący się na moje serce, utwierdzenie w przyjętym planie. Ale prawdę mówiąc, ja też tak czułem, choć do mety drugiego kółka było jeszcze ze 100 metrów.

Kopia_okrenie_2_finisz6

Drugie okrążenie w czasie 36:38. Średnie tempo wzrosło do 8:40/km. 

Po drugim okrążeniu i 8,439 km - czas 1:14:08.

Widziałem ten czas na stoperze i natchnęło mnie to dużym optymizmem. Wiedziałem już, że rozgrzewka zakończyła się stratą niewiele ponad 2 minut w stosunku do założonego planu i to da się z pewnością odrobić. W klasyfikacji nie nastąpiła żadna istotna zmiana. Przesunąłem się o jedną pozycję w górę na 88 miejsce. Ale oczywiście ja w ogóle przez cały czas marszu nie wiedziałem na którym miejscu jestem, zresztą nie było to dla mnie najważniejsze. No ale chyba na tym trzecim okrążeniu ruszyłem już ile pary pod kotłem. I skutki były natychmiastowe. Na każdy kolejny kilometr wyznaczałem sobie w przybliżeniu czas jaki powinienem był osiągnąć mijając tablice je oznaczające. I na ogół udawało mi się jeszcze za każdym razem uszczknąć nieco sekund. Trzeci raz na stadion wchodziłem już dość wesoło. Na troskliwe pytanie Sędziego Głównego "i jak?". Odpowiedziałem wesoło "chyba idę za szybko". Wyrocznia zrobiła duże oczy, bo przecież ja wciąż w zupełnym ogonie byłem. Ale na stoperze zaczęło się dobrze dziać i zdawałem sobie z tego doskonale sprawę. Zacząłem też powoli doganiać tych, którzy wcześniej mi uciekli.

z_tyu

Technika to nie tylko "ręka za biodro", to też rotacja tułowia i bioder. Właściwa praca nóg i odepchnięcie palcami stopy zakrocznej zapewnia odpowiednią dynamikę i napędza do właściwej prędkości bardziej niż nadmierne wydłużanie kroku.

Trzecie okrążenie w czasie 35:01. Średnie tempo 8:17/km. 

Po trzecim okrążeniu i 12,6585 km - czas 1:49:09.

Odrobiłem niemal minutę ze straty i zacząłem się powoli choć niemal niepostrzeżenie przesuwać do przodu we wszelkich klasyfikacjach. Wyprzedziłem na tym okrążeniu trzy osoby i zajmowałem 85 miejsce. Na czwartym kółku kontynuowałem swój plan i nie zwalniałem na moment tempa. To już był taki dystans za mną, że na ogół osiągam szczytowe prędkości, Organizm zdrowo rozbujany jest, ale jeszcze bardzo świeży i wypoczęty, kompletnie brak oznak zmęczenia. Skoro jednak trzecie okrążenie poszedłem za szybko, to jak poszedłem czwarte? Jeszcze szybciej.   

Czwarte okrążenie w czasie 34:46. Średnie tempo 8:14/km. 

Po czwartym okrążeniu i 16,878 km - czas 2:23:55.

A według planu miało być 2:24:00. Rewelacja, jak szwajcarski zegarek niemal. Strata z dwóch pierwszych okrążeń odrobiona z 5 sekundową nawiązką.  Znów zanotowałem awans o trzy pozycje na 82 miejsce, choć w trakcie marszu w ogóle tego nie odczuwałem, bo też nie wszystko widziałem, ani się tym nie ekscytowałem. Dwie osoby zrezygnowały z dalszego udziału, widocznie trudy przerosły jeszcze siły i zamiary. Teraz już zbliżałem się do półmetka i jasne było dla mnie, że jeśli utrzymam tak dobre tempo, to poprawię nawet wynik z sierpniowego półmaratonu z Osielska. Czy można pójść maraton tak jak półmaraton? W tych samych warunkach nie można. Wszyscy, którzy się na to odważą zapłacą bądź nie ukończeniem maratonu, bądź znaczną stratą czasową na drugiej części dystansu. Ale w sierpniu był ekstremalny upał, w którym mój organizm włączył chyba jakiś wewnętrzny hamulec. Teraz ten hamulec nie działał z automatu i mogłem pomykać bez zwalniania dalej.  

Piąte okrążenie w czasie 35:13. Średnie tempo 8:20/km. 

Po piątym okrążeniu i 21,0975 km - czas 2:59:08.

Wynik z sierpnia poprawiony o 1 min 18 s.  Sam bym sobie bił brawo, gdybym rąk nie miał zajętych kijami. Ale brawo biją kibice, którzy dopingują mnie, gdy mijam metę po każdym okrążeniu. Arek Kozak podaje nasze nazwiska i klub, gdy zbliżamy się do mety, stąd wszyscy wiedzą kto akurat idzie. Zaprzyjaźnieni fotoreporterzy szaleli zwłaszcza na tych pierwszych okrążeniach fotografując także mnie całymi seriami zdjęć. Bardzo za to im dziękuję. W klasyfikacji zachowałem status quo, czyli nadal byłem 82. Jednak potem znów ktoś idąc szybciej ode mnie, chyba nie wytrzymał narzuconego tempa i się wycofał.     

I małe podsumowanie tej części zawodów w tabelce.

Okrążenie czas okrążenia tempo okrążenia min/km czas narastająco tempo po okrążeniu min/km
1 37:30 8:53 37:30 8:53
2 36:38 8:40 1:14:08 8:47
3 35:01 8:17 1:49:09 8:37
4 34:46 8:14 2:23:55 8:32
5 35:13 8:20 2:59:08 8:29

 Widać, że tempo poza pierwszymi okrążeniami było bardzo wyrównane i że z kilometra na kilometr zbliżałem się do celu wciąż polepszając parametry marszu. To było doskonałe wyjście do drugiej części dystansu, ale jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że na radość było stanowczo za wcześnie.

III Mistrzostwa Polski Nordic Walking w Maratonie - przed startem

mk130363

W ubiegłym roku nazwałem to szaleństwem albo nawet wariactwem, jednak nie dlatego że wystartowałem z marszu na żywioł. Przygotowywałem się długo i bardzo intensywnie w oparciu o własne doświadczenia z wielokrotnie pokonywanego dystansu 20 km. Jednak jest to dystans, do którego należy podchodzić z pokorą i wszystkie przygotowania mogą być zniweczone jedną niewłaściwą decyzją, ulegnięciem emocjom, czy nawet niewielką niedyspozycją zdrowotną. Jest to wysiłek dla organizmu tak wielki, że czasem ziarnko piasku w bucie urasta do wielkości głazu narzutowego, a mały pagórek do Mont Everestu. Już od jesieni myślałem o tych zawodach. Głośno tego nie mówiłem, ale w głowie siedział drugi start na dystansie nazywanym królewskim. Nie musiałem tego robić, wszak marzenie się spełniło w ubiegłym roku z bardzo przecież pozytywnym rezultatem. O przygotowaniach do maratonu napiszę chyba osobno, bo sam jestem ciekaw jak to wypadło w porównaniu do ubiegłego roku. Jednak zrobię to później, nie wystawiając na próbę cierpliwości i ciekawości oczekujących na relację.

Start w tych zawodach zaczął się jednak właściwie już w styczniu. I tego faktu nie mogę pominąć. Klamka zapadła, zapisałem się i opłaciłem start. Nie czekałem na ewentualne wnioski z treningów i gdybanie czy jestem dobrze przygotowany, czy nie. Niższa opłata startowa dokonana wcześniej na pewno jest zachęcająca, ale obarczona ryzykiem, że jeśli zdrowie nie dopisze (obojętnie czy w czasie przygotowań, czy tuż przed startem) może być daremna. Mnie to dodatkowo zmotywowało. Nie myślałem co będzie w kwietniu, to była kropka nad "i", by bardzo mocno i uczciwie przepracować najbliższe miesiące. Teraz z perspektywy czasu uważam, że to była właściwa decyzja. Nie spotkało mnie po drodze nic złego, czy niepokojącego. Byłem bardzo dobrze przygotowany tak mentalnie jak i fizycznie. Ale jakieś 10 dni przed pojawił się drobny niepokój. Atmosfera już była dość gorąca w dyskusjach na fejsbooku na temat sztafet i maratonu, ktoś powątpiewał w swoje możliwości, ktoś odpadł z powodów zdrowotnych. Lekko się wystraszyłem, że może coś nie zaskoczyć, organizm się zbuntuje i nie uda się. Rok temu było z tym łatwiej. Myślałem wtedy - jestem tylko człowiekiem i jak się nie uda to trudno, może innym razem będzie okazja. Teraz było trudniej, bo skoro raz się udało to jakby większa presja że musi się też udać, przy tych przygotowaniach wzbogaconych o doświadczenia z ubiegłego roku byłoby przykro. Ale ta myśl była bardzo krótka. Nie można o tym myśleć, bo akurat się wywoła wilka z lasu. Ze spokojem więc jechałem już do Osielska. W zasadzie dzień poprzedzający miałem przećwiczony z ubiegłego roku. Dojazd, nocleg w GOSiR, nawet krótka wizyta w markecie w Osielsku były te same. Zamiast chińskiego makaronu spożytego na miejscu jako główny posiłek w przeddzień startu, przygotowałem sobie rano naleśniki z miodem i czekoladą jogurtową, które zabrałem na obiadokolację. Elementem warzywno owocowym była sałatka z marchwi i jabłka. Zabrałem też ze sobą sporo napojów z witaminami i minerałami, aby się w piątek dobrze nawodnić. Rano zaś jeszcze przed wyjazdem wypiłem świeży sok z marchwi. Na salce "noclegowej" byłem pierwszy, więc wybrałem sobie to samo szczęśliwe miejsce, na którym spałem w ubiegłym roku. Dość wcześnie położyłem się do snu bo około 21. Nie chciałem przegapić momentu, gdy mnie zmorzy. W ubiegłym roku trochę przegapiłem tę chwilę i gdy akurat chciałem już mocno zasnąć, ktoś zaczął chrapać i zmagałem się z tym na pewno ponad godzinę. Ale teraz do północy była to raczej drzemka niż głęboki sen. Nie mniej dawała ona pewne uczucie uspokojenia i regeneracji. No i pewnie gdzieś przed północą ta drzemka przeszła w sen, jak rozgrzewka przechodzi w trening. Wstałem tuż po 6 i z dużym spokojem wykonałem toaletę oraz przygotowałem śniadanie. Nasmarowałem stopy specjalnym kremem 15 minut przed założeniem skarpet kompresyjnych CEP. Skarpety CEP stosuję właściwie tylko przy maratonach lub półmaratonach. Na krótszych dystansach stosuję ich marketowe zamienniki. Przydała się też oliwka do zabezpieczenia miejsc, które bardziej narażone mogą być na obcieranie. Ten zabieg stosuję profilaktycznie tylko w przypadku maratonu.

Na korytarzu spotkałem Marka Stefanickiego, którego poprosiłem o podwózkę na stadion. Podwózka zresztą była w bardzo zacnym gronie, bo towarzyszami byli Marek Dołęgowski i Paweł Mitura-Zielonka. Grubo przed 9 byliśmy na miejscu. Rano dość rześko było, więc niemal do końca ubrany byłem w długie spodnie i kurtkę. Pakiet odebrany bez kolejki. W pakiecie najważniejsza upragniona koszulka z odpowiednim napisem przewodnim na plecach. Powitań głównie z członkami naszych drużyn sztafetowych i maratończykami nie było końca.

powitania

 

Dopisywały humory i pozytywne nastawienie towarzyszące zazwyczaj zawodom w Osielsku. Nie zabrakło też kolorowego lansu.

 

lans

Organizatorzy przygotowali dla nas oznakowane koszyczki na wspomagacze, które można było zostawić na osobnym stoliku w punkcie odżywiania i nawadniania. Rok temu oparłem się na bananach serwowanych przez organizatora i teraz również miałem na tym bazować, bo sprawdziło się to w moim przypadku. Jednak wygrane w losowaniu w Jastrowiu produkty postanowiłem również wykorzystać. Na temat żelów krążą różne opinie i zalecenia. Najczęściej poleca się je wypróbowywać wcześniej na treningach, by nie być zaskoczonym podczas startu dużym napływem środka o bardzo słodkim smaku i sporej kaloryczności zgromadzonej w małej ilości tego wspomagacza. Miałem już małe doświadczenie z żelami, ale było to na dystansie 20 km, gdzie uważam, że raczej nie jest to środek konieczny, czy jakoś specjalnie pożądany. Nie widziałem też jakichś spektakularnych skutków działania tego środka, ale w zasadzie to przecież nie można spodziewać się nagłego przypływu energii, tylko wyłącznie tego, że nie opadniemy nagle z sił. Jakieś paliwo na dystansie maratońskim trzeba jednak dostarczać, a to jako półpłynne i szybko przyswajalne uważane jest za jedno z lepszych. Ja nie miałem tych żeli tle by wypróbowywać ich smak i działanie przed zawodami. Ten aspekt przygotowań niejako pominąłem, gdyż jak napisałem wyżej i tak miałem się oprzeć na bananach. Jednak kilka tygodni wcześniej zauważyłem w sklepie musy owocowe w opakowaniach takich jak żele. Smaki są różne, widziałem jabłkowe, gruszkowe, jabłkowo truskawkowe. Ja wybrałem jabłkowe. Mają one znacznie mniej kalorii niż żele, bo w tej samej ilości około 1/4. Jednak są również w postaci półpłynnej i raczej nie powinny powodować jakichś sensacji żołądkowych, o których czasem można usłyszeć przy okazji stosowania żeli. Dwa takie musy zostawiłem w swoim koszyczku. Do tego jeden żel oraz butelkę izotoniku. W kwestii izotoniku też miałem się oprzeć o ten serwowany na punktach nawadniania, to łatwiejsze jest i szybsze, bo nie trzeba zatrzymywać się przy stoliku, by potem odłożyć butelkę do swojego koszyczka. Ale gdyby coś, byłem przygotowany, a ewentualnie można go było jeszcze wykorzystać po zawodach. Z tym kupionym izotonikiem wyszła jednak pewna niedogodność. Otóż po odplombowaniu i otwarciu butelki okazało się, że otwór wewnątrz ustnika jest zasklepiony plastikiem i trzeba by go jakoś przekuć grubym i długim szpikulcem albo wydłubać. Pierwszy raz spotkałem się z czymś takim. Trochę się zdenerwowałem, ale koniec końców grotem kija wydłubałem tę przeszkodę. Ze sobą miałem, w kieszeni pasa biodrowego drugi żel oraz dwa cukierki - miękkie krówki. W bidonach (250 ml) miałem na wszelki wypadek wodę, która wypełniała je w 1/3 objętości, gdyż nie chciałem za dużo bagażu nieść ze sobą, a mogła się przydać w awaryjnej sytuacji lub byłaby konieczna po wzięciu żelu na trasie. Trasa zawodów była mi oczywiście doskonale znana. Szliśmy nią w tę samą stronę co w ubiegłym roku. Schemat trasy pokazuję poniżej.

 

Dystans maratonu pokonywaliśmy maszerując po pętli o długości 1/10 długości całego dystansu. Okrążeń było więc dziesięć. To dość dużo, ale ja nie widzę w tym problemu. Dzięki temu zlokalizowanie jednego punktu odżywiania i nawadniania na stadionie i jednego podwójnego punktu nawadniania na trasie pętli całkowicie wystarcza. Trzeba tylko z nich z umiarem, ale systematycznie korzystać nie obciążając jednorazowo zbyt dużą ilością naszego systemu trawiennego. 20 minut przed startem zgodnie z  zaleceniem widniejącym na opakowaniu spożyłem trzeci z żelów, które posiadałem. Jeszcze zdjęcie z grupą przyjaciół,

Kopia_grupowe3

depozyt gdzie zostawiłem wierzchnie okrycia i ostatnia toaleta przed startem. Nadal było dość rześko, ale ja ubrany byłem na krótko.jak zresztą wielu uczestników. Liczyłem, że na rozgrzany organizm zimno nie podziała moczopędnie. To by jednak spowodowało jakąś przerwę w marszu, którą później trzeba byłoby odrabiać. Uprzedzając wypadki napiszę, że nie miałem tej, ani żadnej innego rodzaju potrzeby. Gospodarka nawadniania organizmu przebiegała bez zakłóceń, a mocno spocić w tych warunkach przy lekkim ubiorze było trudno. Kwestia obuwia na te zawody spędzała mi sen z powiek jeszcze grubo przed zawodami. Te z ubiegłego roku sprawdziły się znakomicie. Jednak teraz miały już na koncie ponad 1150 km i na dodatek przetarte wkładki w miejscu dość newralgicznym, więc pęcherze po 25 km były niemal pewne. Zakupiłem nawet buty (o których będę pisał osobno) dość długo przed maratonem, żeby noga miała czas się do nich przyzwyczaić, ale proces adaptacji przebiegał powoli i nie czułem takiej wygody jak w poprzednich butach. Zdecydowałem się więc tylko na przełożenie wkładek z nowych butów do starych. Firma ta sama, rozmiar ten sam, wkładka dokładnie taka sama, wszystko więc musiało pasować.       

Jaki miałem plan na te zawody? 90% celu to było dojście w zdrowiu do mety. Przy tym dystansie tak będę zawsze określał główny cel. 5% celu to było poprawić ubiegłoroczny wynik. I nawet jeśli to byłaby tylko jedna sekunda uznałbym, że jest to dobry wynik. Głośno tego nie mówiłem, ale absolutnym marzeniem było złamanie granicy 6 godzin , a więc przejście szybciej niż jest limit czasu w maratonach biegowych. Po cichu rozmawiałem o tym tylko z wieloletnim przyjacielem z nordicowch tras Staszkiem Przybylakiem. I to były rozmowy na zasadzie, że on mnie o to pytał (znając mnie i moje wyniki), a nie że ja sam deklarowałem taki czas. Wyzwanie to trochę było dla mnie spore, bo musiałbym iść tempem około 8:30/km przez cały dystans, bez żadnych przerw czy niespodziewanych sytuacji. I byłoby to tempo około 15s/km lepsze niż w ubiegłym roku. Ale z uwagi na specyfikę oznakowania trasy zawodów i sprzętu, którego używam do kontroli tempa (tylko stoper) podstawą było dla mnie określenie tempa średniego na jedno okrążenie. Chodzę równym tempem od początku do końca więc nie muszę drzeć cholewek od początku tak jakby to był finisz. W tym przypadku matematyka była bardzo prosta: 36 min/okrążenie i pokonuję maraton w 6 godzin. A uszczknąć choćby jedną sekundę wówczas powinno się udać. Tego postanowiłem się trzymać. Oznakowane na naszej trasie były tylko pełne kilometry, co niewątpliwie też jakoś pomagało. Po przejściu mety kolejnego okrążenia starałem się zapamiętać czas widziany na stoperze i na kolejnych oznakowaniach dodawać sobie 8 min przy tablicy "1 km", 17 min przy tablicy "2 km", 25 min przy tablicy "3 km" i 34 min przy tablicy "4 km"  licząc od początku okrążenia. To dawało jeszcze pewien minimalny zapas na mecie kolejnego okrążenia, po minięciu której zabawa zaczynała się od początku. W ten sposób miałem kontrolować tempo na poszczególnych kilometrach, sposób dość przybliżony przyznam, ale dla mnie wystarczający  Muszę też powiedzieć, że w tych obliczeniach równie dobrze wytrenowany jestem jak w utrzymywaniu równego tempa, więc nawet takie skumulowanie wysiłku fizycznego z umysłowym, nie jest dla mnie problemem przez 6 godzin. Natomiast niewątpliwie jestem cały czas mocno skoncentrowany na tym co robię, więc z boku można odnieść wrażenie, że jestem smutny, albo coś mi dolega. Tu wdzięczny jestem przy okazji sędziom, że czuwają nie tylko nad prawidłową techniką marszu i pilnowaniu próbujących nadużyć, ale także pytają jak się czujemy, czy wprost dodają otuchy. To jest także potrzebne nam wsparcie na trasie. Ta przeszło godzina przed startem minęła bardzo szybko. Ostatnie poprawki w moim koszyczku i idę na start.

id_na_start1

Za chwilę ustawiamy się w wydzielonych taśmami torach startowych, włączam endomondo, pamiętam o uruchomieniu stopera przy przejściu przez linię startu. Oficjalne powitanie i otwarcie zawodów, i za chwilę nastąpi odliczanie. 

tory_startowe

Ostatnie poprawki, sędzia główny też jest już gotowy.

sdzia_gwny

Mocowanie chipa startowego

mk130363

Od zawsze, odkąd startuję w zawodach, chip mierzący czas mocowałem za pomocą sznurowadeł do buta. W ogóle nie zastanawiałem się, czy można inaczej. Owszem widziałem gdzieś u kogoś chip zamocowany na opasce okalającej podudzie nad kostką, ale były to tak rzadkie przypadki, że nie przyszło mi do głowy, by tak ułatwić sobie życie. Wszyscy mocowali przez sznurowadła to i ja też tak robiłem. Nie wymaga to niczego poza tym, co każdy biegacz  i walker ma ze sobą, a właściwie na sobie.

Małe wyjaśnienie dla osób, które nie startowały w zawodach i w ogóle nie wiedzą, o co chodzi. Otóż przy dużych imprezach masowych, w których rywalizacja polega na jak najszybszym pokonaniu określonego dystansu, czas zawodników mierzony jest przy pomocy specjalnego systemu elektronicznego. Dla nas, czyli zawodników, najbardziej istotne są dwa elementy tego systemu. Mata, przez którą przechodzimy (biegacze przebiegają) i nasz indywidualny chip przyporządkowany do naszego numeru startowego, a więc naszej osoby. W momencie, gdy chip znajdzie się w pobliżu, czy raczej nad matą następuje przekazanie sygnału do systemu, w którym został uruchomiony pomiar czasu. Wówczas zapisany zostaje czas takiego odczytanego sygnału z przyporządkowanego nam chipa. Z różnicy czasu przejścia przez matę znajdującą się na starcie i matę znajdującą się na mecie obliczany jest czas przejścia określonego dystansu przez zawodnika. Zazwyczaj mata startowa i mata mety to sama mata, ale może być inaczej, gdy start i meta znajdują się w różnych miejscach. Zdarza się, że organizatorzy umieszczają na trasie dodatkowe maty, dzięki czemu wiemy jaki czas osiągnęliśmy w jakimś określonym punkcie dystansu. Maty są to w zasadzie kable przykryte matami, aby nie uległy uszkodzeniu na skutek marszu lub biegu po nich uczestników. Chip winien być zamocowany możliwie blisko podłoża, gdyż to gwarantuje niezawodność jego zadziałania. Nie wieszamy chipa na szyi na smyczy, często znajdującej się w pakiecie startowym, nie wkładamy go też do kieszeni, ponieważ wówczas na starcie i mecie, i każdej macie, musielibyśmy robić pompki, by został odczytany sygnał i zapisany nasz czas. Chip mocujemy na nodze poniżej kolana, im bliżej podłoża tym lepiej. Najprostszym sposobem jest więc przymocowanie do buta i wykorzystanie do tego celu sznurowadeł. Oczywiście są i nieco inaczej skonstruowane systemy np. chipy w numerach startowych. Rozwiązanie zapewne bardzo wygodne, ale przy upadku w przód  może zdarzyć się, że taki chip zostanie uszkodzony jeśli lotem ślizgowym wylądujemy szurając przednią częścią tułowia po podłożu. Pozostańmy więc przy najbardziej popularnym przypadku mocowania chipa przy bucie. Nigdy nie wpadło mi do głowy, że o tym będę pisał, więc oczywiście nie robiłem zdjęć chipom mocowanym do mojego obuwia. Stąd przykłady zdjęć znalezionych w sieci      

chip

czip_2

Chip mocujemy na grzbiecie stopy w miejscu takim, w którym nie utrudnia to naturalnego ruchu stopy podczas biegu czy marszu, czyli nie umieszczamy go np. w zgięciu, które zachodzi przy odpychaniu palcami od podłoża. Aby to zrobić musimy rozsznurować przynajmniej dwie, a często i trzy dziurki w naszym bucie. Sznurowadła przekładamy przez otwory chipa i ponownie but sznurujemy. Nie jest to skomplikowana czynność. Musimy ją jednak zrobić przed zawodami i tuż po zawodach, bowiem chipy są zazwyczaj zwrotne. Przez wiele lat nie widziałem w tym żadnego problemu, choć przy zmęczeniu, zwłaszcza długim dystansem, nie jest to czynność, której najbardziej pragniemy po przekroczeniu linii mety. I nie wszędzie jest taka piękna trawa, na której można przysiąść rozsznurowując buta.

Kopia_00__0116

Jeśli mamy w dodatku sznurowadła węzełkowe (jak na zdjęciu powyżej) takie rozsznurowywanie i zasznurowywanie jest nieco trudniejszą czynnością, a poza tym możemy utracić efekt, który te sznurowadła zapewniają, czyli właściwy, optymalny ich naciąg, jeśli zaciągniemy je przy mocowaniu chipa zbyt mocno lub zbyt lekko. Do takich sznurowadeł jak i do sznurowadeł zaciskowych (tych akurat nie możemy w ogóle rozsznurować) najlepsze do mocowania będą plastikowe opaski zaciskowe do przewodów elektrycznych.

00__0034

Takie zaciski powinien mieć każdy organizator zawodów. Jednak są one jednorazowego użytku i aby uwolnić z nich chipa, należy je przeciąć, a więc trzeba za metą poszukać nożyczek. Zdarzało mi się stosować takie zaciski przy butach Salomon i wówczas zapinałem chipa na ogół dwoma takimi zaciskami. 

Wszelkie problemy rozsznurowywania znikają jeśli zastosujemy opaskę do mocowania chipa. Są oczywiście takie opaski specjalnie do tego przeznaczone. Można je nabyć w sklepach dla biegaczy. Koszt to około 30 zł. Zapinane są na rzep. 

czip_opaska

I właśnie niedawno podczas jednej z wielu dyskusji w naszej drużynie Face Nordic Walking Team , nawet nie pamiętam na jaki temat, kolega Andrzej Stefański podsunął doskonały patent na ten sposób mocowania chipa. Otóż on mocuje go na opasce, którą jest skórzana obroża dla małego psa. Nie znam się zupełnie na tym asortymencie akcesoriów, ale jest to koszt zapewne nie wyższy niż 10 zł. Ja miałem kiedyś kota. I miałem dla niego skórzane szeleczki z obrożą. Wykorzystane były raz czy dwa podczas wizyt u weterynarza, ale mój kotek bardzo ich nie lubił. Szeleczki z obrożą leżały sobie w szafie kilkanaście lat. I teraz Andrzej mi o nich przypomniał swoim wpisem. Odczepiłem obrożę od szeleczek, założyłem na kostce i wyglądało na to, że jest to bardzo praktyczne i wygodne rozwiązanie. Nie wiedziałem tylko czy na pewno grubość obroży pozwoli na przetkanie jej przez otwory chipa. Jednak było to wielce prawdopodobne. Zabrałem więc tę opaskę na zawody Pucharu Wielkopolski Nordic Walking do Jastrowia. Wszystko pasowało oczywiście. Opaski z chipem w ogóle nie czuć na kostce, w niczym ona nie przeszkadza, zakłada się szybko i szybko zdejmuje. Taka opaska zapewnia wygodę przed, w trakcie i po zawodach.        

 Kopia_00__0067

 

Tak opaska z chipem wglądała tuż przed metą.

ZARACHteam_3601

A tak już za metą.

 

Kiedyś w którymś z marketów kupiłem opaski kablowe na rzep. Kosztowały "grosze". Są różnej długości i w różnych kolorach. Wygląda na to, że również mogą się nadać do zamocowania chipa. 

00__0064

 

Puchar Wielkopolski Nordic Walking 2016 - Jastrowie - cz.2

mk130363

Najpierw ten wspomniany upiorny piach. Ale dajemy radę. Nie czujemy nawet tych ziaren, które wpadły do butów. Tyle, że stopy dość głęboko się w nim zapadają. Nie z tej strony fotografa szedłem, więc widać tylko skrawki mojej osoby, za to dwóch kolegów z drużyny udało się złapać na starcie.

Wkrótce podłoże zmienia się na bardziej przyjazne. Od razu staram się iść szybko, ale nie uporczywie. Nie przejmuję się tym, że idę w tylnych szeregach panów startujących na  nieco więcej niż "dychę" . Kilka minut za nami wystartują panie, a później zawodnicy na dłuższą "piątkę". Endomondo uruchomiłem kilka minut przed odliczaniem, ale przy starcie nie włączyłem stopera. Zrobiłem to po wyjściu z piachu. To nieco skomplikowało moje właściwe rozeznanie tempa w jakim pokonałem pierwszy kilometr. Nie od razu też zorientowałem się w sposobie oznaczenia kolejnych kilometrów na trasie, więc początkowo bazowałem na komunikatach endomondo. Według międzyczasów zarejestrowanych w historii marszu na endo tempo moje było wręcz wzorcowo równe na pierwszych kilometrach pierwszy jeszcze w 8:14, ale potem 6 km mieszczących się między 7:57 a 8:03, potem stopniowy wzrost tempa 7:40, 7:30, 7:20 i tym tempem do końca . Ale endomondo w różnych miejscach dodawało nieco dystansu i było tego w sumie około 480 m  Teraz po analizie zapisu marszu i międzyczasów na matach mogę odtworzyć dość dokładnie jak to było naprawdę. Na początek w tabelce podaję czasy  poszczególnych kilometrów i międzyczasy w sposób narastający.           

km czas czas narastająco
1 8:14 8:14
2 8:11 16:25
3 8:25 24:50
4 8:30 33:20
5 8:00 41:20
6 8:39 49:59
7 7:42 57:41
8 7:52 1:05:33
9 8:12 1:13:45
10 8:04 1:21:49
10,72 5:46 1:27:35

 Uprzedzam nieco wypadki i nie uwzględniam tu odczytów pośrednich na matach po 5 km, 5,36 km i 10,36 km. To za chwilę. Najpierw analiza poszczególnych kilometrów. Muszę napisać, że zbytnio nie odczułem dokuczliwości piszczeli. Niewątpliwie zabiegi, które poczyniłem przed startem pomogły. Pierwszy kilometr mimo połowy plaży pokonanej w piachu dość szybki. Drugi jeszcze minimalnie lepszy, na trzecim i czwartym mogły pojawić się jakieś krótkie dolegliwości i było tam dość strome podejście, na piątym odzyskałem świeżość, jednak na szóstym było ponowne przejście po piachu tym razem całej plaży i to widać po czasie. Na siódmym i ósmym pełna moc, na dziewiątym znów podejście Dziesiąty kilometr w bardzo dobrym tempie i końcowe 720 m to finisz w tempie 8:01/km.

Na trasie ułożono dodatkową matę odczytującą nasze czasy na 5 kilometrze pętli, dzięki czemu możemy poznać dodatkowo nasze czasy po 5 km i po 10,36 km a oprócz tego, to co podała mata na końcu pierwszej pętli - 5,36 km i Mecie - 10,72 km. 

Pierwsze 5 km pokonałem w czasie 41:20. To odpowiada średniemu tempu 8:16/km. Nie jest to żadna rewelacja, ale z pewnością lepiej niż 8:30-8:40/km, które mogłem mieć bez wspomnianego w poprzednim odcinku rozruchu  Na początkowych kilometrach zdecydowanie zabezpieczałem tyły peletonu mężczyzn, ale w miarę kolejnych kilometrów nieznacznie zyskiwałem i na tej macie byłem 34 wśród 40 mężczyzn i 59 open wśród wszystkich 92 uczestników. 

Na półmetku dystansu czyli 5,36 km niewiele się to zmieniło. Czas 44:31, tempo średnie tego krótkiego odcinka 8:51/km, tempo średnie do tego momentu 8:18/km, a więc minimalnie spadło (to ten piach spowodował). Wyprzedziłem w międzyczasie jednego pana i byłem teraz 33 oraz 58 open.

ZARACHteam_249

na półmetku znów zasłonięty

Po kolejnych 5 km kolejny raz przechodzimy przez matę tym razem na 10,36 km. Czas w tym momencie 1:24:36, a więc te 5 km pokonałem w czasie 40:05, jasne więc, że średnie tempo tego odcinka to 8:01/km, a średnie tempo od początku to 8:10/km. W międzyczasie wyprzedziłem trzech panów i korespondencyjnie 7 pań. Byłem więc 30 wśród mężczyzn i 48 open.

Finiszowe 360 m nie wprowadziły dużych zmian ale, że walczę zawsze do końca, zdarzyła się mała korekta.

Na mecie 10,72 km uzyskałem czas 1:27:35. Ten odcinek pokonałem więc tempem 8:17/km (piach), ale zauważę, że było dużo szybciej niż na pierwszym okrążeniu (8:51/km). Nie miało to wpływu na średnie tempo całego marszu, które pozostało na poziomie 8:10/km. W klasyfikacjach korekta do przodu o 3 miejsca. Wyprzedziłem na finiszu jednego pana i jedną panią (korespondencyjnie) Jeden pan został w tym momencie zdyskwalifikowany. Ostatecznie zająłem 27 miejsce wśród 40 panów i 45 wśród 92 uczestników. Te miejsca może nie są dla mnie bardzo istotne, ale przytaczam je dla samej statystyki.

 

Jeszcze inaczej można spojrzeć na przebieg mojego marszu przez pryzmat dwóch oddzielnych okrążeń. Dość nietypowy dystans powodował, że nie było to równe 5 km. Ale skoro tak zdecydowała natura to dlaczego nie. Ważne, że organizatorzy to zmierzli i podali ucinając ewentualne komentarze. Jak to u mnie wyszło przedstawia tabela.

  czas średnie tempo
1 okrążenie 44:31 8:18/km
2 okrążenie 43:04 8:02/km

 Na pewno nie jest to szczyt moich możliwości, jednak drugie okrążenie napawa optymizmem. Na tym kończę analizę uzyskanego rezultatu.

 

Kopia_00__0025

Po przejściu mety, kilku głębszych oddechach i otrzymaniu pamiątkowego medalu, swoim zwyczajem wróciłem w okolicę mety by sfotografować znajomych uczestników marszu także z naszego Teamu, jak kończą dłuższy dystans zawodów.

 

Kopia_00__0047

Tu dowiedziałem się o przykrej sprawie, która spotkała naszą koleżankę, ale nie chcę się nad tym rozwodzić. Lepiej szybko zapomnieć, każdy może się pomylić, a udowodnienie tego może być trudne bez challengu. Niemniej sytuacja była bardzo przykra, bo wnikałoby z niej, że gdy się potkniesz lepiej upaść. Dlatego rozumiem żal zawodniczki, ale i stanowisko sędziego głównego. Nie ma instrumentu, który mógłby w tej sytuacji rozwiązać problem tak, aby zarazem nie podważyć decyzji sędziego, a jednocześnie nie krzywdzić zawodnika. W międzyczasie trwała nieustająca sesja zdjęciowa naszej drużyny i zaprzyjaźnionych zawodników innych drużyn.

team_2

O pewnych rozwiązaniach i patentach testowanych podczas tych zawodów jeszcze napiszę na blogu.

Kopia_00__0078

Po ukończeniu przez wszystkich uczestników zawodów do rozegrania została jeszcze zabawa dla najmłodszych, czyli mini Nordic walking. Tak jakoś kręciłem się w okolicy z zainteresowaniem, ponieważ widziałem to już nieraz podczas zawodów i nawet zażartowałem, że może uda mi się wygrać z tymi najmłodszymi.

ZARACHteam_404

No i tak jakoś wyszło, że Edyta Kędzierska poprosiła, bym poprowadził maluchów jako pilot. Nie muszę dodawać, że spełniło się jedno z moich marzeń :) Sprawiło mi to ogromną przyjemność i radość, mimo tego kopnego piachu pod stopami. Mam wrażenie, że najmłodszym wcale to nie przeszkadzało, wszak piaskownica jest dla nich naturalnym środowiskiem działań. Ja zyskałem przy okazji kilka fotek z tej jakże miłej sytuacji.

maluchy 

ZARACHteam_414

 

Pozostało mi jeszcze posilić się zupą i chlebem ze smalcem oraz skosztować ciasta marchewkowego i babeczek kakaowych przygotowanych przez Agnieszki z naszego teamu z okazji spotkania i imienin. Gdy udawałem się na dekoracje czyli ważny punkt programu (choć nie będący moim udziałem) zostałem poproszony przez Franciszka Czekajłę o złożenie autografu na fladze klubu NW z Drezdenka. Zaszczyt ten podobno spotyka nielicznych, którzy w jakiś sposób przyczyniają się do propagowania tej dyscypliny lub/i mają jakieś istotne osiągnięcia sportowe w tym zakresie. Zrobiłem to z nieukrywaną przyjemnością słysząc przy okazji parę ciepłych słów o moim blogu.    

 

Okazało się, że kilkoro zawodników naszej drużyny zameldowało się na podium w swoich kategoriach i na swoich dystansach.

Kopia_kozioki

 

Także moi wieloletni przyjaciele nordikowi stawali na tym honorowym miejscu.

 

Wszystko odbywało się w radosnej i bardzo sympatycznej atmosferze, wśród fotek pstrykanych ze wszystkich stron.

starzy_przjaciele

ZARACHteam_464

ZARACHteam_471

Nie obyło się i bez losowania nagród, gdzie dopisało mi szczęście i otrzymałem mini zestaw maratończyka z odżywkami i suplementami.  Niewątpliwie były to jedne z najbardziej udanych zawodów, w których uczestniczyłem, organizacja i atmosfera na najwyższym poziomie. A miałem na nie nie jechać ...    

Pełna galeria zdjęć moich, innych uczestników oraz profesjonalnych fotografów, którzy swą pracą pomogli mi w przedstawieniu wydarzeń tutaj:

Puchar Wielkopolski Nordic Walking - Jastrowie 2016

 

pamięci TERESY

   

 

Puchar Wielkopolski Nordic Walking 2016 - Jastrowie - cz.1

mk130363

Kto to wymyślił? Puchar Wielkopolski w Jastrowiu? Przecież z Koszalina tam bliżej niż z Poznania. Miałem nie jechać, daleko na rubieżach Wielkopolski i w ogóle, za chwilę maraton zresztą. Po co mi to. Ale zauważyłem, że nasz Face Nordic Walking Team nie wystawił żadnego zawodnika w kategoriach męskich na dystansie 10 km. To byłoby dość istotne osłabienie w kontekście punktacji drużynowej, gdyż niewystawienie 2 zawodników na tym dystansie powodowało, że w dwóch kategoriach mielibyśmy po 0 pkt. Dlatego nawet treningowe podejście do tematu i przyjście na ostatnim miejscu dawałoby drużynie jakiś zysk. Zapisałem się więc na te zawody jednocześnie mobilizując dwóch innych zawodników naszej drużny do przejścia z dystansu 5 km, który był lepiej obsadzony naszymi zawodnikami, na dystans dłuższy. Poza tym ogląd mapki trasy zawodów w Jastrowiu wzbudził we mnie tak pozytywne wrażenie, że nie wystartowanie w tej imprezie mogło być nieodżałowaną stratą. Wydaje mi się (po naocznym jej ujrzeniu), że będzie można już teraz uznać tę trasę za najlepszą w Pucharze Wielkopolski i jedną z najlepszych we wszystkich Pucharach Regionalnych z Pucharem Polski włącznie. Przede wszystkim jej malowniczość i charakter leśny nad zbiornikiem wodnym. Podłoże naturalne na całej trasie. Drewniane mostki niektóre nawet sporej długości wyłożone ... wykładziną. Trasa dość płaska, ale o urozmaiconym ukształtowaniu z dość łagodnymi przeważnie podejściami i zejściami, i jednym dość ostrym podejściem, ale krótkim, 150 m piachu na plaży nad jeziorem, który był pewnym utrapieniem dla niepochodzących znad morza, ale do przeżycia. Do tego ścieżki dość szerokie ułatwiające wyprzedzanie. Pętla o długości 5360 m do pokonania raz lub dwa razy w zależności od dystansu. Pomiar musiał być bardzo dokładny, od razu to napiszę. Zresztą Federacja ma do tego odpowiednie urządzenie, o czym wspominałem kiedyś. Gps w moim telefonie nie zrobił tego równie dokładnie dodając nieco zygzaków, ale gdy na podstawie zapisu endomondo mojego marszu spróbowałem wyrysować trasę na mapie, wyszło mi ni mniej ni więcej, tylko właśnie 5360 m jako długość jednej pętli. Zarys całej trasy poniżej:

 

Pozostawała kwestia dojazdu na zawody, co rysowało się początkowo w niezbyt różowych kolorach przejażdżki PKP i długiego spaceru z dworca na miejsce zawodów. Ale z pomocą wspólnej jazdy samochodem przyszli Kasia i Łukasz reprezentujący zaprzyjaźniony team z Poznania. Tak więc wszystko klarowało się pomyślnie i z bardzo pozytywnym nastawieniem, i w dobrym humorze jechałem do Jastrowia. 

Rano zrobiłem 4 kilometrowy rozruch. Treningi szybkościowe zintensyfikuję w maju i wówczas mam nadzieję, że bóle piszczelowe ograniczą się do poziomu słabo odczuwalnych lub wręcz pójdą w zapomnienie. Na 5-6 kilometrową rozgrzewkę trudno pozwolić sobie w przypadku zawodów wyjazdowych, ale zauważyłem, że u mnie po wcześniejszym rozruchu, nawet jeśli jest kilka godzin przed zawodami, bóle piszczelowe występujące na skutek bardzo szybkiego marszu są dużo mniej dokuczliwe. Bez takiego rozruchu i bez długiej rozgrzewki przez pierwszych 5-6 km tracę około 30 -40 s na każdym kilometrze. Po zrobieniu odpowiedniej rozgrzewki bóle praktycznie nie występują i konsekwencje są znikome (zazwyczaj rzędu kilkunastu sekund na 1 kilometrze), a przy zrobieniu dużo wcześniejszego rozruchu i 1-2 km rozgrzewki tuż przed zawodami, zazwyczaj konsekwencje straty czasowej są rzędu około 20 - 30 s na pierwszym ewentualnie także drugim kilometrze. Wstać o 5 rano w kontekście startu w zawodach i ponad dwugodzinnego dojazdu nie jest łatwo. Ale jako alternatywę miałem zupełnie lajtowe potraktowanie pierwszego okrążenia, które byłoby wówczas rozgrzewką. Więc tak zrobiłem. Rozruch był w tempie około 9 min/km, niestety po oświetlonym asfalcie, bo ciemność i błotnistość ścieżki nad Wartą po deszczu zniechęcały do takiego wariantu tym bardziej, że i tak 2,5 km musiało być dojściem po twardym. Krótka sesja rozciągania, prysznic, śniadanie i byłem gotów. Wyposażenie i ubiór na zawody miałem przygotowane już poprzedniego wieczoru. Wariant startowy oczywiście letni na krótko. Przy okazji test pewnych rozwiązań ekwipunku obowiązkowego zawodnika jak mocowanie czipa i numeru startowego. Przejazd w sympatycznej atmosferze wśród współentuzjastów Nordic walking, przy niezbyt nasilonym ruchu i pięknej pogodzie przebiegał spokojnie. Parkowanie bardzo blisko biura zawodów i startu dopełniło udanego początku. I od razu na każdym kroku miłe powitania przyjaciół  z całej Polski. Tak, na Puchar Wielkopolski jeździ się także z Pomorza, całego, Kujaw, Śląska, także całego. Oczywiście także nasz Face Team był na miejscu w gotowości  

Kopia_start3

Formalności w biurze zawodów mimo dużej frekwencji ... minuta osiem. Na krótszym dystansie pewnie dwa razy dłużej, z uwagi na krótką kolejkę, ale też niedługo. Pakiet standard zgodnie z oczekiwaniami, choć woda zastąpiona została napojem izo co należy zaliczyć na plus, coś od Ziaja - zwczajowo. W pakiecie premium zamówiłem federacyjną pucharową chustę wielofunkcyjną, w której zamierzałem wystartować. Dużo czasu do startu, więc spokojne przebieranie i przygotowywanie, w międzyczasie kolejne powitania, krótkie rozmowy i udaję się na rozgrzewkę. Robię kilometr i wracam na rozgrzewkę prowadzoną przez Edytę Kędzierską. Tu raczej rozciągam się. Na kilka minut przed startem ustawiamy się w wyznaczonych taśmami torach.

 

Ostatnie krzepiące wymiany zdań, sprawdzenie mocowania czipów przez Dyrektora Pucharu Polski i jednocześnie Sędziego startowego Roberta Brzezińskiego, odliczanie i o godz. 11.00 ruszamy na trasę.

 

Rodzaje treningu Nordic Walking - cz.6

mk130363

OGÓLNA WYTRZYMAŁOŚĆ MARSZOWA 3 (OWM 3)

Trzeci poziom intensywności treningu to wysiłki ciężkie o zakresie tętna do 80% HRR. Jest to strefa na granicy przemian tlenowych i beztlenowych. Zaczynamy trenować w strefie, w której zachodzą procesy anaerobowe (siłowe), a mięśnie produkują energię w procesach beztlenowych. Oznacza to, że obciążenie grup mięśni jest tak duże, że krew nie nadąża z dostarczaniem odpowiedniej ilości tlenu do mięśni i te nie są w stanie spalać tłuszczu, a energia pochodzi z beztlenowego spalania cukrów. Ale sprawa nie jest tak prosta jak by się wdawało. Otóż same ćwiczenia nie powodują redukcji tkanki tłuszczowej, jednak pośrednio mogą się do tego przyczyniać, gdyż powodują rozwój mięśni, a wówczas wydzielany jest hormon wzrostu, który po treningu stymuluje spalanie tłuszczu. Dzięki treningom w tej strefie wzmacnia się nasza siła, odporność i wytrzymałość. Wzmacnia się także nasze serce dzięki przechodzeniu ze strefy tlenowej w beztlenową i odwrotnie. O pochodzeniu energii z metabolizmu węglowodanów już wspomniałem. Uważa się, że trudno trenować w tej strefie dłużej niż 60 min. Na pewno jest tak w przypadku naszych pierwszych prób treningów w tej strefie. Osoby dobrze wytrenowane jednak zapewne potrafią znacznie to wydłużyć. Dobrym przygotowaniem do treningów w tej strefie będzie dość długi okres trenowania w zakresach o niższej intensywności. Jeśli ktoś już na początku treningów będzie chciał trenować na tym poziomie zapewne dość szybko się zniechęci. Zmęczenie bowiem jest tu bardzo duże, natomiast efekty prawdopodobnie będą dalekie od oczekiwań, jeśli pominiemy treningi w niższych zakresach intensywności. Dla wielu z nas pierwszym zetknięciem z takim zakresem wysiłku wysiłku mogą okazać się zawody sportowe. To wtedy prawdopodobnie tak naprawdę poznamy i zweryfikujemy, co znaczy, że maszerujemy szybko i na granicy swych możliwości. Dla mnie ten poziom treningu nieodłącznie łączy się tempem startowym, czy inaczej rzecz ujmując z prędkością startową. W moim przypadku jest to tempo około 8 min/km, a prędkość 7,5 km/h. Należy to rozumieć podobnie jak poprzednio jako pewien zakres w przypadku tempa od 7.30/km do 8:15/km. Oczywiste jest, że nie osiąga się tego od razu. To nie jest tak, że mówimy sobie idziemy takim tempem i już. Dochodzi się do tego powoli i zarówno określenie dla siebie własnego tempa na granicy swoich możliwości wymaga trochę czasu, jak również wytrenowanie tego, zwłaszcza dla dłuższych dystansów. Jak wglądał mój pierwszy start w zawodach, gdy zapewne znaczną część 20 kilometrowego dystansu pokonałem w tym zakresie tętna treningowego? To były 1.Mistrzostwa Polski Nordic Walking rozegrane 30 sierpnia 2009 roku.

Meta_3

Nie spodziewałem się wówczas, że będzie to tak zacięta rywalizacja, ale starałem się dorównać innym na miarę swych możliwości. Dodam, że w wynikach organizatorzy nie podawali wówczas międzyczasów poszczególnych 5 kilometrowych okrążeń. Ja jednak już wtedy byłem ciekaw jak wytrzymałem to kondycyjnie i poprosiłem organizatorów o podanie moich międzyczasów. Oto one:

1 okrążenie 44:52

2 okrążenie 42:43

3 okrążenie 45:03

4 okrążenie 40:41

Wpis na blogu p tych moich pierwszych zawodach tutaj :

Pierwsze zawody

Jak widać ten długi prawie 3 godzinny wysiłek (czas całkowity 2:53:19, średnia prędkość 6,92 km/h) zniosłem znakomicie pozwalając sobie nawet na dość ostry finisz. Zapewne niosły mnie już wówczas endorfiny i radość z tego, że zmieszczę się w czasie 3 godzin, co było dodatkowym celem w tym marszu.

 

I zapewne to ostatnie okrążenie było dla mnie jakąś wskazówką do wytrenowania się właśnie na poziom 40 min/5 km, czyli 8 min/km. Tyle, że miałem tak chodzić w przyszłości całe 20 km. Pierwsze próby takich treningów miały miejsce już we wrześniu i październiku 2009 roku. Oto jakie wówczas osiągałem czasy na niektórych treningach i średnie prędkości (przy prędkości docelowej 7,5 km/h):

Wrzesień 2009

4 km - 34:06 - prędkość 7,04 km/h

14 km - 2:02::36 - prędkość 6,85 km/h

14 km - 2:01::43 - prędkość 6,90 km/h

10 km - 1:25::06 - prędkość 7,05 km/h

8 km - 1:08::04 - prędkość 7,05 km/h

6 km - 51::59 - prędkość 6,93 km/h

W międzyczasie 19 września wystartowałem na 18 kilometrowym dystansie zawodów w Strzeszynku. Trasa jednak oczywiście jako przełajowa atestu nie miała, trudno mi też powiedzieć na ile było to dokładne wymierzone 18 km (tolerancja nawet kilkuset metrów była tu bardzo prawdopodobna). W każdym razie osiągnąłem czas 2:29:04 co wskazywałoby a prędkość średnią 7,25 km/h. Na poniższym zdjęciu uczestnicy tego marszu i rozpoznać można znajome twarze tych którzy chodzą czynnie do dziś (mam nadzieję, że to zdjęcie sprawi im przyjemność).

Kopia_020_W_S

Za to z pewnością dość dokładnie był wymierzony dystans biegu Interrun nad poznańską Maltą, w którym wystartowałem 27 września z kijami. Trasa biegła wokół jeziora Maltańskiego , a zakończona była bardzo stromym dwustumetrowym podejściem na Polanę Harcerza. Na dystansie 5,7 km osiągnąłem czas 48:34 co wskazywałoby na prędkość 7,04 km/h.

 

W październiku kontynuowałem swoje próby prędkości startowej:

2.10 - 12 km - czas 1:41:09, prędkość 7,12 km/h

3.10 - 8 km - czas 1:06:18, prędkość 7,24 km/h

9.10 - 12 km - czas 1:41:47, prędkość 7,07 km/h

10.10 - 5 km - czas 40:27, prędkość 7,42 km/h

11.10 - 4 km - czas 33:14, prędkość 7,22 km/h

Jak widać wyniki były jednak na tym etapie zróżnicowane i widać było, że na krótszym dystansie potrafiłem osiągnąć większą prędkość średnią. Spowodowane było to tym, o czym wspomniałem wcześniej, tzn przy wysiłku trwającym ponad godzinę trudno zapewne było mi jeszcze utrzymać tak wysokie tempo przez cały czas i być może momentami minimalnie spadało najprawdopodobniej wraz z tętnem nawet do zakresu OWM 2, ale według odczuć (jak pamiętam) było to cały czas OWM3. Zawody to oczywiście tylko wisienka na torcie uprawiania nordic walking, ale niewątpliwie w tamtym czasie były to pierwsze poważne próby na tej intensywności wysiłku. Dlatego chciałbym by nie interpretowano tego wpisu w ten sposób, że najlepszym sposobem na trening w zakresie OBW3 są właśnie zawody. Ale najczęściej właśnie podczas zawodów przekonujemy się co to jest wysiłek na granic naszych możliwości właśnie w tej strefie. O tym jak wyglądały moje treningi i jak wglądają obecnie w kolejnych odcinkach.  

 

Moje 7 urodziny Nordic Walking - cz.2

mk130363

A osiągnięcia sportowe? Nie byłem nastawiony na bicie życiówek. Niemniej trzy i to dość istotne mimochodem popełniłem.

Jedną w maratonie NW ponieważ pierwszy raz brałem w nim udział. Ale ten dystans uważam za dystans pokory i nigdy nie będzie moim istotnym celem pobicie czasu 6:09:49 uzyskanego w Mistrzostwach Polski Nordic Walking w Maratonie  . W maratonie 99% celu jest  dla mnie ukończenie go w zdrowiu. A ten 1%, no cóż jak się uda choć trochę poprawić wynik, to oczywiście będę zadowolony i będę się cieszył, ale szat nie będę rozdzierał jeśli nie.

Chronologicznie patrząc, drugą życiówkę zrobiłem na 10 km NW. Ale na tym dystansie też pierwszy raz startowałem. Nigdy nie miałem okazji startować na dyszkę, bo zawsze wybierałem dłuższy dystans 20 km. Debiut nie był jakąś rewelacją, bo chodząc 20 km robiłem lepsze czasy na 10 km niż 1:19:27, ale z drugiej strony rok temu nie wiedziałem, że jeszcze uda mi się tak szybko chodzić. Niemniej są tu pewne rezerwy i przy ewentualnie 2-3 próbach w tym roku w Pucharze Wielkopolski (bo tam jest okazja wystartować na 10 km), jest szansa na jego poprawienie.

Trzecią życiówkę zrobiłem podobnie jak poprzednie z tego samego powodu. Startowałem zawsze na 20 km NW, a od dwu lat zmieniono ten dystans na półmaraton. I na Mistrzostwach Polski to był mój debiut na tym dystansie. Wynik 3:00:26 uzyskany w niemiłosiernym sierpniowym upale sięgającym 40 stopni jest ewidentnie do poprawienia. Ale najprawdopodobniej będę miał na to tylko jedną próbę, również w sierpniu i również w Osielsku.  

Z innych wyników na pewno godne są uzyskane na dość nietypowych  dystansach: 7,5 km w Marszu o Koronę Księżnej Dąbrówki 1:00:43  oraz na 7,4 km w Marszu Napoleona w Mosinie - 0:59:41. No ale to były zawody bez sędziów na trasie, a w drugim przypadku czas był zmierzony własnym stoperem, a nie przez system czipowy. 

Żeby nie było za słodko, to był jeden nie do końca udany start. Było to we Wrocławiu na hipodromie konnym, również przy dużym upale i na nawierzchni nadającej się moim zdaniem co najwyżej na rajd, ale nie na zawody. Miałem tam swoje problemy oczywiście także  i pewnie też moja dyspozycja dnia była daleka od normy, więc to nie tylko wina warunków zewnętrznych była, niemniej nie pomagały one w uzyskaniu choćby przyzwoitych rezultatów. Byłem tak zdegustowany tym startem, że dotąd nie udało mi się napisać relacji z tamtej imprezy, pewnie dlatego by nie rozpamiętywać porażki.

Dużą wartością było osobiste lub internetowe (albo i jedno i drugie) poznanie wielu entuzjastów Nordic walking z całego kraju, w tym szczególnie z mojej okolicy. Dzięki temu nie trenuję już tylko samotności długodystansowca, ale też z wesołą grupą podobnie zakręconych osób.    

sernik_21

Duża aktywność nowych entuzjastów Nordic walking zaowocowała odświeżeniem atmosfery w grupie na facebooku i w konsekwencji  zawiązaniem się nowej drużyny na mapie polskiego Nordic Walkingu, czyli Face Nordic Walking Team. Niewątpliwie wyróżniającą cechą tej drużny jest jej ogólnopolski charakter, zrzesza bowiem miłośników NW z całej Polski. Na dodatek nie jest to drużyna nastawiona wyłącznie na sukcesy i wyniki sportowe, ale także na przyjaźń i wzajemną motywację oraz pomoc wszelaką. Nie jesteśmy ani drużyną komercyjną, ani sponsorowaną, ale niewątpliwie dobrze skomunikowaną i zorganizowaną. Cieszmy się z każdego wyniku jaki osiągają członkowie Teamu, niezależnie od tego czy ktoś stoi na pudle, czy walczy ze swą słabością. Drużyna zasługuje pewnie na oddzielny felieton, więc tu tylko wspomnę, że byłem w niej od początku, a jako miejsce pierwszego spotkania integracyjnego to właśnie ja zaproponowałem Osielsko i Mistrzostwa Polski Nordic Walking. Sprawa została zaakceptowana przez aklamację, a drużyna rośnie w siłę jej zawodniczek i zawodników. Niebawem spotkamy się ponownie w Osielsku, gdzie wystartuje kilku naszych maratończyków, 6 sztafet i uczestnicy rajdu.

Moje 7 urodziny Nordic Walking - cz.1

mk130363

Ale ten czas leci, chciałoby się powiedzieć, ale my uprawiając Nordic walking nie starzejemy się, tylko zmieniamy kategorie wiekowe. Powiem szczerze, że w ostatnich latach jakoś bardziej obchodzę te nowe narodziny niż te rzeczywiste. 1 kwietnia jest to zawsze dla mnie jakaś granica, dzień podsumowania minionego roku, który kończy się 31 marca. Na ogół staram się też przy tej okazji jakiś dystans przemaszerować z kijkami. W tym roku dość mocno to zaakcentowałem. W przeddzień tych " 7 urodzin" było to ponad 21 km i w samą rocznicę rozpoczęcia tej przepięknej aktywności również było to ponad 21 km. W sumie w te dwa rocznicowe dni pokonałem ładny dystans 42,5 km. A jaki był ten cały nordicowy siódmy rok?  Zaczynamy...

Kopia_00__049

Nordic walking - moja ulubiona i podstawowa dyscyplina rekreacji i sportu.

Dystans jaki pokonałem z kijami to ponad 2764 km. Nie jest to ani najwięcej, ani najmniej, ile przeszedłem w latach nordicowych. Ale przyznam się, że gdy porównałem to z poprzednimi latami to nawet lekko zszokowany byłem. Otóż okazuje się, że jest to mój trzeci co do wielkości wynik. Wynika to pewnie i z tego, że pierwszy rok w całości szacowany był, no i wówczas mimo dużej systematyczności to jednak zwłaszcza w początkowych miesiącach krótkie dystanse pokonywałem (to, że rok prawdopodobnie niedoszacowany został to inna sprawa), natomiast na piąty i szósty rok swój cień położyła półroczna przerwa w uprawianiu NW. Tak więc wśród tych 4 normalnych już lat, miniony rok zajął trzeci stopień na pudle. Jak to wgląda dokładnie w liczbach przedstawia tabela.

rok uprawiania NW ilość km
1 2050
2 2858
3 2568
4 3689
5 2103
6 1588
7 2764

Kusi mnie aby przygotować podobną tabelę dla lat kalendarzowych, ale zostawię to sobie może na inną okazję.

Kopia_210220162715

Trenowałem Nordic walking przez 206 dni, co dało aktywność na poziomie 56 % dni treningowych w roku. Jest to mniej więcej tyle, ile pokazuje mój dzienniczek treningowy liczący moją aktywność od 20 czerwca 2010 roku. A jak to wgląda w poszczególnych latach?

rok uprawiania NW % aktywności
1 -
2 62
3 56
4 75
5 46
6 38
7 56

Pierwszy rok pominąłem w tym zestawieniu, gdyż był jednak całkowicie szacunkowy. W drugim roku część od 1 kwietnia do 19 czerwca również szacowałem, ale większość roku już jest dokładnie udokumentowana.

 

Średni dystans jaki pokonywałem podczas dnia treningowego to około 13,4 km. Jest to prawie o dwa kilometry więcej niż w roku poprzednim, a więc dystanse wydłużyły się. Będąc konsekwentny przedstawiam tabelę.

rok uprawiania NW km/dzień treningu
1 -
2 12,5
3 12,5
4 13,5
5 12,5
6 11,5
7 13,4

Kopia_0308201518931Tygodniowo maszerowałem z kijami prawie 53 km (52,9 km). Jest to mniej więcej tyle ile chodziłem w poprzednich latach za wyjątkiem okresu półrocznej przerwy na przełomie 5 i 6 roku, niedoszacowanego zapewne 1 roku i rekordowego 4 roku uprawiania NW. Jestem dalej konsekwentny, proszę oto tabela.

rok uprawiania NW km/tydzień
1 39
2 55
3 49
4 71
5 40
6 30
7 53

Można te tabelki analizować w różny sposób porównując niektóre lata i liczby, ale mnie rzuca się w oczy, że ten siódmy rok o ile był na poziomie średnim pod względem aktywności i pokonanego całkowitego dystansu, o tyle był bardzo podobny pod względem intensywności dnia treningowego do najokazalszego 4 roku. Na pewno wpływ na to miały przygotowania do drugiego mojego startu w maratonie nordic walking.    

Na koniec jeszcze jedna liczba. Powiem, że jak zaczynałem to chyba by mnie przeraziła. Przez te siedem lat pokonałem dystans ponad 17620 km maszerując z kijami. Kiedyś dość hucznie obchodziłem 10 tys. Teraz jestem blisko 20 tys. Brakuje mi niecałe 2440 km, więc patrząc na statystyki lat poprzednich... bułka z masłem, jeśli zdrowie mi dopisze. 

Kopia_00__0173

Jazda na rowerze.

Tutaj osiągnąłem wynik dużo słabszy niż w poprzednich latach. Półroczna przerwa w uprawianiu NW spowodowała bezsprzecznie pewien głód nordica i w konsekwencji skoncentrowanie się na chodzeniu. Jednak zawsze była to dla mnie tylko dyscyplina uzupełniająca, więc i trudno oczekiwać jakichś kilometrażowych osiągnięć. .

Przejechałem tylko 378 km i jest to naprawdę ułamek tego co bym chciał. Ale pewnie czasem wolałem iść na trening nordica zamiast zmieniać kolejny raz przebitą dętkę. Były to jazdy oczywiście prawie wyłącznie komunikacyjne.

Przez 62 dni korzystałem z roweru, co stanowi 17% aktywnych dni treningowych w roku. Jasne, że nie ma tu czym się zachwycać.

Średnio tygodniowo przejechałem  ponad 7 km. :( 

Bieganie.

Tu podobnie jak przy jeździe na rowerze osiągnięcia są mizerne, ale już chyba tłumaczyłem dlaczego tak jest i pewnie będzie. Truchtanie z kijami zwyczajowo wliczam do treningów nordikowych, zresztą tego też nie nazbierałoby się wiele kilometrów, gdyż bieg z kijami przeplatałem z marszem i jest to dla mnie interwał.

Statystyka pokazuje, że przebiegłem ponad 30 km. I ten dystans rozłożony był na 8 dni w roku, więc są to całe 2% aktywności.

Marsz, spacer.

No tu było całkiem dobrze, chyba najlepiej w minionych latach. Ale chyba to było też spowodowane tym, że mniej dojeżdżałem rowerem, a więcej dochodziłem na własnych nogach. W tym roku zarejestrowałem ponad 209 km. Ilość aktywnych dni 86 stanowi 23% w roku.

Średnio spacerowałem prawie 4 km tygodniowo.

Podsumowanie pokonanego dystansu.

W ciągu roku pokonałem łącznie ponad 3382 km, czyli prawie 65 km tygodniowo. Dni aktywnych było 269 co stanowi 73% aktywnych dni w roku.

Inne aktywności ruchowe .

Tu nadal mam wiele do zrobienia. Nawet nie będę podawał poświęconego czasu, bo szkoda czasu pisać i czytać.

 

Wiosenny Marsz z Kijkami w Borówcu

mk130363

Takim inicjatywom można tylko przyklasnąć. Coraz więcej małych lokalnych społeczności organizuje dla swoich mieszkańców bezpłatne eventy popularyzujące zdrowy i aktywny tryb życia. Byłem już w tym miejscu na noworocznym marszu organizowanym przez Pokaż Pazur i instruktorów Marszu Po Zdrowie. Teraz w organizację zaangażowało się Sołectwo tej podpoznańskiej miejscowości i przy pomocy wspomnianych instruktorów przygotowano wiosenną propozycję dla entuzjastów Nordic Walking. Na marsz zaproszono także osoby które nigdy w rękach nie miały kijów. Polecam także tę formę zdobywania umiejętności prawidłowego marszu NW. Jeśli ktoś nie ma możliwości indywidualnych lekcji z instruktorem, może to być jakaś alternatywa. Na marsz udaliśmy się w trójkę z Jankiem i Agnieszką. Byliśmy jednymi z pierwszych uczestników na miejscu i mieliśmy sporo czasu na rozmowę o aktualnościach, sprzęcie i butach. Ot normalne rozmowy na popularny temat wśród osób uprawiających Nordic walking.  Sprawczynią całego "zamieszania" była Pani Sołtys Borówca Nowego - Sylwia Brzoskowska, która sama rozpoczęła w ten sposób swoją przygodę z Nordic Walking. Sposób trzeba zauważyć dość niecodzienny, jak mieliśmy się przekonać (z maleństwem w nosidełku), ale już widywanym na ścieżkach nordikowych.

Kopia_00__0122

Rozpoczęliśmy oczywiście od rozgrzewki, którą przeprowadził Krzysztof Jachnik, a następnie zaprezentowany został.krótki instruktaż techniki NW.

 Kopia_00__0046

Po tym wstępie wyruszyliśmy na trasę rajdu, trasę jak się okazało znaną nam już z zimowego spotkania. Słonecznie i wesoło było w tę niedzielę podobnie jak wówczas, tyle że różnica temperatury powietrza około 30 stopni. Wydaje się to niewiarygodne, ale właśnie nordic można z powodzeniem i przyjemnością uprawiać przy tak różnych propozycjach pogodowych.

W połowie trasy przewidziano dla nas przerwę z zabawą ruchową oraz zabawą w układanie nazwy Borówiec z leśnych znaków przyrody. Podzielono nas przy tym na dwie drużyny proponując formy rywalizacji sprawnościowo-szybkościowej oraz twórczej. W drugiej rywalizacji ogłoszono polubowny remis, a w pierwszej teoretycznie ogłoszono zwycięzcą grupę "dwójek". Jednak nie obyło się w tym przypadku bez protestów z uwagi na to, że w konkurencji szybkościowej w drużynie "jedynek" startowało więcej osób niż  drużynie "dwójek". Protest wdaje się być bardzo uzasadniony, czego dowodzą zdjęcia obu drużyn. 

drużyna "jedynek"

drużyna "dwójek"

Po tej przerwie wyruszyliśmy na drugą, powrotną część trasy. Humor dopisywały, a my (Agnieszka i ja) w międzyczasie zapoznaliśmy się z Patrycją, która zasiliła niedawno Face Nordic Walking Team, a mieszka właśnie w bliskiej okolicy Borówca.

Kopia_00__0066

 

Kopia_2_00__009

Kopia_00__0115

Czas tak szybko minął, że ani się nie obejrzeliśmy, a już dochodziliśmy do mety naszego rajdu. No trochę byłem zawiedziony..., że tak szybko się skończyło. Liczyłem na 2-3 km więcej, ale zdaję sobie sprawę, że dla osób początkujących byłoby to zbyt dużo. Cała trasa liczyła niespełna 6 km. Zatrzymałem się jeszcze, by zrobić ostatnie fotki maszerującym uczestnikom i za ostatnimi podążyłem na metę.

 

Tam na zakończenie zrobiliśmy obowiązkowy stretching,

Kopia_00__0291

a Pani Sołtys napoiła nas wodą i podziękowała nam za udział wiosennymi bratkami. Taką formę wypoczynku polecam wszystkim zarówno mało doświadczonym w zajęciach ruchowych jak i doświadczonym wyczynowcom, choć ci ostatni muszą potraktować tego typu rajdy jako aktywną regenerację.

Na koniec pamiątkowe wspólne zdjęcie teamu

 

Pełna galeria moich zdjęć poniżej:

Wiosenny Marsz z Kijkami w Borówcu

Biegaj z Opel Szpot - edycja marzec 2016

mk130363

Z powodu Świąt Wielkanocnych edycja marcowa biegu została przełożona na pierwszy weekend kwietnia. Postanowiłem kontynuować misję startującego fotografa tak jak w poprzednich dwóch miesiącach. Powoduje do dość sporo pracy później, po biegu, bo zdjęć jest tak wiele, że ich wgrywanie do albumu trwa sporo czasu, a jest to dość nudne i monotonne. Dużo łatwiej i przyjemniej jest z pewnością przeglądać galerię i szukać w niej siebie. Tu tej przyjemności jestem właściwie pozbawiony. Pogoda zrobiła się słoneczna i dość ciepła, tak więc można było definitywnie przejść na lżejsze odzienie, ale 12 stopni powodowało, że jeszcze na letni wariant było za wcześnie. Do biura zawodów dotarłem dość wcześnie, ale niestety dość duża kolejka wprowadziła pewne zdenerwowanie i frustrację, że nie zdążę odpowiednio szybko wystartować przed biegaczami. I tu można byłoby mieć jakieś ale do organizatora, że ołówków za mało, albo stołów do wypisania karty startowej, gdyby nie opieszałość zawodników chcących się zapisać. Skąd się bierze taka niegramotność ludzi nie wiem. Stół pusty, ołówki leżą, karty do wypisania na stole, a oni stoją w kolejce i patrzą jak sroka w gnot, zamiast podejść i się zapisać. Panie obsługujące biuro kiwają, a ludzie stoją, bo pierwszy w kolejce się zagapił albo z kimś zagadał. No po prostu po kolejnym zachęceniu pani z biura ominąłem to niegramotne towarzystwo stojące w kolejce (Za czym kolejka ta stoi ...) i podszedłem się zapisać. Jeszcze depozyt, gdzie zostawiłem plecak uruchomienie endomondo i stopera, i ruszam na trasę. Mam jakieś 18 minut przewagi, co pozwoli mi spokojnie przejść 2 km bez pogoni, a potem już będę starał się jak najdalej uciec, by jak najpóźniej zatrzymać się na robienie fotek biegaczom. Start był przy mecie toru regatowego, więc tradycyjnie na pierwszym kilometrze mieliśmy dwa podejścia, najpierw krótkie dość ostre, potem dłuższe łagodniejsze. Miałem za sobą prawie 4 kilometrową rozgrzewkę dojściem na zawody, więc mogłem już ruszyć tempem dość mocnym. Jednak zwyczajowo jest to mój najwolniejszy kilometr. Potem wpadłem już w swój normalny rytm i w zasadzie moje prędkości nie odbiegały wiele od tempa startowego. Po cichu liczyłem także, że z powodu tej długiej kolejki przy zapisach start biegu opóźni się o 2-3 minuty. To dałoby szansę, że szpica największej rzeszy biegaczy dogoni mnie dopiero  po 5 kilometrze czyli praktycznie na finiszu. Raczej nie spodziewałem się, by ktoś mógł mnie dogonić przed 3 kilometrem. Moje pierwsze międzyczasy był następujące.

1 km - 8:40

2 km - 8:15, po 2 km - 16:55

3 km - 8:19, po 3 km - 25:14

Obejrzałem się do tyłu ale biegaczy jeszcze nie było. Pędziłem prawie na maksymalnych obrotach w tych warunkach, ale bez dużego ciśnienia. Komunikaty endomondo i czas na stoperze na oznaczeniach trasy były całkiem obiecujące. Właściwie wiedziałem kto będzie pierwszym biegaczem, który mnie dogoni. Rozgrzewkę prowadził (to słyszałem przez nagłośnienie) Przemek Walewski i wśród amatorów naprawdę trzeba być mocnym by spróbować mu dorównać. Nie wiedziałem tylko kiedy to nastąpi. Minęło 3,5 km więc już było całkiem nieźle dla mnie i mojego planu. W końcu mniej więcej na 3750 metrze biegu minął mnie biegacz, którego oczekiwałem. Ale za nim jeszcze długo nic i byłem już blisko 4 kilometra, gdy pojawił się kolejny biegacz, a chwilę później następnych dwóch. Postanowiłem liczyć ilu mnie wyprzedzi i nie zatrzymywać się dopóki nie wyprzedzi mnie 150 osób.Liczyłem i pędziłem dalej, aż osiągnąłem 4 km.

4 km - 8:16, po 4 km 33:30

Przeceniłem chyba jednak możliwości biegaczy, przestałem liczyć długo przed setką, bo właśnie zbliżałem się do 5 km. I chyba rzeczywiście start biegaczy był opóźniony o  te 2 minuty, na które po cichu liczyłem.

5 km - 8:10, po 5 km 41:40

Jeszcze ze 150 metrów i czas by się zatrzymać,  Stoper i endomondo spauzowane, z kabury dobywam aparat fotograficzny i zaczynam strzelać fotki., seriami, więc wielu łapie się na kilka fotek w pełnym biegu.  Oczywiście czołówka jest poszkodowana, ale sama jest sobie winna. Po co tak szybko biega. Pierwszych pewnie i tak wyłapie jakiś firmowy fotograf na mecie.

Kopia_00__0035

 

 

Kopia_00__154 

 

 

Część osób nie ma przypiętych numerów startowych, albo ma je schowane pod kurtkami. Wówczas nie wiem, czy ich fotografować, czy nie. Mogą być to przecież przypadkowe osoby robiące akurat w tym miejscu i o tym czasie swój trening. Jeśli biegną w grupie z tymi, którzy mają numery przypięte, łapią się na fotki. Tych których znam i wiem, że uczestniczą oczywiście fotografuję, ale takich niewielu się znajdzie wśród tego tłumu. Numer najważniejszą rolę pełni jednak przy losowaniu nagród. Niektóre dzieci jadą na rolkach zamiast biec lub maszerować. To do końca nie jest w porządku wobec rówieśników. Nie wspomnę już jeśli któryś przejedzie trasę rowerem.

 

A jeszcze być ciągniętym na rolkach przez mamę jest już przekroczeniem wszelkich reguł fair play. Niby to dzieci, ale uczyć postępowania zgodnego z zasadami powinniśmy uczyć od małego.

00__434

Fotografuję około 18 minut, czyli mniej więcej tyle o ile wszedłem wcześniej. Minął mnie już dawno Janek,  widzę nieznane mi osoby z kijkami, są także Zosia i Dorota,. czekam na Staszka, za którym postanawiam dokończyć także mój marsz.

 

Kopia_00__522

 Kopia_00__539

Kopia_00__549 

5,43 km - 3:35 (tempo 8:20/km)

META - 45:15 (średnie tempo 8:20/km)

Bardzo równe tempo przez cały dystans (z niewielką odchyłką na pierwszym km), naprawdę mi się podoba. Wprawdzie komunikaty endo wskazywały, że pierwszy kilometr był jeszcze wolniejszy, a następne bardzo równe, ale nieco szybsze, jednak po analizie wyszło tak jak tu podałem. Okazało się też już w domu, że byłem szybszy o 4 s od poprzedniego marszu. A wcale nie miałem pędu na jakikolwiek wynik poza tym, by zmieścić się w 50 minutach. 

Na mecie już nie czekam na ostatnich biegaczy z aparatem fotograficznym. Idę po trzecią pieczątkę w Paszporcie Biegacza. W pierwszej setce tych, którzy zdobyli 3 pieczątki nie łapię się. Może by się to udało, gdybym biegł i to na poziomie moich dobrych biegów sprzed trzech lat. Ale idąc, byłem bez szans przy takiej frekwencji biegaczy. Tak więc nagrody za trzy pieczątki nie było. Nie było też nagrody w losowaniu. Na koniec jeszcze pamiątkowe fotki naszej grupki.

 

Kopia_00__592

 Pełna galeria tutaj (uzupełniana będzie systematycznie - prawie 600 zdjęć):

Biegaj z Opel Szpot - marzec 2016

© Nordic Walking mk
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci