Więcej Nordic Walking aby żyć dłużej
środa, 16 maja 2012

Tak z przymrużeniem oka choć nie do końca :)

Daje się zauważyć postęp zawodników w technice. Coraz mnie widać osób chodzących w sposób ewidentnie nieprawidłowy. Wprawdzie z ruchem za biodro jest niesamowicie ciężko. To spowalnia wielu nawet najlepszych czy może raczej najszybszych zawodników. Czasem trzeba wybrać albo efektywność marszu z uruchomieniem wszystkich mięśni albo połowiczny efekt z większą prędkością. Co mnie martwi, to jednak nieczyste zagrania wielu zawodników. Wprawdzie nie widziałem nikogo jawnie biegnącego, ale wiele osób stosuje jakiś ni to trucht, ni to marsz na ugiętych nogach, gdzie oczywiście trudno wychwycić fazę lotną. Na pewno nie jest to jednak marsz i te osoby na pewno na co dzień tak nie maszerują choćby bez kijów w drodze do pracy.

I dobrze wiedzą, że to nie jest marsz !

Jednak dla medalu czy satysfakcji tak naginają tę naszą dyscyplinę, że po prostu ... żal.

Groteskowe było dla mnie utworzenie nieoficjalne  nowej kategorii startujących. Namiastki rodzenia się tej kategorii widziałem już na trasie ubiegłorocznych zawodów w Pakości. Otóż tam kibice podawali płyny zawodnikom poza miejscami do tego wyznaczonymi, czyli poza punktami nawadniania. Dziwiło mnie to, gdyż punktów nawadniania w Pakości było 4 na 5 km pętli i było to wystarczające. Oczywiście jeśli ktoś niósł ze sobą bidon to nie było korzystanie z niego zabronione. Niedopuszczalne jednak jest by ktoś biegał po trasie za zawodnikiem i podawał mu butelkę z napojem w dowolnych miejscach. To co zobaczyłem w Polanicy to jednak przerosło nawet moje wyobrażenie.

Idzie sobie pani z kijkami, a obok niej pomyka bez kijów pan z plecaczkiem nawadniającym. I co pewien czas pan podaje rurkę ze swojego plecaczka pani startującej w zawodach. Po prostu nowa kategoria:"Marsz NW z osobą towarzyszącą" Tak, pomysłowość ludzka nie zna granic. Za chwilę ktoś wystartuje z popychaczem, który pod górę będzie popychał zawodnika.


 

5.05.2012

Dwa poprzedzające zawody dni były dość niepewne jeśli chodzi o pogodę. Wprawdzie nigdy nas nie zmoczyło ale tu i tam zagrzmiało, zachmurzyło się i ... jak to w górach pogoda zmienia się szybko. Jednak burze i deszcze przychodziły tylko nocą. W sobotę od rana zapowiadała się piękna pogoda. Po śniadaniu weryfikacja w sprawnym jak zawsze biurze zawodów. W jego pobliżu spotykamy wielu znajomych. Stanowimy wielką nordicową rodzinę i przyznam, że czasem brakuje czasu by porozmawiać ze wszystkimi, wszystko rozgrywa się tak szybko. Dość ciekawą nowinką jest to, że po raz pierwszy w zawodach PFNW liczyć się będzie czas netto. Jest to moim zdaniem dość kontrowersyjna decyzja i wypowiadałem się już kiedyś na ten temat na portalu chodzezkijami.pl. Jednak przyznam, że z mojego punktu widzenia takie liczenie wyników jest dla mnie korzystne ponieważ ja głównie walczę z samym sobą i czasem , a nie z rywalami. Takie liczenie powinno wyeliminować przepychanie się na starcie - tak myślałem.

Wracamy do pensjonatu by się przebrać w stroje startowe. Mamy tu blisko, około pół kilometra, więc możemy jeszcze chwilę odpocząć przed startem. Jak zawsze kolejność startu jest ustawiona według dystansów od najdłuższego do najkrótszego. Najpierw stają panowie, za nimi panie. Nie będzie przepychania - myślałem wcześniej.

0.0 - 5.0 km

O godzinie 11.00 następuje start. I niestety, muszę powiedzieć że panie stojące za mną (stałem w ostatnim rzędzie panów) ruszyły bez pardonu. Ktoś kopnął mój jeden kijek, ktoś inny zahaczył drugi kijek, ktoś się przepchnął łokciami, przecież te kilka początkowych metrów nie decyduje na tak długim dystansie. A jednak dla wielu nawet sekunda jest cenniejsza niż bezpieczeństwo swoje i współzawodników. W następnych zawodach ustawię się chyba w ostatnim rzędzie pań. No ale poszły kije po bruku, a potem asfalcie. Tak, niektórzy korzystają z rad, które udzielam. Jeszcze przed startem Małgosia Pogorzelska pokazuje mi kije obute w gumowe buciki. Nie wiem czy zmieniała je na każdym okrążeniu, ale taki miała zamiar. Większość idzie na ostro ryzykując złamanie grotów. I ... były takie przypadki. Pierwsze okrążenie niesamowicie ciężkie dla mnie. Idę niemal na końcu, za mną tylko zawodnik który nie ukończył konkurencji. Wszyscy oddalają się coraz bardziej. Janek około 200m przede mną. Jedynie wyraźnie widzę czerwoną koszulkę Marii Zawadzkiej. Tracę do niej jakieś 100 m. Na zejściu luzuje mi się sznurówka. Jakiś gwałtowny skręt stopy powoduje, że sznurówka nie rozwiązała się, tylko poluzowała. Dalszy marsz jest ryzykowny - następny kamień czy korzeń i nieszczęście gotowe. Muszę się zatrzymać i to poprawić, tracę kolejne 50 metrów. Marzę teraz o tym by na czwartym okrążeniu dogonić Marię i choćby równocześnie przekroczyć linię mety.

pzz1

Wchodzimy na metę pierwszego kółka. Jestem 42 a mój czas 44:49.

5.0 - 10.0 km

Prawie bez historii ale trochę optymizmu powiało na tym drugim kółku. Widzę, że powoli, ale bardzo systematycznie zbliżam się do Marii. Doganiam ją na zejściu gdzieś w okolicy 8.5 km.  Ustabilizowała się też strata do Janka. Widzę to wyraźnie na mijance około 200 metrów przed metą. Znacznie bliżej jednak mam do młodej zawodniczki z Wrocławia. Okrążenie kończę z czasem 43:23 na 41 miejscu. Po 10 km mój czas 1:28:12 .

pzz2

10.0 - 15.0 km

Zaczynam wyraźnie odrabiać straty. Najpierw doganiam wspomnianą wyżej wrocławiankę, potem zawodnika z Osielska. Gdy wychodzimy na asfalt mam już kilkanaście metrów do zawodniczki z Nowej Rudy i Janka. Na mecie już ich wyprzedzam choć Jan jest tylko 2 sekundy za mną. Czas tego okrążenia to 42:10. Jestem 37 z czasem po 15 km 2:10:22


15.0 - 20.0 km

Teraz trzeba uciekać. Nie można ani na chwilę odpuścić. Chwila relaksu może spowodować kontrę któregoś z wyprzedzonych i wtedy trudno może być się zmobilizować. Nie wiem czy kogokolwiek mogę jeszcze dogonić. Cały czas idę swoje. Jak zwykle coraz szybciej. Nawet nie muszę patrzeć na stoper. Ja to czuję w nogach. Ale teraz najgorsze okrążenie. Wszyscy są podmęczeni. No właśnie, przecież każdy ma już w nogach 15 km i trzy ciężkie podejścia. Nie tylko ja idę na ostatnich nogach. Niemal 4 minuty przede mną na to okrążenie wyruszyła kolejna z młodych zawodniczek z Wrocławia. Strata olbrzymia, niemal pół kilometra. Na początku wcale jej nie widzę. Dopiero podczas zejścia zauważam, że miga mi między drzewami jej koszulka. Ale do mety już blisko. Obroni swą pozycję. Ja jednak zbliżę się na niespełna minutę, więc około 3 minut odrobiłem. Już na asfalcie widzę Andrzeja Zawadzkiego, który też startował na 20km i udało mu się już wcześniej zakończyć rywalizację. Niesie aparat fotograficzny, pewnie by zrobić zdjęcia Marii na końcowych metrach. Widząc mnie wybiega do przodu (ma jeszcze siłę i chce mu się:) i pstryka także mnie kilka fotek.

pzz3

pzz4

Do mety już blisko.

pzz5

Czas tego okrążenia to 42:42. Jestem 37 z łącznym czasem 2:53:04. W swojej kategorii wiekowej jestem 8. Jestem umiarkowanie zadowolony z tego wyniku. Widać wprawdzie braki treningowe ale kondycja zadowalająca, po międzyczasach widać, że nie słabnę na dystansie, więc wszystko idzie ku lepszemu. 

Zawody trzeba przyznać bardzo sprawnie przeprowadzone. Ze sportowego punktu widzenia zasługują na najwyższą ocenę. Trasa znana, trudna technicznie - jednak bardzo dobrze przygotowana. Nawet nie zauważyłem obejścia dwóch powalonych drzew, które zagradzały ścieżkę. Zrobiono to tak zgrabnie, że jeśli ktoś pierwszy raz tu startował, to też pewnie tego nie zauważył. Po zawodach jak zwykle dekoracje i losowanie nagród. Tu poznańskich akcentów nie zabrakło.

pzz8

pzz7

I co myślę ? "Nigdy więcej Polanicy na zawodach" :)))) wężykiem, wężykiem :))))

Muszę jednak przyznać, że miejsce na treningi idealne.

pzz6


Do Polanicy jechałem z mieszanymi uczuciami. Właściwie nie chciałem tam startować. Forma powoli rośnie, ale dwumiesięczna przerwa będzie pewnie jeszcze długo odbijać mi się czkawką. Trasa - po ubiegłorocznych zawodach pomyślałem - nigdy więcej. Nie, nie to żeby było trudno pod górę. Do tego wystarczy dobra kondycja. Ale ten karkołomny zjazd w dół (jak na chodzącego po nizinach) jest niebezpieczny. Wystarczy jeden nieostrożny krok, obsunięcie poluzowanego kamienia pod stopą, zahaczenie o wystający korzeń i można nie tylko nie ukończyć tych zawodów, ale co gorsza kontuzja może wyeliminować nas z treningu na dłuższy czas. Z drugiej strony jeśli traktować poważnie zawody NW jako sport, to niestety nie ma żadnego sportu bez ryzyka kontuzji (prócz brydża i szachów). W te ostatnie można tu zagrać na ławeczce z Rubinsteinem w Parku Zdrojowym.

pz1

No i decyzja by te pierwsze zawody Pucharu Polski były jednocześnie Mistrzostwami Polski zadecydowała. Należę pewnie do coraz mniej licznego grona zawodników, którzy zaliczyli wszystkie dotychczasowe Mistrzostwa Polski. Jeszcze mniej jest nas tych, którzy w trzech dotychczasowych, wystartowali trzykrotnie na 20 km. Po czwartych Mistrzostwach będzie nas zaledwie kilkoro zawodniczek i zawodników mających na koncie najdłuższy dystans pokonany 4 razy.

Tak więc zdecydowałem się wystartować i do Polanicy pojechałem już 3 maja. Dzięki temu mogłem dwukrotnie potrenować na Piekielnej Górze przed zawodami.

pz2

pz3

Zarówno w czwartek jak i w piątek zaliczyliśmy z Jankiem Helakiem po dwa wejścia i zaliczyliśmy tym samym każdorazowo dystans około 9,5 km.

Cały ubiegły sezon przemaszerowałem na zawodach z moimi dłuższymi kijami - 125 cm (współczynnik 0,7). Tym razem do Polanicy zabrałem oba komplety kijów (także te o długości 120 cm - współczynnik 0,68). Postanowiłem wypróbować na treningach oba warianty. W czwartek poszedłem z dłuższymi, w piątek z krótszymi. I była to dobra decyzja, że zabrałem oba komplety. Forma jest taka, że w zasadzie powinny wystarczyć kije krótsze. Poza tym na trasie jest długi odcinek twardego podłoża - asfaltu i bruku - tu wygodniej mi się chodzi z kijami krótszymi. Wymagają jakby mniej wysiłku i ja odczuwam to szczególnie mocno na asfalcie. Niestety Nordic walking to taka dziwna dyscyplina, podczas której powinniśmy starać się jak najbardziej "umęczyć" tzn. uruchomić jak najwięcej mięśni. Wyścigi w dyscyplinach biegowych i pokrewnych z kolei polegają na tym, by te siły w miarę możliwości oszczędzać i poruszać się w sposób jak najbardziej ekonomiczny dla organizmu. I na dodatek ma to znaczenie zwłaszcza na dystansach długich. Moje przypuszczenia potwierdziły się w 100%. W czwartek lepiej mi się maszerowało z krótszymi kijami niż w piątek z dłuższymi.

pz5

Z krótszymi może trochę tracę na szybkości na płaskich odcinkach, ale że te były zlokalizowane głównie na twardym podłożu więc strata była niewielka, za to oszczędność sił wyraźnie odczuwalna.

pz4

Również do Polanicy zabrałem dwie pary obuwia zakupionego w ostatnim półroczu. Oba modele z Decathlonu - lekkie buty do biegów terenowych nie najwyższej klasy- Kapteren 100 i buty typowe do Nordic walkingu - Newfeel Fulwalk Novadry. Już pierwszy trening upewnił mnie, że te ostatnie będą odpowiedniejsze. Są solidniejsze i lepiej zabezpieczają stopę przed urazami na tak trudnej technicznie trasie. Mogę powiedzieć, że przygotowania do zawodów były bardzo udane. A że w świetle ostatnich wydarzeń, które spotykają wielu startujących w zawodach coraz bardziej upewniam się, że najważniejszy jest jednak udział, tym bardziej moje oczekiwania dotyczą głównie mojego startu, a nie rywalizacji z innymi zawodnikami. 


piątek, 13 kwietnia 2012

1 kwiecień to prima aprilis, ale ... nie w tym przypadku. Chodzi oczywiście o nordicowe urodziny. Trzy lata minęły odkąd po raz pierwszy chwyciłem kije i wyruszyłem z nimi na leśną ścieżkę na poznańskiej Dębinie. Czasem żartuję z Cecylią, że w tym rejonie jesteśmy prekursorami Nordic walking. Bo faktycznie przez dość długi czas nie spotkaliśmy tu nikogo maszerującego z kijami. A chodziliśmy praktycznie codziennie przez pierwszych kilka miesięcy, a później nasza aktywność wcale nie malała. Dębina jest dla mnie w Nordic walking jak dom rodzinny. Zawsze chętnie tu wracam, gdy tylko jest możliwość spacerowania wybieram to właśnie miejsce, które z czasem rozszerzyło się na praktycznie całą dolinę Warty od Dębiny po most B.Chrobrego na wysokości poznańskiej Katedry. Tu maszeruję najczęściej i tu spotykam coraz częściej osoby maszerujące z kijami. Popularność Nordic walking zdecydowanie wzrosła przez te trzy lata i jest to na pewno fakt bardzo optymistyczny. A jaki był ten ostatni rok dla mnie ?    

Moja aktywność fizyczna tego roku była bardzo zbliżona do tej z ubiegłego roku. I dane mam tym razem bardzo dokładne bez żadnych szacunkowych i przybliżonych. Wszystkie treningi rejestrowałem na endomondo i w run-log. Początek roku zapowiadał, że moja aktywność będzie rekordowa i wszystko to się potwierdzało aż do grudnia (patrz mój wpis podsumowujący z 31 grudnia) . Niestety wówczas musiałem całkowicie poluzować nie tylko ilość treningów ale i ich intensywność. To odbiło się wyraźnie w statystykach.

Nordic walking - moja ulubiona i podstawowa dyscyplina rekreacji i sportu.

Przemaszerowałem z kijami przez ten trzeci rok 2568 km. Widać tu nieznaczny spadek w stosunku do ubiegłorocznego podsumowania. Nie bez znaczenia były tu dwa zimowe miesiące, w których można by powiedzieć, że moja aktywność była śladowa. Jeszcze na koniec grudnia miałem przecież przemaszerowane (za ostatnie 12 m-cy ) ponad 3100 km. Jednak wyniki stycznia i lutego były w zasadzie na poziomie dystansu, który przebywam zazwyczaj podczas 3 dni treningowych a nie 30-tu.   

Liczba dni treningowych w tym roku osiągęła liczbę 205 co dało aktywność na poziomie 56 % dni treningowych w roku. Dzieląc dystans przez ilość dni treningowych otrzymamy średni dystans jaki pokonywałem podczas treningu. I jest to podobnie jak w ubiegłym roku około 12,5 km.

Jazda na rowerze

Według danych serwisu Run-log przejechałem w tym roku mojego nordicowego życia ponad 688 km.

Ilość dni treningowych 42, stanowi 11% aktywnych dni treningowych w roku.

Jest to dla mnie nadal uzupełniająca dyscyplina, więc dużych osiągnięć nadal tu nie mam. Na uwagę zasługuje jednak fakt dużego wzrostu przebytych km w stosunku do ubiegłego roku.

Bieganie

W tym roku przebiegłem niemal 265 km. Ilość dni treningowych 42, stanowi 11% dni aktywnych w roku.

Założenie biegania średnio 5 km tygodniowo zostało w pełni zrealizowane.

Marsz, spacer

W tym roku zarejestrowałem przespacerowane niemal 140 km. Ilość aktywnych dni 58 stanowi  15% w roku.

Były to spacery i marsze realizowane zarówno w ramach tzw. „planu minimum” jak i marsze będące często dojściem na miejsce zawodów biegowych, spełniając rolę części rozgrzewki.

 

Podsumowanie

W ciągu roku pokonałem łącznie ponad 3668 km. Jest to więcej niż w ubiegłorocznym podsumowaniu głównie ze względu na większą ilość przejechanych kilometrów na rowerze. Biorąc pod uwagę tylko Nordic walking i bieganie - w sumie 2833 km - był to rok niemal na podobnym poziomie co poprzedni.   

Sumując dni treningowe w liczbach bezwzględnych wyjedzie mi liczba 347 co stanowiłoby 95% aktywnych dni w roku. Jednak faktycznie ze względu na to, że często różne aktywności były wykonywane tego samego dnia te liczby są jednak niższe.

Dni treningowych było więc faktycznie 242 co stanowi 66% aktywnych dni w roku (inaczej mówiąc 4-5 dni w tygodniu). I te liczby pokazują jak duży wpływ na naszą statystyczną aktywność ma każda przerwa, niedyspozycja, kontuzja czy choroba. Należy więc wykorzystywać w pełni dany nam czas w zdrowiu i nie odpuszczać aktywności ruchowej żadnego dnia.  

19:09, mk130363
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 kwietnia 2012

To był jubileuszowy 50-ty bieg tego cyklu. Organizatorzy zapowiedzieli wiele dodatkowych atrakcji. Nigdy przy okazji tych biegów nie nagradzano uczestników medalami. Tym razem miało być ich 550 dla tych co najprędzej dotrą na linię mety. W kołach związanych z bieganiem nastąpiła pewna mobilizacja, by taki medal zdobyć. Zapowiadała się także duża frekwencja uczniów szkół. Wyglądało więc na to, że o medal będzie trudno. Również znacznie więcej miało być losowanych nagród. Tymczasem pogoda sprawiła dużego psikusa uczestnikom imprezy. Już od kilku dni pogarszała się, a w sobotę chyba "przegięła" całkowicie. Trasę tym razem nieco zmieniono i wydłużono, gdyż kolidowała z przygotowaniami do 5 Poznańskiego Półmaratonu. Już stojąc na starcie dość dokładnie zmokliśmy, ale to co nas spotkało na 1 i 2 kilometrze biegu to prawdziwy zmrożony prysznic. Wiatr w oczy i grad. Biegłem ze zmrużonymi oczami widząc zaledwie 2-3 metry przed sobą. Niektórzy odwracali się i szli tyłem. Biegałem już zimą na mrozie ale nigdy nie odczułem podczas biegu zimna tak jak dzisiaj. Dłonie podobnie jak twarz niemal zamarznięte. Zacząłem je otwierać i zamykać jak podczas chodzenia z kijami by pobudzić nieco krew do szybszego krążenia. Buty już po 1 kilometrze nasiąknięte jak gąbka. Mieczysława i Stanisława dawno straciłem z pola widzenia. Biegłem swoim tempem ale na 3 kilometrze wydało mi się, że biegnę najszybciej w tym roku. Gdy obejrzałem się do tyłu niewielu widziałem biegaczy za sobą. Niektórzy albo zostali daleko z tyłu albo zrezygnowali i postanowili maszerować do mety. Dobiegając 4 kilometr dostrzegłem, że doganiam Stanisława, to potwierdzało że moje tempo było na pewno szybsze niż w poprzednich biegach. Wkrótce zrównaliśmy się i przez kilkaset metrów biegliśmy razem. Później Staszek zwolnił, zachęcając jednocześnie mnie do biegu po medal. Nie za bardzo w to jeszcze wierzyłem, ale starałem się by mnie nikt już nie wyprzedzał. Dobiegłem do mety z czasem 34:55. To faktycznie był mój najszybszy tegoroczny bieg 6:11/km. Medal zdobyłem, okazało się jednak, że nie byłoby z tym problemu nawet gdybym biegł dużo wolniej. Widocznie część uczestników musiała faktycznie pozostać daleko z tyłu. Gwałtowna ulewa z gradobiciem spowodowała także, że organizatorzy "stracili" nagłośnienie i przełożyli losowanie nagród na przyszły miesiąc. I może dobrze, byłem cały mokry (jakbym się wykąpał w Malcie) i zmarznięty, więc półgodzinne oczekiwanie na losowanie byłoby dla mnie prawdziwą syberyjską katorgą.

niedziela, 01 kwietnia 2012

Najbardziej skuteczne rady w zwalczeniu uślizgu to chyba te zawarte w poprzednim odcinku. Bywają jednak różne inne, bardziej lub mniej skuteczne sposoby. Groty ostre "typu nóż" umożliwiają chodzenie po asfalcie na ostro. To całkowicie eliminuje uślizg na asfalcie. Jednak w przypadku innych twardych nawierzchni może być problem. Myślę tu o betonie, kostce brukowej czy płytach chodnikowych. Te nawierzchnie są twardsze od asfaltu i wbicie grotu może zakończyć się jego złamaniem. Dodatkowo jeśli grot uwięźnie między płytami czy kostkami, a my wyrwiemy kij do przodu, to też różne rzeczy mogą się zdarzyć. To będzie nas bić po kieszeni. Dlatego w tych przypadkach raczej bezwzględnie powinniśmy zakładać gumowe nakładki na groty.

Wracając do asfaltu jako takiego, to ja osobiście również zakładam nakładki gumowe. Jest to twarda nawierzchnia i tak naprawdę trudno przewidzieć czy przy którymś wbiciu jednak tego grotu również nie złamiemy. Dlatego jeśli np. przekraczam jakąś ulicę asfaltową i dalej wchodzę na leśną ścieżkę, na ten krótki moment nie zakładam nakładek. Tak samo postępuję przy jakimś krótkim odcinku ścieżki asfaltowej. Na dłuższe odcinki jednak zawsze zakładam nakładki. Przy chodzeniu na ostro mamy też dodatkowy efekt akustyczny - stukanie grotów. Zwłaszcza, gdy ktoś chodzi po asfalcie na ostro z tradycyjnymi grotami. Część osób chodzi po twardych nawierzchniach także w ten sposób (na zawodach). Tu możemy spodziewać się, że groty będą się szybciej ścierać, więc nawet jak ich nie złamiemy, to po pewnym czasie jednak należy spodziewać się, że znikną.  

Pewnym sposobem może okazać się chodzenie z odepchnięciem jedną ręką. Idziemy wówczas skrajem ścieżki asfaltowej i wbijamy kijek po stronie miękkiego pobocza ścieżki. Jest to sposób "połowiczny", ale można to wykorzystać np. do ćwiczenia mniej wprawionej ręki. Oczywiście ma to sens, gdy idziemy przez jakiś krótszy odcinek ścieżką asfaltową. Mniej wyobrażam sobie by tak iść kilka kilometrów.

Osoby, które dużo chodzą po twardych nawierzchniach doświadczają potrzeby dość częstej wymiany gumowych bucików, które się ścierają. Bywają przypadki że ktoś próbuje zregenerować taki bucik naklejając pasek gumy. Ja tego nie stosowałem, bo nie miałem takiej potrzeby, więc trudno mi określić na jak długo taka regeneracja starcza. Zakup nowych bucików to wydatek kilkunastu lub kilkudziesięciu złotych, więc tańsze na pewno będzie chodzenie po naturalnych ścieżkach. Do tej pory przeszedłem z kijami (trzy komplety "niezniszczalne") niemal 7,5 tys kilometrów. Na jedną parę wychodzi więc średnio po około 2,5 tys. I do tej pory nie musiałem kupować dodatkowych nakładek, cały czas używam tych oryginalnych zakupionych z kijami. Tu przy okazji tematu nakładek padł chyba kolejny mit odnośnie ich bieżnika. Wydawałoby się, że z bieżnikiem będą się mniej ślizgać i bardzo możliwe, że tak jest. Jednak oryginalne nakładki kijów Marko Kantaneva mają ponoć bieżnik gładki. I przyznam, że ja nie odczuwam w przypadku moich nakładek z bardzo startym bieżnikiem jakiejś istotnej różnicy i większej skłonności do ich uślizgu. Pisząc o nakładkach gumowych nie sposób nie wspomnieć o pewnych rozwiązaniach mającym ograniczyć uślizg. Niektóre firmy produkują nakładki gumowe z "dziurką" - przebiciem przez które "wychodzi" końcówka grotu ostrego. Jest to oczywiście sam koniuszek grotu i jest to pewnie tak pomyślane by tylko ograniczyć uślizg, ażeby dużą część obciążenia przyjął też gumowy bucik. Jest to pewnie dobre rozwiązanie na asfalcie, czy jednak na betonie i kostce zabezpieczy to całkowicie grot przed złamaniem, nie będę wyrokował. Podobnym rozwiązaniem mogą być buciki z kolcami. Tu nie narażamy się jednak na złamanie grotu. Z tym, że w obu tych przypadkach również jakiś efekt akustyczny pewnie będzie. Dość ciekawe rozwiązanie ma  znana firma, której jeden z rodzajów grota ostrego jest zamontowany z amortyzatorem. Dzięki jego zastosowaniu grot wbija się w asfalt i jednocześnie chowa się w swojej obudowie. Z tego co wiem żywotność takich grotów nie jest jednak nadzwyczajna i stosować je należałoby w uzasadnionych tylko przypadkach (zawody gdzie istotna część trasy wiedzie po twardym podłożu). 

Z mojego doświadczenia najbardziej niekorzystna nawierzchnia ze względu na uślizg to bardzo gładki beton (na nowych lub remontowanych mostach) pokryty mgiełką piasku-pyłu. Sama nawierzchnia jest dość śliska, do której gdy jest czysta da się jakoś dostosować. Jednak gdy trafimy na miejsce z pyłkiem, pełni on (paradoksalnie) rolę jakby smaru, który zwiększa uślizg. Zwłaszcza po zimie ten piaszczysty pyłu występuje dość często. Podobny efekt smarowniczy daje także  zwilżenie czy wręcz oszronienie nawierzchni twardej i gładkiej. Zastanawiam się jednak czy zawsze musimy wybrać skrajnie niekorzystne warunki do uprawiania NW. Przecież odpuszczenie jednego dnia czy zastąpienie NW inną aktywnością nie spowoduje istotnych strat dla naszej kondycji. Zawsze też jest plan minimum o którym kiedyś pisałem.  

  

 

 

sobota, 31 marca 2012

Sam, gdy zaczynałem uprawiać NW chodziłem tylko po naturalnym podłożu. Przez pierwsze 3 miesiące może w sumie przeszedłem po asfalcie czy bruku niespełna 2 kilometry. I było to w zasadzie w ramach dojścia z parkingu do lasu. Później, głównie w celach poznawczych, były i dłuższe próby - np. wokół Malty w Poznaniu (około 5,5 km) Procentowo w 1 roku chodzenia z kijami oceniam, że takich twardych nawierzchni "używałem" nie więcej niż 1%. W drugim roku było już tego nieco więcej, ale tylko nieco. Kolejny wzrost na pewno zanotowałem w ostatnim roku, bowiem tu już w dużym stopniu zmieniłem sposób dotarcia na moje ulubione ścieżki nadwarciańskie. Zamiast dojeżdżać tu samochodem od 2,5 do 5 km w jedną stronę zacząłem coraz częściej wędrować z kijami przez most na Warcie i tym samym podczas takiego treningu przechodziłem po "twardym" po 1 km tam i z powrotem. Sądzę jednak, że o ile mogłem przekroczyć 5% to było to dość nieznacznie. Jednak muszę tu dodać, że to regularne pokonywanie tego krótkiego odcinka po "twardym" spowodowało prawie całkowite uodpornienie się na ślizganie gumowych bucików i praktycznie nie mam żadnego problemu z odepchnięciem się za biodrem. Już w 2010 roku ciekaw byłem jak mi to wychodzi na asfalcie i sam sfilmowałem się aparatem fotograficznym (ze statywu).

 

 

Kiedyś by uniknąć ślizgania potrzebowałem przynajmniej kilkunastu metrów by wyczuć podłoże i dostosować kąt "wbicia" kija, teraz po dwóch, trzech krokach wiem o podłożu już wszystko i wiem jak ułożyć kij. Pisząc o dostosowaniu kąta wbicia nie mam na myśli jakiejś radykalnej zmiany, to jest pewnie tak mała różnica, że można ją chyba tylko wyczuć. Nie należy więc w jakiś zauważalny sposób przenosić miejsca wbicia kija zbytnio do przodu, to powinno wyjść samo na wyczucie. Jeśli będziemy zbyt radykalni, to nasz marsz zmieni się w ten podobny do sposobu trekkingowego, a nie o to chodzi. Myślę, że wiele osób chodzi nieprawidłowo wbijając kije przed sobą, dlatego właśnie, że przy wbijaniu "do tyłu" doświadczają mało komfortowego uślizgu. Wbicia "do tyłu" najłatwiej nauczyć się na naturalnej nawierzchni, gdzie uślizg nigdy nie występuje. Nabyty nawyk wbicia "do tyłu" pozostaje nawykiem dobrym i skutkuje to potem tym, że na twardych nawierzchniach również postępujemy zgodnie z zakodowaną już umiejętnością. Mogą nam się zdarzyć pojedyncze uślizgi jednak w miarę nabierania wprawy i przy niewielkiej, praktycznie niezauważalnej korekcie ustawienia kija da się to niemal całkowicie wyeliminować. Na filmie nr 1 np.trafiam raz grotem w gumowej nakładce w pokrywę studzienki kanalizacyjnej i następuje nieznaczny, ale zauważalny uślizg spowodowany zmianą podłoża na jeszcze bardziej śliskie niż asfalt.  Najgorzej jest wówczas, gdy podłoże jest bardzo zmienne np. asfalt zabrudzony piaskiem. To powoduje, że każde odepchnięcie kija jest nieco inne i wówczas trudniej nam się chodzi, bo uślizgi następują trochę w sposób niekontrolowany. Ale o uślizgu będzie też w następnym odcinku.

piątek, 30 marca 2012

Generalnie jak chyba większość jestem zwolennikiem chodzenia po naturalnym podłożu i na myśl o asfalcie, bruku, betonie, płytach chodnikowych, chciałbym krzyczeć : "jak najdalej od tego!" Niewątpliwie maszerowanie z kijami po naturalnych ścieżkach ma dużo zalet nie tylko zdrowotnych. Oprócz tego, że jest to korzystniejsze dla naszego kręgosłupa i mniej obciąża nasze stawy, to na dodatek najczęściej ma to związek z obcowaniem z przyrodą, świeższym powietrzem czy choćby ukojeniem dla naszego wzroku i słuchu (krajobrazy i śpiew ptaków, szum morza lub lasu zamiast betonowych bloków i odgłosów ulicy). To nie wszystko, maszerowanie po rozgrzanym, palącym, asfalcie latem, na pewno nie jest też obojętne dla umęczenia naszych stóp, które w zetknięciu z leśną ścieżką na pewno mają mniejszą tendencję do zwykłych odparzeń. A więc komfort miękkiego podłoża jest niepodważalny. Nie da się ukryć, że opanowanie prawidłowej techniki NW jest też dużo łatwiejsze na naturalnym podłożu. Kije nie ślizgają się wówczas przy odpychaniu, tak jak to ma miejsce na twardych nawierzchniach (groty zabezpieczone w gumowe nakładki). Najczęściej widząc osoby maszerujące po asfaltach dostrzec można, że ich technika w większym lub mniejszym stopniu, ale jednak jest dość odległa od poprawności. Ruch ramienia jest najczęściej tylko z łokcia, odepchnięcie jest bardzo krótkie, dłoń nawet nie osiąga przy odepchnięciu linii biodra, często też kije są po prostu ciągnione po asfalcie i nie ma odepchnięcia z użyciem jakiejkolwiek siły. Wygląda to czasem nawet niedbale i lekceważąco, tak jakby osoba ciągnąca kije nie wierzyła że one mogą pomóc. Oczywiście ruch to zdrowie i ludzie bazując na tej zasadzie traktują chodzenia z kijami dość nonszalancko. Chodząc w ten sposób nie wykorzystujemy pełni możliwości, które nam te kije dają. Osoby chodzące w wciąż po asfalcie mają też problem, gdy znajdą się na naturalnej ścieżce ze ... zdjęciem gumowych nakładek. To powoduje potem, że nie odczuwają wówczas różnicy w możliwości odepchnięcia i kije służą im tylko jako element wsparcia podczas marszu obojętnie na jakim podłożu.

Ale zawsze jest jakieś ... ale. Mówi się przecież, że Nordic walking jest dla każdego, że można go uprawiać o każdej porze roku, przy każdej pogodzie i ... na każdej nawierzchni. Tak zgadza się wszystko. Z tym, że można, nie oznacza wcale, że się musi. Tak więc zalecam aby zdecydowaną większość naszych marszów lokować w lasach, na polnych drogach, parkach, gdzie nie ma asfaltowych alejek. I szczególnie jest to ważne w momencie gdy zaczynamy chodzić z kijami. Bo gdy już będziemy mieć technikę opanowaną w dużym stopniu poprawności, wówczas łatwiej będzie nam również na asfalcie. Jak to było w moim przypadku ? Napiszę w kolejnym odcinku. 

czwartek, 29 marca 2012

Na początku małe wyjaśnienie: po pojęciem asfalt będę miał na myśli w cyklu tych artykułów ogólnie rozumiane twarde nawierzchnie, więc "asfalt" będzie często pewnym skrótem myślowym. Jednak pewne aspekty chodzenia "po twardym" trzeba rozróżnić ze względu na konkretne nawierzchnie i w tym przypadku asfalt będzie asfaltem, a bruk brukiem, itd.

Przeczytałem kiedyś artykuł dotyczący biegania po śniegu. Głównym wnioskiem wynikającym z niego była przestroga dla biegaczy, że bieganie po miękkim śnieżnym dywanie nie wpływa dobrze na późniejsze wyniki w biegach maratońskich. Chodzi o pewne włókna mięśniowe, które przystosowują się do podłoża, po którym biegamy. W przypadku, gdy trenujemy na miękkich ścieżkach (dotyczy to także naturalnych niekoniecznie zaśnieżonych) tracą swe właściwości potrzebne podczas startów na zazwyczaj asfaltowych nawierzchniach biegów ulicznych. Przyznam, że trochę mnie zbulwersował ten artykuł, jako zwolennika uprawiania Nordic walking na miękkich nawierzchniach. Po pierwsze dlatego, że przecież jak zresztą sam autor zauważył podczas biegu na śnieżnym dywaniku nic nie tracimy pod względem treningu wydolnościowego. Po drugie, to w takim razie gdzie biegać gdy chodniki pokryje warstwa śniegu, wyjechać na 3 miesiące do ciepłych krajów, kogo na to stać ? Po trzecie problem jest trochę wydumany. Bo tak naprawdę chodniki są odśnieżane i ta warstwa śniegu nawet niedokładnie usunięta, która na nich pozostaje, najczęściej posypana piaskiem, jest często tak cienka i ubita, że różnica z całkiem twardą nawierzchnią jest pomijalna. Po czwarte wreszcie, myślę że większość także biegaczy, biega dla zdrowia, a nie tylko dla wyników. Artykuł więc raczej traktowałbym jako skierowany do określonej grupy wyczynowych biegaczy ukierunkowanych tylko i wyłącznie na wynik sportowy, dla których każda wyszarpana sekunda z czasu maratonu ma znaczenie. Oczywiście większość z biegających w zawodach ma również cel dobrego wyniku, jednak nie wiem czy przedkładają to całkowicie nad swoje zdrowie i dlatego celu świadomie zgadzają się na ewentualne kontuzje, które często dokuczają właśnie biegaczom. Artykuł ten traktuję więc w zasadzie tylko jako pewną ciekawostkę i głos dość jednostkowy za bieganiem tylko po nawierzchniach twardych.

Ogólnie uważa się, że Nordic walking ma charakter głównie prozdrowotny i wymienia się wiele zalet, które ta dyscyplina przynosi. Dlatego wydaje się celowe uprawianie NW na takich nawierzchniach, które powodowałby jak najmniejsze niepożądane skutki uboczne. Poniżej zacytuję wypowiedź fizjoterapeuty i instruktora NW na temat chodzenia po asfalcie. Jest to wypowiedź pewnie dla niektórych bardzo radykalna, jednak uważam, że należy ją traktować jako bardzo ważną, by być świadomym tego co czynimy sobie chodząc po asfaltach. Nie podaję autora wypowiedzi, gdyż nie posiadam jego autoryzacji jednak myślę, że jest to wypowiedź, pod którą pewnie podpisaliby się wszyscy fizjoterapeuci i z tego powodu traktuję ją niejako jako "oczywistą oczywistość". 

"czytając niektóre wypowiedzi można by powiedzieć, że nasze społeczeństwo nie potrzebuje instruktorów/ lekarzy/fizjoterapeutów i trenerów piłki nożnej, bo wszyscy urodzili się z wiedzą i znają się na tym najlepiej ;)

Niestety to, że się da biegać po powierzchniach utwardzonych- nie oznacza od razu, że jest to zdrowe i pozostaje bez wpływu na organizm. Z wykształcenia jestem fizjoterapeutą i część z tych maratończyków/biegaczy którzy przez wiele lat trenowali na takiej powierzchni to teraz moi pacjenci.. Niestety badania pokazują jednoznacznie- wyczynowy sport na powierzchniach utwardzonych powoduje kalectwo już w młodym wieku. Można tylko domyślać się, że rekreacyjne uprawianie aktywności na takiej powierzchni tylko oddala w czasie problemy stawowe. Problem nie pojawi się z dnia na dzień- organizm walczy z takimi przeciążeniami. Z biegiem lat jednak sumujące się mikrourazy i przeciążenia odezwą się, ale już wtedy kiedy na profilaktykę będzie za późno..

Osobiście nie będę nikogo ścigał za marsze na batonie/asfalcie itp. Technika niestety na takich powierzchniach pozostawia również wiele do życzenia. Gdy pojawią się jednak już problemy ze stawami zapraszam do gabinetu :)"

Jeśli autor wypowiedzi ją rozpozna i zechce autoryzować to bardzo proszę o informację. Wówczas podam imię i nazwisko.  

Łącząc wymieniony wcześniej artykuł i wypowiedź fizjoterapeuty kojarzy mi się pewna rada, którą nie pamiętam, gdzie i kiedy słyszałem, pewnie na początku mojej przygody z NW: " że chodzić należy właściwie po każdych nawierzchniach, gdyż chodzi o to by nasze "stopy" łatwiej się adaptowały do nawierzchni, gdy zmuszone będą iść po innych niż po tych, po których zazwyczaj chodzimy". W każdej radzie jest na pewno jakaś część prawdy, chodzi o to by tę właściwą część dobrze zinterpretować i stosować bez szkody dla siebie.  

wtorek, 27 marca 2012

Niespełna 500 biegaczy i biegaczek stanęło na starcie biegu głównego III GP Poznania w biegach przełajowych. Wśród nich byłem i ja. Muszę dobiegać GP do końca, by uzbierać 5 biegów na medal no i chcę być klasyfikowany w biegach z 5 startami. Tak więc w sobotę udałem się nad Rusałkę by przede wszystkim biegać. Ale na ogół tradycyjnie przed biegiem lubię zrobić nordicową rozgrzewkę. Tak było i tym razem, rundka wokół jeziora z kijami przerwana wizytą w biurze zawodów w celu odbioru wiadomych gadżetów (chip i numer startowy) przebiegała dość przyjemnie. Organizatorzy dość zabiegani byli, więc w depozycie obsłużyłem się sam. Konsternację wzbudziły leżące na trasie ścięte trzy potężne drzewa. Bieg przełajowy z dodatkowymi przeszkodami ? Było to w okolicy 1,5 km trasy, więc podczas biegu mogło w tym miejscu być jeszcze dość tłoczno. Na szczęście 2 drzewa leżące nieco na ukos ścieżki udało się organizatorom usunąć przy pomocy samych zawodników. Jedno z drzew leżało jednak w poprzek i dodatkowo jego usunięcie dodatkowo blokowało jedno mniejsze również ścięte drzewo. Tego nie udało się przesunąć i pozostało przeszkodą na trasie, którą można było pokonywać albo przeskakując (właściwie wskakując na nie i z niego zeskakując) albo obiegając ją bokiem. Organizatorzy uprzedzili jednak uczestników biegu o tej dodatkowej atrakcji, by czasem ktoś zbyt rozpędzony nie był zbyt zaskoczony. I chyba na szczęście obyło się bez groźnych sytuacji w tym miejscu. Przed biegiem jak zwykle spotkałem wielu znajomych i tych biegnących, i tych maszerujących. Tuż przed 11 włączam endo. Dla mnie plan był prosty, nie stać mnie jeszcze na szybkie biegi, więc 32 minuty uznam za wypełnienie planu. Gdy ruszamy Karol i Mieczysław uciekają natychmiast do przodu, po chwili robi to samo Stanisław. Ja swoim tempem, niestety powyżej 6 minut/km podążam za nimi. Pogoda jest bardzo sprzyjająca, nie jest dla mnie ani za zimno ani za gorąco. Przypominam sobie ubiegłoroczny marcowy bieg z pogodą równie słoneczną jednak dużym błockiem na trasie.

gp6-1

Teraz łatwo nie jest, przyznam to szczerze, mimo suchej tym razem trasy. Kilometr po kilometrze ciągnę do przodu, raczej niewielu doganiam maszero-biegaczy.

gp6-2

Międzyczasy wskazują jednak, że plan powinien zostać zrealizowany. Na ostatniej prostej słyszę na plecach czyjś ciężki oddech, więc przyspieszam na finiszu, by nie dać się wyprzedzić na ostatnich metrach. Czas netto 31:24, brutto 31:47 więc … rozczarowany nie jestem. Niestety tegoroczne GP nie będzie na miarę moich oczekiwań i mimo, że pozostały jeszcze 2 biegi to raczej fajerwerków z mojej strony trudno oczekiwać. Pocieszam się, że z 7 min/km z ubiegłego miesiąca poprawiłem się o 40 sekund. Jednak do życiówki brakuje mi jeszcze około 1 minuty.

Odbiór depozytu, kilka kubków wody i smaczna drożdżówka, i to właściwie byłby koniec, gdybym po biegu nie wrócił po kije, by zrobić jeszcze jedną rundkę z kijami wokół Rusałki.

wtorek, 20 marca 2012

Po Maniackiej Dziesiątce przydałby się jakiś relaks. Już dawno zaplanowałem, że w niedzielę wezmę udział w rajdzie. Tym razem były aż dwa do wyboru. Jeden organizowany przez GOK Komorniki, drugi przez Klub Turystyczny Puszcza Zielonka. By nieco zmienić miejsce rekreacji wybrałem ten drugi. Wprawdzie dla mnie jest to prawie dwa razy dalej ale atrakcja którą zapowiadali organizatorzy z Murowanej Gośliny jest unikalna w skali kraju. Rajd Śnieżycowy to propozycja która przyciągnęła niemal tłumy turystów, w tym dużo N-walkerów. Właśnie sekcja NW klubu turystycznego była prowodyrem tej imprezy wśród entuzjastów Nordic walking. Ze względu na bardzo dużą ilość zgłoszeń podzielono nas na grupy w zależności od zaawansowania techniki i kondycji. Każdy sam wybierał grupę w której chciał maszerować. Grupy Wyczynowcy lub Sprinterzy były tymi które brałem pod uwagę. Wprawdzie nazwa tej drugiej nie za bardzo mi odpowiada ale ostatecznie tę wybraliśmy wspólnie ze Stanisławem. I okazało się to strzałem w dziesiątkę. Inne grupy oferowały uczestnikom także krótkie szkolenia z podstaw NW co jest niewątpliwie bardzo pozytywnym aspektem takich imprez. Niestety okazuje się, że ludzie nie potrafią tego wykorzystać. Nie wiem z jakich względów osoby idące pierwszy raz z kijami lokują się w grupach "wyczynowych", w każdym razie dla mnie powiem to duża strata tych osób. Poza tym, później może się okazać, że będą opóźniać marsz całej grupy. Tutaj nie można się unosić jakimś honorem przynależności do osób bardziej sprawnych, a przede wszystkim nie można przeceniać swoich możliwości. Po tych refleksjach przejdę jednak do relacji z rajdu. Dojechałem do Starczanowa około godziny 10.30. Parking - w polu, dużo samochodów ale jeszcze dużo wolnych miejsc. Na 11.00 był wyznaczony start pierwszych grup. Spotykam wielu znajomych, ze Stanisławem ostatecznie wybieramy grupę Sprinterów. Udajemy się niejako pod prąd trasy wyznaczonej przez organizatorów. Prowadzi nas instruktorka Monika.

rs1

Nawiasem mówiąc we wrześniu 2010 r uczestniczyłem w Rajdzie Cysterskim, gdzie grupę, w której szedłem, również prowadziła ta instruktorka. Dowiadujemy się, że mamy dość dużo czasu na pokonanie około 5 km trasy. Ponieważ okazuje się że w grupie są osoby bez żadnego doświadczenia w NW, wykonujemy ćwiczenie " ciągnij kije" znane ze wszystkich szkoleń dla osób początkujących. Sugeruję instruktorce małe wydłużenie trasy (choćby o 2-3 km), gdyż maszerowanie 5 km przez dwie godziny wydaje mi się zamierzeniem dość karkołomnym. Teraz już zdecydowanie ruszamy do przodu i kilometry powoli przybywają.

rs3

Gdy mamy ich już 5 jesteśmy usatysfakcjonowani, gdyż nie dotarliśmy jeszcze do celu naszego rajdu, a przecież trzeba jeszcze wrócić. Wkrótce jednak po 7 km docieramy do Śnieżycowego Jaru. Tu czeka nas główna atrakcja dla której zorganizowano całą imprezę. Małe białe kwiatki ( śnieżyca wiosenna), które potrafią pokryć duże połacie lasu niczym dywan.

rs3

rs4

Dlaczego to taka atrakcja ? Bowiem kwiatki te rosną głównie w górach w miejscach często niedostępnych dla przeciętnego turysty. Dlatego miejsce pod Murowaną Gośliną jest odwiedzane przez turystów z całej Polski w tym i też z "górskich" województw. Na miejscu czekają na nas leśnicy którzy opowiedzą nam o tym miejscu i "białych fiołkach".

rs5

Robimy zdjęcia, wprawdzie największy wysyp kwiatków pewnie dopiero nastąpi, ale i tak można już wyobrazić sobie jak to będzie wyglądało po kilku następnych ciepłych dniach. Wyruszamy na ostatni powrotny odcinek trasy. Po drodze robimy sobie zdjęcie grupowe i docieramy na metę.

rs6

Pokonaliśmy dystans ponad 10 km co widać poniżej.


Tu mała konsternacja, gdyż kuponów na obiecaną zupkę ogórkową jest mniej niż uczestników. Okazuje się, że w rajdzie biorą udział osoby, które nie otrzymały od organizatora maila potwierdzającego udział w imprezie i przyjechały na własne ryzyko. Ponieważ przed startem nie było weryfikacji uczestników, więc kupony były rozdzielane nieco "na oko" i czasem jeden na dwie osoby. Mnie i Stanisławowi udało się uzyskać kupony od głównej organizatorki imprezy Patrycji Owczarzak. Przy okazji zapisałem się do sekcji NW Klubu Turystycznego Puszcza Zielonka (brak składek i wpisowego). Bardzo sympatyczne południe z uluboną dyscypliną. Mnie osobiście cieszy duży wysyp rajdów nordicowych i turystycznych w okolicach Poznania, nie zawodów, a właśnie rajdów. I widać, że te imprezy cieszą się dużym powodzeniem.

poniedziałek, 19 marca 2012

W piątek udałem się do biura zawodów by odebrać numer i pakiet startowy. Godziny bardzo korzystne – od 18.00 do 22.00. Dzięki temu mogłem jeszcze po południu pochodzić z kijami. Nie chciałem się forsować bieganiem, więc kije były jak najbardziej dobre do takiego przedbiegowego rozruchu. Udało mi się zrobić nawet całkiem dobry dystans 12 km i do tego w tempie jednak wyższym od moich tegorocznych marszów. Przed godz. 20-stą podjechałem w okolice Malty by około kilometrowym spacerkiem dotrzeć do biura zawodów. Idąc już w ciemnościach co chwilę napotykałem osoby niosące swoje odebrane pakiety i przyznam się, że poczułem trochę dumę, że i ja też jestem na tyle sprawny by przebiec te 10 km. Poczułem się członkiem tej dużej społeczności biegaczy, a że Maniacka Dziesiątka to jeden z bardziej renomowanych biegów w Polsce na tym dystansie, więc satysfakcja z udziału w nim była naprawdę uzasadniona. Koperta z numerem i chipem, jakaś przekąska i do wyboru : skarpety (3 pary), rękawiczki i bidon dla biegacza od sponsora czyli Decathlonu. Ja od razu wiedziałem co brać. Wprawdzie skarpety do nordica za bardzo się nie nadają (bardzo krótkie) ale do biegania czy innej aktywności jak najbardziej dobre.

Sobotni poranek był jeszcze dość rześki. To co nastąpiło w południe chyba nawet przekroczyło oczekiwania meteorologów. Już idąc na bieg brzegiem jeziora Maltańskiego zgrzałem się mając na sobie lekką kurtkę sportową. Żałowałem nawet że nie wziąłem na przebranie krótkich spodenek. Temperatura 20 C w cieniu, a Malta jest miejscem przecież bardzo nasłonecznionym, musiało dochodzić w słońcu do 30. Dochodząc do miejsca, gdzie zlokalizowano depozyt usłyszałem nawoływania spikera by czym prędzej udać się na miejsce startu, gdyż wkrótce zostaną zamknięte strefy startowe. Czym prędzej więc zmieniłem koszulkę, zostawiłem mój depozyt i obrałem kierunek na miejsce startu. Na miejscu byłem 10 minut przed planowaną godziną startu i okazało się że jest jeszcze pełen luz. Wiele osób jeszcze robiło przebieżki w pobliżu, inni rozmawiali z przyjaciółmi. Ja zacząłem rozglądać się za znajomymi twarzami. Posuwałem się wolno ku przodkowi mojej strefy startowej i niestety nikogo nie spotkałem. W strefie też jeszcze było dużo wolnego miejsca, więc ostatecznie ustawiłem się stosunkowo z przodu. W tym przypadku no niestety, nie będę czekał aż wszyscy "lepsi" zajmą lepsze miejsca, gdyż do startu było już tylko 5 minut. Trudno, jeśli ktoś przychodzi na start na ostatnią chwilę musi liczyć się z tym, że stanie w dalszych rzędach swojej strefy. Po chwili włączam endo w komórce i jestem gotów.

Przed startem następuje połączenie stref startowych, w górę idą baloniki, część z nich zatrzymuje się na gałęziach pobliskich drzew, inne szybują wysoko w niebo. Przesuwamy się kilka metrów do przodu i po chwili następuje start. Jest tłok ale spokojnie, tu nie ma obaw, że ktoś zahaczy nasze kije. Biegnę od razu swoim tempem. Nie poddaję się tłumowi, który rusza jednak nieco szybciej. I nie podpalam się, bo dla mnie przy 10 km dystansie ważne jest zachowanie sił na cały bieg. Po około 1 kilometrze dogania mnie Stanisław. Musiał wystartować sporo metrów za mną. Biegnie w grupce osób, których tempo oceniłem na 55 minut. No, nieźle pomyślałem ale i to nie podpaliło mnie do szybszego tempa. Nie miałem w tym biegu jakichś szczególnie ambitnych planów, Jeszcze latem marzył mi się wynik poniżej 1 godziny i w grudniu wszystko wskazywało, że jest to bardzo realne (na treningu około 58 minut). Niestety niemal dwumiesięczna plaża treningowa spowodowana stanem zdrowia musiała odnieś skutki. Ostatnie moje biegi na 5 km wskazywały, że mogę ledwie zmieścić się w 1:10, więc moim głównym zamierzeniem było po prostu przebiegnięcie całego dystansu bez "spacerowania" na trasie. Pierwsze kilometry wskazywały, że jest nawet jak na obecną formę nieźle, biegłem nawet nieco szybciej niż na treningowych piątkach. Przez długi czas byłem jednak wyprzedzany przez szybszych biegaczy, aż wreszcie nastąpiła pełna stabilizacja i biegłem już w grupie, która podążała tempem zbliżonym do mojego. Upał był bardzo odczuwalny. Nie wiedziałem czy będzie na trasie punkt nawadniania i nawet nie nastawiałem się na jakieś picie. Biegam jednak głównie późnymi wieczorami, gdy niższa temperatura powoduje, że nie potrzebuję wspomagać się napojami. Jednak gdy na około 4 kilometrze słyszę, że niedługo będzie woda zaczynam odczuwać suchość ust. Faktycznie przyda się w tym upale choć łyk wody.

md1

Gdy dobiegam do miejsca gdzie po kolejnym okrążeniu czekać będzie na mnie META, dubluje mnie zwycięzca biegu. Jeszcze ostry podbieg i za chwile mijam maty kontrolne na 5 kilometrze na wysokości trybun toru regatowego. Gdzie ta woda myślę teraz już z nieukrywanym oczekiwaniem. I jest – tysiące rozdeptanych plastikowych kubków. Niestety wody już nie ma. Niedociągnięcie organizacyjne niewybaczalne. Przecież wiadomo ile ludzi pobiegnie, to nie jest tak, że organizator przygotowuje się na 2 tys uczestników, a przychodzi 5 tys. i jest problem. Limit był 2100 biegaczy i dla tylu powinna być przewidziana woda. Myślę, że przynajmniej dla około 400 osób mogło tu wody zabraknąć. Mimo tego rozczarowania okazuje się (później), że ten 6 kilometr był w moim wykonaniu najszybszy. Teraz jest już z górki. Od 5 kilometra zaczynam też powoli doganiać niektórych z tych, którzy nie wytrzymali swojego tempa lub mieli taki plan by bieg przeplatać marszem. Będzie tak już do końca. Takie naprzemienne marszobieganie jest dla mnie nieco denerwujące zwłaszcza, gdy te same osoby wyprzedzają mnie po raz czwarty czy piąty, po czym po 50 metrach ponownie zaczynają maszerować. W końcu przy kolejnej próbie daje kontrę i przy próbie wyprzedzenia mnie przyspieszam na tyle by odebrać takiej osobie ... chęć. Pozbywam się dzięki temu dwóch, trzech "satelitów" krążących wokół mnie. Każdy kilometr bliżej to jakby więcej sił, świadomość zbliżającej się mety działa mobilizująco na tyle by dobiec te ostatnie metry na maksa. Już nie ma się co oszczędzać. Jestem umiarkowanie zadowolony. Na pewno będzie czas lepszy od ostatnich moich oczekiwań. Finisz i META, czas netto 1:05:23.Na linii doganiam zawodnika z mojej kategorii (1253), co dowodzi że zawsze należy biec do końca.

md2

md3

Na szyi piękny niepowtarzalny medal. Już po 10 minutach otrzymam sms-a z czasem brutto 1:06:18 i miejscem OPEN – 1519 i w kategorii wiekowej – 327. Tymczasem wyłączam endo i szukam butelek z wodą, których olbrzymie ilości widziałem idąc na start biegu. Są ... DWIE...., ktoś chwyta jedną, ja ostatnią. A reszta co dostanie? Organizatorzy leją wodę z dużych butli do kubków, jednak zastanawia mnie, że zabrakło butelek. Czy ludzie brali po dwie czy organizatorzy źle policzyli. Na tak renomowanej imprezie z długoletnią tradycją nie powinno się to zdarzyć. Bo że ktoś nie zachowa się fair i weźmie więcej niż mu się należy trzeba wkalkulować. Szukam Stanisława, który na pewno przybiegł wcześniej, ale w tym tłumie nie spotykam już jednak nikogo znajomego. Tu trzeba przyznać, że nawet największe imprezy NW są bardziej kameralne i zawsze łatwo znaleźć znajomych z którymi można na gorąco podzielić się wrażeniami. Przebieram koszulkę i ustawiam się w długiej kolejce po grochówkę i drożdżówkę. Warunki trochę spartańskie spożywania, bo talerzyk wiotki i gorący i nie sposób go trzymać w jednej dłoni, a drugą wiosłować. Pozostaje usiąść na betonie, który staje się też stołem.

W aspekcie sportowym impreza super i trudno się do czegoś przyczepić. Niektórzy obawiali się, że czołówka będzie miała problem z dublowaniem zawodników na wąskiej alejce od strony Term Maltańskich i że biegaczom na trasie życie utrudniać będą spacerowicze , kolarze, N – walkerzy. Okazało się jednak, że nie było tu większych wpadek. Jedyna wtopa to brak wody, w połowie dystansu i na mecie. Organizatorzy nie chowają jednak głowy w piasek i przyznają, że czegoś tu nie przewidzieli. Także tego, że niektórzy nie tylko pili wodę, ale także się nią polewali, skoro więc jeden zawodnik zużył 3-4 kubki wody, więc dla kogoś musiało jej zabraknąć. W następnej Maniackiej tego problemu ma podobno już nie być. 

czwartek, 15 marca 2012

Już w sobotę spotkamy się nad Maltą. Na liście startowej 2134 uczestników (limit 2100) Będzie też kilku znanych mi entuzjastów NW, tym razem biegnących w bardzo renomowanym biegu.

md

Wszystkim biegnącym życzę życiówek,

sobie dobiegnięcia w dobrym zdrowiu.

W niedzielę 11 marca odbył się kolejny komornicki zimowy rajd "Po zdrowie" zorganizowany przez miejscowy GOSiR. Uczestników było zdecydowanie więcej niż przed miesiącem. Ludzie wychodzą z domowych pieleszy i zaczynają się ruszać czując wiosnę. W nazwie rajd zimowy lecz w pogodzie nazwaliśmy go "przedwiosennym" Słonko zaświeciło nam w pełnej krasie po sobotniej szarudze.Tradycyjna rozgrzewka rozpoczęła nasze spotkanie.

kg1

Tym razem były plany pokonania dłuższych dystansów niż w lutym. Podział na dwie grupy jest tu normą. I w tą niedzielę liczba uczestników była już zbliżona na obu poziomach. Trasy w Komornikach aczkolwiek dobrze wytyczone i oznakowane strzałkami kierującymi, nie są jeszcze dokładnie pomierzone. Stąd mój komórkowy GPS służy pomocą organizatorom w określaniu długości poszczególnych pętli i różnych wariantów tras. W charakterystycznych punktach trasy zatrzymywaliśmy się na chwilę, a prowadzący grupę instruktor notował odległości.

kg2

Tym razem grupa bardziej zaawansowana ruszyła na trasę łączoną, składającą się z "Małej Pętli", tzw. "Łącznika" i "Dużej Pętli".Jest to dość optymalna trasa dla średnio zaawansowanych, którą można jeszcze wydłużyć.

kg3

kg4

Wariant, którym szliśmy liczył niespełna 11 km. Przy powrocie "Małą Pętlą" można dołożyć sobie jeszcze około 4 km i wówczas możemy osiągnąć bardzo ładny dystans niemal 15 km. Robiąc dodatkowe wejście na wieżę widokową można jeszcze dorzucić około 2,5 km i to już będzie bardzo "słuszny" dystans około 17,5 km.

kg5

Całość tras należy ocenić bardzo pozytywnie. Wprawdzie na razie tu i tam można wdepnąć w błotko, ale tej niedzieli było jednak już dużo lepiej niż choćby tydzień wcześniej, podłoże powoli obsycha, mimo że deszczowych dni nie brakowało w ostatnim czasie. Podłoże jest dość urozmaicone, ale przeważają leśne ścieżki lub polne drogi. W wariancie którym szliśmy w niedzielę odcinek z płyt betonowych łączący obie pętle można pokonać idąc dość szerokim poboczem.  Ukształtowanie terenu również nie jest monotonne. Wejście do wieży widokowej wprawdzie trudno uznać za szczególnie wymagające jednak na nizinach taką górkę można uznać za bardzo przydatną i zwiększająca poziom tętna.

kg6

kg7

kg8

Po powrocie do budynku przy stadionie GOSiR-u czekała na nas oczywiście gorąca kiełbasa. Zaczynamy powoli żartować, że przychodzimy tu nie na Nordic walking tylko na to jedzonko. Oczywiście przed posiłkiem zdążyliśmy się jeszcze nieco porozciągać.

wtorek, 13 marca 2012

Kaziukowa niedziela i Gorzkie Żale.

Początkowo nic nie zapowiadało przykrych konsekwencji sobotniego marszu. Jednak dostrzegłem wieczorem na mojej lewej stopie obtarcie powyżej pięty. Zbagatelizowałem to niestety, bo było to wówczas tylko zmarszczenie naskórka. W południe odwiedziliśmy Stary Rynek w Poznaniu. Po raz pierwszy uczestniczyłem w Kaziukach czyli Obchodach ku czci św. Kazimierza Królewicza z rodu Jagiellonów - Patrona Polski i Litwy.

ka10

Kaziuk (Kaziuki) – odbywający się od czterystu lat jarmark odpustowy w Wilnie w dzień świętego Kazimierza (4 marca). W jego trakcie odbywały się pochody na czele z kuglarzami i przebierańcami. Kaziuki miały miejsce na Placu Katedralnym, a od 1901 roku na Placu Łukiskim. W okresie międzywojennym pochód otwierał przebrany za św. Kazimierza wilnianin.

ka9

Poznań kontynuuje tę tradycję i już po raz XIX zorganizował Kaziukowy Kiermasz. Jak zwykle Kaziuki na Starym Rynku przyciągnęły tłumy poznaniaków. Można było podziwiać występy na scenie,

ka3

próbować wileńskich smakołyków, czy kupić wileńskie palmy wielkanocne. Z roku na rok impreza ta jest coraz większa, bogatsza i przyciąga coraz więcej osób.

ka7

ka8

Oblegane są nie tylko stragany, na których kupić można wileńskie ozdoby na wielkanocny stół. Sporą popularnością cieszyły się stoiska, na których były serwowane gorące cepeliny z kapustą. Tego dania też ich spróbowaliśmy. O wrażeniach smakowych nie będę się rozpisywał, ale ... były pyszne i drogie.

ka1

Wcinając ten tradycyjny wileński przysmak wdaliśmy się w poznawczą pogawędkę, z przypadkową amatorką cepelinów, o tradycjach i atrakcjach jarmarku, na którym byliśmy po raz pierwszy. Chodziło nam głównie o tradycje związane z Wilnem,

ka4

bo tak zwane jarmarczne mydło i powidło jest znane każdemu, kto choć   raz odwiedził tego typu imprezę. Pani wzięła nas za przyjezdnych i dodatkowo zapytała czy przy okazji widzieliśmy "koziołki". Nasza odpowiedź że jesteśmy poznaniakami wzbudziła ogólne rozbawienie. Tymczasem do ustawionych w pasażu kilku kuchni polowych ustawiały się cały czas kolejki. Obchodząc rynek dookoła zaglądaliśmy tu i ówdzie. 

 ka5

ka6

ka11

ka12

ka13

Na koniec zaopatrzyliśmy się jeszcze w dwa rodzaje chleba i placek drożdżowy do niedzielnej kawy.

Po tych uroczystościach wróciliśmy na Dębiec i wybraliśmy się na Gorzkie Żale. Ponieważ jednak chcieliśmy spędzić ten dzień aktywnie i spalić drożdżowy placek, pomaszerowaliśmy doliną Warty do kościoła pod wezwaniem św. Rocha na poznańskich Ratajach. Po drodze mięliśmy spotkanie z trzema dzikami spłoszonymi przez spacerowiczów, a właściwie przez ich ujadającego psa. No dość nieodpowiedzialne zachowanie spacerowiczów, nie dość że wystraszyli niczemu nie winną zwierzynę, to na dodatek nasze serca wprawili pewnie w szybsze bicie niż podczas zawodów sportowych.   Odwrót i ucieczka przyspieszonym krokiem, w lewo skos, uchroniły nas od ewentualnych pewnie nie najmilszych konsekwencji czołowego zderzenia . Ja zacząłem jednak odczuwać obtarcie na lewej stopie. Wiedziałem już, że zrobiłem błąd idąc tego dnia w tych samych butach co w sobotę. Trzeba było iść w innych, mogą one bowiem przylegać do stopy w inny sposób, mieć miększą wyściółkę i nie urażać tego samego miejsca. Ja przyzwyczajony, że na ogół takie urazy same mi się leczyły podczas marszu, nie wziąłem pod uwagę, że jednak intensywność moich wędrówek w ostatnim czasie była mniej niż średnia i stopy być może nieco odwykły od takiegoż wysiłku. Konsekwencje ukazały się, gdy po powrocie z 11 kilometrowej wędrówki zdjąłem skarpetę. Obtarcia do "krwi" nie miałem chyba od dwóch lat. Pomyślałem, że chyba czas na nowe buty z membraną. Dwie pary butów, które wiernie służyły mi przez 3 sezony i w sumie przez około 3200 km muszą dostać jakieś wsparcie. Od dłuższego czasu wiedziałem, że ten moment prędzej czy później nastąpi i chyba tylko mała zimowa aktywność spowodowała, że problem pojawił się dopiero teraz. Miałem już zresztą od dawna upatrzony model butów i czekałem w zasadzie na ewentualną posezonową obniżkę ceny. Ta jednak nie nastąpiła - chyba w myśl zasady, że Nordic walking uprawia się cały rok. Co więcej, sklep pewnie przewidując większe ruszenie entuzjastów NW wiosną ... cenę podwyższył. Zupełnie ich nie rozumiem, ale buty już mam.

buty

poniedziałek, 12 marca 2012

Sobota - czyli "Podwójny nelson"

W sobotę już od rana zapowiadała się piękna słoneczna pogoda i ani jednej chmurki na niebie. Na ten dzień zaplanowaliśmy z Cecylią dłuższy marsz Nordic walking. Ponieważ w ostatnim roku nasze wspólne marsze dość wyraźnie się skróciły i miały na ogół około 7-8 km postanowiłem, by tym razem ten dystans był nieco dłuższy, czyli ponad 10 km. Dość sprytnie przemyślałem trasę tak by pozornie nie wyglądała na wiele dłuższą i ruszyliśmy. Warunki były idealne, nie było ani za ciepło, ani za zimno, słoneczko lekko przygrzewało i wprawiało w znakomity nastrój, lekki wiaterek muskał nasze twarze, gdy wyszliśmy z lasu na wał przeciwpowodziowy. Gdy zbliżaliśmy się do półmetka zaplanowanej trasy poprosiłem o krótką przerwę na dwa trzy ćwiczenia rozciągające i udrożnienie dróg oddechowych. "Idziemy do Katedry" – powiedziała Cecylia. Zdębiałem, myślałem że żartuje, pewnie myśli o najbliższym moście – Królowej Jadwigi – spytałem. Nie do katedry – odpowiedziała. Z niedowierzaniem ruszyłem za nią. Minęliśmy m. Królowej Jadwigi, potem m. św. Rocha i dochodząc do m. B. Chrobrego pomyślałem, że to półmetek. Tymczasem Cecylia przeszła pod mostem i pomaszerowała jeszcze kilkadziesiąt metrów tak by znaleźć się faktycznie na wysokości Katedry widocznej po drugiej stronie Warty. Tu zrobiliśmy sobie fotki

dk1

dk2

i ruszyliśmy z powrotem. Dzięki "podwójnemu chwytowi" względem siebie udało nam się pokonać tego dnia ponad 15 km. Dla mnie miało to jednak pewne konsekwencje, które dokuczyły mi następnego dnia.

 

Optymistyczny nastrój pięknie spędzonej soboty natchnął nas pomysłem na aktywne spędzenie niedzieli.

W tym roku mam trochę kłopotu z codziennymi treningami. Na szczęście idzie ku lepszemu i choć weekendy staram się ostatnio spędzić aktywnie. Nigdy nie miałem problemu by taki aktywny weekend sobie samemu zorganizować. Niektórzy potrzebują czasem konkretnego bodźca (imprezy), by się ruszyć. Ja w zasadzie najbardziej lubię samemu trenować lub w miłym towarzystwie Cecylii. Ubiegły weekend  (2-4 marzec) rozpocząłem samotnym treningiem.

Piątek - czyli nie patrz pod nogi.

Dzień coraz dłuższy, więc można już po pracy wybrać się na jakiś nie najdłuższy marsz. Wybrałem trasę w Komornikach, którą szedłem już podczas jednego z rajdów. Po południu wypogodziło się, ale liczyłem się z błotkiem, po ostatnich wilgotnych dniach.  Jednak to co zastałem na trasie przeszło moje oczekiwania. I to tak bardzo, że nawet pomyślałem by zrezygnować gdy szedłem po drodze z płyt betonowych pokrytych 2-5 centymetrową warstwą błotka. Trzeba było też uważać by nie wdepnąć głębiej i by błotko nie wlało się do butów. Szedłem z nosem spuszczonym na kwintę wpatrzony pod nogi i ... zaraz na początku trasy zmyliłem drogę. Zamiast skręcić w lewo według strzałki, brnąłem dalej przez błocko do końca betonowej drogi. Ani nie mogłem wbić kijów, ani podnieść wyżej wzroku. Poprzednio szedłem za "tłumem", więc nie zwracałem wszędzie uwagi na strzałki, teraz szedłem sam i jedną strzałkę na swoje nieszczęście przeoczyłem.  Ale wówczas jeszcze nie zorientowałem się w swojej omyłce. Wyszedłem na skraj lasu i rozjeżdżoną polną drogą podążyłem dalej. Błotko też było coraz mniejsze, ale dopiero gdy minąłem wiadukt kolejowy i wszedłem na "łącznik" między dwoma komornickimi pętlami tras mogłem swobodniej patrzeć przed siebie. Dalej trasa minęła już bez żadnych niespodzianek, tradycyjnie zaliczyłem wieżę widokową

ww

i w końcu dotarłem do samochodu zaparkowanego przed stadionem GOSiR-u. Tu mała konsternacja. Okazało się, że przeszedłem nieco ponad 7 km, gdy przecież poprzednim razem endo zmierzyło niemal 8 km. Dopiero w domu porównując wykreślone na mapie trasy dostrzegłem, że idąc po błocie skróciłem sobie drogę o prawie 700 m.     

 

czwartek, 08 marca 2012

Wszystkim Paniom życzę dużo uśmiechu każdego dnia.

dk

I żeby nie było - to nie z okazji DNIA KOBIET - po prostu maszerując z kijami jesteście zawsze pięknie uśmiechnięte - więc w zasadzie życzę Wam  jak najwięcej tego maszerowania .

środa, 07 marca 2012

Kolejny rajd zorganizowany 26 lutego przez GOK Komorniki cieszył się równie dobrą frekwencją jak rajd styczniowy. Tym razem spotkaliśmy się przy świetlicy w Szreniawie, gdzie zlokalizowany był start i meta rajdu. Tak jak poprzednio rajd miał formułę turystyczną ale większość uczestników to entuzjaści NW. Ze Szreniawy udaliśmy się w kierunku Jarosławca najpierw leśnymi ścieżkami (zahaczając o punkt z wieżą widokową, o której wspomniałem przy okazji rajdu GOSiR-u),

j1

a następnie... , niestety drogą z płyt betonowych. Na szczęście przy drodze było pobocze wystarczające do tego by móc używać kijów bez gumowych nakładek na długich jej odcinkach.

j2

Wielu z nas popełniło niestety błąd i zostawiło gumowe butki w samochodach, licząc że trasa będzie całkowicie po drogach leśnych i polnych nieutwardzonych. Tu musimy wyciągnąć wniosek, żeby jednak nawet idąc do lasu (gdy nie jesteśmy całkowicie pewni trasy i podłoża rajdu) brać do kieszeni gumowe nakładki. Tempo prowadzących grupę też nie było rewelacyjne. Jest to rajd jak dla "nas" (uczestników także zawodów w NW) bardzo wypoczynkowy. Jest za to okazja porozmawiać o minionych lub przyszłych imprezach nordikowych i biegowych. Po około 5 km dotarliśmy do Jeziora Jarosławiec. Ten odcinek naszego marszu pokazany jest poniżej.


Tu nastąpił odpoczynek uczestników, który trwał jak dla "nas" zbyt długo.

j3

Wiele osób zabiera ze sobą jedzenie, termosy i w przerwie piknikuje.

j4

My ubieramy się do aktywności fizycznej, więc dłuższe postoje są dla nas zimą nieco dokuczliwe. No ale w zasadzie rozeznajemy ten typ imprez i w przyszłym sezonie będziemy bardziej zapobiegliwi (może utworzymy dwie grupy o różnym poziomie intensywności marszu lub ewentualnie będziemy rozgrzewać się ćwiczeniami podczas postojów). Po odpoczynku było oczywiście zdjęcie grupowe. Niestety niektórzy zniecierpliwili się długim pozowaniem do kilku aparatów.

j5

Wreszcie wyruszyliśmy w drogę powrotną. Plan zakładał trasę liczącą ponad 6 km przez miejscowość Trzebaw, ale zmęczenie odpoczywających było jednak chyba na tyle duże, że pokierowano nas na najkrótszą chyba z możliwych trasę, o długości niespełna 4 km.  Ta część rajdu widoczna jest poniżej.

 

j6

j7

Dość szybko dotarliśmy do punktu wyjścia, czyli Świetlicy w Szreniawie. Tu tradycyjnie czekał na nas ciepły posiłek.

Tego typu rajd ma na pewno z "naszego" punktu widzenia pewne wady, ale czasem trzeba się dostosować, tym bardziej, że jakieś zalety też się znajdą , a że dodatkowo entuzjaści NW są dość pozytywnie i radośnie nastawieni do wszelkich form aktywności, więc problemu nie ma. No i organizator nie pobiera żadnych opłat, więc tym większe należą mu się podziękowania.   

Nie mniej po południu dowartościowałem się jeszcze 5 kilometrowym marszem w nieco żwawszym tempie.

niedziela, 26 lutego 2012

Kalendarz rajdów rekreacyjnych organizowanych z udziałem GOK Komorniki na rok 2012.

Lp.

Nazwa rajdu

Termin

Miejsce startu - trasa

1.

Po Morenie

/pieszy/

29.01

godz. 10

Wiry – Dom Kultury

2.

Jarosławiec zimą

/pieszy/

26.02

godz. 10

Świetlica Szreniawa - Jarosławiec

3.

Odgłosy wiosny

/pieszy/

18.03

godz. 10

„WDK Koźlak”

Chomęcice - Konarzewo

4.

Bezkrwawe łowy /samochodowo-rowerowo-pieszy/

15.04

godz. 10

Dom Kultury Rosnówko

5.

X Rajd „Śladami historii”

/rowerowo-pieszy/

27.05

godz. 10

„Ogród Pamięci” Komorniki

Szlak Jana Pawła II

6.

Do Jeziora Góreckiego

/pieszo-autobusowy/

10.06

godz. 10

Świetlica Szreniawa – J. Góreckie

7.

Do Źródełka

/pieszo-samochodowo-autobusowy/

15.07

godz. 10

Trzcielin-Lisówki

 

8.

Wyjazdowy

/pieszo-autobusowy/

26.08

godz. 10

GOK Komorniki

9.

Wzdłuż Wirynki

/pieszy/

23.09

godz. 10

Dom Kultury Głuchowo - Gołuski

10.

Rajd po zdrowie

/rowerowo-pieszy/

14.10

godz. 10

Dom Kultury Wiry - Puszczykowo

11.

Barwy jesieni

/pieszy/

18.11

godz. 10

Dom Kultury Rosnówko - Wypalanki

12.

Do Kątnika

/pieszy/

16.12

godz. 10

Łęczyca /u Sołtysa/ - Kątnik

Gminny Ośrodek Kultury w Komornikach

tel. 61-8107-448

www.gokkomorniki.pl

 

sobota, 25 lutego 2012

Kolejny bieg z cyklu „Biegaj z Chevrolet Szpot” odbył się w sobotę 25 lutego. Tym razem postanowiłem go przetruchtać. Wydawało mi się, że na asfaltowej trasie po roztopach powinno być trochę piasku, który powoduje dodatkowy poślizg kjów z gumowymi nakładkami na grotach. Okazało się jednak, że ten piasek na otwartej przestrzeni został zwiany przez silny wiatr. I to była jego pozytwna rola dla kijkarzy. Ale równocześnie ten silny, porywisty wiatr dość skutecznie przeszkadzał wszystkim uczestnikom sobotniej imprezy. Zwłaszcza pierwsza połowa dystansu którą biegliśmy pod wiatr była trudna. W drugiej części na ogół odczuwalna była cisza , ale były też momenty, że czułem wyraźnie pchanie w plecy. No ale zacznijmy do początku. Przed biegiem nie robiłem jakiejś super rozgrzewki poza około 1 kilometrowym marszem i kilkoma ćwiczeniami wykonanymi podczas rozgrzewki prowadzonej dla uczestników biegu kilkanaście minut przed jego startem. Rejestracja bardzo sprawna w biurze imprezy. I oczywiście rozmowy przed biegiem z wieloma przyjaciółmi z biegowo-nordic walkingowego światka. Jak napisałem nie rozgrzewałem się zbyt intensywnie przed startem, bo wiedziałem że wolny trucht i tak mnie dość szybko rozgrzeje. Ruszyłem też z końca stawki uczestników, bo nie chciałem się z nikim ścigać. I praktycznie prawie nikogo nie wyprzedzałem podczas tego truchtu oprócz maszerujących i biegaczo-maszerów. Ja postanowiłem truchtać wolno, ale konsekwentnie bez maszerowania. I nie miałem z tym żadnego problemu co może nie tyle, że mnie cieszy, ale na pewno nie martwi. Czas jaki osiągnąłem nie był wprawdzie rewelacyjny – niespełna 38 minut, ale nie ścigałem się także z czasem, więc jest ok. Po biegu pieczątka w Paszporcie Biegacza i kolejka do „termosu” z herbatą. Przydałyby się tu jednak w przyszłości przynajmniej dwa punkty pojenia herbatą, gdyż oczekiwanie w kolejce kilkanaście minut, gdy chce się pić, nie jest przyjemnością. Należy mieć nadzieję, że w marcu już będzie woda do picia. Jeszcze tylko losowanie nagród i błyskawicznie po jego zakończeniu plac przed namiotem organizatora imprezy pustoszeje. Do zobaczenia na kolejnym biegu 31 marca, który będzie jubileuszowym 50 biegiem w historii tego cyklu.

poniedziałek, 20 lutego 2012

W sobotę 18.02.2011 po raz drugi pomaszerowałem w Rajdzie NW przy III GP Poznania w biegach przełajowych. I muszę stwierdzić, że dla mnie było to optymalne rozwiązanie. Warunki terenowe były naprawdę trudne, praktycznie lód i woda. W lesie, gdzie ścieżki nie są bardzo udeptane wygląda to lepiej i bezpieczniej dla biegających i maszerujących. Nad Rusałką ruch spacerowiczów i biegaczy jest nieustanny niezależnie od pogody, i w czasie odwilży udeptane ścieżki zamieniają się w tor lodowy. W planie miałem pokonanie tego dnia 10 km, więc do biura zawodów podążyłem dłuższą 3 kilometrową drogą ( podobnie miałem postąpić po zakończeniu rajdu wracając do samochodu). Rejestracja w biurze jak zawsze bardzo sprawna. Teraz musiałem odchudzić nieco mój ubiór, bo przez te 3 km dość mocno zgrzałem się, mimo nie najszybszego tempa. Tzn. za bardzo nie miałem czego się pozbywać, bo nawet w największe mrozy mam na sobie nie więcej niż 2 warstwy odzieży termoaktywnej (bieliznę + kurtkę). Zdjąłem więc tylko buffa z szyi i założyłem go jako chustkę na głowę zamiast softshellowej czapki. Tę ostatnią zostawiłem w depozycie. Stojąc przy depozycie dostrzegłem Staszka Przybylaka i mignęły mi kijki, czyżby Staszek też dzisiaj szedł z kijami ? Jednak nie, to ktoś inny obok idzie z kijami. Witamy się ze Staszkiem i dowiaduję się o przykrym zdarzeniu. Małżonka Staszka – Dorota uczestniczka niezliczonej ilości rajdów i zawodów Nordic walking w ubiegłą niedzielę została potrącona na przejściu dla pieszych przez samochód i z dość skomplikowanym złamaniem nogi przebywa w szpitalu. Czeka ją długie leczenie i rehabilitacja. Zamilkłem z wrażenia, przykro by się zrobiło każdemu. Zawsze podziwiam i kibicuję parom małżeńskim mającym wspólne sportowe pasje. Teraz można tylko życzyć Dorocie jak najszybszego powrotu do zdrowia, udanej rehabilitacji i możliwie szybkiego powrotu na nasze ścieżki. I choć trzeba przyjąć, że ten sezon Dorota ma już praktycznie z głowy, należy wierzyć, że osoby sprawniejsze (czytaj : uprawiające Nordic Walking) mają może większe szanse i determinację w szybszym powrocie do zdrowia. Miejmy więc nadzieję, że tak będzie w przypadku Doroty i tego z całego serca Jej życzę. Po krótkiej rozmowie ze Staszkiem udaję się na rozgrzewkę przed, którą pozujemy do zdjęcia grupowego.

 gpnw1

Tym razem jestem też czujny i włączam endomondo od samego startu rajdu (poprzednio zapomniałem i uruchomiłem je po kilkuset metrach).

gpnw2

Zapis marszu widać poniżej.

Jak zwykle część uczestników pognała chyżo niczym na zawodach. Ja nie zamierzałem bić rekordu prędkości bo i warunki terenowe temu nie sprzyjały, a i forma też daleka jest od doskonałości, no i nie chciałem się za bardzo spocić, gdyż chciałem po rajdzie jeszcze dołożyć przynajmniej 3 km, a dłuższe oczekiwanie, aż przebiegną uczestnicy GP, w mokrej koszulce, nie należy do najbardziej komfortowych, mimo właściwości oddychających zarówno bielizny jak i kurtki, które miałem na sobie. Cała trasa była oblodzona jak już wspomniałem, jednak najtrudniejszy fragment był tuż przed 3 kilometrem na zakręcie. Na całej szerokości drogi, lód pokryty 2 centymetrową warstwą wody. Iść było trudno, a biec ? Dobrze, że biegacze udając się na start biegu z biura zawodów musieli tędy przejść, bo inaczej zaskoczenie mogło zaowocować wieloma upadkami, tym bardziej że biegacze pokonują ten odcinek trasy także na początku zawodów w dużym tłoku (choć może i ten tłok w tym momencie był bezpieczniejszy – można się było w razie czego na kimś wesprzeć :) Także trudna była ostatnia prosta rajdu NW i biegu. Tu może nie było tak ślisko ale śnieżno- wodniste błotko z przewagą wody, sięgało kostek, więc pewnie niejednemu zachlupotała woda w butach :) Po rajdzie obowiązkowa :) drożdżówka i herbata. Następnie miła niespodzianka w postaci losowania nagród ufundowanych przez PSNW. W tym miało być 5 pakietów startowych na MMPNW w Złotoryi. Z tego co słyszałem od Janka Helaka, który wylosował jedną torbę z nagrodami, znalazł w niej parę gadżetów typu kubek, smycz i reklamówki Benevity, ale sprawa pakietów startowych wymaga wyjaśnienia, bowiem takiegoż Janek w swojej torbie nie znalazł. Sprawa miejmy nadzieję wyjaśni się po myśli zawodników :) Po losowaniu zaliczamy jeszcze ćwiczenia rozciągające i to już jest koniec na dziś. Nie dla mnie oczywiście. Postanawiam dobić do tych zaplanowanych 10 km i udać się znów dłuższą powrotną drogą do samochodu, ale na dłuższe chodzenie już nie miałbym za bardzo ochoty. Za mokro nawet na nieprzemakalne buty :)

sobota, 18 lutego 2012

Po pełnej wrażeń sobocie, w niedzielę 12 lutego wybrałem się na rajd NW organizowany przez GOSiR w Komornikach. Oczywiście wcześniej oglądałem program "Kawa czy herbata", w którym wystąpił Marko Kantaneva z przyjaciółmi z portalu chodzezkijami.pl 

Okazuje się, że gmina Komorniki działa dość aktywnie w dziedzinie aktywizowania ruchowego swoich mieszkańców. Opisany niedawno rajd w Wirach organizowany był przez GOK w Komornikach i był w założeniu rajdem turystycznym. GOSiR jest już bardziej ukierunkowany na Nordic walking. Wytyczono tu dwie trasy przeznaczone dla amatorów naszej ulubionej aktywności fizycznej. Fragmentem jednej z nich szliśmy także podczas rajdu w Wirach. Trasy mają początek i koniec przy hali sportowej obok stadionu w Komornikach przy ul. Jeziornej. Oznakowanie tras na razie jest jeszcze skromne - tabliczki ze strzałkami i charakterystycznym ludzikiem z kijkami. Ale dałbym wiele by podobnie oznaczono jakieś trasy w Poznaniu - nad Rusałką, Strzeszynkiem czy w okolicach Malty. Niestety tegoż w wielkim mieście nie uświadczysz.

W niedzielne przedpołudnie 13 stopniowy mrozik mógł odstraszyć co niektórych, ale świecące pięknie słońce zachęcało do maszerowania. W rajdzie uczestniczyło około 25 osób. Na początku rozgrzewka,

kom1

zabawy ruchowe, wspólne zdjęcie

kom2

i ruszamy. Dzielimy się na dwie grupy. Jedna pójdzie krótszą (około 4 km), a druga dłuższą pętlą (niemal 8 km). Trasy jeszcze nie są dokładnie odmierzone, więc mój GPS jest tu bardzo pomocny, w określeniu długości dłuższej trasy. Początkowo wszyscy idziemy razem, by po pewnym czasie rozdzielić się na rozstaju dróg na dwie grupy.

kom3

Nasza jest zdecydowanie mniejsza - tylko 6 osób. Trasę, którą podążaliśmy można obejrzeć poniżej.


Na naszej trasie znajduje się dość ciekawe miejsce. Wieża widokowa - Mauzoleum Bierbaumów, z której rozpościera się widok na tereny Wielkopolskiego Parku Narodowego i Poznań.

kom5

Myślę, że w sezonie letnim będę miał okazję obejrzeć tę panoramę.

kom4

W trakcie marszu instruktor zaproponował nam wykonanie także kilku ćwiczeń siłowych. Po dotarciu na metę rajdu oczywiście obowiązkowe rozciąganie,

kom6

a następnie ... grzana kiełbasa. No tu widać, że to chyba już tradycja nakarmić gości, którzy przybywają na organizowane rajdy w gminie Komorniki. 

   

piątek, 17 lutego 2012

Rajd Nordic walking z Marko Kantaneva. Brzmi obiecująco. I na pewno wielu z nas obiecywało sobie dużo atrakcji związanych z udziałem w rajdzie twórcy Nordic walking. Tak naprawdę, to trudno coś nowego podczas takiego rajdu pokazać. Ćwiczenia, które pokazywał Marko są bardzo dobrze znane wśród osób systematycznie uprawiających tę dyscyplinę. Ale wiadomo, że na takim rajdzie często pojawiają się osoby o różnym stopniu zaawansowania i znajomości zagadnienia. Dodatkową wartością jest także atmosfera wśród uczestników takich imprez. Popatrzcie na uśmiech osób maszerujących zarówno na filmach jak i zdjęciach. To jest naprawdę bardzo budujące. Po prostu widać po tych osobach , że sprawia im to niesamowitą radość, bo dla wielu jest to sposób życia. Ta radość z życia wprost emanowała z uczestników rajdu i udzielał się tu także uśmiech Marko Kantanevy, bo czego by nie powiedzieć, to jego optymizm i humor bije po oczach. A warunki przecież były średnie. Śnieg, mróz, "smutne" zachmurzenie, trasa niezbyt długa (niektórzy tak mają, że jak nie przejdą określonej ilości kilometrów to nie odczuwają pełni przyjemności). Mimo tego na starcie rajdu pojawiła się pewnie zbliżona ilość uczestników jak podczas seminarium. My spóźniliśmy się chyba 1 minutę i ćwiczenia rozgrzewająco-rozciągające przed marszem już trwały. 

rmk1

Z miejsca startu przenosimy się dość szybko na plażę.

rmk2

rmk3

Tu Marko demonstruje jeszcze zasady marszu Nordic walking, po czym wszyscy ruszamy w kierunku Gdańska.

rmk4

rmk6

rmk5

W trakcie marszu Marko często przemyka między uczestnikami, to do przodu to zostaje nieco z tyłu i wielu z nas coś podpowiada. Oczywiście przy tak dużej liczbie maszerujących trudno pochylić się nad każdym, ale widać, że Marko chce pomóc jak największej ilości uczestników.

rmk7

Fajnie by było jak by Marko coś powiedział o moim marszu – myślał pewnie niejeden z nas. W pewnej chwili Marko zwolnił i podpowiadał coś kolejnym uczestnikom idącym obok niego. Dość przypadkowo i ja znalazłem się obok Marko. Przez chwilę maszerowaliśmy obok siebie. Marko nic nie mówił tylko przyglądał się, jak sobie daję radę :) No i usłyszałem jedno jakże mile brzmiące słowo : "perfecto", po czym Marko pognał do przodu do innych uczestników marszu. Z moją znajomością języków obcych jest średnio, ale chyba to słowo zrozumiałem :) Nie wiem czy jakikolwiek medal, z jakichkolwiek mistrzostw dałby mi tyle radości i satysfakcji. Chciało mi śpiewać "Nic mi więcej nie potrzeba ...".

rmk8

Marko jest przez nas bardzo życzliwie odbierany, w trakcie marszu tworzymy szpaler z uniesionymi kijami, pod którym przechodzi Marko.

rmk9

Maszerujemy "tam" i "z powrotem" potem jeszcze gdzieś, gdzie robimy sobie wspólne zdjęcie

rmk10

i wracamy pod Contrast Cafe. Tu jeszcze ćwiczenia rozciągające i właściwie jest już koniec. Nie, ... jeszcze udzielam wywiadu telewizji Polsat.

rmk11

Zaszli nas, mnie i Konrada (mojekije.pl) i zaskoczyli, gdy gawędziliśmy sobie o nordicowej codzienności. Krzysiek Walczak zaprasza jeszcze wszystkich na herbatę. Ale my przed wyjazdem chcemy zjeść jakiś konkretny obiad, gdyż czeka nas jeszcze daleka podróż powrotna. Krzysiek udziela nam wskazówek i żegnamy się z tą wspaniałą imprezą i jej uczestnikami. Naładowani pozytywną energią, optymizmem i humorem, wracamy do Poznania dzieląc się przez całą drogę wrażeniami.

wtorek, 14 lutego 2012
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12
O autorze
run-log.com Maciej Kulka

Utwórz swoją wizytówkę