Menu

Nordic Walking mk

Więcej Nordic Walking aby żyć dłużej

Zagradzanie ścieżki _suplement

mk130363

Na razie nie piszę "epilog" bo sprawa do końca nie jest wyjaśniona. W każdym razie zagrodzenie ścieżki wywołało pewien spór i dyskusję, a sprawą zainteresował się nawet jakiś radny z Starego Miasta - "jeżeli uniemożliwia to spacerowanie, jazdę na rowerze to dobre to nie jest".

Tłumaczenia zarządcy Mariny są dość niejasne, ale wiadomo że każdy będzie bronił swoich decyzji.  Oto niektóre z nich:

- wynika to z projektu, który realizowany jest od maja do października

Nie wiem gdzie jest ten projekt i ciekawi mnie, czy było w nim przewidziane zagrodzenie całego cypla, czy też jest to samowolna decyzja i swobodna interpretacja projektu przez zarządcę Mariny. W każdym razie w lipcu patyczkami ogrodzona była tylko przyczepa kempingowa służąca jako schronienie ochronie oraz przenośna toaleta. Pozostaje pytanie, dlaczego rozszerzono otaśmowanie we wrześniu na cały cypel? Próbując bronić swej decyzji zarządca mówi że:

- chodzi o to że agencja ochrony musi dozorować teren i pilnować majątku zgromadzonego na cyplu, łodzi które odwiedzają miasto Poznań 

Tylko że na ścieżce którą chodzę, nie ma żadnego majątku poza patyczkami i taśmy zagradzającej ścieżkę. Wygląda na to że w tej części pilnuje się tylko powietrza na cyplu. A zarządca brnie dalej w swej wypowiedzi:

- agencja ochrony musi mieć jasno określony teren, który dozoruje, to musi być wyraźnie oznaczone, żeby móc ewentualnie osoby, które nie potrafią uszanować tego miejsca po prostu wyprosić.

Nadal to nie wyjaśnia sprawy dlaczego nie można poruszać się po ścieżce, co więcej wysuwa się domniemanie, że wiele osób wchodzi tu tylko po to by śmiecić, nie szanować przyrody i tego miejsca. Poza tym można odnieść wrażenie wobec takiego postawienia sprawy, że za taśmą nie można śmiecić, a przed taśmą można.

Dalej zarządca podsuwa pomysł by każdorazowo meldować się ochronie, by ta wiedziała po co się tutaj pojawiamy.

- ochroniarz ma wiedzieć, że osoba która weszła, weszła na teren, a nie załóżmy, nagle być w nocy zaskoczony tym, że ktoś się jemu wyłania na terenie dozorowanym

Powtórzę, że nadal nie wiem dlaczego dozorowana ma być ścieżka, którą nie wiedzieć czemu włączono do przystani i którą dodatkowo odgradza od przystani naturalny nasyp? A meldować się każdorazowo i tłumaczyć, że nie dewastuję tego miejsca tylko wchodzę żeby wejść, jest na tyle absurdalne, że trudno się do tego odnieść. Rozumiem jeszcze to w przypadku wędkarzy, którzy zabawią tu dłużej niż 3-5 minut, ale uprawiający bieganie czy Nordic walking zapewne szybciej opuści ten teren niż znajdzie ochroniarza i wytłumaczy, o co mu chodzi.

Podsumowując tłumaczenia zarządcy Mariny można by powiedzieć "Nie wolno, bo nie wolno".

W ostatnich moich spacerach wybierałem celowo przeciwny kierunek niż zagrodzona ścieżka. Licząc na to, że mniej lub bardziej przeszkadza to jednak wielu osobom, chciałem niejako dać czas na przekazanie takich opinii oraz przemyślenie sytuacji przez "zarządcę" i w konsekwencji może skorygowanie przebiegu ogrodzenia. Dzisiaj zdecydowałem się sprawdzić czy coś się zmieniło na lepsze lub na gorsze (może będą zasieki z drutu kolczastego?). Nawet miałem takie ciche postanowienie, by mimo pozostawienia otaśmowania wejść na zagrodzony teren nie uprzedzając o tym ochrony. Nie wiedziałem jednak czy ta np. nie pogoni mnie psami spuszczonymi z łańcucha lub nie wezwie Straży Miejskiej lub Policji, by spacyfikować wydeptującego trawę Nordic walkera. Miałem już mrożące krew w żyłach sceny w oczach, gdy doszedłem do taśmy zagradzającej ścieżkę. Niepewnie przystanąłem przed taśmą i spojrzałem na nasyp, gdzie znajduje się przyczepa. Tam krzątały się dwie osoby przy jakiejś łodzi przygotowywanej do transportu lądowego. Wiedziałem już że nie uda mi się przemknąć "moją" ścieżką niepostrzeżenie, a nie wiedziałem jaka będzie reakcja ochrony jeśli przejdę za taśmę...

I tu spotkało mnie miłe zaskoczenie. Pani pełniąca funkcję ochroniarza zbliżyła się do brzegu skarpy i zawołała zapraszająco, że mogę wejść, że mam tylko unieść taśmę i mogę iść dalej. Jak widać można normalnie podejść do sprawy i nie wadzić nikomu. Na cyplu widziałem dwóch wędkarzy. Wygląda na to, że ogrodzenie ma tylkoodstraszać potencjalnych "śmieciarzy" tego terenu i na szczęście nie jest wymierzone w osoby uprawiające tu rekreację. Oby...

 

XV Bieg św. Mateusza... czyli Nordic walking

mk130363

To już tradycja, że odkąd zacząłem biegać, pojawiam się na tej imprezie organizowanej przez parafię pw. św. Mateusza w Poznaniu.

Kopia_20092014750

Nie będę więc zbytnio zanudzał szczegółami, które opisywałem już trzykrotnie. W skrócie - Impreza bez wpisowego, z kilkoma kategoriami dla dzieci i młodzieży  - przedszkolak, Mateusz młodszy, Mateusz starszy oraz  bieg główny dla Mateusz junior i dorosłych, z mnóstwem losowanych nagród, nagrodami dla zwycięzców, nagrodami dla rodzin, wodą, drożdżówką i grochówką na mecie oraz z pakietem startowym w postaci paczki kawy i czekolady. Oprócz tego wspaniała atmosfera i dobra zabawa połączona z odrobiną rywalizacji. Jak zwykle wielu znajomych, z którymi można przy okazji porozmawiać i pożartować.

Kopia_008ktoś tu zmienił kategorię na młodszą

 Kopia_0011

czyżby Staszek też przymierzał się do młodszej kategorii?

 Kopia_20092014748

Kopia_20092014749

 Kopia_0021

Kopia_0031nie... kibicował wnuczkom

W tej chwili nie mogę biegać, ale Staszek Przybylak namówił mnie żebym przyjechał z kijami. Po drodze skojarzyłem, że po drugiej stronie ulicy tej parafii mieszka Zosia Szaroleta i właściwie mogłaby także wystartować z kijami. Okazało się, że Staszek także o tym pomyślał i zadziałał. Jeszcze przed rozpoczęciem biegów ks. proboszcz wspomniał także o tym , że coraz więcej osób chodzi z kijami i prawdopodobnie w przyszłym roku może będzie inauguracja nowej kategorii - Nordic walking. Tymczasem w tej edycji zapoczątkowaliśmy tę kategorię nieoficjalnie wspólnie z Zosią. Przed startem dowiedzieliśmy się też, że trasa w tym roku znów została zmieniona z uwagi na jakieś "roboty". Oszacowaliśmy ją wstępnie na około 2 km, nieco więcej (2,09 km) pokazało moje endomondo, po weryfikacji wyszło mi jednak 1950 m, co można ostatecznie zaokrąglić do 2 km.        

By nie przeszkadzać ścigaczom wystartowaliśmy z ostatnich miejsc. Było wiadome , ze biegacze szybko zostawią nas daleko z tyłu i co niektórzy zdążą zdublować na trasie, ale zbytnio się tym nie martwiłem. Bardzo dobry wynik zrobiłem tu w ubiegłym roku biegając i teraz liczył się tylko udział.

Kopia_004ci biegacze nas nie zdublowali :)

Ale oczywiście chciałem dojść na metę jak najszybciej, by zbytnio nie przeciągać imprezy. Ostatnio chodzę na treningach tempem nieco poniżej 10min/km, więc nie są to szczyty szybkości. Praktycznie wiedziałem też, że nie mam szans ścigać się z Zosią, ale starałem się dotrzymać jej kroku. I do połowy dystansu to mi się udawało, bo praktycznie szliśmy krok w krok, a nawet przez długi odcinek byłem na prowadzeniu w tej naszej dwuosobowej karawanie. Na początku drugiego kółka Zosia jednak zdobyła 2-3 metry przewagi i bardzo powoli, ale systematycznie powiększała ją do samej mety (osiągając przewagę 6, może 7 m), na którą wchodziliśmy prawie razem, otrzymując największe chyba oklaski z wszystkich uczestników.

Kopia_005

na mecie odbieram pakiet startowy

Kopia_Kopia_006 

Czas jaki osiągnąłem nawet całkiem dobry: 16:44 co przy rzeczywistej długości trasy dało tempo 8:35min/km. No tak prędko nie chodziłem od lutego, więc chyba mogę być zadowolony. Inna sprawa, że choćby to było tylko 5 km, takiego tempa bym dłużej nie pociągnął, musiałbym odpuścić przynajmniej o pół minuty na kilometr.

Kopia_007

no, wreszcie można będzie sobie posiedzieć :)

Bardzo udana impreza, jak zwykle zresztą, ranną mgłę i ziąb przegoniło słońce, a po aktywnym wypoczynku jest i kawa, i coś do.

Zagradzanie ścieżki, czyli przywracanie Warty miastu

mk130363

Tego się nie spodziewałem na "moich" ścieżkach. To jakieś kuriozum chyba jest, dla mnie zupełnie niezrozumiałe i nieuzasadnione. Wybrałem się na kolejny spacer w kierunku Katedry i dalej na ulubiony cypel. I o zgrozo jakieś 150 m przed moim zwyczajowym nawrotem drogę zagrodziła mi taśma na kołkach. Do taśmy przyczepiona zalaminowana informacja, że niby wstęp wzbroniony.  Cypel oddziela koryto rzeki od tzw. "Starego Portu".

Kopia_17092014740

dolna ścieżka

Kopia_17092014741

złowieszcza informacja

Port rzeczny w Poznaniu powstał w 1896-1902 na Warcie.Wcześniej w mieście było kilka nabrzeży przeładunkowych i port powstał na jednym z nich. Najlepszy okres port przeżywał w latach 1926-1932. Podczas bitwy o Poznań w 1945 r port został prawie całkowicie zniszczony i nigdy nie został odbudowany.

Powrót miasta nad rzekę i budowa przystani to temat, o którym w Poznaniu mówi się od lat. Niewiele jednak w tej kwestii dotychczas zrobiono. Z inicjatywy poznańskich wodniaków powstał projekt tymczasowej przystani, który dostał dofinansowanie od miasta.

Przez kilka ostatnich miesięcy nie bywałem w tym rejonie. Na początku września na jednym z pierwszych spacerów zauważyłem po dojściu na koniec cypla, że coś się tu dzieje. Powyżej mojej ścieżki na skarpie ktoś się "zakwaterował", a w Starym Porcie pojawiło się coś co może pływać. W żaden sposób mi to nie przeszkadzało i myślę, że ja też nikomu nie przeszkadzałem. Toteż ogromnie zdziwiłem się, gdy podczas wczorajszego spaceru natrafiłem na taśmę z zakazem wstępu. Co to ma być? Teren prywatny? Przystań przecież funkcjonuje z drugiej strony cypla, od strony Starego Portu, a nie od strony koryta rzeki.

Kopia_17092014742 to jest przystań w Starym Porcie

Kopia_17092014743teren przystani

 Takie było zresztą założenie twórców tego przedsięwzięcia, by przystań nie była w głównym korycie Warty, a schowana za cyplem, by chociażby łajby były bezpieczne od płynących np. pni drzew, co czasem się zdarza. Dlaczego, jeśli jest taka potrzeba, nie odgrodzono samej przystani, a przegrodzono cały cypel. Komu lub czemu to ma służyć? Pewnie, że terenu do chodzenia jest mnóstwo, ale co przeszkadza przystani, że ktoś dojdzie na koniec cypla?

Kopia_17092014745dolna ścieżka, czy to jest przystań?

Czy jeśli to ogrodzenie jest konieczne, to nie może przebiegać na górze skarpy tak aby dolna ścieżka (a najlepiej i górna ścieżka) była dostępna także dla innych?

 Kopia_17092014744

górna ścieżka

Wydaje mi się, że ktoś się zagalopował i przywracając Wartę jednym, innym ją zabiera. Chyba nie o to chodzi?

run-log.com

Pobieranie zdjęć bezpośrednio z bloga

mk130363

Tym razem wpis będzie "techniczny" związany z nową odsłoną bloga, o której niedawno pisałem. Okazuje się, że daje ona całkiem nowe możliwości pobierania zdjęć bezpośrednio z bloga. 

Do tej pory było to mało sensowne. Rozmiar zdjęć na blogu był tak mały, że jakość pobranego zdjęcia nie mogła sprawić satysfakcji. Jedynym sposobem dotarcia do zdjęcia, którym moglibyście się ucieszyć, było odnalezienie go w albumach galerii, do których linki znajdują się w bocznej szpalcie. Tam oczywiście zdjęcia nadal są najlepszej jakości jaką udostępniam. Dla wielu osób nie jest żadnym problemem znalezienie tych zdjęć i skopiowanie ich przez wybranie opcji "pobrania". Jednak zdaję sobie sprawę, że dla kogoś może to być zbyt skomplikowane, czy po prostu może zabierać zbyt dużo czasu, ponieważ  powoduje konieczność wyszukania interesującego nas zdjęcia (na którym także przez przypadek jesteśmy) wśród kilkudziesięciu czy kilkuset innych zdjęć. A na blogu to zdjęcie jest akurat opublikowane i w dodatku ma najczęściej rozmiar, który może już nas satysfakcjonować, bo jest to najczęściej powyżej 150-200 kB. Ustaliłem już jaka maksymalna wielkość zdjęć mieści się na głównej szpalcie, jednak nowa odsłona bloga ma funkcję, która powoduje, że jeśli nawet rozmiar jest zbyt duży, to zdjęcie na szpaltę jest automatycznie zmniejszane do szerokości szpalty. Natomiast nie ma ta funkcja wpływu na rozmiar zdjęcia później pobranego ze szpalty. Będzie on więc taki jak oryginału, który wstawiłem na bloga. Tu trzeba się liczyć jednak z tym, że zdjęcia tak pobrane nie będą miały wielkości powyżej 1,0 MB, bo po prostu nie będę tak dużego rozmiaru wstawiał. Powód jest bardzo prosty. Zdjęcia o szczególnie dużym rozmiarze i tak zostaną skorygowane do rozmiaru mniejszego( sprawdziłem to na zdjęciu które z około 1,7MB zmniejszyło się do 0,6 MB), a co najważniejsze każdy blog ma maksymalny zasób zdjęć, które można wstawić. Przekroczenie tego limitu powoduje pewne komplikacje i konieczność poproszenia o jego  zwiększenie, co może potrwać jakiś czas i np. opóźnić w konsekwencji publikację wpisu.

Po tym wstępnie pora na konkrety. Poniżej zamieszczam krótką instrukcję jak pobrać zdjęcie bezpośrednio z bloga.

1. Na wybrane zdjęcie najeżdżamy myszką i klikamy prawym klawiszem. Otworzy się wówczas okno wyboru opcji dalszego postępowania.

pobranie_zdjcia

 2. Klikamy w okienku opcję "zapisz obrazek jako..."

pobranie_zdjcia_1

3. Teraz otworzy się okno zapisu zdjęcia w jakimś folderze na naszym komputerze. Należy teraz odnaleźć folder, w którym to zdjęcie chcemy zapisać. Warto wcześniej odpowiedni do tego folder założyć i nadać mu nazwę po której łatwo będzie go odnaleźć w zasobach komputera. W tym oknie możesz także przy okazji zmienić nazwę samego zdjęcia.

  pobranie_zdjcia_2

4. Po kliknięciu okienka "zapisz" zdjęcie zostanie zapisane w przeznaczonym do tego folderze.

 

 

 

Zwiedzanie Dębca z kijkami

mk130363

To druga edycja imprezy z kijami na poznańskim Dębcu zorganizowana przez Red Park. Pierwsza skoncentrowała się na podstawowym instruktażu Nordic walking. Tym razem uczestnikom zaproponowano formę zwiedzania Dębca z kijami. Spotkaliśmy się w sobotę o godz. 10.00 na ulicy 28 Czerwca 1956 r. przed biurem sprzedaży Red Park. Pojechałem tam oczywiście rowerem. Po przybyciu podpisałem listę obecności oraz kupon losowania nagród. Na miejscu zbiórki zostaliśmy wyposażeni w zestawy odsłuchowe, dzięki którym podczas marszu mogliśmy wysłuchać opowieści przewodnika o historii Dębca i jego zabytkach. Od strony ruchowej i sprzętowej NW imprezę zabezpieczyła Arena Ruchu.. Osoby nie posiadające własnych, mogły wypożyczyć profesjonalne kije NW.

Kopia_13092014733

Zaczęliśmy oczywiście od rozgrzewki, którą poprowadziła wiodąca instruktorka Monika Stefaniak.

Kopia_130920147342

Kopia_rp1

zdjęcie: Red Park

Potem ster przejął pan Przemysław Warkocki prowadząc nas po ciekawych miejscach tej dzielnicy i okraszając opowiadania o zabytkach licznymi anegdotami.

 Kopia_rp21

zdjęcie: Red Park

Kopia_130920147352

Fort IXa nazwany Witzleben wybudowany został w latach 1877-1880. To jeden z 18 fortów wchodzących w skład Twierdzy Poznań. W 1919 r. został przeznaczony dla podoficerskiej szkoły piechoty. W 1931 r fort otrzymał imię płk. Wincentego Aksamitowskiego. Na początku lat czterdziestych XX wieku został przebudowany w związku z modernizacją linii kolejowej Poznań-Wrocław. W styczniu 1945 r. broniących fortu  Niemców sowieccy saperzy poczęstowali mieszkanką łatwopalną wrzuconą przez kominy wentylacyjne zapaloną ręcznymi granatami. Załoga fortu ewakuowała się w panice, część żołnierzy niemieckich uciekła, a około 200 dostało się do niewoli i zostało najprawdopodobniej rozstrzelanych.

To próbka tego czego można było się dowiedzieć podczas tego spaceru. Trudno nawet tylko wypunktować wszystko, o czym usłyszeliśmy. Nasza wędrówka prowadziła po fyrtlach, które doskonale znam nie tylko z treningów nordicowych, ale i ze zwykłych spacerów po tej okolicy. Nie mogliśmy nie zahaczyć też o Dębinę.

Kopia_13092014736

Ta od XV w. należała do klasztoru Karmelitów Trzewiczkowych przy kościele pw. Bożego Ciała. W czasach Wielkiego Księstwa Poznańskiego willę tutaj miała Ludwika - żona Antoniego Radziwiłła namiestnika Księstwa. W roku 1820 roku wybudowano Drogę Dębińską, która miała ułatwić księżnej dojazd do jej pałacyku. Z czasem wzdłuż drogi zaczęły powstawać różnego rodzaju kompleksy rozrywkowe: pergole, altany, pawilony muzyczne, podesty do tańca, muszle koncertowe i  kręgielnie. Było to typowe miejsce pikników rodzinnych. Obecnie rośnie tu około 400 dębów 100 letnich i starszych, wiele z nich o wymiarach pomników przyrody (obwód 5 m). Dlaczego nie ma tu dębów np 1000 letnich? Okazuje się, że Dębina przez wieki była wielokrotnie miejscem pozyskania budulca drzewnego i już w trakcie budowy grodu Poznania wycięto ją niemal w pień. W czasie Potopu Szwedzkiego Dębina została splądrowana i wycięto ponad 300 dębów. Za czasów pruskich na terenie Dębiny wykopano 20 studni, a w latach 20 XX wieku powstały stawy infiltracyjne ujęć wody dla Poznania....

 Kopia_rp4

zdjęcie: Red Park

Przebieg trasy obrazuje zapis endomondo.

Pomysł z zestawami odsłuchowymi okazał się strzałem w dziesiątkę przy tego typu formie zwiedzania. Dzięki temu nie trzeba było trzymać się blisko przewodnika, by wszystkiego się dowiedzieć i umożliwiało to swobodne poruszanie się odpowiadającym nam w danej chwili tempem. Poza tym, przewodnik mógł osobom idącym w przodzie na bieżąco podpowiadać dalszy kierunek marszu.

 Kopia_rp3

zdjęcie: Red Park

Tempo, licząc średnio oczywiście, nie było duże, a na dodatek parokrotnie zatrzymywaliśmy się na kilka chwili przy ciekawych miejscach.

Kopia_13092014738

Wysiłek w związku z tym dla osób regularnie chodzących z kijami nie był pewnie intensywny, ale nie zabrakło także ćwiczeń rozciągających w trakcie jednej z przerw.

Kopia_13092014737

A na Drodze Dębińskiej na tle zieleni leśnej zrobiliśmy grupową fotkę.

Kopia_grupowe1

zdjęcie: Red Park

Spacer zakończyliśmy w miejscu zbiórki, gdzie wśród uczestników rozlosowano drobne upominki. Widząc zadowolenie wśród uczestników imprezy, organizatorzy już zapowiadają jej kolejną edycję i już zastanawiają się czym nas tym razem zaskoczyć.  

 Kopia_rp5

zdjęcie: Red Park

Kopia_rp6zdjęcie: Red Park

Na koniec niespodzianka. Cztery migawki z tego wydarzenia zlepione w jeden film. Pierwsza wprawdzie dość przypadkowa, bo to miało być zdjęcie, ale komentarz był istotny więc tego nie wyciąłem. 

W relacji wykorzystano zdjęcia organizatora: Red Park.

PS Przypomniała mi się jeszcze jedna ciekawostka, o której wiedzą już chyba tylko najstarsi poznaniacy. Otóż Kolejka Parkowa Maltanka wożąca obecnie pasażerów z Ronda Śródka wzdłuż Jeziora Maltańskiego do Nowego Zoo funkcjonowała na przełomie lat 50 i 60 jako wąskotorowa Harcerska Kolejka Dziecięca i rozpoczynała swój bieg od Ogrodu Jordanowskiego przy Młodzieżowym Domu Kultury nr 1. Jej trasa wiodła prawą stroną Drogi Dębińskiej (wychodzi na to, że prawdopodobnie po tym szerokim pasie trawnika, o którym wspominałem przy wpisie o ścieżce rowerowej na Drodze Dębińskiej) i po 2 km kolejka dojeżdżała do Dębiny, gdzie kończyła trasę. 

 

Nowa odsłona... podoba się?

mk130363

Być może niektórzy z Was już kilka dni temu widziało próbkę tego co widać w tej chwili. Była to zmiana wówczas tylko chwilowa. Ponieważ nie wiedziałem jeszcze jak to działa powróciłem do starej wersji. Teraz wiem już więcej na temat nowych możliwości, które z okazji 10 lecia blox przedstawił blogerom i jestem skłonny pozostać przy tej nowej odsłonie bloga. Podstawowa zaleta to szeroka szpalta główna dzięki czemu na pewno zyskuje publikacja zdjęć. I to widać już w poprzednim wpisie, w którym dołożyłem jedno zdjęcie. Nowo publikowane zdjęcia będą podobnej wielkości lub nawet nieco większej. Muszę po prostu wybadać dokładnie jaka ich wielkość maksymalna mieści się na szpalcie. Poza tym oczywiście sam tekst artykułu będzie bardziej czytelny dla naszych oczu bez powiększania czcionki. Nieco powiększą się mapki "endomondo". Tu jestem jeszcze daleki od znalezienia właściwego rozmiaru i prawdopodobnie będę wklejał je w takiej wersji jaką proponuje endomondo. Szpalta boczna w tej odsłonie przeniosła się na lewą stronę. Ujrzycie ją po kliknięciu MENU. Również Kategorie wpisów będą teraz widoczne i możliwe do wybrania z bocznej szpalty, a nie w górnym poziomym wierszu.

Największy problem mam z szerokością widżetu aplikacji run-log. Ta nie mieści się w bocznej szpalcie i chowa pod wpisem (poprzednio nachodziła na szpaltę główną nie zasłaniając jednak wpisów).

Teraz mam pytanie i zarazem prośbę do Was. Ta nowa odsłona jest bardzo świeża. Blox jeszcze ją dopracowuje. Jeśli zauważycie, że coś nie działa właściwie lub coś Wam się nie spodoba, piszcie w komentarzach. Będę także wdzięczny za wszelkie komentarze "za" tą nową odsłoną bloga. Utwierdzą mnie one w przekonaniu , że mój wybór był słuszny. Ten blog zawsze pisałem i piszę z myślą o Was, dlatego zależy mi byście byli z niego zadowoleni.

Powrót?

mk130363

Mam nadzieję, że ten znak zapytania zniknie. W każdym razie rokowania są umiarkowanie optymistyczne. Na tę chwilę mogę spacerować bez bólu, a to już jest coś. Chodzę na razie bardzo delikatnie i ostrożnie, długa przerwa na pewno nie pozostała bez wpływu na moją sprawność, kondycję i siłę mięśni. Ale ma być coraz lepiej, więc i te z pewnością się poprawią. Na razie głównie badam, na co mogę sobie pozwolić. W sobotę wyruszyłem po raz pierwszy od bardzo dawna na moją ścieżkę nad Wartą. Doprawdy trudno uwierzyć jak się za tą formą ruchu i moimi ścieżkami stęskniłem. Przejeżdżając rowerem po mostach na Warcie zawsze je lustrowałem z nieskrywaną zazdrością obserwując biegnące, czy maszerujące tam osoby. Zacząłem od 5 km wędrując bardzo spokojnie do mostu Chrobrego naprzeciw poznańskiej katedry. Miało być dużo krócej tego dnia, ale głód aktywności jest przeogromny. Wracając uruchomiłem kamerę zamocowaną na pasie biodrowym. Stąd taki dziwny film, który ukazuje bardziej podłoże i ścieżkę, mniej okolicę.

 

 

 

W niedzielę pomaszerowałem w drugą stronę w kierunku Hetmańskiej. Wracając zahaczyłem o wał przeciwpowodziowy, niegdyś miejsce moich bardzo intensywnych i długich treningów. Mógłbym powiedzieć, że to nawet kuźnia mojej wytrzymałości na dystansie 20 km. Obecnie wał jest bardzo zaniedbany. Od dwóch lat nie jest tu koszona trawa i "zielsko" wszelkiej maści. Ścieżynka jest bardzo wąska, wyjeżdżona chyba głównie przez równie wąski ślad opony rowerowej. Podobnie jak nikt nie będzie jeździł po zaroślach, tak też nikt nie będzie biegał ani spacerował w krzakach do pasa.

wał1

Wał w okolicy ul. Hetmańskiej

wał 2

Wał w połowie między mostami, widok w kierunku Hetmańskiej

 

 

wał3

Widok z wału na dolinę Warty

wał4

Widok z wału na dolinę Warty

Tym razem przeszedłem 6 km. W kolejnych dwóch dniach maszerowałem ponownie w obu kierunkach pokonując również dystanse około 6 km. W poniedziałek wydłużyłem marsz do końca cypla mijając przy tym katedrę.

kat

Widok z cypla na Katedrę

We wtorek zrezygnowałem z wału, a nawrót zrobiłem za Hetmańską.

dZa mostem na Hetmańskiej to już Dębina

Generalnie nic się tu nie zmieniło, tylko jakby ścieżki mniej wydeptane. Nie wiem czy to dlatego, że wcześniej ja tu przecierałem szlaki i gdy mnie tu zabrakło, tak to wszystko zarosło? W każdym razie jedno się nie zmieniło na pewno. Ludzie lubią imprezować na zielonej trawce, pod chmurką i wiele im do szczęścia w tym względzie nie potrzeba. Szkoda, że brakuje kultury i zostawiają po sobie śmieci.

sm

śmieci na cyplu

Pozytywną zmianą jest naprawa betonem stopni schodów przy moście Królowej Jadwigi, których stan  zagrażał bezpieczeństwu

mkj

Przyczółek mostu Królowej Jadwigi. Widok na dolinę Warty.

sch1

Naprawione schody mostu Królowej Jadwigi

oraz wyremontowanie schodów, a właściwie zbudowanie ich od nowa przy moście Chrobrego (tych zdjęcie uzupełnię przy najbliższej okazji) .           

PS No więc uzupełniam wpis zdjęciem "kredkowych" schodów.

sch2

Opiekun medyczny

mk130363

W czerwcu 2014 ukończyłem Studium Medyczne TEB Edukacja.

Przez rok kształciłem się w zawodzie: opiekun medyczny.

Naukę zakończył państwowy egzamin zawodowy potwierdzający moje kwalifikacje, składający się z części teoretycznej i praktycznej.

Taką pieczątkę od Egzaminatora otrzymałem po zakończeniu egzaminu praktycznego.

pieczątka

W efekcie stałem się nie tylko propagatorem zdrowego stylu życia, ale też w jakiś sposób zawodowo związany ze zdrowiem, czy raczej z opieką nad tymi, którzy je utracili.

Oto moje kwalifikacje w zawodzie opiekun medyczny:

Opiekun medyczny - kwalifikacje

Droga Dębińska

mk130363

To jedna z częściej wykorzystywanych przeze mnie ścieżek rowerowych. Generalnie jestem z niej zadowolony, choć nie ulega wątpliwości, że głównie z tego powodu, iż w ogóle istnieje. Jej długość od skrzyżowania z ul. Królowej Jadwigi do wiaduktu nad ul. Hetmańską to niemal 1,9 km. Nawierzchnia asfaltowa, tylko w okolicy ul. Królowej Jadwigi niewielki fragment jest wybrukowany. Tędy najczęściej jadę na Dębiec i zawsze na Wildę. Na trasie, dokładnie w jej połowie jest jedna sygnalizacja świetlna przy ul. Ojca Żelazka. I chyba jest to jedyna na „moich” trasach inteligentna sygnalizacja działająca na zasadzie fotokomórki. Zbliżając się do niej przy czerwonym świetle najlepiej profilaktycznie zwolnić. W ten sposób dajemy czas na zadziałanie i włączenie zielonego światła, dzięki czemu nie musimy zatrzymywać się, by wcisnąć guzik sygnalizacji. Dla mnie jest to najlepiej działająca sygnalizacja na ścieżce rowerowej w Poznaniu, gdyż średnio licząc można ją przejechać przynajmniej w około 50% bez zatrzymywania się, a jeśli już będziemy musieli się zatrzymać i wdusić dodatkowo przycisk, to czas oczekiwania na zielone nie trwa na ogół dłużej niż pół minuty (i ten ostatni przypadek potwierdzą filmy). Trasa w zasadzie jest dość bezpieczna, jednak na przynajmniej połowie jej długości musimy zachować szczególną ostrożność, z uwagi na różnego rodzaju niebezpieczeństwa. Przebieg trasy pokazuję poniżej.

Opisu trasy dokonam przyjmując punkt startu na skrzyżowaniu z ul. Królowej Jadwigi. Na wstępie warto zaznaczyć, że nie jest to wydzielona ścieżka rowerowa, a ciąg rowerowo-pieszy i z tego wynikają określone konsekwencje, o czym napiszę za chwilę. Właściwie to od strony ul. Królowej Jadwigi nie ma żadnego znaku drogowego, który by to potwierdzał. Wydaje mi się jednak, że ten znak był i z niewiadomych przyczyn został usunięty. Natomiast od drugiej strony tzn. od ul. Ojca Żelazka taki znak jest i nigdzie nie zauważyłem jego odwołania, więc obowiązuje do ul. Królowej Jadwigi. Już rozpoczynając jazdę musimy zachować szczególną uwagę ze względu na to, że znajduje się tu przystanek autobusowy komunikacji miejskiej. Mimo dość szerokiego placu, a może właśnie dlatego, potencjalni pasażerowie stoją na nim w sposób zupełnie przypadkowy, chyba że pada deszcz, gdy skupiają się w okolicy wiaty. I jest to całkowicie zrozumiałe. Być może gdyby wydzielono tu namalowanymi pasami ścieżkę rowerową, byłoby dla nas lepiej. Jednak chyba celowo nie jest to zrobione i ten fragment jest właściwie tylko chodnikiem. Dzięki temu za każdą kolizję rowerzysty z pieszym winą można obarczyć tego pierwszego, co jest chyba najłatwiejszym rozwiązaniem w przypadku jakiegokolwiek sporu wynikłego z takiej ewentualności. Wydaje mi się, że brakujący znak był albo kilkanaście metrów przed przystankiem albo tuż za przystankiem, gdy kończy się nawierzchnia z kostki brukowej. W tym drugim przypadku nie wiem, jak ma dojechać do niej rowerzysta unikając jazdy po chodniku. No chyba, że wybierze jezdnię dla samochodów, które jest  rozwiązaniem zupełnie bez sensu, gdyż powoduje konieczność zatrzymania się i pokonania wysokiego krawężnika za wysepką autobusową. To może powodować niebezpieczeństwo potrącenia przez samochód, którego zrelaksowany pokonaniem skrzyżowania kierowca, może się nie spodziewać nagłej przeszkody w postaci zatrzymującego i zsiadającego z roweru rowerzysty. Zaś plac w rejonie przystanku jest bardzo szeroki, więc ewentualnie jest gdzie odbić, by zamyślonego pasażera, czy pieszego nie potrącić. Analizując całą tę niezręczną sytuację, nie wiem czy nie najlepszym rozwiązaniem byłoby przesunięcie wiaty przystankowej bliżej zatoczki autobusowej i puszczenie rowerzystów wydzielonym pasem za tą wiatą. Po minięciu przystanku nadal musimy zachować szczególną ostrożność, gdyż to nie koniec niebezpieczeństw, które na nas czyhają na trakcie rowerowo-pieszym. Oczywiście nadal musimy uważać na pieszych, ale to nie wszystko, gdyż teraz wpadamy w strefę parkowania. Ta strefa ciągnie się praktycznie na całej długości trasy do skrzyżowania z ul. Ojca Żelazka, czyli wspomnianej sygnalizacji świetlnej. Na naszej drodze mogą pojawić się manewrujące przy parkowaniu samochody, a niektóre z nich poruszają się po niej nawet kilkaset metrów poszukując dla siebie miejsca. Jest to dla nas duże utrudnienie spowalniające naszą jazdę przez tarasujące samochody. Zazwyczaj kierowca parkującego samochodu zajęty jest poszukiwaniem miejsca i jego uwaga na rowerzystów może być przytępiona. Początkowo przez około jest 150 m jest to parking strzeżony, odgrodzony na naszym przejeździe słupkami, między którymi musimy się zmieścić, później jest to parking niestrzeżony, służący głównie użytkownikom obiektów sportowych. Przydałoby się te słupki pomalować w jakieś jaskrawe paski dla zwiększenia bezpieczeństwa. Równocześnie ze strefą parkowania przejeżdżamy przez strefę blisko położonych obiektów sportowych, gdyż obie właściwie niemal dokładnie się pokrywają. Stadion AWF, korty tenisowe, pływalnia, boiska piłkarskie klubu sportowego Warta. To właśnie te obiekty powodują, że ruch pieszych (często bardzo zamyślonych lub pochłoniętych rozmową z przyjaciółmi) jest tu dość istotnym czynnikiem wpływającym na naszą jazdę. Strefa obiektów sportowych na około 100 m przed sygnalizacją świetlną zamienia się w strefę giełdy kwiatowej. Tu szczególną ostrożność musimy zachować w godzinach przedpołudniowych, gdy ruch parkujących samochodów, a także pieszych przecinających zazwyczaj w poprzek nasz tor jazdy, jest bardzo, bardzo duży. Nawierzchnia na całym odcinku od ul. Królowej Jadwigi do ul. O. Żelazka pozostawia wiele do życzenia. Choć jest asfaltowa tak jak lubimy, to jednak pocięta jest wzdłuż i w poprzek różnymi pozostałościami po remontach, i prowadzeniu czy przekładaniu rozmaitych instalacji. Widać tego skutki dokładnie na filmie, gdyż nierówności podłoża przeniosły się w sposób bardzo istotny na drgania kamery.   

Po minięciu opisanej wcześniej sygnalizacji świetlnej możemy skręcić w prawo, w ścieżkę wiodącą na Wildę. My jedziemy prosto i trafiamy w strefę umiarkowanego relaksu.

Żeby było też coś o Nordic walking wspomnę, że właśnie wzdłuż tej części ścieżki bardzo często trenowałem chodząc z kijami późną jesienią 2009 roku, gdy nie posiadałem jeszcze latarki czołowej. Umożliwiało to oświetlenie z lamp drogowych, a ja zazwyczaj wybierałem nawierzchnię trawiastą, gdzieniegdzie wydeptaną przez biegaczy. Uprawianiu rekreacji sprzyjało tu także położenie w pewnej jednak odległości od jezdni oraz wśród zieleni parku i ogródków działkowych.    

Najpierw po prawej stronie przez niemal połowę tego odcinka mamy więc Łęgi Dębińskie. Park w ostatnich latach został uporządkowany, zadbany i przystosowany do wszelkiego rodzaju rekreacji. Po jego minięciu, aż do końca trasy przy wiadukcie ul. Hetmańskiej, ciągną się ogródki działkowe. Na tym całym odcinku relaksowym ciąg rowerowo pieszy oddzielony jest od jezdni samochodowej dość sporej szerokości pasem trawnika, co powoduje, że nie musimy wdychać spalin bezpośrednio z rur wydechowych. Tu przy okazji remontu całej Drogi Dębińskiej asfalt także ścieżce został przed 2-3 laty odnowiony, a jazda po gładkiej  nawierzchni stała się tu dużo przyjemniejsza. Konsekwencją tego stał się wzmożony ruch rolkarzy na tym odcinku. Niestety nie da się nie zauważyć, że już teraz występują tu jednak liczne poprzeczne pęknięcia asfaltu powodujące także jego wybrzuszenia, co powoduje, że co kilkanaście lub kilkadziesiąt metrów naszym rowerem bardziej lub mniej wstrząsa. Czas przejazdu całej trasy mieści się zazwyczaj w 7-8 minutach, bez rozwijania jakichś szczególnych prędkości.

Trasę sfilmowałem i można ją zobaczyć poniżej.

Po przejechaniu pod wiaduktem na ul. Hetmańskiej mamy trzy alternatywne kierunki dalszej jazdy. Dzika droga gruntowa na wprost obok ogródków działkowych prędzej czy później wyprowadzi nas na jezdnię Drogi Dębińskiej. Ścieżki rowerowe biegną w prawo lub w lewo i prowadzą na ścieżkę wzdłuż trasy Hetmańskiej. Przy skręcie w lewo musimy pokonać przejazd rowerowy przecinający jezdnię przy przejściu dla pieszych bez sygnalizacji świetlnej. Przy skręcie w prawo musimy pokonać wyrwę w asfalcie wyciętą podczas prowadzenia jakiejś instalacji bodajże przed dwoma laty. O uporządkowaniu tego miejsca wykonawca najzwyczajniej zapomniał lub po prostu zlekceważył zasypując tylko piaskiem, który jak łatwo było przewidzieć osiadł i/lub został wypłukany deszczem.

dd1

Ominąć dziurę można jedynie bokiem, co widać po wyjeżdżonych ścieżkach. Jednak widać też po śladach, że wielu jednak w nią wpada nie zdążając wyhamować. Dość długi czas jaki upłynął od zdewastowania tego miejsca, skłonił mnie do poinformowania o zaistniałym utrudnieniu portalu Rowerowy Poznań, który zapewne zgłosi to do Zarządu Dróg Miejskich. Mam nadzieję, że zrobią z tym porządek.

dd2

Oczywiste jest, że po trasie poruszam się w obie strony, dlatego też nagrałem film także podczas jazdy powrotnej.      .                                        

 

 

Nowy dział na blogu

mk130363

Ponieważ moją aktywność ruchową zdominowała w ostatnim czasie jazda na rowerze postanowiłem, wydzielić osoby dział (Kategoria "Rower") temu poświęcony.

row

Będę w nim zajmował się głównie jazdą "rowerem po Poznaniu" (taki jest podtytuł działu)w sensie komunikacyjnym, opisywał ścieżki rowerowe lub ich fragmenty, a także zajmował się różnymi problemami na jakie napotykamy podczas codziennych przejazdów do naszych celów podróży. Nie przewiduję na razie zwiększenia aktywności w poruszaniu tematów związanych z treningami na rowerze. Te mieszczą się zresztą także ewentualnie jako forma rekreacyjna w dziale "Trening nie tylko NW".

Wkrótce pojawią się tu pierwsze wpisy okraszone :) krótkimi filmami z niektórych przejażdżek.

Oczywiście może nasunąć się pytanie, co to ma wspólnego z Nordic walking? Dla wyjaśnienia wątpliwości warto więc zauważyć, że jeśli już potraktujemy Nordic walking jako pewien styl życia, to może się to przenieść na inne dziedziny aktywności ruchowej i tak nas skutecznie zainfekować, że naszym stylem życia stanie się aktywność ruchowa w ogóle. W tym aktywnym stylu mieści się też jazda na rowerze, której postanowiłem poświęcić trochę uwagi. 

Wokół Jeziora Maltańskiego

mk130363

O Malcie w szerokim rozumieniu pisałem nie raz. Bez wątpienia jest to jedno z najbardziej popularnych miejsc służących rekreacji i wypoczynkowi na świeżym powietrzu w Poznaniu. Przypomnę mój pierwszy wpis o tym miejscu: Malta . Później chyba około setkę razy pisałem o Malcie przy okazji różnych imprez biegowych bądź nordickowych. Opisywałem także dokładnie trasy położone na wschód od jeziora, w lesie, wiodące niemal do Swarzędza. Niejednokrotnie zamieszczałem też zapisy endomondo trasy pokonanej wokół jeziora.

Podstawową informacją o trasie, która jakże często wykorzystywana jest podczas rozmaitych imprez rekreacyjno - sportowych, jest jej długość. Najczęściej przyjmuje się, że jest to 5400 m.

W zasadzie wrysowując trasę na mapie wychodzi, że jest to 5430 m, jednak należy wziąć pod uwagę, że tak "mierzona" długość nie uwzględnia najkrótszego jej przebiegu (brak odpowiednio dużego powiększenia mapy). Z drugiej strony wrysowanie na mapie nie uwzględnia ukształtowania terenu co powoduje, że faktycznie trasa jest z pewnością nieco dłuższa niż jej przecież rzut na mapę. Trasa generalnie jest dość płaska, ale są tu jednak niewielkie podbiegi i zbiegi. Mimo wszystko podając długość trasy zaokrągla się ją najczęściej z dokładnością do 100 m. Czasem niektórzy organizatorzy podają ten dystans jako 5300 m. Nie jest to moim zdaniem do końca prawdą, mimo, że robiąc pewne możliwe na trasie skróty (ścinając zakręt przy starcie toru regatowego lub biegnąc po trawie na wprost w rejonie Term Maltańskich) można w sumie "zaoszczędzić" kilkadziesiąt" metrów i przebiec jak mi wyszło 5370 m. I pewnie licząc się z pewną niedoskonałością uczciwości startujących w zawodach przy braku otaśmowania trasy, niektórzy podają tę krótszą wersję dystansu. 

Start i meta wszelakich imprez sytuowane są zazwyczaj w rejonie mety toru regatowego, przed "nowymi" trybunami, w pobliżu hangarów sportów wodnych.

wm1

START

Inne miejsca startu to rejon stoku Malta Ski lub amfiteatr między stokiem a Hotelem Park. Trasa w przeważającej części jest odkryta i nasłoneczniona, jednak w zależności od pory dnia różne jej fragmenty mogą być bardziej lub mniej zacienione. Najczęściej podczas imprez (w zasadzie jest to reguła) biega lub maszeruje się zgodnie z kierunkiem ruchu wskazówek zegara. Treningowo kierunek zależy od naszych upodobań. Ja akurat do biegania i maszerowania wybieram zawsze kierunek zgody z tym jaki jest preferowany podczas imprez, natomiast w przypadku jazdy rowerem najczęściej wybieram kierunek "pod prąd". Trasę wokół jeziora jakiś czas temu oznakowano podając dystans co 500 m. Z pewnością jest to duże ułatwienie łapania międzyczasów przez trenujących. Podłoże trasy jest w całości twarde - głównie asfalt, fragmentami kostka brukowa, aczkolwiek są miejsca na których można biec treningowo wydeptaną obok wąską ścieżką lub po trawie. W zwodach nie zalecałbym jednak stosowania takiego wariantu ze względu na nierówności, których stopień trudno przewidzieć podczas ścigania.  

wm2

Ja postanowiłem trasę sfilmować, jadąc rowerem. Oto jak wygląda trasa z perspektywy ... pewnie bardzo szybkiego biegacza.

 

Zapis przejazdu na endomondo poniżej:

 Jak widać pewne "skoki w bok" i "skróty"dość dobrze "znoszą się" dając w zapisie w miarę dokładny dystans. 

wm3

4150 m

By jednak pokazać w pełni walory tej trasy postanowiłem również sfilmować ją, jadąc w odwrotnym kierunku. Dzięki temu na filmie "złapałem" kolejkę Maltankę zmierzającą do poznańskiego ZOO. 

 

Tym razem start i metę przejazdu nieco przesunąłem, gdyż w oznakowanym miejscu jako "start" i "meta" mógłbym nie zdążyć wyhamować pędząc z niewielkiej, ale dość stromej górki. 

 

I zdaje mi się, że nieznacznie przejechałem tym razem miejsce startu. Dystans wskazany przez endomondo jest jednak podobny jak poprzednio.

Entuzjastom Nordic walking nie polecam tej trasy jako miejsca stałych treningów, ze względu na twarde podłoże. Jednak z ciekawości myślę, że warto taką trasę zaliczyć choćby dla jej walorów krajoznawczych. 

Podstawową wadą tej trasy jest z reguły duży tłok tu panujący*, zwłaszcza podczas weekendów i słonecznych ciepłych popołudni. Niebezpieczni są tu pędzący rowerzyści, szeroko i  zamaszyście jeżdżący rolkarze, a także nieprzewidywalni spacerowicze. Duże zagrożenie dla siebie i dla innych stanowią dzieci, które zazwyczaj mają tendencję do patrzenia się w zupełnie inną stronę niż się poruszają. Tu duża rola jest dla rodziców, by nie narazić ich na wszelakie niebezpieczeństwa.

Najbardziej zdyscyplinowani i przewidywalni użytkownicy to biegacze i uprawiający Nordic walking. Oni mają zazwyczaj swój jasno określony cel (przebiegnięcie lub przejście pewnej ilości kółek) i nie zmieniają w sposób nagły, i niespodziewany kierunku ruchu. 

*) filmy nagrałem dzień po długim weekendzie, gdy pewnie wielu poznaniaków miało na razie dość tego miejsca, dzięki czemu na trasie było mniej tłoczno niż zazwyczaj

 

 


Parkrun Poznań - bieg nr 104_26.07.2014

mk130363

Nie mogło mnie zabraknąć na drugich urodzinach Parkrun Poznań. Czuję się trochę jednym z ojców chrzestnych tej imprezy na naszym podwórku. W końcu promowałem ją jeszcze przed startem czyli narodzinami. I szybko zdobyła moje serce jako najlepsza cykliczna impreza biegowa w Polsce.

10418

Pojechałem na nią, jakżeby inaczej rowerem. I omal się nie spóźniłem przez łapanki poznańskiej drogówki na rowerzystów. W porę na szczęście zauważyłem pana w białej czapce, wysiadającego z cywilnego samochodu zaparkowanego na chodniku na widok rowerzystki przejeżdżającej przez przejście dla pieszych. Sam więc przeprowadzałem rower przepisowo przez 6 minut na drugą stronę ulicy. Tyle to niestety trwa jeśli ulica jest dwujezdniowa z torowiskiem tramwajowym, a sygnalizacja działa tak, że za jedną zmianą nie ma szans przejść obu jezdni. W tym czasie przejechałbym 2 km i spokojnie zameldowałbym się na Cytadeli przed czasem. A tak dojechałem na styk i nie meldując się w miejscu zbiorki (meta biegu) przystanąłem od razu niedaleko startu chcąc zrobić pierwsze fotki uczestnikom na początku biegu. Dobrze też, że moment startu wydłużył się nieco z uwagi na ceremonię wręczenia koszulki "100 biegów Parkrun" pierwszemu poznańskiemu uczestnikowi.

Sam z mieszanymi uczuciami patrzę na to, bo mimo należnej mi koszulki "50 biegów Parkrun" od grudnia ubiegłego roku ... jeszcze jej nie otrzymałem. W ogóle to firma Adidas to jakieś nieporozumienie jest, bo w Poznaniu mimo, że koszulka przysługuje kilkunastu uczestnikom, dostały ją jak na razie tylko 4 osoby i od września 2013 słuch po koszulkach zaginął. Parkrun szuka bardziej rzetelnego partnera, ale póki co koszulek nie ma.

Zdążyłem więc spokojnie wypakować aparat fotograficzny z plecaka i ustawić żądane opcje foto. Po tym nieco dłuższym przywitaniu biegacze w końcu ruszyli, a ja uwieczniłem to na zdjęciach.

1041

1042

1043

1044

1045

Po minięciu ostatnich biegaczy z peletonu, przeniosłem się na miejsce końca biegu, oczekując tu na wszystkich meldujących się na mecie.

100419

1046

1047

Witani byli oni nie tylko fotografią artystyczną :) ale także rockową nutą.

1048

1049

10410

10411

10412

10413

10414

10415

10416

Pełna galeria zdjęć u dołu notki. 

Dla wszystkich uczestników partner biegu firma Ziaja przygotowała reklamowe próbki kosmetyków. Nie zabrakło też tradycyjnego zdjęcia grupowego,

10417

a na koniec wręczono drobne upominki zawodnikom i zawodniczkom, którzy/e w minionym roku zgromadzili najwięcej punktów w klasyfikacji Parkrun Poznań. 

     

Parkrun Poznań_104

Pielgrzymka biegowa na Jasną Górę

mk130363

Wyruszyli we wtorek 22-go , by w czwartek 24-go lipca wbiec na Jasną Górę. Pielgrzymka biegaczy ze Stowarzyszenia MSICS Poznań w formie sztafety przemierzyła 315 km.  Start nastąpił tradycyjnie z parafii p.w. św. Mateusza na poznańskich Ratajach. Towarzyszyłem im na rowerze podczas pierwszego etapu, odprowadzając 3 km za Rogalin. Jedna zmiana takiej sztafety to około 5 km. Miejsca zmian i przebieg poszczególnych etapów ustalone są już 11 letnią tradycją. Takich zmian przypada na parę uczestników około 3 w ciągu dnia. Biegną zazwyczaj w parach, ale to takie minimum, bo często jest ich 3-ech czy nawet 4-ech w zmianie. Niektórzy są tak wybiegani, że przebiegają pełny maraton w ciągu jednego dnia, albo ponad 100 km w ciągu trzech dni. Od ubiegłego roku w pielgrzymce biegowej są także zmiany maszerujące z kijami. To doskonały przykład integracji obu dyscyplin. Wszyscy są biegaczami, ale niektórzy od dłuższego czasu, bądź od niedawna, uprawiają także Nordic walking. Zdrowie nie każdemu pozwala podejmować tak dużego wysiłku biegowego i Nordic walking jest w tym przypadku doskonałą alternatywą, by w tej pielgrzymce także uczestniczyć. 

Oto uczestnicy tegorocznej 12 Pielgrzymki:

1 zmiana - Ziemowit Świątek, Janusz Zaremba

2 zmiana - Iliana Jopek- Lubik, Agnieszka Golak

3 zmiana - Janusz Andrzejewski, Janek Świątek

4 zmiana - Jola Witczak, Andrzej Frankowski

5 zmiana (NW) - Piotr Kominowski, Jan Piduch

6 zmiana - Jakub Ślipko, Patryk Podgórny,

7 zmiana (NW) - Andrzej Kończal, Stanisław Przybylak,

rowerzyści piloci - Mieczysław Waligórski, Tadeusz Becelewski

kierownik - Bogdan Czajka

kierowca - Johnny. 

Po krótkiej modlitwie w kościele startujemy. Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie, a raczej mała sesja zdjęciowa. Pierwszy 5 kilometrowy odcinek z osiedla Orła Białego, ulicą Obodrzycką, na Starołękę biegną wszyscy razem. Tu przed przejazdem kolejowym większość uczestników wsiada do autokaru.

pnjg1

pmjg2

Teraz obieramy kierunek Wiórek, Rogalinek, Rogalin, Śrem, Gostyń, Pępowo. Do figury* towarzyszy nam eskorta policji na motocyklach. Drugi etap kończy się w Mieleszynie, a trzeci w Częstochowie. Tam też wszyscy razem wbiegli na Jasną Górę.

Ogromny upał towarzyszy biegaczom. Mimo, że rozpoczynamy ten pierwszy etap przed 8 rano, już czuć, że biec nie będzie łatwo. Dużo trzeba będzie uzupełniać płynów. Sam zabrałem oprócz bidonu dwie butelki wody do plecaka. Ale wysiłek biegowy to nie wszystko. Autokar co około 5 km zatrzymuje się na kilkunastominutowy postój w oczekiwaniu na biegnącą zmianę, by ją przejąć i wypuścić nową. Właściwie cały dzień biegacze są na najwyższych obrotach i pełnym napięciu oczekiwania na swoją, kolejną zmianę. To z pewnością powoduje dodatkowe zmęczenie. Jazda pilotującego rowerzysty też nie jest dużo łatwiejsza. Przejeżdża on dziennie ponad 100 km, musi dostosować tempo do biegaczy i ... hamować na zjazdach. To nieustanny, kilkunastogodzinny często wysiłek, w pełnej koncentracji, by właściwie ubezpieczać biegnących. Tu nie nie można sobie pozwolić nawet na krótką chwilę wytchnienia. Jest dwóch pilotów i jeden jedzie zawsze z przodu, a jeden zawsze z tyłu. Tylko na tym odprowadzeniu za Rogalin było nas jeszcze dodatkowych dwóch wspomagających. Kilkakrotnie podczas tej jazdy przyspieszałem jednak i wyprzedzałem nasz peleton, by później zatrzymać się i zrobić biegnącym zdjęcia.

pnjg3

pnjg5

pnjg4

Po 23,5 km, podczas kolejnego przejęcia pałeczki sztafetowej pożegnałem biegnących i maszerujących wracając do Poznania. Przebieg całej jazdy tutaj:   

 

Pielgrzymka biegaczy na Jasną Górę

Figura*) – figura Matki Boskiej stojąca na rozwidleniu dróg - skrzyżowaniu ulic Starołęcka - Głuszyna (wyjaśniam jak by ktoś ze "Starołeny" nie był)



Biegaj z Opel Szpot - lipiec 2014

mk130363

Cykl poświęcony paskowi nadgarstkowemu spowodował, że aktualne wydarzenia zeszły na dalszy plan. Przyznam jednak, że mój udział w tych wydarzeniach był bardziej towarzyszący niż aktywny, a nie chciałem zarówno wybijać się z toku myślenia przy pisaniu ostatnich artykułów, jak i przy okazji czynić zamieszania czytelnikom.

19 lipiec

W ubiegłą sobotę odbył się przeniesiony z tego tygodnia, bieg z cyklu "Biegaj z Opel Szpot". Poznański triathlon spowodował konieczność zmiany jego terminu. To zaowocowało bardzo niską frekwencją. Taka jest siła przywiązania do terminu rozgrywania cyklicznej imprezy (ostatnia sobota miesiąca), że większość potencjalnych uczestników nie skojarzyła tych dwóch imprez. W biegu wystartowało zaledwie 50 uczestników. To średnio licząc około 10% tego, co często bywa na tym cyklu. Ja pojechałem, by towarzyszyć na rowerze w marszu Nordic walking moim przyjaciołom: Staszkowi Przybylakowi i Jankowi Piduchowi. Start poprzedziła rozgrzewka poprowadzona w rytm muzyki przez Karolinę - instruktorkę fitness z Centrum Fitness „ATRIUM” w Swarzędzu. To bardzo widowiskowy i efektowny punkt programu, coraz bardziej modny na imprezach biegowych i nie tylko. Z uwagi na upał tym razem poprowadzony został nieco mniej intensywnie niż zwykle.

Chwilę po jej zakończeniu nastąpił start.

os1

ps2

Ja wystąpiłem w roli kibica i fotoreportera. Prawie całe okrążenie Malty towarzyszyłem na rowerze Staszkowi. Mimo dużego upału tempo marszu było bardzo dobre (poniżej 8 minut/km), co widać także po zapisie mojej jazdy zarejestrowanej na endomondo.

Janek już na początku wysforował się o jakieś 100-150 m do przodu i utrzymywał tę przewagę  do końca. Na ostatnim kilometrze wyprzedziłem obu przyjaciół, by oczekiwać na nich na mecie. 

os3

os4

Tu na uczestników czekały jak zwykle niespodzianki przygotowane przez organizatorów i sponsorów. Oprócz jak zwykle losowanej Corsy na weekend, 20 nagród rzeczowych wzbogacono dodatkowo o... tablet. Każdy z uczestników otrzymał na mecie wodę (w dowolnych ilościach) i został poczęstowany jabłkiem. 


Biegaj z Opel Szpot_lipiec 2014

Pasek nadgarstkowy - rozwiązanie problemu

mk130363

Nie jestem zwolennikiem zakupu tanich kijów z marketów, wprost przeciwnie. Sam pierwsze kije kupowałem, mimo już posiadanej wówczas dość dużej wiedzy teoretycznej, za pośrednictwem instruktorki Nordic walking. No ale rozumiem, że bywa iż ktoś pod wpływem impulsu kupuje takie kije, bo są tanie i ryzyko straty finansowej tym samym niewielkie. Najczęściej kije nie mają żadnej instrukcji, a pytając sprzedawcę raczej możemy spodziewać się wprowadzenia w błąd lub utwierdzenia w naszych błędach, jak zakupionych kijów używać. Nie każde z tych kijów nie nadają się do chodzenia. By jednak tak było, musimy wiedzieć przede wszystkim jak takie kije „założyć” na nasze dłonie. Ja przedstawię to na sprezentowanych mi przez Kazimierza Sikorskiego kijach marki XELUS.

Kije XELUS

Kije te są również dość tanim produktem, który można nabyć podobno ... na jarmarkach lub allegro. Sprowadzane najprawdopodobniej z Niemiec, gdzie pewnie podobnych firm jest co najmniej kilka jeśli nie kilkanaście. Według napisu zamieszczonego na kijach posiadają 50% carbonu. Czy to odpowiada jakości kijów z taką ilością carbonu np. firmy LEKI śmiem wątpić, ale jest to z pewnością lepszy materiał niż niepewnego pochodzenia aluminium w kijach składanych. To co pozytywne jest w tych kijach z mojego punktu widzenia to także to, że kije są jednoelementowe, w moim przypadku o długości 120 cm. O tym, że kije nie są najnowszym dziełem myśli technicznej konstruktorów kijów NW, świadczyły niestety groty tych kijów. Nie wiem jakie były "fabryczne", ale według opowiadania Kazimierza te oryginalne były bardzo nietrwałe. Ja otrzymałem już kije po przeróbce tego elementu - z grotami wykonanymi i wklejonymi przez darczyńcę. Pasek „rękawiczki”  jest taki jak najczęściej występujący w tanich kijach marketowych – szeroki wokół nadgarstka z dwoma tasiemkami mocującymi go do rękojeści, oczywiście zapinany na rzep. Na tasiemkach są oznaczenia lewej bądź prawej ręki. Rękojeść jest łukowato wygięta, co zapewnia wygodę trzymania w dłoniach.

pn1

pn2

pn3

Jak założyć

Wąskie paski mocowane są w górnej części rękojeści. I to często sugeruje, że powinny one po założeniu rękawiczki przebiegać po zewnętrznej, grzbietowej stronie dłoni nad kciukiem.

pn4

Tymczasem tak nie powinno się ich zakładać. Poprawne włożenie polega na tym, by szersza część paska okalającego nadgarstek znajdowała się od wewnętrznej strony dłoni.

pn5

To w tej szerszej części wąskie tasiemki naszyte są na pasku w kształcie litery „V”. I ta litera „V” powinna znaleźć się po stronie wewnętrzne, a nie po stronie grzbietowej. To powoduje, że wąskie tasiemki znajdą się pod kciukiem podobnie jak w pasku CR. Również w przypadku tych pasków należy odpowiednio wyregulować długość tasiemek, tak aby zapewniały przyleganie dłoni do rękojeści, ale by nie było to zbyt ciasne. Po uchwyceniu rękojeści należy zapiąć pasek na nadgarstku.

pn6

pn7

I wówczas tak to będzie wyglądać:

pn8

z góry

pn9

od wewnątrz

Marsz

Tak jak pisałem wcześniej kontrola kijów z paskami nadgarstkowymi jest bardzo ograniczona. Osoby, które zaczynają chodzić z kijami jednak i tak na ogół nie puszczają na początku rękojeści podczas odepchnięcia. Nie mniej później trudno będzie nauczyć się z takim kijami właśnie takiego odepchnięcia, które wymaga puszczenia rękojeści. Sam oczywiście także spróbowałem maszerować z tymi kijami. I zrobiłem to zaraz po ich otrzymaniu jeszcze w lipcu ubiegłego roku. Zdjęcia i filmy prezentowane na blogu pochodzą właśnie z tego treningu.

Najpierw sprawdzenie prawidłowego zapięcia i ułożenia pasków.

pn10

pn11

Musimy zwrócić uwagę by taśmy nie skręciły się podczas marszu.

pn11

Marsz rozpocząłem od techniki podstawowej polegającej na trzymaniu rękojeści przez cały czas podczas każdej fazy marszu, a więc zarówno podczas wbicia kija jak i podczas odepchnięcia. Całkowite wypuszczenie rękojeści jest możliwe przy pewnej wprawie. Niemniej trzeba liczyć się z tym, że co kilkanaście, czasem jak się uda co kilkadziesiąt kroków, możemy całkowicie stracić kontrolę nad kijem. Może być to niebezpieczne jeśli kij zaplącze się wówczas o nasze kończyny dolne, a już na pewno powodować będzie jakieś zakłócenie rytmu marszu i będzie to dla nas wówczas pewien dyskomfort. Nie wspomnę już o tym, że kije fruwające bez kontroli wokół nas mogą być niebezpieczne dla mijanych przez nas osób lub sprawiać wrażenie naszej nieporadności, co może być powodem żartów i docinków na nasz temat i dyscypliny, którą uprawiamy. W toku prób wypracowałem pewien sposób umożliwiający częściowe puszczenie rękojeści, zapewniający utrzymanie kontroli nad kijem. Polega to na tym, że otwieramy dłoń w ten sposób, aby cały czas rękojeść kija lekko przytrzymywać między kciukiem i nasadą wyprostowanego (w fazie otwarcia) palca wskazującego.

pn12

dłoń mija biodro

pn13

końcowa faza odepchnięcia

W późniejszej rozmowie z Kazimierzem Sikorskim on również potwierdził ten właśnie sposób maszerowania z takimi kijami. 

Na filmie prezentującym marsz z tymi kijami pokazałem najpierw sposób z trzymaniem rękojeści podczas wszystkich faz marszu, następnie sposób kontrolowanego wypuszczania rękojeści oraz  sposób w pełni swobodnego wypuszczenia rękojeści.

Druga wersja tego samego filmu pokazuje to w zwolnionym tempie.    

Film nagrywałem sam sobie, więc proszę wybaczyć pewne jego niedoskonałości, gdyż maszerując z jednym kijem, w drugiej ręce musiałem trzymać telefon komórkowy (i drugi z kijów) i odpowiednio celować w kadrowany obraz. 

Pasek nadgarstkowy

Pasek nadgarstkowy - pasek CR drugie starcie

mk130363

Jaki jest związek dwóch poprzednich notek? Otóż w pierwszej zaprezentowany pasek renomowanej firmy EXEL jest typowym paskiem nadgarstkowym. W drugiej, pokazany pasek jest imitacją, czasem lepiej, czasem mniej, udaną paska nadgarstkowego. Tę imitację można jednakże potraktować wprost także jako pasek nadgarstkowy.   Artykuły te powstały dzięki pomocy dwóch osób – pasjonatów NW. Pierwszą z nich jest Kazimierz Sikorski – instruktor NW z Włocławka. To on zwrócił mi uwagę, że ten dziwny pasek w tanich kijach jest paskiem nadgarstkowym i polecił mi przy okazji lekturę książki „NORDIC WALKING Rekreacja, rehabilitacja i zdrowie” trójki autorów (P.Kocur, M. Wilk, P. Dylewicz), gdzie taki pasek opisano. Co więcej sprezentował mi kije NW z takimi paskami, które opiszę w  kolejnej notce. Drugą osobą jest Krzysztof Walczak – Naczelny portalu chodzezkijami.pl , który przesłał mi zdjęcia kijów i paska EXEL-a tego, który widziałem w 2009 roku.     

Pasek CR

Na początek przedstawię zdjęcia tego profesjonalnego paska i sposób jego zapięcia. Okazuje się, że pasek był stosowany również w innych modelach kijów EXEL. Ja mimo przeszukiwania wielu stron internetowych w 2009 roku, widziałem go tylko w modelu Sport. Krzysztof Walczak pozyskał kije z paskiem CR kilka lat później i był to akurat model Trainer. O ile jednak pasek w obu modelach jest bez wątpienia ten sam, o tyle rękojeść obu kijów nieznacznie różni się (tak mi się wydaje na podstawie dostępnych zdjęć i mojej pamięci). Ta z modelu Sport jest jakby bardziej opływowa. Linie jej kształtu są łagodniejsze, bardziej zaokrąglone przez co rękojeść ta sprawia wrażenie idealnie dopasowanej do dłoni, co może powodować jeszcze większy komfort użytkowania. Bez wątpienia jest to rękojeść jedyna w swoim rodzaju i niepowtarzalna. Jest jeszcze jedna różnica obu rękojeści, ta w modelu Sport była wklejana, ta w modelu Trainer jest ryglowana, czyli wymienna na podobnej zasadzie jak obecnie groty w kijach EXEL.

Jak założyć

Prawidłowe założenie paska nadgarstkowego po sprawdzeniu, na którą rękę jest przewidziany (R – prawa ręka, L – lewa ręka) wymaga włożenia ręki od dołu tak, by szeroki pasek obejmował nadgarstek u góry, a wąskie paski przebiegały po wewnętrznej stronie dłoni od dołu pod kciukiem (tworząc jakby literę "V"), chwycenia rękojeści kijka dłonią oraz zapięcia na rzep paska wokół nadgarstka. Należy przy tym zwrócić uwagę by wąskie paski nie krzyżowały się oraz by ich długość była odpowiednio dobrana. Tu musimy się liczyć z tym, że być może parokrotnie będziemy musieli zmieniać długość tych pasków gdyż dłoń nie powinna zbyt mocno dolegać do kijka, jednak wiązanie nie powinno być też zbyt luźne.

cr1

cr2

cr3

cr4

Skopiowana galeria zdjęć tutaj:

 

Pasek nadgarstkowy EXEL - CR

Czy będę miał możliwość trzeciego starcia z tym paskiem, czyli wypróbowania go w praktyce? Chętnie, tylko kije EXEL Nordic Walker Sport - CR 2009 są coraz mniej dostępne na rynku i kosztują tyle ile 5 lat temu - 380 zł. Może kiedyś ktoś wypożyczy?

W kolejnym odcinku postaram się pomóc rozwiązać problem z poprzedniego, czyli założyć prawidłowo kije z pokazanym wcześniej dziwnym paskiem.

Pasek nadgarstkowy - problem

mk130363

Dość duży problem z właściwym założeniem „rękawiczki” mają nabywcy niektórych tanich kijów z marketów lub aukcji allegro. Są to zazwyczaj kije składane, trój-segmentowe, rękojeść jest podobna do tych, które oferują bardziej renomowani producenci kijów NW. „Rękawiczka” nie ma jednak wydzielonego kciuka i jest szerokim paskiem otaczającym nadgarstek połączonym z rękojeścią dwoma cienkimi paseczkami.

Zdjęcia kijów z pierwszej z brzegu aukcji allegro wyglądają tak:

kipn

 

kpn2

Bywa, że kije takie nawet nazywane są trekkingowymi (mimo, że rękojeść nie jest taka jak w kijach trekkingowych). Czasem taki system pasków spotkać można także w kijach oferowanych przez niektóre marki związane z turystyką. Problem w tym, że nigdy nie spotkałem się z instrukcją pokazującą jak taki pasek prawidłowo założyć. Powoduje to najczęściej założenie rękawiczki w sposób dokładnie odwrotny do tego właściwego. Jaki jest komfort marszu z takimi kijami? Praktycznie nie możliwości żadnej kontroli nad rękojeścią (a co za tym idzie i kijem) po jej wypuszczeniu podczas końcowej fazy odepchnięcia. To powoduje, że z takimi kijami osiągniemy co najwyżej poziom Basic w naszej edukacji Nordic walking. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że podczas marszu praktycznie przez cały czas musimy trzymać rękojeści w dłoniach i nie ma możliwości ich wypuszczenia. Wprawdzie doświadczeni N-walkerzy w większym lub mniejszym stopniu potrafią to zrobić nawet z tak uporczywą „rękawiczką”, ale wynika to tylko z ich doświadczenia i pewnej wprawy, którą nabyli posługując się rękawiczką z wydzielonym kciukiem (jak sobie z tym poradzić również podpowiem w jednej z następnych notek). Natomiast kije takie kupują zazwyczaj osoby robiące pierwsze kroki w tej aktywności i nauka puszczania rękojeści i odepchnięcia poza biodrem będzie dla nich znacznie utrudniona, jeśli będą próbować tego z taką "rękawiczką". Osobom chcącym  opanować technikę klasyczną NW z pełnym odepchnięciem poza biodrem, łatwiej to będzie zrobić z rękawiczką z wydzielonym kciukiem. Na dodatek niewłaściwe założenie takiego paska spowoduje, że kontrola nad kijkiem będzie jeszcze mniejsza. Co więcej, jeśli kije są wykonane przez firmę nie znającą się na rzeczy, to prawdopodobne może być, że w ogóle nie będzie możliwe założenie prawidłowe takiego paska. Tu niestety, ale z paskiem winna współgrać także rękojeść. Jeżeli kije produkowane są przez "kopistów" nie zastanawiających się jak to działa, to efekt może być koszmarem dla przyszłego użytkownika. Słyszałem już o desperacji prowadzącej do doszywania tasiemek by uzyskać wydzielenie kciuka, która prędzej czy później kończyła się zakupem kijów z "rękawiczką" właśnie o wydzielonym kciuku.

Problem takiej dziwnej "rękawiczki" rozwiążę w jednej z kolejnych notek. Tak naprawdę to jest główny cel niniejszego pisania.

 

Pasek nadgarstkowy - pierwsze spotkanie

mk130363

Był rok 2009, lato, ja jeszcze przed pierwszym wtajemniczeniem na kursie instruktorskim. Wiedziałem już jednak, że długość kijów z którymi chodziłem dotychczas (115 cm), winna ulec zwiększeniu, jeśli dalej chcę się rozwijać w Nordic walking. Przeglądałem propozycje sklepów internetowych, ale chciałem też kijów dotknąć. Zwłaszcza, że miały to być kije nie tylko dłuższe, i nie tylko profesjonalne znanej firmy, ale także kije możliwie najwyższej jakości. Odwiedziłem jeden z renomowanych sklepów sportowych zajmujących się NW w Poznaniu, by obejrzeć dość szeroki asortyment, który proponował. I tam właściciel firmy pan Tomasz Zielazek od razu zwrócił moją uwagę na nowość na rynku kijów. Były to kije firmy EXEL model Nordic Walker Sport CR 2009. Zupełną nowością był grot tych kijów – ostry typu „pazur”.  Wkrótce miałem poznać (podczas kursu instruktorskiego) zalety takiego grotu na przykładzie kijów innej znanej marki -  ONE WAY.  Jednak tym co wówczas przykuło bardziej moją uwagę w kijach EXEL Sport była rękojeść z rękawiczką.  Rękojeść bardzo ergonomiczna, idealnie wpasowywała się w moją dłoń. To jest to, powiedziałem - doskonale czułem ją w uchwycie. Pan Tomek pomógł mi prawidłowo założyć rękawiczkę. Było w niej coś takiego, że nie od razu jasne było jak to właściwie zrobić. Najgorsze jednak miało dopiero nastąpić. Zrobiłem kilka wyrzutów w tył z puszczeniem rękojeści. Wówczas wyczułem, że jakby traciło się nad kijem kontrolę. Rękojeść nie wracała na swoje miejsce tak gładko, jak w kijach z rękawiczką o wydzielonym kciuku. Wówczas nie miałem wiedzy o co w tym chodzi, wiedziałem tylko, że jest to jakiś inny rodzaj rękawiczki. I ta niepewność w działaniu rękawiczki w ostateczności przeważyła, że tych kijów nie wybrałem, gdy doszło do zakupu nowych.        

 

exel s1

exel s2

Niemniej ten model kijów wspominam do dziś z pewnym sentymentem. To właśnie gdy oglądałem i wypróbowywałem ten model, Tomasz Zielazek, doświadczony już wówczas instruktor, uświadomił mi, że Nordic Walking stało się dla mnie nie tylko pasją ale i sposobem życia. Wówczas nie wiedziałem jeszcze, że było to moje pierwsze spotkanie z paskiem nadgarstkowym

Pasek nadgarstkowy - zamiast wstępu

mk130363

W kilku najbliższych notkach postaram się opisać pasek nadgarstkowy w kijach Nordic walking. Przyznam, że to temat frapujący mnie od długiego czasu i kiedyś, gdy nie wiedziałem co to jest, przyprawiał mnie o frustrację z powodu niemożności wyjaśnienia i pomocy najczęściej początkującym entuzjastom NW, jak się go zakłada i używa. Dlaczego początkującym, wyjaśni się w jednej z kolejnych notek. Tymczasem na początek dokonam pewnej klasyfikacji pasków spotykanych w kijach, z którymi maszerujemy.

1. Paski z wyodrębnionym miejscem na kciuk - zakładane na kciuk.

Pewnie stąd się wzięła popularna nazwa "rękawiczka". Skojarzenie z zimową rękawiczką z jednym palcem na kciuk nasuwa się samo. Jest to najbardziej klasyczne rozwiązanie w kijach Nordic walking. Zapinane na rzep, mające w podstawowej wersji możliwość regulacji długości pasków. Pisałem o tym tutaj: Regulacja długości pasków

Jest to zapięcie najwygodniejsze, pozwala w  pełni kontrolować kij podczas każdej fazy marszu. Istnieje pogląd, że paski takie mogą nie sprawdzać się podczas bardzo intensywnego marszu lub biegu ze względu na obciążenie kciuka. 

zf

Najnowocześniejszą odmianą tego wiązania są paski z tzw. systemem szybkiego wypinania. 

2. Paski zakładane na nadgarstek.

Także są zapinane na rzep. Są wygodne jednakże kontrola kijka podczas marszu jest mniejsza, zwłaszcza po wypuszczeniu rękojeści z dłoni. Uważa się, że takie wiązania są bardziej odporne na obciążenia podczas intensywnych marszów lub biegów. Ten rodzaj pasków zostanie bliżej przedstawiony w kolejnych notkach.

3. Taśma zakładana na nadgarstek bez zapięcia.

Typowe rozwiązanie w kijach trekkingowych (typowe także dla kijków narciarskich), zdecydowanie mało wygodne i uniemożliwiające prawidłową technikę marszu Nordic walking.

trekk

Musimy jednakże wiedzieć że przeznaczenie tego paska jest zgoła inne niż w kiju NW. Spełnia on swoją rolę nie podczas marszu, ale np. krótkiego odpoczynku podczas wędrówki. Gdy puścimy swobodnie trzymane cały czas podczas wspinaczki rękojeści, kije nie upadną na podłoże i nie stoczą się po zboczu, dzięki czemu po chwili nie będziemy ich tam szukać.    

Kiedyś rozwiązanie takie stosowane było także w kijach Exerstrider i metodzie chodzenia z kijami propagowanej przez Toma Rutina, stąd kije Exerstrider pomylić można z kijami trekkingowymi (nieco podobnie mogą wyglądać również rękojeści obu rodzajów kijów, zwłaszcza gdy nie widzimy ich dokładnej budowy, a tylko widok w dłoniach maszerującego).

4. Brak jakiejkolwiek taśmy czy paska mocującego kij do dłoni.

Wspomniany wyżej Exerstriding, w ogóle obecnie nie stosuje żadnych "skomplikowanych, niewygodnych i potencjalnie niebezpiecznych pasków czy dodatkowych uchwytów" w swoich kijach.

exerstr2

Mimo stosowania odpowiednich materiałów i staranności wykonania "rękawiczek" przez najlepszych producentów, mogą one powodować otarcia czy poczucie niewygody. Sam widzę często, że starsze osoby w wielu przypadkach nie zapinają "rękawiczek" w kijach NW. Jasne jest, że uczucie dyskomfortu jest widocznie u tych osób większe, niż chęć opanowania pełnej techniki z dalekim odepchnięciem poza biodro. Musimy też zdawać sobie sprawę, że podczas upadku kij zapięty w "rękawiczce" nie wypnie się automatycznie jak np. narta i możliwość urazu zwłaszcza kciuka, a może i nadgarstka, w takim przypadku jest większa niż w przypadku braku wiązania. Nie będę dalej rozwijał teraz tego tematu, bo powodów do niestosowania paska jest jeszcze kilka. Wspomnę tylko, że sam dla bezpieczeństwa jeśli schodzę po stromym nierównym zboczu, wypinam dłonie z kijów i pomagam sobie przy schodzeniu swobodnie trzymając rękojeści.

Czas na pierwsze spotkanie z paskiem nadgarstkowym...


Ścieżka Nordic Walking dla niepełnosprawnych

mk130363

W ubiegłym roku odwiedziwszy podczas treningu tereny w okolicach Malty i wytyczone przeze mnie nieoznakowane trasy NW natknąłem się na trasę ... oznakowaną. Wspomniałem o tym, w którymś fejsbukowym wpisie przed rokiem. Nie miałem wówczas czasu, by zbadać temat dogłębnie, a jest on o tyle ciekawy, że to chyba pierwsza trasa NW w jakikolwiek sposób oznakowana w Poznaniu. W każdym razie pierwsza, na którą trafiłem podczas częstego przemierzania różnych szlaków w naszym mieście. Na początku lipca odwiedziłem tamtejsze moje trasy na rowerze i tym razem natrafiłem także na tablicę z mapką trasy pokazującą także drogi dojścia do niej.

snw1

snw2

Trasę wytyczył Zakład Lasów Poznańskich. Jej pomysłodawcą jest Stowarzyszenie Osób Niewidomych Razem na Szlaku. Działalność tego stowarzyszenia znana jest w światku nordicowym i zasłynęła w 2010 prezentując poruszanie się osób niewidomych z kijami w specjalnej uprzęży łączącej je z osobą widzącą i uprawiającą NW. Sam widziałem kilkakrotnie w tym rejonie osoby poruszające się w takich uprzężach. Oznakowania pełnią tu niejako podwójną rolę. Z jednej strony pomagają osobom uprawiającym Nordic walking poruszać się właśnie dokładnie po wytyczonym szlaku, z drugiej informują innych użytkowników, zwłaszcza rowerzystów że po trasie mogą poruszać się osoby niepełnosprawne w tym osoby niewidzące lub głuche i w związku z tym należy zachować szczególną ostrożność.

Niestety tablica, którą zobaczyłem okazała się być umieszczoną dość niefortunnie (z boku przy ścieżce, która w zasadzie już nie jest wytyczoną ścieżką, tylko ścieżką dochodzącą do niej). To w konsekwencji nieco mnie zmyliło, gdy postanowiłem rozeznać sprawę. Zmyliła mnie także podana długość trasy "5 km". W zasadzie nie wiadomo co ona oznacza, czy samą pętlę, czy także uwzględnia drogi dojścia? Jak się przekonałem podany dystans zupełnie nie odpowiada jakiejkolwiek logicznej rzeczywistości. Tymczasem jednak postanowiłem przejechać nordicową trasę trzymając się oznaczeń uruchamiając przy tym endomondo. Niestety w pewnym miejscu zgubiłem ślad i pojechałem trasą nieco dłuższą. Jednak już w trakcie jazdy wiedziałem, że coś z dystansem trasy jest nie tak. Potwierdziło się to uzyskanym wynikiem 3,59 km. Zapis tego przejazdu tutaj:

 Jednocześnie skojarzyłem, że w ubiegłym roku widziałem oznakowania nordicowe także w innych miejscach niż przejechana teraz przeze mnie trasa. Porównując to ze schematem trasy z tablicy "odnalazłem" jej właściwy przebieg, który wrysowałem jako moją trasę w endomondo.

PĘTLA

Przebieg pokazany poniżej:

Na zrzucie ekranu wygląda to tak:

pętla

Jak widać długość samej pętli nie ma nic wspólnego z podaną długością trasy. Faktycznie wynosi ona 2,03 km.

Trasa nie jest trudna. Ma jedno dość wyraźne podejście i jedno wyraźne zejście. Poza tym jest płaska, z tym że w jednej części łagodnie opada w dół. Przekonałem się o tym, jadąc dość długi odcinek na rowerze bez pedałowania, rozpędzając się przy tym do dość znacznej prędkości. Nawierzchnia jest niestety zróżnicowana: ścieżki leśne, ścieżki szutrowe, ścieżki asfaltowe, te ostatnie w niektórych fragmentach z miękkim poboczem.

snw2

Kierunek pokonywania trasy w założeniach jest  odwrotny do ruchu wskazówek zegara, przynajmniej do czasu, aż nie zapoznamy się z całym jej przebiegiem. Przy "zgodnym" możemy nie zauważyć tablic informacyjnych, a właściwie ich awersu pokazującego mapkę trasy.   

DOJŚCIA do pętli i WYJŚCIA:

1. Od ul. Dymka w okolicy ul. Żelaznej

Jest to dojście do przyjętego początku pętli trasy (tak to wynika z opisu) przy stawie Olszak.

sc1

ol1

ol2

Długość tego dojścia w jedną stronę jest równa 0,09 km.

Wobec tego dojście, pokonanie pętli i powrót da dystans 2,21 km.

Przebieg wrysowany jest tutaj:

 doj1

START (dojścia) - ul. Dymka

 

2. Od strony Jeziora Maltańskiego

To chyba bardziej popularna opcja dla potencjalnych użytkowników. Sporo osób maszeruje wokół jeziora, więc mogą przy okazji odbić w pobliżu "źródełka" na oznakowaną trasę. Długość tego dojścia jest równa: 0,53 km.

Wobec tego dojście, pokonanie pętli i powrót to dystans 3,09 km.

Jego przebieg wrysowałem tutaj:

doj2

START DOJŚCIA - okolice źródełka

START - wejście na ścieżkę NW

Widać, że w obu wariantach nie uzyskamy również podawanych 5 km. A jeśli nawet ktoś z ul. Dymka dojdzie do pętli, pokona jej połowę, dojdzie do jeziora, wróci do pętli, pokona jej drugą połowę i zakończy marsz przy ul Dymka, to wówczas długość całej trasy będzie równa 3,27 km. Widać więc, że przyjęty dystans nie został zmierzony przez znakującego trasę.  

Oczywiście warianty dojścia mogą być także inne. Ja opisałem tylko te oznaczone przez jej "twórcę".

Oznakowanie trasy nie powala perfekcyjnością, jednak przyznam, że już sam fakt, iż ktoś podjął trud oznakowania, sprawił mi dużą przyjemność. I z dużą satysfakcją wpisuję ją także do "moich tras" właśnie za tę pionierskość na terenie Poznania. Duże wyrazy uznania za tę formę propagowania Nordic walking. Polecam ją odwiedzić wszystkim maszerującym wokół "Malty". Może to zachęci do odwiedzenia także innych urokliwych ścieżek w tym rejonie. 

Ścieżka Nordic Walkig dla niepełnosprawnych

Biegaj z Opel Szpot - czerwiec 2014

mk130363

Po raz drugi w tym roku wystartowałem w cyklu Biegaj z Opel Szpot nad poznańską Maltą. 28 czerwca trasa została wydłużona i w rejonie mety biegła nad trybunami. Tak się złożyło, że dokładnie w tym samym miejscu i o tym samym czasie POSIR postanowił rozegrać swój 5 Nordic Walking. Ta ostatnia impreza rozgrywana od 4 lat nad Maltą we wrześniu, tym razem została połączona ze Spartakiadą Seniorów i stąd ta zbieżność terminów. Nigdy nie startowałem w niej z różnych względów. A to jednocześnie rozgrywany był Puchar Polski, a to brałem udział w rajdzie w Olandii - Chalinie. Niezbyt pochlebne opinie uczestników też nie zachęcały do brania w tym udziału w latach kolejnych (ściganie bez sędziów i mnóstwo przypadków biegania bez żadnych konsekwencji oraz stosunkowo wysoka opłata startowa za butelkę wody na mecie). No ale dość tych niepochlebnych uwag bo w tym roku, jak się przekonałem, troszkę się zmieniło chociaż pod względem opłat i pakietu na mecie. Seniorzy startujący w Spartakiadzie (55+) nie ponosili opłat, a na każdego startującego czekał na mecie ... dość obfity posiłek. Byłem ciekaw jak to będzie, gdy dwie imprezy będą rozgrywane w tym samym czasie i w tym samym miejscu. Wprawdzie miejsca startu dzielił dystans około 1 km, ale w pierwszej edycji imprezy Nordic Walking (o ile dobrze pamiętam z opowiadań) uczestnicy maszerowali niejako pod prąd, czyli w odwrotnym kierunku niż zazwyczaj rozgrywane są tu biegi. Miałem więc nadzieję, że pójdziemy i pobiegniemy sobie na przeciw, ja oczywiście maszerując wśród biegnących. No ale dość tych dygresji o łączeniu imprez. Ja pojechałem na imprezę biegową oczywiście moją dwukołową "strzałą". Tak nazywam teraz mój wehikuł, gdyż w porównaniu do poruszania poprzednim średnie i chwilowe prędkości odczuwalnie dla mnie wzrosły. Na miejsce przy Amfiteatrze dotarłem ponad 20 minut przed startem i zabezpieczywszy swój rower

opel1

stanąłem w wolno poruszającej się kolejce. Posuwała się ona bardzo ślamazarnie i miałem wrażenie, że nie wykorzystuje się wszystkim możliwości zapisu (samemu wypełnia się tu "deklarację" startu z danymi osobowymi). Po chwili jeden z biegaczy, który zapisał się jakby "z boku" pokiwał na mnie i podszedłem tam omijając kolejkę. Rzeczywiście, można było się zapisać z boku, gdyż stojący w kolejce wykorzystywali możliwość równoczesnego zapisywania się tylko przez 2 osoby (szerokość ławki szkolnej), gdy tymczasem ołówków, którymi można było wypisać deklarację było przynajmniej 4. Po mnie z boku dochodziły zapisać się kolejne osoby. Chyba po raz pierwszy oznakowano nas podczas biegu. Każdemu uczestnikowi założono na nadgarstku papierową opaskę w kolorze żółtym. Na opasce były jakieś numery, które mogły służyć do losowania nagród przez jednego ze sponsorów, ale szczegółów tej sprawy nie znam. W każdym razie te opaski odróżniały nas od innych osób korzystających z alejek wokół jeziora i osoba kierująca nas na trasie na górny taras nad trybunami mogła nas i tylko nas, skierować we właściwym kierunku. Biorąc pod uwagę, że trasa została wydłużona oraz to , że nie mogę teraz chodzić tak szybko jak zwykle, wyszedłem na trasę kilka minut wcześniej przed biegaczami. Dla mnie liczył się tylko udział, zresztą nigdy nie przyszło by mi do głowy rywalizować na poważnie z biegaczami maszerując. Po przejściu około 1,5 kilometra zaczęli doganiać mnie pierwsi biegacze z Bartkiem Arciszewskim na czele. Krzyknąłem do niego, że jest niezagrożony, gdyż miał chyba 150-200 m przewagi nad kolejnym zawodnikiem. Na marginesie przypomnę, że rywalizacja w tym biegu jest tylko prestiżowa, gdyż nie odnotowuje się ani zwycięzców, ani nie jest prowadzona żadna klasyfikacja wg. kolejności na mecie. Później już przez cały czas wyprzedzali mnie kolejni biegacze i także marszo-biegacze, których z kolei ja wyprzedzałem, gdy przechodzili do marszu. Gdy oni przechodzili do biegu ponownie mnie wyprzedzali. I tak tasując się z kilkunastoma uczestnikami podążałem do mety.  Na trzecim kilometrze spodziewałem się spotkać idących z naprzeciwka uczestników zawodów NW, jednak na horyzoncie nikogo nie było widać. Spojrzałem w bok na przeciwny brzeg jeziora i zobaczyłem kilka osób idących wyraźnie bardziej dynamicznie od spacerujących osób. Na czele czerwona "szpikowa" koszulka w białej czapeczce. Wiedziałem, że to musi być Robert Adamski. W ostatnich latach wygrywa na Malcie każde zawody Nordic walking. A więc jednak idą w tym samym co my kierunku. Byłem ciekaw kiedy mnie dogoni. Miałem około 1 kilometra przewagi, ale moje tempo było bardzo wolne w porównaniu z tempem Roberta. Mogło się zdarzyć, że w ogóle byśmy się nie spotkali na trasie, gdyż ja w rejonie mety toru regatowego szedłem górnym tarasem, a on wchodził na drugą pętlę (szedł na dwa okrążenia) dolnym tarasem. Okazało się jednak, że dogonił mnie trochę później. Ja do swojej mety miałem już tylko 400 m, on do swojej około 5 km. Mogliśmy więc przez chwilę, gdy mnie wyprzedzał, porozmawiać. Przebieg mojego marszu zarejestrowany przez endomondo poniżej:              

Na mecie tradycyjnie woda przygotowana przez organizatora. No i tak sobie odpoczywam popijając ją, gdy podchodzi do mnie jeden z uczestników wymawiając moje imię. Patrzę, a to Tomek, obok niego Ania, moi przyjaciele z lat udzielania się w DA św. Rocha. Są tu ze swoimi córkami reprezentując Zespół Szkół Salezjańskich.

opel2

Okazuje się, że na trasie kilkakrotnie wyprzedzaliśmy się wzajemnie, ale ja w ogóle ich nie rozpoznałem i nie przypuszczałbym nawet, że mogę ich tu spotkać, a oni chyba do końca nie byli pewni, że ja, to ja, bo znamy się z okresu, gdy ja nie uprawiałem jeszcze Nordic Walking. Kilka lat się nie widzieliśmy. Ależ to było miłe i sympatyczne spotkanie. Długo rozmawialiśmy podczas losowania nagród. Tomek przyznał, że bardzo lubi chodzić i zażartował, że gdyby płacili kasę za chodzenie to on by chętnie tak pracował :) Nie da się ukryć, że ma duży potencjał na dobrego Nordic walkera.

Jak się okazało był to w ogóle dzień spotkań. Bo po chwili wyłowił mnie z "tłumu" dobry kolega jeszcze z licealnej ławki. Okazuje się, że niedawno dokonał dość spektakularnego wyczynu w jeździe na rowerze. W ciągu jednej doby przejechał dwukrotnie Pierścień Rowerowy wokół Poznania. Wraz z dojazdem na pętlę i powrotem do domu wyszło mu 364 km. To osiągnięcie odbiło się głośnym echem w poznańskim światku kolarskim, w którym Piotr jest znanym entuzjastą tej dyscypliny. Film dokumentujący to wydarzenie poniżej.

Żadnej nagrody nie wylosowałem w imprezie "Opla", ale bardziej ucieszyłem się właśnie z tych miłych spotkań. A chciałem jeszcze spotkać się ze Staszkiem Przybylakiem i Robertem, którzy uczestniczyli w 5-tym Nordic Walking. Szybko dojechałem na "ich metę". Właśnie skończyły się dekoracje i rozpoczął obiadowy poczęstunek uczestników. Sam załapałem się na niejedną pajdę chleba ze smalcem, które były dodatkiem do obiadu. Mogliśmy podzielić się wrażeniami dzisiejszego dnia oraz porozmawiać o planach startowych i najbliższych imprezach.     


 

Dokąd pędzimy?

mk130363

Chyba nie ma osoby związanej w jakikolwiek sposób ze sportem, której nie poruszyłoby wyznanie Justyny Kowalczyk. Myślę, że w ogóle poruszyło to wszystkich, którzy choćby wiedzą kim Ona jest. Dla mnie nie ulega wątpliwości, że to sportowiec 10-cio, 15-to, 20-to, i 25-cio lecia. Bez względu na wszelkie plebiscyty, tak uważam. Nie będę tu porównywał w jakikolwiek sposób jej osiągnięć z osiągnięciami innych sportowców. Tego się nie da porównać i nawet nie można matematycznie przeliczać, ile kto medali zdobył. Ona po prostu zawsze walczyła z całym światem narciarskim, głównie ze Skandynawią. A właściwie to cały świat walczył z nią. Była jedyną biegaczką, która mogła się skutecznie i długoterminowo przeciwstawić tej nawale ataków koalicji biegaczek Norwegii, Finlandii i Szwecji. Osiągnęła szczyt i długo na tym szczycie pozostawała. My nie wiedzieliśmy tego co działo się z nią w środku przez ostatnie lata. Okazuje się, że nie ma „nadludzi”. Każdy organizm, każdy człowiek ma jakiś kres możliwości, niezależnie czy to kondycyjnych, czy psychicznych. Nazwałbym to granicą możliwości zdrowotnych w szerokim rozumieniu. Justyna zapłaciła drogą cenę, ale liczę że wyjdzie z tego. Ja już nie chcę od niej żadnych medali, żadnych Pucharów, chcę żeby była zdrowa i szczęśliwa, w swoim życiu, nic więcej, ale może aż tak wiele. Życzę Jej tego z całego serca. Przyznam, że bardzo emocjonalnie przeżywałem wszystkie jej sukcesy, a czasem i drobne niepowodzenia. Jeszcze dziś mam łzy w oczach, na wspomnienie jej finiszu po złoto w Soczi. Nie bez znaczenia jest tu też to, że uprawia tak bardzo pokrewną Nordic walking dyscyplinę sportu. I nie bez znaczenia jest także to, że okres jej największych sukcesów przypadł na zmianę mojego życia, z trybu siedzącego na aktywny. Dla mnie wszystko zaczęło się od zdrowia. To była główna siła napędowa, dla której tak wspaniale odnalazłem się w tej pięknej dyscyplinie, jaką jest Nordic walking, czy chodzenie z kijami w szerokim rozumieniu. Wcześniejsze poszukiwania nie były skuteczne. Od początku były mi znane wszystkie walory prozdrowotne tej rekreacji. I tego starałem się trzymać przez cały czas uprawiania tej aktywności. Ale być może dla większości walkerów jest znana głównie moja odsłona „sportowa” nordicowego życia. Nie było zawodów sportowych, w których wystartowałem, z których nie napisałbym często wieloodcinkowej relacji. Było tego naprawdę sporo i z roku na rok, coraz więcej. Dość wspomnieć, że na portalu MaratonyPolskie.pl w sumie zarejestrowałem udział w 153, (z czego w samym roku 2013 w 66) imprezach, głównie zawodach NW i biegach, także takich, które miały bardziej rekreacyjny charakter. Biłem życiówki, zdarzyło się stawać na pudle, zdarzyło się być 2 i 3 w generalce Pucharu Polski. Ale tych osiągnięć nigdy nie traktowałem jako najważniejszy cel. Było to robione często mimochodem i wynikało z systematyczności w aktywności fizycznej. Nigdy nie robiłem jakichś specjalnych planów treningowych, które mogłyby mnie przygotować do większych osiągnięć sportowych. Nie widziałem w tym większego sensu. Byłem i jestem przecież amatorem i nie ścigam się dla nagród, pucharów, czy przekraczania granic niemożliwości. Przed rozpoczęciem nowego roku założyłem, że w ogóle odpuszczę z intensywnością  startów w zawodach w nowym sezonie. Miał to być roku odpoczynku i pełnej rekreacji. Ale wówczas zapowiedziano pierwsze Mistrzostwa Polski w Maratonie NW. I ja niestety rzuciłem się w wir treningowy. I organizm bardzo szybko zaprotestował. Skutki tego odczuwam do dziś i choć jest znaczna poprawa, to droga do całkowitej sprawności pewnie daleka. Wielokrotnie na różnych forach i w wypowiedziach zaznaczałem, że nikogo do zawodów nie będę namawiał, ani nikogo do nich zniechęcał. Nieodparcie nasuwa mi się jednak pytanie: dokąd pędzimy? Pędzimy w życiu, pędzimy w sporcie, co gorsze zaczęliśmy pędzić w rekreacji. Tak, bo Nordic walking, wciąż jest jednak przede wszystkim rekreacją i choć przybiera formy rywalizacji i zawodów sportowych, to jestem za tym, by był rekreacją do końca świata i by nigdy nie znalazł się na Olimpiadzie. Byłem i jestem za prozdrowotnym celem uprawiania tej dyscypliny, a nie osiągania rekordów szybkości w marszu, które trudno zrozumieć ... niektórym wyprzedzanym przez nas biegaczom. Zwróćmy choćby uwagę, jak bardzo taki szybki marsz traci na naturalności. To jest bieg bez fazy lotnej lub z fazą lotu, którą trudno zauważyć. Markujemy marsz, a w rzeczywistości "podejrzanie" biegniemy. Nasze ruchy zaczynają po przekroczeniu pewnych prędkości być nienaturalne, a nawet wręcz groteskowe. Czasem zastanawiam się, co jest bardziej śmieszne? Czy to, że ktoś nie zna podstaw techniki i próbując iść z kijami, idzie „na misia” czy to, że ktoś pędzi na złamanie karku dziwacznymi krokami. Temu pierwszemu można jednak pomóc, podpowiedzieć jak jest prawidłowo (i w zasadzie mnie to już od dawna nie śmieszy), temu drugiemu trudno pomóc, on sam musi zrozumieć, że nie tędy droga. Nie wspominam już o obciążeniach stawów, których my nie widzimy, ale odczujemy zapewne w przyszłości, prędzej czy później. Tu już skutki mogą być daleko poważniejsze niż zwykła śmieszność. Pamiętajmy, że nadmierne wydłużenie kroku powoduje nadmierne obciążenie stawów. Jednoczesne "lądowanie" na pięcie przy wyprostowanym kolanie powoduje pewien dodatkowy wstrząs zamiast amortyzacji. I zamiast dzięki kijom odciążać stawy, my je zaczynamy dociążać dążeniem do większej prędkości, a cały zysk z kijów "idzie w pięty". Niweczymy jedną z największych zalet Nordic walking, czyli odciążanie stawów podczas aktywności fizycznej. Lądowanie na pięcie ma nas wyhamować i to jest kompletne zaprzeczenie dążenia do bicia rekordów szybkości. 

Czy to znaczy, że rezygnuję ze startów w zawodach? Z pewnością nie. Chciałbym móc wystartować jeszcze w niejednych. Chciałbym przede wszystkim wziąć udział, dla pokazania zdrowia, promocji zdrowia, w zasadzie ja to tak odbierałem przez cały czas moich startów, nigdy nie było inaczej i jeśli ktoś rozumiał moje „ściganie” w inny sposób to, dementuję takie mnie postrzeganie. Na koniec wspomnę, że do tego wpisu zainspirowała mnie nie tyko sprawa „naszej” Justysi, ale także rozmowa z osobą najważniejszą w polskim Nordic walkingu. Tak się jakoś wszystko zbiegło, także mój przypadek.                         



Speedminton

mk130363

Miałem okazję poznać niedawno bardzo atrakcyjną grę mogącą mieć formę zarówno rekreacji jak i sportu. Z pozoru wygląda podobnie jak tradycyjny badminton czyli popularna kometka. Jednak dla mnie jest dużo atrakcyjniejsza.

sm1

Jeśli można jakoś porównać tenis stołowy z tenisem ziemnym, to odnosząc to do kometki, ta byłaby tym pierwszym, a speedminton tym drugim. Przede wszystkim jest to gra bardzo dynamiczna i szybka. Lotki są mniejsze i cięższe. Rakiety czymś pośrednim między tymi do badmintona, a tymi do tenisa ziemnego (bardziej przypominają jednak te drugie). Rakietę trzyma się też w sposób podobny do tego, jak trzyma się rakietę tenisową, ale odbija się tylko jedną ręką (nie ma potrzeby użycia dwóch, co nieraz zdarza się w tenisie). Serwuje się lotkę tylko z dołu lub z boku (nie z góry).

sm2

Później odbija się już w każdy możliwy sposób.

sm3

sm4

sm5

Gra na punkty polega na obronie własnego pola i próbie wbicia lotki w pole przeciwnika. To tak jak w kometce. Ale w speedmintonie pola graczy oddalone są od siebie o 12,8 m. Nie ma tu siatki, ale ta odległość jest jakby barierą, którą trzeba pokonać by wbić lotkę w pole przeciwnika. Pola graczy mają kształt kwadratu o boku 5,5 m. W kupowanych zestawach do gry często znajdują się taśmy do oznaczania tych pól na miękkim podłożu: trawie, piasku, ziemi. Mocowane są one za pomocą śledzi. Takie taśmy można ewentualnie dokupić osobno lub zrobić samemu. To, że standardowe wymiary są takie jak podałem nie oznacza też, że nie możemy grać na polach 5x5m oddalonych o np. 10m. To tylko kwestia jak się umówimy czy jak duże taśmy posiadamy. Możliwości zabawy i gry sportowo-rekreacyjnej są tu nieograniczone. Można zagrać nie tylko w singla, ale w debla, czy nawet w więcej osób w różnej formie, czy to indywidualnej czy drużynowej. Można też grać bez oznaczania pól i nie na punkty, ale starając się o jak największą ilość odbić. Dzięki temu, że lotki są cięższe gra jest bardziej odporna na wiatr. Lotkę też jest łatwiej wstrzelić w określone miejsce na dużą odległość. Pamiętam z dzieciństwa, że gdy grywałem w kometkę, często lotkę dociążaliśmy kamieniem dzięki czemu można było ją odbić na większą odległość. Gdy graliśmy wówczas w kilka osób drużynowo pola gry były dużo większe niż wersji kometki "sportowej". Nie mieliśmy też siatki, którą można by rozciągnąć w poprzek ulicy, na której grywaliśmy (gdy przejeżdżał samochód schodziliśmy z drogi). Ta wersja speed badmintona rozwiązała wszystkie tamte problemy. Co jeszcze jest zaletą to to, że czasem można odbić całkiem dobrze i mocno z niczego tzn. bez dużego zamachu np. z bekhendu jednorącz. 

Jeśli chodzi o cenę: to zestaw dwóch rakiet z lotkami z Lidla kosztował około 70 zł. Niemal identyczny zestaw rakiet wzbogacony o taśmy kosztował w Tchibo około 130 zł. Jakość takiego sprzętu jest zupełnie wystarczająca do rekreacji. Można oczywiście znaleźć sprzęt i droższy, i tańszy, ale myślę, że poziom marki crivit jest wystarczający jeśli potraktujemy tę dyscyplinę jako uzupełniającą. 

PS. Postaram się wkrótce dołączyć krótką migawkę filmową z tej gry.

I POZNAŃSKI MARSZ SENIORÓW NORDIC WALKING

mk130363

W niedzielę 18 maja ”załapałem” się na imprezę I Poznański Marsz Seniorów Nordic Walking. Ta, latka lecą i 50+ określane jest dość powszechnie jako pełnoprawni „Seniorzy”, choć większość z nas chyba nadal czuje się młodzieniaszkami (na pewno duchem). Organizatorem tego wydarzenia było Biuro Podróży Funclub z siedzibą w Poznaniu wspólnie z Centrum Inicjatyw Senioralnych oraz Polskim Stowarzyszeniem Nordic Walking. Zapisałem się elektronicznie jakiś miesiąc wcześniej, ale okazało się że formuła tego wydarzenia była bardzo „niezobowiązująca”. Nie było opłat startowych i nie było listy startowej. Właściwie każdy kto pojawił się na miejscu mógł wziąć udział i okazało się, że tzw. pakiet startowy odbierało się za wyciągnięcie po niego ręki. Spotkaliśmy się o 10.00. Pogoda była mało obiecująca i gdy pół godziny wcześniej wyjeżdżałem rowerem zaczynało pokropiwać. Gdy dotarłem nad Maltę było to już popadywanie, a wkrótce miało się przerodzić w rzęsisty deszcz. Oczywiście nic nie jest wstanie przeszkodzić Nordic walkerom jednak wydaje się, że ta pogoda odebrała pewną radość temu wydarzeniu. Natomiast radosne były spotkania ze znajomymi i przyjaciółmi będącymi entuzjastami NW. Prawdę mówiąc nie spodziewałem się spotkać tylu dawno nie widzianych znajomych. To, że pojawiły się na marszu bardzo bliskie Poznaniowi miejscowości nie dziwota, ale Wrześni, Gniezna, a tym bardziej Lubina się nie spodziewałem. Tak więc odebrałem pakiet startowy w międzyczasie witając się ze wszystkimi i wówczas zaczęło już dość mocno padać. W pakiecie jak to zwykle trochę ulotek i numer startowy oraz ...kupony rabatowe na pływalnię, do centrum medycznego. Niby nic wielkiego ale można skorzystać. Schroniliśmy się początkowo pod hangarami, bo do samego marszu była cała godzina, a później pod dużym namiotem stojącym przy kręgielni.

ma1

Tu merytorycznie (od strony NW) zajął się nami Marcin Szulc z grupy „Marsz po zdrowie”. Warunki były trudne, staliśmy jak sardynki i trudno było wykonać jakieś ćwiczenie. Głównie więc wszystko polegało na opowiadaniu i pokazywaniu. Jakoś doczekaliśmy godziny startu i na szczęście rzęsisty deszcz rozrzedził swe krople, a burza która nas dopadła odeszła chyba za Wartę. Przeszliśmy więc z namiotu na linię startu,

ms2

gdzie po kilku oficjalnych słowach organizatora i krótkiej rozgrzewce ruszyliśmy. Oto jak ten moment uwiecznił organizator imprezy.

Od razu założyłem bardzo spokojne tempo marszu, by zbytnio nie obciążać mojego kontuzjowanego kolana. Formuła imprezy miała charakter raju bez ścigania. Przez całe okrążenie maszerowałem ze Zdzisławem Pawłowskim z Gniezna i przywiedzioną tu przez niego grupką entuzjastów NW. Niestety niewielkie przejaśnienie okazało się chwilowe i po 600 metrach dopadł nas ponownie przelotny ale  rzęsisty opad. Część z nas zatrzymała się kilkoma grupkami pod napotkanymi zadaszeniami, a część maszerowała w „pełnym” deszczu. Chodziło się i biegało w dużo trudniejszych warunkach na zawodach, ale formuła rajdu nikogo nie zmusza do jakichś heroicznych przemoknięć. Ja nie ubrałem na ten marsz żadnej kurtki celowo, by dodatkowo nie straszyć pogody, więc również przystanąłem z taką grupką. Po około 5 minutach ruszyliśmy dalej starając się kluczyć między kroplami nieco mniej intensywnego deszczu. W miarę pokonywanego dystansu ten deszcz był też coraz mniejszy, a wkrótce w ogóle można było o nim zapomnieć. Ponieważ my akurat schroniliśmy się w największej nawale, nie przemokliśmy zbytnio. Przebieg marszu zamieszczam poniżej.

Czas osiągnięty na mecie nie był rewelacyjny, ale uwzględniając moje założenia oraz postój po drodze muszę go przyjąć z "dobrodziejstwem inwentarza". Nie traktuję też go jak jakikolwiek wynik sportowy, a zwykłą statystykę marszu. Poza tym dzięki ostrożniejszemu obciążaniu kolana udało mi się po raz pierwszy od dłuższego czasu nie pogorszyć jego stanu wskutek właśnie dłuższego - kilkukilometrowego marszu. Jest więc i pewna nutka optymizmu co do przyszłych treningów.

Na mecie czekał na nas pamiątkowy medal, a także kolejne atrakcje. Najpierw jednak Marcin przeprowadził stretching. Cały czas swoje pokazy miała grupa ze Stowarzyszenia Tai Chi. Można było bezpłatnie zbadać kręgosłup w Kręg-Clinic. Bezpłatne badania prowadzili także specjaliści z Center Med Poznań. Rozpoczęły się także konkursy, w których uczestnicy wygrywali cenne nagrody. Najcenniejsza i chyba najprzyjemniejsza była jednak możliwość porozmawiania z nordicowymi przyjaciółmi. I tego nie mogły odebrać nam ani rzęsisty deszcz, ani burza z piorunami.

© Nordic Walking mk
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci